UFFIE

 

Sex Dreams and Denim Jeans (2010, electro hop) 7.3

Koleżanka Graczyk próbując w kilka sekund nakreślić koledze fenomen Uffie rzekła niedawno "taka zajebista dupeczka, śpiewa o seksie i chłopaki się tym jarają". Otóż not anymore. Ciąża nie sprzyja byciu "zajebistą dupeczką", wokalistka roztyła się, zbrzydła i już nie kręci mnie jej wygląd. Za to w międzyczasie stała się artystką, oczywiście w swojej olewczej manierze, więc raczej anty-artystką. Podobnie jak OH, Waszka czy Galvin Paris, w pewnym sensie Uffie to post-muzyka pod ludzi zmęczonych normalną muzyką i łatwo nawiasowalny/cudzysłowowalny (taniość "zjebywania" Sex Dreams, ech), nieczęsty przypadek, gdy dopuszczam każdą ocenę. Dla kogoś to jest 0, dla kogoś 4, dla jeszcze innego 10. Luz. Tym niemniej funduję dużego browca komuś, kto powie mi co Hartley tutaj GRA. Bo odnoszę wrażenie, że przy całym zamieszaniu spowodowanym przedawnieniem (poprzez kilkuletni delay premiery) szalenie innowacyjnej idei melo-deklamacyjnego dziewczyńskiego bragga (bez którego Kesha nie ma racji bytu, ale to z kolei najtańszy argument "pro", jakby udowadniać wielkość Weezera istnieniem Get Up Kids) umknął nam wszystkim jeden, za to kluczowy fakt: nigdy wcześniej nie było takiej płyty i możliwe, że już nigdy nie będzie. Świętujmy więc chwilę, bo podniosła.

"Sex Dreams And Denim Jeans"
W kontekście dotychczasowego dorobku Uffie, ogarniającego electro-hop, acid dance i French touch, sensacyjnie wręcz wypada beztroska, skoczna, nastoletnia przyśpiewka tytułowa z jej nadchodzącego debiutanckiego LP, oparta na samplu z "Rock & Roll" (trzeci na Loaded, droga młodzieży). Mirwais bierze loop z intro tego Reedowego klasyka i zamienia go w kawał kolorowej, popkulturowej tapiserii godnej miana postmodernistycznego geniuszu w duchu quasi-stonesowskiego "Have You No Shame, Girl?" Solex. Z tym, że lekkość wokalnej interpretacji Anny-Katarzyny (linia melodyczna uroczo papuguje solową partię gitary z oryginału, w dziewczęcej manierze staccato) przypomina raczej podwiewaną sukienkę w pełnym słońcu, niż akademicki koncept w za ciasnych okularkach. Falsetowe harmonie na finał, okraszone pitch-shifterem syntezatora, budzą nieoczekiwane skojarzenia z fade-outami na Revolverze (think "Got to Get You Into My Life" czy "I Want to Tell You"). Tu też mamy fade-out i dwuipółminutowy (jak na około-60s-owy hołd przystało) szlagier pozostawia wrażenie "boskiego niedosytu". W bezpośrednim pojedynku na ironiczne adaptacje VU Hartley triumfuje nad Murphy'm z PALCEM W CIPIE (sorry, "musiałem").
(Porcys, 2010)

* * *

CO POETA MIAŁ NA MYŚLI

Uffie: "Brand New Car"

W nawiązaniu do relacji z festiwalu Primavera Sound, postanowiłem zdekodować przekaz mojej ulubionej bodaj piosenki młodej Francuzki o pseudonimie Uffie. Panna miała na Primaverze wystąpić, ale przeszkodził jej w tym tak zwany "stan błogosławiony". A zatem podczas gdy Anna-Catherine Hartley, bo tak brzmi jej prawdziwe nazwisko (zawsze chciałem użyć tej czerstwej formułki), czeka na "szczęśliwe rozwiązanie" w domowych pieleszach, przyjrzyjmy się bliżej co ma nam do powiedzenia jako autorka tekstów.

Jeden niezobowiązujący rzut oka na słowa piosenki "Brand New Car" z 2007 roku nie pozostawia żadnych wątpliwości. Oto mamy do czynienia z pewnego rodzaju "przedstawieniem się", utworem-introdukcją, powitaniem ewentualnych słuchaczy i sprzedaniem kilku podstawowych informacji o sobie. Coś w guście, nie przymierzając, "Jestem wesoły Romek, mam na przedmieściu domek" tudzież "Urodziłem się w Małkini...".

Lećmy więc po kolei. Uffie wyraźnie chce zaprezentować się jako postać skromna, nieco zagubiona w niegrzecznym świecie rozbrykanej młodzieży Paryża i stawiająca dopiero niepewne kroki w tak zwanym szołbiznesie. Wpierw z rozbrajającą szczerością przyznaje, że jak dotąd nie poznała nikogo spoza swojego miasta. Prawdopodobnie dlatego, że nie jest zbyt ładna i czuje się niekomfortowo ze swoim wyglądem. Później artystka ubolewa nad znikomą popularnością swojej muzyki – podając nawet precyzyjne dane (liczba odtworzeń raczej niezadowalająca). Następuje fragment dydaktyczny, gdzie Uffie otwarcie krytykuje sięganie po jakiekolwiek używki. Zarzeka się, ze sama nigdy nie sięgała po "wspomagacze". To chyba dobrze. Ten fragment szczególnie chcę pochwalić, bo przecież wiadomo, że narkotyki to zło. Część pierwszą kończą pretensje pod adresem instytucji znanej jako Myspace – widocznie wokalistka niespecjalnie skorzystała na tej metodzie promocji, więc wyżywa się bez powodu na założycielu tego serwisu społecznościowego, niejakim Tomie. Tu zatem żółta kartka dla Uffie.

Druga zwrotka kontynuuje nieśmiałe poczynania pierwszej. Dowiadujemy się, że nasza bohaterka jest zbyt wstydliwa, aby przyjść na imprezę, na którą ją nie zaproszono. I takie podejście się chwali, bo chyba nikt z czytelników nie chciałby na swojej imprezie zobaczyć takiego zahukanego smutasa, jakim jawi się Uffie. Po co, żeby podpierała ściany w kącie? Imprezy są po to, żeby się bawić! Na plus zaliczam wszakże otwartą deklarację abstynencji – alkohol niszczy zdrowie wielu dzieciaków i jedynie dzięki takim wersom sytuacja ma szansę się odmienić. W finale Uffie ponownie przypomina, że poza bramy rodzinnego Paryża się nigdy nie wybierała. Brawo za przywiązanie do ziemi rodzinnej i lokalny patriotyzm. Dziś, gdy tożsamość narodowa powoli staje się na Zachodzie terminem abstrakcyjnym, taka postawa musi budzić respekt.

Na koniec krótka analiza podsumowująca. Od "Brand New Car" bije przygnębienie, smutek, zniechęcenie życiem, permanentna depresja i masa, masa kompleksów. Aż żal patrzeć, więc miejmy nadzieję, że macierzyństwo doda solistce nieco otuchy i pozwoli na samoakceptację, bez której tak trudno przecież znaleźć w życiu pogodę ducha i, w dalszej kolejności, to, do czego właściwie wszyscy zmierzamy – ludzkie szczęście.
(PULP, 2009)