HIATUS KAIYOTE
Choose Your Weapon (2015)
Listopadowy koncert Australijczyków w warszawskiej Proximie był dla mnie jednym z rozczarowań roku, bo ze sceny popłynęły wibracje "talent-showowe". Celowała w tym zwłaszcza liderka projektu Nai, próbująca nawiązać z publiką kontakt metodami populistycznymi, jakby z nadzieją na przypodobanie się wyimaginowanemu jury. Wspierał ją team sprawnych sidemenów, z pewnością doskonale przygotowanych do "jamowania". Zresztą ten klimat potwierdza zdjęcie z wkładki do CD, na którym widzimy czterech uśmiechniętych "profesjonalnych muzyków", którzy sprzedają słuchaczom pozytywny MESYDŻ. Ja może nie jestem jakoś przywiązany do etosu indie, ale zupełnie nie dziwi mnie zdegustowanie paru ziomków z tego kręgu - zwłaszcza w kontekście późniejszego o tydzień występu Ariela w Hybrydach, gdzie w asyście Elbrechta, Gilmore'a i reszty wykonali oni repertuar wcale nie łatwiejszy, być może nawet bardziej karkołomny od Hiatusa, ale zrobili to z luzem, dystansem i drwiną danymi tylko największym bossom. A zatem "if you enjoy attending the Annual High School 'Battle of the Bands,' by all means, pick up this album" - w wolnym tłumaczeniu: gdybym chciał posłuchać sobie funkowego jamu, to poszedłbym w tygodniu do PIĄTEK za PIĄTAKA.
Sam album to inny format, ale też wcale nie rozwiewa wątpliwości, co by się dalej poczepiać. Bo pod "dżobowiczowską", Mam-Talent-owo-X-Factorowo-Must-Be-the-Musicową otoczką kryją się znerwicowane metrycznie, rozedrgane pasaże instrumentalno-wokalne... bez puenty. Parafrazując Wojewódzkiego: drogie Hiatusy, jesteście dla mnie takim Jimim Hendrixem tonacji - podpalacie ją, demolujecie, ale to nadal jest ta sama tonacja. Tyle hałasu o nic, bo wielopiętrowego dłubania, epickiego "rzeźbienia w gównie" nie wieńczą tu żadne objawienia, kulminacje, orgazmy harmoniczne. Jednak z perspektywy miesięcy pilnego przysłuchiwania się (to rodzaj "muzy" której słuchałbym dużo i namiętnie) dostrzegam głębszy sens tej metody. Choose Your Weapon, które raz "w afekcie" określiłem jako "Trout Mask Replica neo-soulu" (i tej metafory bym nie cofał), to w stylistyce prog-sophisti-jazz-popowej najbardziej pogmatwana płyta wydana w 2015 i chyba właśnie podążanie za tą gmatwaniną stanowi tu główną atrakcję. po prostu są w życiu takie sytuacje kiedy bardziej od schwytania króliczka kręci nas jego gonienie. I tak trochę miałem z CYW - i było to całkiem uzależniające.
(2015)
"By Fire"
Chyba namierzyłem pierwsze poważne przeoczenie muzyczne z 2014. Wprawdzie zespół znałem, bo znajomi zachwycali się koncertem i linkowali fragmenty LP z 2013. Ale kiedy pod koniec grudnia redaktorzy Skowyra i Marczuk z Porcys polecali ubiegłoroczną, 3-utworową epkę, to akurat słuchałem dziesięciu rzeczy jednocześnie, więc musiałem odłożyć to na później. Teraz wreszcie wróciłem do tematu, zapuściłem i... "troszkę mnie zgięło". Jeszcze progresywny pop nie zginął, póki takie zespoły żyją. Coś jak melanż późnego J*Davey z wczesnym Reel People. Pozostałe 2 wałki też zacne, ale tytułowy opener to naprawdę "afera, matactwo, oszustwo" (Jacek Jońca) w obrębie chwytliwej piosenkowości. Słucham już z siódmy raz pod rząd i nie mogę się nasycić.
(2015)
"Dobra, panowie... Co jest na obiadek?". "G... jakieś!". To zaczniemy se od Geese. "Jak to od Geese? Od Geese, od gitary...". Choć właściwie to o nich napisał Jacek, ale gdy zastanowić się, czyj to był rok w muzyce i do kogo należał? No jak to... Z perspektywy środowiska "indie" chyba do... Boredoms. Nazwa kultowej japońskiej formacji padała bowiem często przy okazji omawiania dwóch spośród szczególnie hajpowanych albumów z 2025. Spójrzmy więc na okładkę Getting Killed oraz na RIYL przy s/t Los Thuthanaka... "Boredoms happy, Boredoms sad", Boredoms jak z kuriera wycięci (wszelako dużo więcej da się odnaleźć; nie tylko Black Dice, Yume Bitsu czy "Brothersport", ale od Tomka padały też rzeczy tegoroczne – Skrillex, weed420, Rat Heart, a ja wtrącę głośniejsze fragmenty takiego projektu Crystal Sting). Mówiąc serio – to, do kogo należał ten rok, okazało się nieco zaskakujące. Kilka miesięcy temu puściłem raczej przeoczoną epkę The Smooth Sounds of Tres Leches, LHCC Mart Vol. 1 tegoż australijskiego tria, czyli (w uproszczeniu) Hiatus Kaiyote bez kompozytorki, frontwomanki i gitarzystki Naomi. Ich vaporwave'owy w posmaku, wykwintny muzak do windy zaciekawił mnie zwłaszcza na wysokości coveru mego faworyta "By Fire", który z początku ewokuje instrumental późnej Izabeli Powagi, po czym czaruje smooth-sophisti alchemią soundową mid-80s Lyle'a Maysa, by na finał otulić atmosferycznym dramenbejsem w wersji lite spod znaku jakiegoś Endemic Void. "Chwilę chwilę chwilę, jedną małą chwilę", oponowałem. "W dzisiejszych czasach vapor stanowi przywilej"? Przecież "wejporłejw UMAR, wejp jest martwy stary..."? Faktycznie już kilka sezonów temu to było pewne, że vapor nie jest w trendzie – te wszystkie japońskie znaczki i klimatyczne spowolnienia trąciły lekko myszką (taką do komputera, of course).
(Ekstrakt/Porcys, 2026)
