DEPECHE MODE

 

Exciter (2001)

Mainstreamowym skrytożercom mówimy: nie! Kolejna banalna do znudzenia płytka omamiła statystycznego "ambitnego" słuchacza. Pomijam zagorzałych fanów (Aneta: co sądzisz o Exciter?), ale nie mogę pominąć całego tłumu obojętnych na legendę zespołu zwolenników tego krążka. Za co, pytam się? Tym, co zachwyceni są kolażem brzmień elektronicznych i akustycznych na Exciter, polecam Múm. Dla tych, których czarują "świeże" melodie pana Gore, mam coś naprawdę świeżego: Dntel. Wreszcie, zakochanym we "wrażliwym" głosie Gahana radziłbym zapoznać się z wokalem, dajmy na to, Marka Eitzela. A chcę przez to powiedzieć tylko jedno. Bez nowego Depeche Mode można się z powodzeniem obejść.

Jak to zwykle w mainstreamowym świecie bywa, promocji Exciter towarzyszyły stare śpiewki. Głównie o tym, że album jest najlepszy w dorobku formacji, że jest orzeźwiający, że jest nowym początkiem... Nie. Nic takiego. Ani jedno, ani drugie, ani trzecie. Ale muszę tu podkreślić, że nie jestem jakimś okropnym wrogiem zespołu. Skądże. Chodzi tylko i wyłącznie o muzykę. Mieli w swojej karierze lepsze i gorsze momenty. Poprzednie dziełko grupy, Ultra, było całkiem sensowne z tym swoim bristolskim transem. To i więc nawet mi się podobało. Exciter jest natomiast raczej bezsensowne. To i więc mi się nie podoba. Proste?

By nie wdawać się w opisy tego, co na Exciter pełni funkcję wypełniacza (uhhh...), zajmijmy się od razu "najlepszymi" fragmentami płytki. "Freelove". Za tło robią programowane beaty i klawisze, miały pewnie w zamyśle zachwycać różnorodnością, ale dziwnym trafem tak nie jest. Martin Gore, bądź co bądź jeden z pionierów tak zwanego electro-popu, zachowuje się tak, jakby nie wiedział, co się dzieje w elektronicznej muzyce ostatnich miesięcy (polecam choćby nazwy z pierwszego akapitu). Zatrzymał się gdzieś na roku 95, w momencie wydania Ultra był więc jeszcze całkiem na czasie. Teraz jest gorzej, piosenka na naszych oczach (uszach) zasypia i można spokojnie zasnąć razem z nią. Melodia, owszem, miła, ale takie melodie, przepraszam, nie robią na mnie wrażenia.

Ale "Freelove" jest i tak jednym z najjaśniejszych punktów albumu. I w sumie mi nie przeszkadza. Przeszkadza mi natomiast taki "Dream On", który zaczyna całość. Jeśli to ma być jakiś majstersztyk w kombinacji gitary akustycznej z ambientową przestrzenią i natchnionym głosem, to ja wysiadam. Widzicie, ta piosenka denerwuje swoją nieporadnością, prostotą i brakiem jakiegoś, no nie wiem. Gustu? Chyba o to właśnie chodzi. Cierpi też sama kompozycja, skoro mamy powtarzany w kółko ten sam temacik, aż naciśniemy z mdłości "skip". Co jeszcze mi przeszkadza? Te wszystkie "hity", radiowe i telewizyjne. A więc "Sweetest Condition", "Dead Of Night", "I Feel Loved". Żałosna jest też ta kołysanka na koniec, "Goodnight Lovers" zdaje się.

A co mi nie przeszkadza? Fajnie jest głównie wtedy, gdy kolesie usuwają się nieco na bok, nie próbują "rockować" (heh, aczkolwiek zaznaczam, że lubię Songs). Czyli weźmy na przykład "Shine": mamy klimacik, jest melodyjka, która aż tak bardzo nie irytuje, jest jakiś pasażyk gitarki. Jest ok. Pod koniec dają troszkę ostrzej, ale można to wytrzymać. Przypadło mi również do gustu "Comatose". Zobaczmy to: harmonie, jak na Gore'a, są eksperymentalne! Przez to inaczej się tego słucha. Gahan nawiązuje swoim śpiewem do Depeche z lat osiemdziesiątych. Interesujące są też komplikacje brzmieniowe, na tej płytce to rarytas. Tak, tak, to dobry utwór jest po prostu.

Ok, dosyć. Generalnie trzeba przecież walczyć ze snem. Chyba, że zarzucą motyw działający na nerwy, to wtedy w pół-drzemce przeskakujemy na następny numer. I tak do samego końca. A na końcu było ciemno, nie było nikogo. Kiedy się obudziłem, pomyślałem, że mam dużo fajnych płytek, o tam, na półce. Naprawdę.
(Porcys, 2002)