TWILIGHT SINGERS

 

Twilight as Played by The Twilight Singers (2000, pop/r&b/soul) 9.5

Twilight as performed by The Twilight Singers, brzmi pełny tytuł tej płyty. Warto wyjaśnić, co to w ogóle jest Twilight Singers. Ktoś mógłby określić ich mianem "zespołu". Lepiej powiedzieć, że niejaki Greg Dulli, lider ostatnio rozwiązanej grupy Afghan Whigs, zaprosił do wspólnego grania swoich przyjaciół. Przyjechali. Jest Harold Chichester, Shawn Smith, David McSherry, Steve Cobby, Barrett Martin oraz inni. Każdy wniósł coś od siebie do wielogodzinnych jamów, których efektem był stos taśm pełnych kameralnego grania. A potem producencki duet Fila Brazilia zmiksował cały ten materiał, dodając tu i ówdzie kilka dźwięków generowanych elektronicznie. To, co słyszymy na płycie, jest ostatecznym rezultatem tych wszystkich zabiegów. Co w tym wydawnictwie ujmuje, to jego zewsząd bijąca oryginalność. Wiele jest albumów przejmujących, lecz wywołujących automatyczne skojarzenia z dobrze znanymi nagraniami. Twilight daje przyjemność podwójną, gdyż legitymuje się iście unikatowym feelingiem. Te łagodne gitary i pianino nie grałyby tak magicznie, gdyby nie nałożone nań pętle rytmu. Ten naturalny kolaż brzmień żywych i syntetycznych brzmi chwilami genialnie.

Tematem numero uno jest osoba, osobowość i charyzma Grega Dulli, człowieka, dzięki któremu cała ta sesja doszła do skutku. Nie ma już Afghan Whigs, nad czym ogromnie boleję, bo rewelacyjny album 1965 dawał nadzieję na nowy rozdział w historii tego i tak już zasłużonego zespołu. Na szczęście talent i artystyczna wyobraźnia Dulliego nie tylko nie zostały zmarnowane, ale zaowocowały płytą, jakich mało. Jego głos zaprzecza wszelkim kanonom wokalistyki: nieczysta barwa o skłonności do chrypki, brak naturalnej melodyjności, częste wychodzenie poza obręb półtonu. Ale Greg opanował do perfekcji budowanie dramaturgii. Sam kiedyś przyznał, że od klarownego, szkolnego wykonywania rozpisanych partii znacznie bardziej woli "interpretowanie" piosenek, w którym może się nawet znaleźć miejsce na jakiś nieczysty, niekonwencjonalny zaśpiew, ale za to brzmi to o wiele głębiej. Dulli śpiewa ciągle tym samym "timbre", by równocześnie reprezentować sobą najprzeróżniejsze, nieraz odległe i złożone uczucia. Jak on to robi, tajemnicą pozostanie.

Rozpoczynający "The Twilite Kid" zapowiada generalny ton albumu, dzięki pulsującemu rytmowi i pogodnemu, choć refleksyjnemu nastrojowi. Ślicznie narasta ballada "That's Just How That Bird Sings", śpiewana w kolejnych fragmentach przez Dulliego, Smitha i Chichestera. Ich jednoczesne nucenie może przyprawić o mrówki na plecach! Ta sama trójka tworzy niezapomniany, orientalny nastrój w "Clyde". Śpiewają na głosy, spontanicznie, nikt nikomu nie przeszkadza, bo wszystko współgra tu idealnie. Emocje czają się już w następnym numerze, "King Only". "Play me / Save me / Either way I wanna be your baby", z niespotykaną pasją podaje refren Dulli. Melodia ta, jak multum innych na Twilight, ujmuje szlachetną prostotą, sprawiającą zaskakująco dużo czystej radości. A wzniosła pieśń "Love"? Tylko trochę pianina, zapętlonego rytmu i natchniony chórek "Love is good", ale jakże to wzrusza. Po ponad trzech minutach, "Love" przemienia się płynnie w "Annie Mae", ostrą, zadziorną, a wciąż melancholijnie gorzką spowiedź wokalisty.

"Verti-Marte" to kliniczny przypadek rodzącego się z sekundy na sekundę absolutu. Po delikatnym wprowadzeniu wkracza namacalny akustyk, perkusja i tajemnicze głosy w języku francuskim i angielskim: strzępki rozmów, zwierzeń, żartów. Wchodzi zloopowany beat i jeden z najbardziej chorych sampli falsetu w dziejach. Gdy pada raptem kilka zdań, bardziej melodeklamowanych, niż śpiewanych ("What you wanted / You know I got it / You know you need what I have"), główny motyw nie ustaje i wybrzmiewa ostatnie echo dziewczęcego głosu dochodzącego z oddali, jest to magia, nie poddająca się żadnym klasyfikacjom. Porywa wykrzyczane "Baby, I'm goin' down!" w "Last Temptation". "Railroad Lullaby" to z kolei "Forget me not, don't forget it" na tle kołyszącego, ciepłego podkładu. Instrumentalne intermezzo "East 17th" jest wstępem do mrocznej, gęstej, lejącej się pieśni "Into The Street". A na zakończenie kompozycja tytułowa, nawiązująca w swym klimacie do pierwszej piosenki na płycie, podobnie pełna nadziei ("Everything's gonna be alright"). Poleciłbym wam po raz pierwszy przesłuchać Twilight już po zapadnięciu zmroku, w środku upalnej nocy, przy otwartych na oścież oknach.
(Porcys, 2001)

Choćbyście pozostawali nieczuli na charyzmę Grega Dulliego w Afghan Whigs, to musicie przyznać, że nie istnieje na Ziemi druga taka płyta jak debiutancki longplay jego ansamblu Twilight Singers – rozpatrując ją stricte stylistycznie. Bo co tak naprawdę gra tutaj Dulli z garścią przyjaciół? Z ręką na sercu przyznam, że nie umiem zdecydować. Popem tego nie nazwę, bo chrypka Grega i jego maniera gangsterskiej melodeklamacji bez poważania dla ogólnie przyjętych reguł wokalistyki wykluczają tę opcję. Wobec braku przesterowanych gitar i żywej perkusji z alternatywnego rocka macierzystej formacji została sama ekspresja. Z pistoletem przy głowie określiłbym to chyba mianem białasowskiego noir-r&b ze sporadycznymi śladami folku ("That's Just How That Bird Sings"), hinduskiego transu ("Clyde") czy jazzu ("Railroad Lullaby"). Przy adnotacji, że jest to r&b nie-szkolne, sprzeczne z typowymi atrybutami r&b i właściwie nieświadome bycia r&b – oparte głównie na feelingu. Lecz niewątpliwa, wściekła oryginalność Twilight to aspekt, o którym prawie nie myślę, gdy tego słucham. Bo facet, który zasłynął nadmiernym użyciem słowa "baby" w tekstach (i który potrafił z tego swojego nawyku zadrwić, używając "baby" w dwóch różnych znaczeniach w refrenie "Uptown Again" z płyty 1965) po prostu jest w stanie obezwładnić mnie jedną frazą. Wykrzyczanym desperacko refrenem "King Only" ("Play me, save me, either way I wanna be your baby!") na tle lekko roztrojonych, zawodzących dęciaków. Przejmującą mantrą "Love is good" w "Love", która, co jest wręcz sensacyjnie nieprawdopodobne, nie profanuje tematu ani o milimetr. Refrenem "Forget me not, don't forget it" przy wtórze harmonijki w "Railroad Lullaby". I choć życzę powodzenia w rozkładaniu magii Twilight na czynniki pierwsze, to dla mnie jest to po prostu jedna z najbardziej wzruszających płyt dekady, na mocy bezpośredniego przekazu uczuciowego. Wspaniałe odkrycie Pawła Kostrzewy – dzięki audycji "Trójkowy Ekspres" byłem w 2000 roku na bieżąco z tym w sumie niszowym projektem. PS: A jest też tu coś, co się nazywa "Verti-Marte"... Nawet na tle tak odrębnego zjawiska, jakim jest ten album, utwór wykraczający poza jakiekolwiek ramy – totalny ewenement.
(T-Mobile Music, 2011)

Blackberry Belle (2003, pop/rock) 7.4

Startuje jak kolejne arcydzieło, ale cud się jednak nie wydarzył ✂ "Martin Eden", "Esta Noche" (w finale skrapla się nienazywalna, mglista nostalgia poprzednika - niesamowity moment), "Teenage Wristband", "Fat City (Slight Return)"

She Loves You (2003, rock) 6.0

"A Love Supreme"

Regułą charakteryzującą drogę artystyczną prawie każdego songwritera jest pojawienie się na pewnym jej etapie albumu z opracowaniami cudzych kompozycji. Self-Portrait, Pin Ups, Rock'N'Roll, Run Devil Run, Almost Blue i Kojak Variety, Music For Courage And Confindence, Kicking Against The Pricks, Studio 150, Cover Magazine, Strange Little Girls, a nawet, hell, Swing When You're Winning przychodzą do głowy po chwili zastanowienia. Oczywiście, zasada ma sens wówczas, gdy przerabiane kawałki nabierają w ujęciu interpretatorów nowego, niespodziewanego blasku, bo inkorporują oni pieśni do wnętrza swoich dusz, posiadają ich istotę, a następnie proponują światu we własnych, naznaczonych typową dla siebie wrażliwością wariantach. Czyżby wygórowane złudzenia? Cóż, dokładnie to zrobił Greg Dulli, jeden z najbardziej charyzmatycznych, wyrazistych i rozpoznawalnych-po-chwili sonwgriterów bieżącej epoki, spychając swobodnie rockowy precedens w kąt trzecim krążkiem w dorobku solowego-z-przyjaciółmi projektu Twilight Singers, She Loves You.

Inaczej, niż podpowiadałby tytuł, Dulli nie porwał się wprawdzie na redagowanie Beatlesów, aczkolwiek pod jego złote ręce trafiły dzieła także klasyczne, i dzięki niepodrabialnej bossowskiej manierze zawsze nabierają one unikatowego klimatu, przez co całość wygląda mniej lub więcej na kolejną pełnoprawną płytę Twilightów. Björkową "Hyperballad" aż ciężko odróżnić od materiału Blackberry Belle z kotłującym, gęstym podkładem i kolektywnymi zaśpiewami refrenu. "Please Stay" Marvina Gaye i legendarnym gershwinowskim standardem "Summertime" Dulli zawładnął w zupełności, znów stosując trick polegający na zachowaniu szkicu melodycznego przy kompletnym nagięciu harmonii do atmosferycznych potrzeb. A sensacyjnie, najbardziej poruszającym momentem tracklisty jest Coltrane'owski hymn do Boga. Pozornie tykanie jednego z najwybitniejszych tematów w dziejach sztuki zwanej muzyką winno się zakończyć klęską; ba: kompromitacją. Nawet Flaming Lips odrzucili "Acknowledgement" z prac nad LateNightTales, ale upór Grega się opłacił. Tu, magicznie czarując mistyczną linię basu akustycznymi akordami, jękliwą skargą wiosła i ciepłem wokalu, gość ukuł kompletnie oryginalną modlitwę, nastrojem sięgającą wyżyn Twilight.
(Porcys, 2005)

Powder Burns (2006, alt-rock) 6.7

Z kilkuletniej perspektywy niepozornie "wybitnie dobre" ✂ "There's Been an Accident", "Forty Dollars", "Dead to Rights", "Powder Burns" (wow, refren - ...)

Dynamite Steps (2011, alt-rock) 4.8

Na obecnym etapie kariery to, co stanowiło o magii Dulliego, zamienia się w autoparodię. Nie tylko ostatecznie zaprzecza Greg oryginalnej idei projektu Twilight Singers, szerokim gestem sięgając po brzydko przesterowane 90s-owe gitary, ale i nie ma nic do powiedzenia w kwestii ewentualnej reanimacji rockowej potęgi Whigs. Aż symptomatyczne, że najlepsza tu piosenka nosi tytuł "The Beginning of the End".