TODD EDWARDS

 

Prima Edizione (1999)

Jeden z niewielu albumów z kręgu szeroko pojętego house'u, które zawładnęły mną całościowo. Edwards to Białas z New Jersey, żarliwy chrześcijanin, współ-protoplasta różnych odmian garage UK i zabiegów produkcyjnych Akufena (którego "Deck the House" ma tu swoje korzenie), Maxa Tundry (podobnież jego "Mbgate") czy Daft Punk (Todd gościł w ich "Face to Face"). Fenomen jego stylu aranżacyjnego polega – mówiąc w skrócie – na wirującym kalejdoskopie króciutkich ścinków wokalnych – i jest to strategia na tyle wyrazista, że jak raz ją poznacie, to potem zidentyfikujecie numer Edwardsa po trzech sekundach. Pociąga ona też za sobą kapitalne konsekwencje w kompozycjach, owocuje zaskakującymi zmianami akordów i w ogóle nieźle "pływającą" narracją muzyczną. Na "Prima Edizione" każdy numer ma właściwie identyczną konstrukcję: zaczyna się od mocnego bitu na 4/4 z podcięciami w trzeciej i czwartej ćwiartce, potem wchodzi ekstatyczny lejtmotyw, spuentowany wreszcie żarliwym przełamaniem refrenu. I o dziwo za każdym razem ta dramaturgia się sprawdza. Ileż intrygi tkwi w wieloakcentowym głównym loopie "Steal Your Heart". Jak wybornie rozjeżdża się refren zapełniacza parkietów "Sunshine: Sunrise". Nie brakuje też bardziej dosłownej, imprezowej jazdy spod znaku disco-funk. Wielbiciele samplerki z okolic French Touch, którzy przypadkiem na to wcześniej nie trafili, muszą sięgnąć – teraz i zaraz.
(T-Mobile Music, 2012)