WOMEN

 

Women (2008, indie rock) 6.7

Pewien amerykański serwis stara się wciąż za wszelką cenę wypromować nowe młode kapele. Ci Kanadyjczycy wyjątkowo, jak na hajpy PFM, mają odpowiednie proporcje między bezczelnością i niechlujnością, a talentem.

Public Strain (2010, indie rock) !6.8

Kto wie, jakie elementy szczególnie lubię w piosenkach, tego nie zdziwi, że uważam rytmiczne konstrukcje skromnych chłopaków z Calgary za rewitalizujące oblicze tamtejszej sceny post-gitarowej. Fragmenty ambientowe trochę zamulają i martwi mnie, że chłopaki kurczowo ściskają ten kameralno-gitarowy styl smęcenia a la Grizzly Bear (ach te karykaturalnie cicho zmiksowane wokale), ale dopóki kombinują z frazowaniem i metrum, to nie narzekam. Bo potem wchodzi takie "Locust Valley" i przejrzyste arpeggia gitary bronią się "same przez się".

***

Festiwalowe święto rozpoczęło się dla nas od skromnego koncerciku tej miłej młodej kapelki, która jeszcze może nie jest równie dobra, co polskie Kobiety (zespół, w sensie), ale ma na to zadatki. Chłopcy grali materiał ze swojego pysznie pokombinowanego zeszłorocznego debiuciku. Byli nieco wystraszeni w "uroczy", "słodki" ("cute") sposób, o ile mogę sobie pozwolić na takie spostrzeżenia, nie ryzykując zarzutów o gejostwo. Ich podziały rytmiczne są totalnie pojebane, więc perkman wyglądał na niezwykle skoncentrowanego, a wieślarz po prawej ręce widza liczył ciągle takty, żeby się zwyczajnie na tak renomowanej arenie nie pomylić (inna sprawa, że był nieco przyćpany). Ale pewien spokój, opanowanie i łagodna ekspresja zgrabnie równoważyły te matematyczne harce. Doskonały aperitif przed resztą Primavery.
(Porcys, 2009)