GREATER CALIFORNIA

 

The Little Pacific (2002)

Kalifornijski kwartet czasem przywołuje bujające w obłokach ballady Elliotta Smitha, kiedy indziej psychodeliczny folk z lat sześćdziesiątych, wreszcie ociera się o zastygłe, slo-core'owe, księżycowo-wodne pejzaże. Jednak dla mnie tajemnica siły tej półgodzinnej płytki tkwi w selekcji materiału – literalnie każda pieśń to rzecz, której nie umiem zapomnieć, namalowana sugestywnie, wyraziście, choć dość oszczędną i przejrzystą kreską. Mimo kolejnych całkiem fajnych płyt, ten skromny ansambl pozostał anonimowy. I to do nich bardzo pasuje – to wyciszenie, wycofanie, trzymanie się z dala od tłumu.
(T-Mobile Music, 2011)

Gdy na plastyce można było sobie wybrać dowolny temat rysunku, zawsze malowałem sielski krajobraz rodem z dziewiczych wiejskich terenów, jeden z tych, jakie można ujrzeć na filmach o zapomnianych osadach górskich w Hiszpanii albo coś w tym stylu. Może dlatego, że sam nigdy nie zaznałem obcowania z podobnymi rejonami. A może po prostu nic innego nie wychodziło mi najlepiej. Dość, że zawsze wzór był ten sam: kilka małych domków z dymiącymi leniwie kominami, na tle płynnych pagórków, pokrytych zielenią. Wszystko otoczone przez skromnie jaśniutkie niebo. Słońce. I tyle. Ot, taki kiczowaty pejzaż. Jednak za każdym razem kopiowałem ten schemat; sądziłem, że dążę do doskonałości i pewnego dnia pani od plastyki doceni moje starania, nagradzając je wysoką oceną. Kończyło się jednak na czwórce, a wiecie, co oznacza czwórka na plastyce. (Tak jak mój kumpel śmieje się: "Wiesz. Miałem piątki. Z wuefu, z plastyki, muzyki. Oraz z pracy techniki, oraz z zachowania".)

Dobra, a teraz koniec tych szkolnych smętów i co powiecie, że kilkanaście dni temu przechwyciłem od redaktora Zagroby (cholera, ego nam skoczyło, sami nazywamy się redaktorami) egzemplarz The Little Pacific, świeżutkiego debiutu formacji Greater California i to, co zobaczyłem na bajkowo kolorowej pierwszej stronie okładki, to był mój obrazek z podstawówki. Ech, co się dzieje, człowieniu. Mój obrazek! Jak prawdziwy. Ukradli! Mi! Mój! Projekt! Przyznam, że z lekkim rozrzewnieniem zabierałem się do słuchania. Strach trochę mnie ogarnął, lecz zaraz pocieszyłem się. Wiecie, ostatecznie mogliby naszczać na mikrofony, ale umieścili na front-cover mój malunek z szóstej klasy. Respect. Ale nie, o żadnym szczaniu mowy nie było. Dotarły do mnie dźwięki absolutnie korespondujące z wiejską idyllą, popołudniową drzemką – subtelne i ciepłe.

Jeden kanał zajmuje akustyczna gitarka, drugą bas. Egzotyczne instrumenty perkusyjne nabijają rytm, solowe wiosełko wygrywa prostą melodyjkę. Tak wyglądają pierwsze dźwięki The Little Pacific. Wokalista zaczyna śpiewać. Porównanie timbre do Elliotta Smitha jest tu oczywiste. Jego głos lekko smaga moje strapione uszy. Uspokaja. Koi. Wpierw na podstawie kolejności nazwisk we wkładce sądziłem, że to Nick Benich (podświadome skojarzenie z jego genialnym imennikiem, Drake'iem). Potem okazało się, że gość ma na nazwisko Terry Prine. Półtoraminutowa wprawka "Dwelling Good" cichutko przechodzi w "Waiting", kameralną balladę prowadzoną przez wybijającą się na plan pierwszy sekcję, organy i dzwonki. Refren jest dość prosty: "Everything / Everything / Everything / Is just fiiine". Następuje równie czarowna "Camera Smiles", przywodząca na myśl klasyczne folkowe pieśni. Rytm walczyka sprytnie kieruje kunsztowną melodią. Nagle uzmysławiam sobie: te niepozorne piosenki kryją w sobie dziwną jakość.

"She Glows", nocna perła z morskich fal, wypływa spod zmysłowego szelestu talerzy. Prine niczym poeta wymawia słowa "She smiles / She glows / She glows". Jednak "Driving The 1", centralny punkt albumu, psychodeliczna kołysanka w świetle gwiazd, przebija ją. Prine pozwala swojemu wokalowi wtopić się w mozaikową aranżację, uwypuklając narkotyczny, majaczący sens tej dziwnie spokojnej, a jednak niepokojącej muzyki. Po trzech i pół minucie następuje zupełnie naćpana koda. Rozrywkowy motyw "Everything's Starting To Happen" podrywa z tych senności, nakręcając stylowego psycho-bluesa, najbardziej energetyczny fragment płyty. Trąbka daje dźwięk. "Midnight # 5" powraca do zamglonych, melancholijnych klimatów. Ale to chyba krótkie nagranie tytułowe jest kompletnym podsumowaniem stylistycznych wycieczek zespołu. Oparte na kilkakrotnie powtórzonym temaciku, statyczne, bezbłędne.

Greater California stworzyli idealny podkład do rozleniwionych słonecznych rozmyślań, do szepcącej desperacji, do zapomnienia w rozpłyniętym świetle. Jak głosi stara prawda, czasem największe napięcie znajduje się w najmniej spodziewanych miejscach. Czwórka muzyków skorzystała z chlubnych doświadczeń powolnej psychodelii, od mistrzów kalifornijskich z końca lat sześćdziesiątych, przez lekką chorobę Syda Barretta, aż po tak często wymienianych przez nas ostatnio slo-corowców. At the very least, możecie nazwać The Little Pacific zbiorem najwrażliwszych ze znanych wam country'owych kawałków. Zawsze doskonale wyważonych i ujmujących dobrze schowanymi melodiami, których nikt pewnie nie zauważy i nie doceni, jak w ostatnim utworze bez tytułu, nie opisanym we wkładce.
(Porcys, 2002)