Wspomnienia z minionej dekady: 2002-2003

 

Skrótowo o tym, jak zapamiętałem lata dwutysięczne w muzyce, rok po roku. Dziś – 2002 i 2003.

2002

Rok 2002 był dla mnie czymś w rodzaju "2001 bis". Chodziło o utrzymanie tego samego, właściwego w moim przekonaniu, kursu. Jeszcze więcej kupionych, przegranych i przesłuchanych płyt, jeszcze więcej opublikowanych recenzji i artykułów, jeszcze więcej prób z zespołem (który wiosną został przechrzczony z Sulk na The Car Is On Fire)... I nadal towarzyszyła tym wydarzeniom ogromna ekscytacja. Zastanawiam się, czy poza tym konsekwentnym poszerzaniem horyzontów i pogłębianiem wszechstronnej kreatywnej działalności zdarzyło się dla mnie w 2002 coś charakterystycznego, przełomowego. I chyba już wiem! To właśnie wtedy, przy okazji piłkarskich Mistrzostw Świata w Korei i Japonii zrozumiałem, że z dwóch moich wielkich pasji jedna właśnie wzięła wyraźnie górę. Do tej pory imprezy tej rangi traktowałem uroczyście i z należytą atencją – oglądałem wszystkie mecze i godzinami je potem analizowałem z "Przeglądem Sportowym" w ręku. Ale w wakacje 2002 coś we mnie pękło. Po tym, jak kadra Engela w żenującym stylu odpadła z turnieju, na mecze zerkałem już tylko wyrywkowo. Wolałem spędzać całe dni na wnikaniu w zawartość kolejnych wspaniałych płyt z żelaznego kanonu indie, nowej fali i punka. Pamiętam na przykład, że zrezygnowałem ze spotkania fazy pucharowej Irlandia-Hiszpania, żeby dać szansę "In the Aeroplane Over the Sea" Neutral Milk Hotel. Podczas gdy Jeff Mangum wydzierał się niemiłosiernie z głośników, w Suwon doszło do mrożącej krew w żyłach końcówki i rzutów karnych. Niestety zupełnie mnie to nie obchodziło. Bo w 2002 po raz pierwszy od piłki zdecydowanie wolałem płyty. Także nowości – rockowe (Trail of Dead, Pretty Girls Make Graves, Wilco, Interpol, Hot Hot Heat), elektroniczne (Keith Fullerton Whitman, Farben, Boards of Canada, Murcof, Akufen) i spoza ewidentnych szufladek (Max Tundra, Shalabi Effect, Books, Spring Heel Jack).

Z kolei w Polsce wydarzeniem było nadejście Cool Kids of Death. Muzycznie, łódzka formacja zbudowała efektowny (i sprawiający wrażenie naturalnego) pomost pomiędzy tradycją krajowego zaangażowanego punka, a nieoczywistą, odległą odpowiedzią na zachodni garażowo-nowofalowy ("new rock revolution") boom. Jeszcze ważniejsze od dźwięków były teksty i prowokacyjny wizerunek. Kto wie, czy to nie CKOD jako pierwsi przeszczepili na rodzimy grunt specyficzny typ internetowej ironii, polegającej na wypowiedzi przesiąkniętej cynizmem do cna – dziś praktycznie wszechobecny wśród alternatywnej młodzieży. Słowa ich piosenek kpiły same z siebie, komunikaty funkcjonowały na kilku poziomach, w mediach chłopcy igrali z konwencją, puszczając w obieg zakrojony na szeroką skalę relatywizm gestów i haseł. Oczywiście dość szybko ten patent – włącznie z całym szeregiem rytuałów środowiska skupionego wokół niesławnego forum grupy – wyczerpał się i stracił aktualność. Walka z systemem – choćby i z przymrużeniem oka – zawsze szybko się wypala. Ale przez moment ów ferment zjednoczył ludzi młodych, poszukujących, potrzebujących realnego kontaktu i dialogu z zachodnią popkulturą, a jednocześnie mocno zakorzenionych w lokalnym piekiełku. I w znacznym stopniu antycypował tempo oraz charakter ewolucji polskiej sceny niezależnej. Warto też odnotować fenomen oficyny Sissy prowadzonej przez Pawła Jóźwickiego – w ciągu dwóch lat udało się temu labelowi opublikować płyty Ścianki, Lenny Valentino, CKOD i kilku innych istotnych wykonawców z pogranicza podziemia i mainstreamu. Dorobek godny podziwu.

2003

Tu nie mam wątpliwości – w roku 2003 najważniejsze było dla mnie to, że entuzjastycznie otworzyłem się na komercyjny pop, r&b i hip-hop. Ba, potrafię nawet wskazać symboliczną cezurę, sygnalizującą przełom. Pitchforkmedia – serwis, którego systematykę traktowałem wówczas bardzo serio – zwiastował nadejście ery popu (pozbawionej jakichkolwiek sztucznych ograniczeń i uprzedzeń wynikających z aspektów poza-artystycznych) w manifeście (pióra założyciela i wtedy redaktora naczelnego, Ryana Schreibera) inaugurującym rubrykę "We Are the World". Dla wielu wiernych czytelników był to niewątpliwie szok – przecież jeszcze w poprzednim roku "Fever" Kylie Minogue doczekało się tam recenzji w paśmie... primaaprilisowym. O co tu chodzi – zastanawiali się. Smaczku dodawał fakt, że na tym etapie istnienia chicagowski serwis zarabiał jeszcze grosze – głównie z lipnych reklam małych indie-labeli. Trudno więc było podejrzewać Schreibera o sellout – chodziło tylko o wpuszczenie świeżości w zatęchłe, duszne i do bólu przewidywalne środowisko fanów indie-rocka. Do dziś mam przed oczami profetyczną narrację Ryana: "Jest lato. I czego słuchamy? Nie Belle and Sebastian! Dziś jedynym możliwym soundtrackiem są Jay-Z, Pharrell, Lil' Kim, Busta Rhymes, Mariah Carey, Mary J Blige i Method Man". Do nagłej zmiany optyki przyczynił się w znacznym stopniu ówczesny wysyp eksperymentujących producentów – w rodzaju Neptunes, Timbalanda, Just Blaze'a czy Kanye Westa – którzy zasypali listy przebojów kawałkami tak chwytliwymi, co innowacyjnymi. Mnie osobiście to podejście bardzo odpowiadało. Przedstawiony przez Schreibera pomocniczy zestaw "najlepszych i/lub najbardziej nowatorskich kawałków z ostatnich trzech lat" – między innymi "Get Ur Freak On" Missy, "Ignition (Remix)" R. Kelly, "B.O.B." Outkastu, "Without Me" Eminema i "Cry Me A River" Justina – nakreślił ramy, w których dość szybko zacząłem się poruszać całkiem swobodnie. Jednocześnie rozpocząłem świadomy proces retrospektywy i rehabilitacji dziesiątek, setek popowych hitów sprzed lat, które przeleciały mi przez palce tylko dlatego, że dyskryminowałem je ze względu na styl i brzmienie. To była rewolucja myślowa porównywalna z odkryciem nowego kontynentu – nastąpił gruntowny retusz muzycznej mapy, którą posługiwałem się na co dzień.

Oczywiście po latach wyraźnie widać w tym wszystkim pewien szwindel i ułomność. Po pierwsze, idee które Schreiber sprzedał indie-czytelnikom wcale nie były prekursorskie – stanowiły raczej zinterpretowany po swojemu światopogląd z powodzeniem obowiązujący już na forum I Love Music (z postaciami w rodzaju poptymisty Toma Ewinga na czele). Po drugie, mimo znacznej postępowości wizja przesiąknięta była jednak rockizmem – pop miał prawo być ciekawy, ale tylko poprzez analogię do fakturowych wybryków krautrocka i progresywnej elektroniki, a nie "sam w sobie". Na to odarcie popu, r&b i hip-hopu z kontekstu przyszło nam jeszcze poczekać kilka lat. Tym niemniej wpływ sławetnego wstępu do działu "We Are the World" na takich gagatków jak ja był przeogromny. Nigdy nie zapomnę jak któregoś wrześniowego popołudnia zobaczyłem w telewizji teledysk do "Hey Ya!". Zostałem zmiażdżony, zdruzgotany i oszołomiony. Choć bardzo możliwe, że rok wcześniej przełączyłbym kanał, nie dając szansy piosence. A takich objawień było więcej – "Just the Way You Are" Milky (słyszałem fragmencik w 2002 – spodobała mi się melodia, ale nie miałem zamiaru słuchać dance'u, więc zniesmaczony estetyką – zignorowałem ją), "Crazy In Love" Beyonce, "Rock Your Body" Justina, "Move Your Feet" Junior Senior... Świeże fascynacje przeniknęły też do listy moich ulubionych płyt roku. Hip-hop, do tej pory pełniący dla mnie rolę intrygującego dodatku (chociażby "Blazing Arrow" Blackalicious w 2002 roku), wystawił teraz solidną reprezentację (King Geedorah i Viktor Vaughn, Jay-Z, Missy, Majesticons, Brother Ali i antycypujący, jak sądziłem, przyszłość gatunku – fenomenalny debiutant Dizzee Rascal). Skłonność do tanecznych rytmów znalazła też odzwierciedlenie w moim uwielbieniu dla nurtu zwanego dance-punk (Rapture, !!!, Panthers). W tym szaleństwie nie zapominałem wszakże o wierności wobec indie-rocka (Microphones, Je Suis France, Broken Social Scene) i o swoim nadal ukochanym zespole Radiohead, którego album "Hail to the Thief" był moim numerem jeden. Ponadto skończyłem 20 lat – a to doznanie iście traumatyczne. Niby urodziny jak co roku, ale wiek już rozpoczynający się od dwójki, a nie jedynki. To bolało i zapowiadało nieuchronny koniec nastoletniości, żartów i swawoli.
(Era Music Garden, 2011)