AFGHAN WHIGS
Nazwijmy to po imieniu: na Up in It (1990) generalnie gra i trąbi Hüsker Dü tribute band. Bluesowy korzeń tych sławetnych ucinanych riffów wyhodowano po linii classic-rockowej (think Led Zep). Nasienia charakterystycznego, zbolałego, pękniętego liryzmu szukajcie w "I Know Your Little Secret". Congregation (1992) to typowy album przejściowy: zalążki własnego stylu, coraz wyraźniejsze eksplorowanie czarnych wpływów, coraz częstsze romanse z nastrojem ("Conjure Me", "Milez Is Ded"). Na Gentlemen (1993) ostatecznie nauczyli się cieniować akcenty i dynamikę, umiejętnie ważąc proporcje + co za okładka! ("Gentlemen", "Debonair", "Fountain and Fairfax", "My Curse"). Black Love (1996): "Dulli jest niewystarczająco dobrym melodykiem", buahaha, jasne – zwłaszcza w refrenie "Double Day"... Jak coś za trudne i dziwne, to "niewystarczająco dobre", wiadomo. Idź pan "do lekarza od uszu" albo słuchać kantry ("My Enemy", "Honky's Ladder", "Faded"). Do to the Beast (2014) = "Ta płyta została uznana niesłusznie.... Sędzia powinien odgwizdać RZUT ROŻNY" ("It Kills", "I Am Fire").
Nieco mocniejszym wpierdolem operują Ci weterani na How Do You Burn? (2022) i raz ewidentnie trafiają w tarczę – mowa o nastrojowym, podlanym przejmującymi smykami "The Getaway". Taki mój choice cut, a la Xgau.
(Ekstrakt / Porcys, 2022)
1965 (1998)
"Kiedy nagrywam wokale, nie przywiązuję specjalnej uwagi do czystości – pochłania mnie głównie sfera interpretacyjna" (cytuję z pamięci) – tak po wydaniu 1965 opowiadał w jednym z wywiadów Greg Dulli. W mojej opinii początkujący wokaliści nie powinni zbytnio brać sobie tego wyznania do serca – bo żeby bagatelizować intonację, trzeba dysponować charyzmą ogromnych rozmiarów, a to dar boży dostępny nielicznym. Dulli zbudował całą karierę na sposobie wykańczania fraz, wymawiania sylab, przeciągania wyrazów. Jego zawodzący, rasowo ochrypły timbre wydaje się niezastąpiony w konwencji uprawianej przez Afghan Whigs. Dajcie te kawałki do wykonu absolwentom Bednarskiej i stracą połowę doniosłości. Co nie znaczy, że odbieram im atrybuty kompozycyjno-aranżacyjne. Na 1965 panowie podsumowują całą zacną dyskografię zespołu. Ich charakterystycznie urywane riffy nigdy nie kipiały taką dramaturgią jak w "Somethin' Hot", "Uptown Again" czy "John the Baptist", a korzenny sznyt soulowy zyskuje rzeczywisty wymiar w zwięzłych partiach dęciaków i gospelowych żeńskich chórach. Zaś na górze tych szaleństw stoi Greg i przyprawia o dreszcze rzucanymi od niechcenia teatralnymi scenkami. Greg: "Across the town, a young girl plays guitar..."*; brzdąkanie gitary; głos dziewczyny: "do you remember me?"; Greg: "...she sings to a lover she worships from afar". Zrozumiawszy, że formuła została wyczerpana, Greg rozwiązał tę kapelę i założył nową, w której zredukował pierwiastek rockowy, uwypuklił pianino, powitał trip-hopowe bity, złagodził ekspresję, a następnie wykonał potrójne salto w postaci debiutanckiego krążka Twilight Singers.
(T-Mobile Music, 2012)
*Wyszło szydło z worka, że to adaptacja melodii "Between the eyes of love I call your name" z "On the Beach" w innej harmonizacji… Sytuacja analogiczna do Duran Duran u Edyty Bartosiewicz.
* * *
10 spostrzeżeń po wczorajszym koncercie Afghan Whigs w Basenie:
1. jak ktoś słusznie zauważył na wallu zespołu - lepiej żeby wykonali w całości "1965" z dęciakami i chórkami, niż męczyli ten obecny set...
2. ...natomiast jeśli gościu wiele razy udowodnił, że potrafi pisać utwory *wykwintne*, to wybaczam mu granie przez 10 minut nudnego bluesa na półtora akordu, bo zakładam, że ma taki kaprys i ma do tego prawo
3. kapitalny dobór coverów/cytatów na czele z Beatlesami, Police, Bobbym Womackiem...
4. charyzma i bossostwo Grega, który np. zupełnie zlał to, że w pewnym kluczowym dramaturgicznie momencie zaczepił statyw kablem od mikrofonu - myślami był wtedy gdzie indziej, *wykonywał rokendrola*
5. absurdalna niepotrzebność wielkiego bębna dwukrotnie wnoszonego na scenę - Dulli trzepnął go parę razy, po czym bęben wynoszono
6. bohater drugiego planu czyli kuriozalnie przeżywający każdą chwilę show, znający na pamięć każdy wers i tańczący jak w transie młody dźwiękowiec z rudą bródką - archetypiczny koleś który "z wyglądu" nigdy nigdzie nie pracował (ewentualnie w "wypożyczalni kaset VHS"), a życie spędził na jedzeniu pizzy i piciu browarów przed kompem - co ciekawe pod koniec gigu dostąpił nawet zaszczytu wsparcia zespołu na gitarce w jednym numerze
7. zejście Grega do publiczności - ponoć jego standardowy trick, a jednak wciąż o ogromnej sile rażenia, szczególnie w Basenowej scenerii z tymi bocznymi schodkami
8. jeden tylko ("Teenage Wristband") fragment z repertuaru Twilight Singers - a w sumie przydałby się osobny mini-set w secie
9. na oko średnia wieku pod 50-kę, czułem się młodo...
10. na koniec taka anegdotka: kiedy dekadę temu w Wawie występowali Twilight Singers, graliśmy tego samego dnia koncert TCIOF na drugim końcu Polski. i oto proszę, wczoraj cała nasza czwórka spotkała się w Basenie. przypadek? nie sądzę.
(2015)
Z okazji dwudziestolecia albumu Twilight as Played by The Twilight Singers zebrałem ulubione nagrania Grega w plejkę (na Spoti brakuje Powder Burns).
Prywatne top 10:
1. Verti-Marte
2. Citi Soleil
3. Railroad Lullaby
4. Uptown Again
5. King Only
6. Double Day
7. Love
8. Something Hot
9. Martin Eden
10. Gentlemen
(2020)

Quisque iaculis facilisis lacinia. Mauris euismod pellentesque tellus sit amet mollis.