SMASHING PUMPKINS
Siamese Dream (1993)
Jakkolwiek byś nie zaprzeczał, to przyznaj Billy, że zawsze chciałeś być drugim Cobainem – mesjaszem zagubionego pokolenia amerykańskiej młodzieży, Chrystusem alternatywnego rocka. I niestety nigdy ci się to do końca nie udało – głównie z tego powodu, że za bardzo chciałeś. Kiedy śpiewasz "Today is the greatest day I've ever known", to ja ci nie wierzę i nie kupuję tego – dla mnie ta maniera jest wymuszona i nieznośnie pretensjonalna. Ale "Today" to i tak wspaniały numer. Wiesz dlaczego, Billy? Bo gitary, które właściwie zarejestrowałeś sam (podmieniając ślady zarejestrowane przez drugiego gitarzystę i basistkę), dźwięczą tu olśniewająco. Sound, który ukręciłeś z Butchem Vigiem na Siamese Dream to oksymoron w najlepszej tradycji My Bloody Valentine – łeb urywa, ale rozkosznie i marzycielsko. Weźmy rozlany przester solowej partii w intro do "Hummer" – to jest poezja audialna, kolego. Brawo. Dla mnie w tej płycie głównie idzie właśnie o połyskliwy gąszcz gitarowych tekstur. A że same kompozycje są wieloczęściowe, barwne i ładne to też nie szkodzi. No i bębniarz porządnie łoił – nie chciałbym go spotkać w ciemnej uliczce. Ale mesjaszem to ty nie byłeś, człowieku.
(T-Mobile Music, 2012)
Machina/The Machines of God (2000)
No i po co im to było? Przecież to jest zwyczajne eksploatowanie legendy wielkiego, jakby nie patrzeć, zespołu. Odcinanie kuponów od dawnej świetności i sławy. Na Machinie nie ma nic nowego, nie pojawiają się żadne elementy stylistyczne, których nie znaliśmy z poprzednich albumów zespołu. Ale, niestety jest gorzej: same kompozycje są słabsze, a całości wyraźnie brak polotu i świeżości, która cechowała klasyczne już dziś Siamese Dream i Mellon Collie & The Infinite Sadness. W dodatku ciągnie się to wszystko przez ponad godzinę. Tak więc nie rozumiem zupełnie Corgana i spółki. Adore stanowiło idealne zakończenie dorobku Smashing Pumpkins. Czy powrót do grupy perkusisty Jimmy'ego Chamberlina był wystarczającym powodem do nagrania kolejnej płyty? Na pewno nie.
Chamberlin wrócił, to i więcej jest tu żywych bębnów, mniej za to eksperymentów z elektroniką. Na dobrą sprawę prawie w ogóle (wyjątkiem jest "The Sacred And Profane"). I to następny powód do krytyki: Machina nie jest w żadnym stopniu kontynuacją Adore, jakimś krokiem wprzód, ale bardziej nawiązaniem do ostrych fragmentów Mellon Collie, co samo w sobie nie ma sensu. Po co bowiem wracać do tamtego okresu? Czy zostało jeszcze coś do powiedzenia w temacie brudnych gitar, prostego podziału na cztery i jękliwego zawodzenia? Miałem nadzieję na dalszą penetrację nieodkrytych jeszcze przez Billy'ego terenów, której próbkę mieliśmy właśnie na Adore. Niestety, lider Smashing Pumpkins postanowił wydać zbiór wtórnych, momentami garażowo, a innym razem w sposób irytująco szkolny wyprodukowanych kawałków, które w przeważającej większości brzmią jak odrzuty z sesji do poprzednich dzieł formacji. Nie tego oczekiwaliśmy od artysty.
Oczywiście, Billy Corgan nie potrafiłby nagrać płyty pozbawionej kilku dobrych utworów, więc zawsze można coś znaleźć w tym zestawie. Wymieniłbym interesujące pod względem melodycznym refreny "Raindrops + Sunshowers" i "Stand Inside Your Love", miłe "Try, Try, Try", oraz "The Crying Tree Of Mercury", jedyną tu od początku do końca udaną, oryginalną piosenkę. I w ogóle najciekawsze w Machinie wydają się klimaty liryczne, bo mimo, że zawiera ona sporo tak zwanych "ballad", to prawie żadna z nich nie ma w sobie tej charakterystycznej wrażliwości, która dotąd była znakiem firmowym kapeli z Chicago. Ale to wszystko mało, jak na nazwę takiego formatu. Ten album wydaje się najzwyczajniej w świecie wymuszony. Aż głupio pomyśleć co w takim razie skłoniło muzyków do jego publikacji.
Przykro, że Machina to tylko potężny kawał doskonale znanych, ciężkich brzmień oplatających kompozycyjny banał, którego pełne wysłuchanie grozi długotrwałym bólem głowy. I gdyby nie kłujący głos Corgana, jak zwykle jedyny w swoim rodzaju, to w ogóle nie byłoby o czym mówić. Zwykle staram się opisywać w recenzji pojedyncze utwory, ale tym razem, mając w perspektywie przebrnięcie przez piętnaście podobnych do siebie nastrojem fragmentów, zwyczajnie mi się nie chce. O tych zaś, które choć trochę wybijają się ponad przeciętność, wspomniałem powyżej.
(Porcys, 2001)
Różni Wykonawcy: A Gothic-Industrial Tribute To Smashing Pumpkins (2003)
Nie jestem wielkim fanem zespołu Smashing Pumpkins. Po prostu lubię sporo ich utworów, potrafię docenić wkład w bieg rockowej historii ostatnich lat. Ale nie o to tutaj chodzi. Bo chodzi o to, że trafiłem przypadkiem na jedną z najgorszych płyt, z jakimi się ostatnio zetknąłem. Trafiłem na jakąś potworną profanację twórczości Corgana i spółki, która miała jeszcze czelność nazwać się "hołdem" (z angielska "tribute"). No bez przesady, chyba wiem, co oznacza hołd.
"Hołd: 1. wyraz czci, poważania, uwielbienia, zachwytu; 2. hist uroczysty akt uległości składany zwycięskiemu lub potężniejszemu władcy przez słabszego" (Słownik Języka Polskiego, PWN). No tak, kolesie z wytwórni Cleopatra Records znają chyba inną definicję tego słowa. Na przykład: "bezczeszczenie, potraktowanie rzeczy bez należytego szacunku, interpretowanie dzieła w sposób obniżający jego wartość". Lub coś w tym guście. Takie "hołdy" składali już innym artystom, w tym Radiohead i Tori Amos. Teraz przyszedł czas poznęcać się troszkę nad dokonaniami biednego Billy'ego.
A Gothic-Industrial Tribute To Smashing Pumpkins to, jako się rzekło, kupa gówna. Jest wiele czynników decydujących o takim stanie rzeczy. Za najważniejszy należy uznać fakt absolutnego wyprania poczciwych pieśni pana Corgana ze wszelkich emocji. Istnieje coś takiego, jak charakterystyczny dla Smashingów, znany z ich płyt klimat, który zawierał w sobie i swoiście pojęty intelektualizm, i specyficzną wrażliwość, i wszechobecną neurozę. Na omawianej kompilacji nie ma po tym klimacie ani śladu. Jest za to bezlitosna, beznamiętnie zimna nawalanka automatu perkusyjnego, nieco obleśnych, elektronicznych wtrętów, pseudo-metalowe gitary, oraz kilku pajaców z lubością odzierających swoimi wokalnymi "popisami" utwory słynnej grupy z uczuć.
Ale to tylko początek. Bo gdyby wsłuchać się uważniej, odnajdziemy w tym "dziele" i inne, nadzwyczaj interesujące rodzynki. Weźmy kwestię wspomnianych wokalistów. To mało jeszcze, że ich interpretacje są beznadziejne. Ostatecznie klimat jest tylko kwestią gustu. Ale w "Disarm", w oryginale pięknej balladzie, śpiewak sobie normalnie fałszuje! No bez kitu, co jest? Na wuja pisał Billy tak śliczną melodię, której nawet goście z naszego Myslovitz nie mogli się oprzeć (vide: "Nienawiść")?! Po to, by jakiś palant nie umiał jej później odśpiewać równo? Na tak zwanym "hołdzie"?
Mogę wyliczać wady tego krążka do woli. Produkcja jest badziewna, aranżacje, o czym wspominałem, żałosne. Tak jak mówi nasz "klucz do skali ocen", między 1.0, a 1.9 płyta jest okropna od początku do końca. A 1.9 dałem z jednego powodu. Gdy słuchałem tych wymiotów, gdzieś tam, na końcu percepcji tlił się, zupełnie niezależnie, naturalny odnośnik do oryginalnych wersji tych utworów. Ale jest to przyjemność na zasadzie: "człowieku, rozmawiałem dziś z kolesiem, który minął się rok temu z gościem, który pracował przez tydzień dla pacjenta, który mówi, że ma nazwisko na tę samą literę, co facet, który w podstawówce siedział z kimś, kto słyszał o pewnej pani, której koleżanka chodziła na studia z przyjaciółką, która twierdzi, że widziała kiedyś w hipermarkecie Cindy Crawford, ale nie wie, czy to była na pewno ona".
(Porcys, 2002)
Moje top 10:
1. Cupid de Locke
2. Luna
3. Set the Ray to Jerry
4. Hummer
5. Soothe
6. Daydream
7. Mayonaise
8. For Martha
9. 1979
10. To Sheila
(2025)

Quisque iaculis facilisis lacinia. Mauris euismod pellentesque tellus sit amet mollis.