FOUR TET
Pause (2001)
Słuchając dziś pierwszego dla Domino (a drugiego w ogóle) wydawnictwa Kierana Hebdena jako Four Tet, łatwo zauważyć, że już wtedy miał on wyraźnie zakreśloną wizję tworzonych dźwięków. Recepta na pasjonujący miks organicznych i programowanych brzmień antycypuje tu późniejsze o dwa lata dzieło życia muzyka: na bazie rozchwianych, acz solidnie skondensowanych jazzujących bitów (tak mogłyby wyglądać perkusyjne loopy Shadowa, gdyby stawiał na synkopę i luz, a nie potęgę uderzenia i nerw) śmigają sobie beztrosko arpeggia bądź minimalistyczne repetycje wprawek całej gamy instrumentów – od miękkiej gitary, przez dzwonki, klawisze, pianinko, aż po takie przeszkadzajki przypominające ogromny, zabytkowy żyrandol z ozdobami (wiecie jaki). Czasem powstające w ten sposób sielskie, choć refleksyjne kolaże są edytowane cyfrowo (odwrócone fade-iny i tym podobne tricki). Tak jak "Mammals Vs Reptiles" ze Start Breaking My Heart przepowiadało oblicze Up In Flames, tak utwór "Parks" z Pause wydaje się wyjęty z Rounds i po dłuższej pauzie w słuchaniu obu płyt dałoby się pomylić jego pochodzenie. Praktycznie jedyną zauważalną gołym okiem wadę (bo może pod mikroskopem znalazłoby się więcej niedociągnięć) albumu stanowi zbytnia rozległość niektórych obrazków. Wygląda wszakże na to, iż kilkanaście miesięcy wystarczyło Brytyjczykowi na jej wyeliminowanie. Szkoda tylko, że ledwie na jedną płytkę.
(Porcys, 2006)
Rounds (2003)
Czerstwe określenie "jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych, do których nie powstał jeszcze film" nabiera tu adekwatności. Przykładowo "My Angels Rock Back and Forth" brzmi jak ostatnie wspomnienia umierającego staruszka, podłączonego do kroplówki i respiratora, wyświetlane na wewnętrznej stronie przymkniętych powiek, a przedstawiające urywane kadry z dzieciństwa (dokładnie wakacje we szlacheckim dworku u babci). Pogodzony zimowy pejzaż "Unspoken" nie jest tak dobry jak samo "Winter" Tori Amos, ale ma przewagę - podobnie jak reszty tego materiału, nie da się go sklasyfikować stylistycznie. Zmysłowy, czujny melanż poskręcanych jazzowych bitów, egzotycznej w posmaku instrumentacji i sporej przestrzeni między poszczególnymi elementami - to znak firmowy Kierana Hebdena. Z wyjątkiem może finałowego "Slow Jam", zdradzającego przynależność do post-rockowej braci (niemal wyjęty z "Happiness" macierzystego Fridge albo nawet i z nieznanej sesji Tortoise), materiał ten nie ma bezpośredniego precedensu. Bije z niego mądrość, którą przyjdzie nam zrozumieć (?) dopiero w jesieni życia.
(T-Mobile Music, 2011)
There Is Love In You (2010) stawiam wśród równiejszych albumów Hebdena. Ma on a swój od razu rozpoznawalny styl: przytulny vibe, unikalną paletę barw i łatwość ich naturalnego zestawiania. Trudno go z kimś pomylić, gdy lepi z próbek wokalnych tytułową mantrę w openerze. Od dawna czeka(łe)m, aż koleżka znów nagra coś w duchu Rounds. Chwilami New Energy (2017) to właśnie taki materiał – TYLE TYLKO (Szpakowski), że w jesiennym, a nie wiosennym klimacie. Szanuję Kierana eksploracje tech/house'u czy "muzyki basowej", ale zaciszna, ambientowa folktronika to dlań chyba docelowa przystań.

Quisque iaculis facilisis lacinia. Mauris euismod pellentesque tellus sit amet mollis.