VELVET UNDERGROUND

 

The Velvet Underground & Nico (1967)

Lubię o tej płytce myśleć w kategoriach przemyślanego, uważnego spotkania samych wybitnych indywidualności, a nie jakiegoś nieokrzesanego wytrysku nihlistycznej surowizny. Oczywiście pogłoski o wątłej kontrybucji Reeda w artystyczną jakość debiutu i sofomora to zwykłe brednie, ale ostateczne rozłożyłbym tu zasługi w miarę równo, co potwierdza porównanie rozmemłanych, lo-fi folkowych demówek z finalnymi, studyjnymi wersjami. Rola Cale'a jako awangardowego aranżera i wizjonera soundu bywa słusznie mitologizowana, ale poza tym nie wyobrażam sobie tego materiału bez riffów Sterlinga, pretensjonalnie wyniosłego, "teutońskiego" śpiewu Nico i niepodrabialnego prymitywizmu w bębnieniu Moe. A nawet niejasny podział producenckich kredytów Warhola i Toma Wilsona zdaje się wnosić jakąś wartość dodaną do mistyki całości.

Dotyku Warhola bym nie lekceważył – jego duch chcąc nie chcąc unosi się nad każdym dźwiękiem i słowem. Pamiętajmy bowiem, że tracklista to na dobrą sprawę odwzorowanie ówczesnego setu live VU z 1966, a przecież były to występy w ramach odjechanych eventów z pogranicza filmu, tańca i popartu, nadzorowanych przez wiadomo kogo. Swoją drogą może gdyby skupiony na promocji Mothers of Invention label Verve nie zwlekał prawie rok z wydaniem, to (nie)sławne wyniki sprzedaży przedstawiałyby się nieco inaczej. Zaś wracając do wkładu Reeda... Cóż, jego brutalne anegdoty mentalnego samookaleczenia dają schronienie, pocieszenie, odkupienie i wybawienie wszystkim "mieszczuchom wyklętym" – tak 50 lat temu, jak i dziś. Jeśli tyle dla was znaczy... Jeśli tyle dla was znaczy, ludzie... Takie zaangażowanie społeczne jak Reeda... Gdzie postawił swoją rodzinę, swoje życie prywatne, biznes, wszystko inne... I dla was tylko znaczyło to pierdolone trzydzieści czy czterdzieści tysięcy egzemplarzy... To was powinno się...
(2017)

White Light / White Heat (1968)

Pewien czytelnik napisał do mnie niedawno miły list, w którym między innymi zapytał o artykuł niejako obiecany, zapowiedziany w tekście dotyczącym felietonu Stefana Kisielewskiego (link - http://www.t-mobile-music.pl/opinie/felietony/sama-tresc-tyle-w-temacie,15140.html ), czyli odcinek niniejszego cyklu zadedykowany drugiemu longplayowi The Velvet Underground. Swoją niecierpliwość umotywował w sposób następujący: "zgadzam się, że jest to ważna i wybitna płyta, ale przyznam, że ciekawi mnie za co konkretnie pan ją lubi" i "bardzo prosiłbym o kilka słów na ten temat, jakieś pana małe, prywatne uzasadnienie wielkości tej (niewątpliwie wielkiej) płyty". Wychodząc naprzeciw sympatycznej dociekliwości czytelnika, postanowiłem więc zmobilizować się i zrealizować ten pomysł, który istotnie chodził za mną już od dawna. I od razu, na wstępie, odpowiadając wprost na powyższe zapytanie, sięgnę do jednej z najmocniejszych okołomuzycznych anegdot, jakie pamiętam.

Były wakacje 2009 roku. Na jednej z hałaśliwych tanecznych imprez opowiadałem mojej obecnie już narzeczonej o korzeniach muzyki niezależnej – oczywiście z VU w centralnej roli. Doszedłem do "White Light...", zapauzowałem na moment tok narracji i starając się zachować na twarzy tajemniczy uśmiech wycedziłem tylko: "spytaj jego, na czym polega wyjątkowość tej płyty – on to na pewno wytłumaczy lepiej niż ja". Po czym szturchnąłem stojącego obok kumpla i zagadnąłem go znienacka: "objaśnij jej w skrócie o co chodzi z 'White Light / White Heat'". Ten, zaskoczony, zasępił się na kilka sekund, po czym wypalił zwięźle, a dosadnie: "to jest jak... jak huśtawka bez siodełka". I tyle. Cytowana fraza dźwięczy mi w uszach do dziś. Cokolwiek dokładnie miał kolega na myśli – o co zresztą nigdy przez te lata nie dopytywałem szczegółowo – niewątpliwie udało mu się wycisnąć samo sedno z ulotnego ducha tej przygniatającej swoją intensywnością muzyki, o której jednak trudno się mówi, trudno się pisze. Tej metafory chyba już nikt nie przebije. Bo potęga "White Light / White Heat" rodzi się gdzieś na przecięciu nieskrępowanej frajdy i mrożącego krew w żyłach niebezpieczeństwa, opętanej fascynacji i chorej desperacji, gdzieś między ekstremalnym podnieceniem i skrajnym przerażeniem. Niczym "huśtawka bez siodełka", owszem.

Jeśli ktoś interesuje się historią muzycznego nomen omen undergroundu, to pewnie zna na pamięć okoliczności powstania albumu, ale z uwagi na początkujących w temacie warto je dla porządku przywołać. Po wiekopomnym debiucie z bananem na okładce chłodna niemiecka piękność Nico zaczęła karierę solową, a grupa rozstała się też z pop-artowym szalbierzem-geniuszem Andym Warholem, który na odchodne zostawił jej czarną okładkę następnej płyty. Producent (czarnoskóry hipster Tom Wilson – już z opisu postać dość osobliwa, prawda?) pozostał wprawdzie ten sam, ale "White Light..." zabrzmiała inaczej od poprzedniczki. Znacznie ostrzej, bardziej szorstko i jazgotliwie. O ile na "...& Nico" zdarzały się momenty łagodne i liryczne, to "White Light..." w gruncie rzeczy jest jednym wielkim manifestem anty-estetyzmu, choć paradoksalnie doprowadzonym do swoistej, wymuskanej formuły, która definiuje osobną estetykę. Co gorsza przekorny Lou Reed, jak to zwykle z artystami bywa, zarzekał się, że studyjna wersja tego materiału nijak nie oddaje intensywności i szaleństwa ówczesnych koncertów grupy – i na dowód polecał sprawdzić odpowiednie bootlegi.

Ale ten akurat aspekt "White Light..." zawsze był dyskusyjny – dla jednych owa surowość zdawała się niesłuchalna, zaś dla innych stanowiła właśnie o jakości dzieła. Warto pamiętać, że wspomniany zakręt stylistyczny wiernie oddawał emocje członków zespołu w tym okresie – odzwierciedlał nie tylko wyczerpujący, pełen ekscesów i solidnie napędzany ciężkimi używkami styl życia, ale i portretował rosnące napięcie między liderami Reedem i Johnem Cale'em (sporom o artystyczny kierunek formacji nie było końca). Sumując te cokolwiek drastyczne okoliczności nie ma się co dziwić dość odpychającemu klimatowi, jaki dominuje na albumie. I chociaż słusznie rozpatruje się go w kategoriach splunięcia w twarz tandetnej naiwności słonecznego folk-rocka hippisowskich "dzieci kwiatów", chociaż słusznie uznaje się go za przejmującą relację z miejskiej deprawacji, za nihilistyczną, dekadencką, mizantropijną kronikę kryzysu wrażliwej jednostki unurzanej w morzu ohydy i sadomasochizmu, to jednak zawarty nań nieskrępowany "rzyg" emocjonalny w pierwszej kolejności wyrażał wewnętrzne, prywatne demony twórców. I chyba w tym tkwi najgłębszy sekret jego mocy.

Skoro o używkach mowa, to płyta zaczyna się od nagrania tytułowego – jednego z najintensywniejszych, najbardziej bezwarunkowo wgniatających w fotel rockowych "openerów", jakie kiedykolwiek powstały – tekstowo wyrażającego właśnie uwielbienie dla amfetaminy, w tej dźwiękowej oprawie jeszcze bardziej szokujące niż sławniejsze, wcześniejsze "Heroin". Pianino Cale'a opętańczo naśladuje partie staccatto jednego z rokendrolowych pionierów, Jerry'ego Lee Lewisa. Niesłychane rzeczy dzieją się zaraz po wybiciu drugiej minuty – muzycy porzucają piosenkowy tok narracji i oddają się niekontrolowanej, kapryśnej ekstazie, zawłaszczając chyba istotę pojęcia "free rock". Gitary Reeda i Sterlinga Morrisona grają wstrząsająco boleśnie, jakby na żywo zmagały się z bezsensem wszechrzeczy, ale zarazem odpływają w świadomie olewczym, anty-melancholijnym geście. Z logicznego punktu widzenia to zakończenie kompletnie nie ma sensu, ale ładunek emocjonalny tego fragmentu jest wprost niewyrażalny. Nie tylko przerasta ono tanie frazesy w rodzaju "wyzwolonej rockowej jazdy bez trzymanki" – również bez owijania w muzyczną bawełnę dotyka jakiegoś kolektywnego odrętwienia, rozdrapuje wspólne rany, znęca się nad bezpowrotną skazą, którą naznaczeni są narkomani. To pierwszy iście katartyczny moment albumu, a wcale nie ostatni.

Tuż za rogiem czai się intelektualne przedsięwzięcie w postaci "The Gift". Nigdy nie rozumiałem, dlaczego ten koncept nudził się niektórym słuchaczom po paru przesłuchaniach... W jednym kanale Cale swoim rdzennie walijskim akcentem czyta opowiadanie Reeda, które ten napisał na zajęcia uczęszczając jeszcze do college'u. Fani pewnie je znają, a dla tych, co nie mieli okazji, przytoczę sam morał – jeśli chcielibyście kiedyś wysłać siebie w paczce do ukochanej osoby, to uważajcie, bo ta osoba może mieć potem problemy z otwarciem paczki. Tymczasem w drugim kanale buzuje kipiący podkład z dudniącym, buczącym basem, beznamiętnie kanciastymi bębnami i bezlitośnie sprzęganą gitarą. Nigdy nie przestanie mnie ekscytować ten monumentalny w swojej monotonii, tępy, osadzony groove. Zaskakujące skłonności słuchowiskowe zespołu kontynuowane są w następnym tracku, "Lady Godiva's Operation", znowu uwypuklającym przerażający tekst, tym razem napisany pod wpływem Williama Burroughsa. To wyśmienity psychodeliczny rock wywrócony do góry nogami – z jednej strony podtrzymujący otumaniony, gęsty, twardo stąpający groove z "The Gift", a z drugiej przesycony sprofanowaną, sponiewieraną, zwulgaryzowaną aurą mistycyzmu hinduskiej ragi.

Ten z kolei pierwiastek zachodniego ujęcia wschodniej, repetycyjnej hipnozy nawiedza i koloryzuje jedyny łagodniejszy song w zestawie, ledwie dwuminutowy "Here She Comes Now", przypominający ballady śpiewane przez Nico na debiucie kapeli. Urokliwa i czarująca (choć podszyta skrytym między wierszami nerwem) atmosfera tej miniatury zostaje bezwzględnie rozcięta bestialskim, barbarzyńskim, rozszalałym atakiem w "I Heard Her Call My Name", kawałku zawierającym być może najbardziej radykalne chwile w dorobku VU. Niczym wściekły pies spuszczony z łańcucha, Reed ociera się tu z pomocą swojej gitary Gretsch Country Gentleman (i wpiętego do niej bezpośrednio przesteru Voxa) o nieprzewidywalne, roztrzęsione solówki Ornette'a Colemana. Nic dziwnego, że ktoś doszukał się nawet w tym spontanicznym potoku przesterowanych pisków pojedynczej najwybitniejszej SEKUNDY (!) w dziejach rocka (link - http://www.washingtonpost.com/entertainment/music/lou-reed-and-the-single-greatest-second-of-recorded-music-in-rock-and-roll-history/2013/10/28/835611fe-3fd8-11e3-a751-f032898f2dbc_story.html ).

Wszystkie te rewelacje bledną jednak w obliczu trwającego siedemnaście i pół minuty "tour-de-force" The Velvet Underground czyli utworu "Sister Ray". Zdarzyło mi się wiele lat temu ochrzcić go mianem jednego wielkiego "wszech-riffu" i nadal obstaję przy tej wykładni – bo śmiem twierdzić, że "Sister Ray" niejako mieści w sobie całego korzennego rocka, wszystkie jego tropy, całą rebeliancką kontrkulturowość i rasową agresję. Pamiętam, jak przed laty wokalista Clinic, zapytany dlaczego piosenki jego bandu są tak krótkie, odparł, że nie widzi sensu w zanudzaniu ludzi dłuższymi formami, ale przyznał też, że "Sister Ray" to wyjątek od reguły. "Ten numer jest wart swojej długości", przytaknął dziennikarzowi. Toczący się dostojnie niczym walec, "Sister Ray" to jakby przefiltrowane przez free jazz i minimalizm rozwinięcie pomysłu na "European Son" z debiutu – tyle, że na bazie pomnikowego lejtmotywu. A w tekście rozpusta, drag queens, dilerka... "Typowy Reed", a jakże. I byłby to najbardziej pretensjonalny utwór w annałach rocka – gdyby nie ta zwierzęca, nieokiełznana brutalność, która przesłania, marginalizuje hałaśliwą, proto-punkową masturbację, wydobywając ze zbiorowej orgii elementy rytualne, z pogranicza autentycznego transu. Jego intelektualny prymitywizm wydaje się do dziś niezrównany.

Co było potem? Wszystko już chyba powiedziano, bo VU i "White Light..." niewątpliwie stanowią świętą kartę w historii rocka. Niepodważalny jest wpływ tej muzyki na punka, na scenę no wave i na wszystkie właściwie "gitarowe odloty", ale ma też tu jedno ze swoich źródeł industrialne obrzydzenie społeczeństwem. Ponadto jako album destylujący rozmaite inspiracje nowojorską awangardą (literackie, filmowe, jazzowe) – "White Light..." był pomostem i niewyczerpanym źródłem inspiracji dla kolejnych pokoleń nowojorskich freaków. Vaclav Havel mówił, że to jego ulubiona pozycja w dyskografii VU. Ja również z dwóch arcydzieł grupy delikatnie wskazałbym na "White Light...", bo to zestaw pozbawiony zbędnych minut, paradoksalnie okiełznany na etapie selekcji, a jednak reprezentujący dziewiczy etap rocka, wciąż pozbawiony kalkulacji. To nie żaden pop art, tylko sztuka przez duże S, bezkompromisowa, "prosto z trzewi". Tu z chaosu wyłania się forma i obserwujemy ją gorącą, zanim jeszcze zastygnie. Wprawdzie skromna perkusistka Marureen Tucker zapewniała, że "White Light..." to "po prostu ich ówczesne piosenki zagrane tak, jak chcieli", ale... Nie słuchajcie jej. Jeżeli zaś potrzebujecie nieskażonej PR-em i korporacyjnym złem rockowej energii jako doświadczenia transcendentnego – wiecie gdzie jej szukać.
(T-Mobile Music, 2014)

The Velvet Underground (1969)

Not my cup of tea. Szanuję, lubię okładkę. ✂ "Candy Says", "Pale Blue Eyes", "Jesus", "The Murder Mystery"

Loaded (1970)

Niezręcznie dywagować o regularnej dyskografii "właściwego" VU, gdzie każdy odcinek kanonicznej tetralogii to osobne wydarzenie, od którego wywodzi się cała systematyka poszczególnych nurtów niezależnego rocka. Każda z tych mitycznych płyt w równym stopniu zasługuje na bycie uznaną za "tę najlepszą" czy "tę ulubioną" – kwestia dnia, indywidualnych preferencji, kto co lubi. Ale przy Loaded jakoś nie widzę pola do racjonalnej argumentacji – przekonują tylko strzępki osobistych doświadczeń, zapiski pourywanych momentów. Jest to bowiem paradoksalnie materiał spójny literacko w klimacie odrętwiałej rezygnacji, ale muzycznie nierówny, co zwłaszcza bawi w kontekście genezy tytułu ("loaded with hits" – kąśliwe nawiązanie do oczekiwań firmy Atlantic). Zostaną właśnie fragmenty – choćby bolesna mądrość pierwszych wersów "New Age" ("Can I have your autograph...?", zawsze ciarki), samobójcze nucanki w "I Found a Reason", gorzka ironia "Who Loves the Sun" (pośrednia odpowiedź do Harrisona z Abbey Road), gitarowy "sznur pereł" w introdukcji "Sweet Jane", no i niezapomniany drive "Rock & Roll", so cool it hurts. Sympatyzuję z Loaded, bo nie jest ani tak awangardowa jak debiut, ani tak desperacka jak White Light, ani tak kameralna jak s/t – jest czymś osobnym. Plus w swoim życiu spotkacie wielu zdeklarowanych "fanów VU", którzy są przekonani, że Lou śpiewa tu wszystkie leady, a Moe Tucker gra na bębnach i nigdy nie słyszeli o kimś takim jak Doug Yule. To też jest urocze i dodaje kolejny level mistycznej mgiełki.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=ytK660FVoTw (evocative moment: inne niż po pierwszym refrenie długie dźwięki gitary od 2:25, czyli po wyładowaniu solówki, a przed trzecią zwrotką, które zdają się oznajmiać tonem Galvina Parisa: "cześć / to ja / klasyka / ro-cka")
(2018)