T.LOVE

 

Wywiad z Muńskiem Staszczykiem

 

Przez lata chodziły plotki, że ty i Benedek ze sobą nie rozmawiacie. Był jakiś realny konflikt między wami?

Wiesz, to bardziej były nieporozumienia na linii band i on. Natomiast ja byłem, że tak powiem, łącznikiem między jednym ogniwem a drugim.

Czyli mieliście kontakt?

Jasne. Przecież Janek zrobił ze mną dwie piosenki na ostatni album, I Hate Rock And Roll. I tak zastanawiałem się, że może nie będę się rozdrabniał jak Kazik, nie będę działał dwutorowo – że solo i T.Love. Ale jedną taką solówkę to chciałbym pierdolnąć. I jak myślałem z kim – to wyszło mi, że tylko z Jankiem. Bo po pierwsze nam się zawsze dobrze pracowało, a po drugie facet ma ogromny potencjał, trochę marnowany niestety. On zawsze zgłaszał chęć, a ja to odsuwałem. Aż wreszcie spotkaliśmy się, wypiliśmy winko i powiedziałem, żebyśmy zrobili probę. Wzięliśmy bębniarza, naszego technicznego Budzika. Na basie Kuba Czubak z TCIOF, który jeszcze nie jest oficjalnie w bandzie, na razie gra z nami – ale gra nam się dobrze razem. Do tego doszedł klawiszowiec i po prostu robimy numery...

Jaka to muzyka? Benedek, z tego co pamiętam, pozostawał wierny rockowej tradycji.

To jest taki surfing po moich fascynacjach. The Doors, Buzzcocks, trochę disco, jest też glam, coś w klimacie Stone Roses... Korzenna muzyka.

A teksty? Bo na I Hate Rock And Roll przedstawiałeś świat w dość ciemnych barwach. Depresyjne, schyłkowe to było.

Ja po prostu miałem taki moment w życiu. Wtedy rzeczywiście nienawidziłem tego wszystkiego. Oczywiście – nienawidziłem i kochałem jednocześnie. Tamta płyta powstawała w ciężkiej atmosferze – były tarcia, było znudzenie sobą i sceną. Perkoz, który odszedł, stał się ofiarą tych przetasowań. Dopiero gdy na jego miejsce przyszedł Janek Pęczak, nauczyliśmy się ze sobą na nowo rozmawiać i szanować się. Janek wniósł sporo pozytywnej wibracji. Dlatego myślę, że teraz moje teksty pójdą w innym kierunku. Miałem doła, już go nie mam.

Więc kiedy masz zamiar wydać tę solówkę?

Jesienią wyjdzie podwójna, wypasiona składanka największych hitów T.Love – Love, Love, Love – The Very BesT.Love. Zaś na jesień 2009 szykujemy nową płytę T.Love. A że nie chcemy żeby się te płyty ze sobą biły na rynku... Także trochę działamy jak biznesmeni, ale planujemy tamten projekt na rok 2010 (śmiech).

Ostatni raz gdy rozmawialiśmy dłużej, to było na wysokości debiutu TCIOF. Mówiłeś mi wtedy, że kibicujesz młodym zespołom i ogólnie fascynuje cię ta nowa gitarowa scena. Pamiętam, że wskazywałeś Franz Ferdinand jako swoich ulubieńców... Poczułeś wówczas świeżość płynącą z tego nurtu?

Z rockandrollem jest tak, że on nigdy nie zginie. Oczywiście egzystuje on pod różną formą. W latach siedemdziesiątych przyszło mega odświeżenie wraz z rewolucją punkową. Potem w latach osiemdziesiątych były dla rocka trochę gorsze czasy, ale też trafiały się świetne kapele – jak choćby The Smiths czy The Jesus And Mary Chain. No i lata dziewięćdziesiąte – to całe jebnięcie, któremu przewodziła Nirvana oraz scena brytyjska – Blur, Oasis, Suede. Na przełomie wieków pojawiło się coś, co łatwo było przewidzieć – powrót do estetyki gitarowej. I wiesz, pierwsze płyty tych zespołów – jak wspomnianego Franza chociażby – naprawdę mi się podobały.

A potem się rozczarowałeś?

Trochę tak, bo wszystkie te kapele dopadł syndrom drugiego albumu. Czy potrafisz wskazać jakiś band z tego całego "new rock revolution", który nagrał drugą płytę lepszą od pierwszej?

Nie bardzo...

No właśnie. Dlatego na etapie Klaxons ja się już trochę wyłączyłem i wróciłem do słuchania klasyki – Doorsów, Dylana, Who, Bowiego... I wiesz, to nie chodzi o to, że ja jestem stary pierdziel, który nic nie kuma... Po prostu nie widzę takiej załogi jak Radiohead czy Suede, która wydałaby czy byłaby w stanie wypuścić kilka zajebistych płyt. Za naprawdę ciekawą nową twarz uważam tylko Anthony & The Johnsons. Poza tym jestem nastawiony przychylnie, ale w tym nachalnym czerpaniu z przeszłości brakuje mi dobrych melodii, takich co zostaną na dłużej. A powiedz mi, w Polsce te młode zespoły doczekały się już płyt? Jak im idzie?

Muchy mają niezłą płytę.

A poza tym? Out Of Tune? Renton?

Trzymamy za nich kciuki, wydają się lada tydzień. Zobaczymy.

Do tego wszystkiego dla mnie liczy się przekaz. O czym ci młodzi goście śpiewają? Głównie po angielsku, nie?

Niekoniecznie, chociaż sporo po angielsku O imprezach, dziewczynach... Gość z Much umie nadać temu jakąś głębię...

W sumie słusznie, niech to pokolenie śpiewa o swoich problemach. W czasach gdy przebijaliśmy się z T.Love ważne były teksty, ludzie żyli tym i traktowali to bardzo serio.

Właśnie, a z punktu widzenia kulturowego, socjologicznego, marketingowego – jakie dostrzegasz różnice między tamtą sytuacją a dzisiejszą? Czym w twojej opinii różni się obecnie start nowej kapeli od startu T.Love w latach osiemdziesiątych?

Różnic jest dużo. I nie chodzi tylko o to że my zaczynaliśmy w mrocznej epoce komuny. Nie mieliśmy zbyt wielu kanałów promocyjnych, istniało mało miejsc gdzie można było puszczać muzykę. Teraz za pomocą internetu i serwisów typu MySpace grupy mogą szybko dotrzeć do odbiorcy. Ale pod jednym względem mieliśmy lepiej. Dziś ludzi przytłacza ilość wszystkiego. Ciężko to ogarnąć, nawet jeśli specjalizujesz się w jednej działce, dajmy na to r&b. Więcej kapel, mniejsza szansa zaistnienia na dłużej. Ogólnie przyglądam się temu i w sumie uważam że przeważają plusy. Wolę że nastolatki chwytają po gitary i słuchają gitar, a nie czegoś innego. Bo dla mnie to było zawsze najważniejsze.
(PULP, 2008)