TIM BUCKLEY


Happy Sad

Po dwóch raczej konwencjonalnych płytach folk-popowych Timothy miast iść za ciosem ku wielkiej karierze dla odmiany zagłębił się w egzystencjalne rozterki i zatopił w emocjonalnych żalach. Muzycznie skręcił w uliczkę, której istnienie zasygnalizował chwilę przedtem Van Morrison w spokojniejszych ustępach Astral Weeks. Przemienił bowiem swoje balladowe instynkty w luźne, melancholijne opowieści bliskie poezji. Jednak jako wychowanek jazzowej płytoteki wylądował znacznie bliżej kameralistycznego modal-bopu. Tak pomykają "Strange Feelin'" (niby zagubiony element układanki Kind of Blue na głos zamiast trąbki) oraz lekko dżezawy w klimacie, rozlazły impresjonizm "Love from Room 109...", "Dream Letter" i "Sing a Song for You". Dyskretnym swingiem buja fałszywie optymistyczne "Buzzin' Fly", według czepialskich nazbyt może podobne do wspomnianego już "Everybody's Talkin" Nilssona. A "Gypsy Woman" otwiera w dorobku Tima – na dobre i na złe – wątek gorączkowych, żywiołowych "jamów".
(2017)

Blue Afternoon

Rzadko wznawiany, krążek ów przez wiele lat stanowił tyleż obiekt westchnień kolekcjonerów, co i przedmiot sporów fanów. W zależności od punktu widzenia można go uznawać za przestój i rozczarowanie lub zgoła odmiennie – za najładniejszą płytę w dorobku Tima. Zgoda, w świetle odjazdowych, nowatorskich, progresywnych wyczynów z początku lat siedemdziesiątych, a i nawet w porównaniu do nieskrępowanych formalnie mini-suit Happy Sad, Blue Afternoon jawi się niby mało ambitną kolekcją "kawiarnianych", ciepłych dżezawych ballad (plus jeden "obligatoryjny" zespołowy jam). Łatwo przez to przeoczyć, jak uroczy i czarujący to albumik. "Happy Time", "I Must Have Been Blind", "The River" czy "Blue Melody" układają się w sznur perełek. W tym samym okresie Buckley tworzył już bezprecedensowe, free-jazz-rockowe arcydzieło Lorca, ale tu jeszcze zdążył zaakcentować, że w konkurencji popołudniowych, rozleniwionych smutków też nie miał zbyt wielu rywali.
(2017)

Lorca

Nagrany jesienią 1969 roku (ponoć w przeciągu miesiąca razem z Blue Afternoon), a wydany dopiero pół roku później Lorca (tak, hołd dla poety wielbionego przez Tima) to album podobnie jak chwilę późniejszy Starsailor relacjonujący osobistą CZELUŚĆ DUSZY, jaką nosił w sobie artysta. I też wyrażający ten BEZDENNY MROK poprzez totalną wręcz ekspozycję wokalu – instrumentu nadrzędnego, nie tylko prowadzącego narrację, ale i górującego nad resztą miksu, o dziwo wypełniającego lwią część TEKSTURY, wszechobecnego. To nie pochopna paralela – Buckley SENIOR naprawdę śpiewał wtedy, jakby "grał" na swoich strunach głosowych niczym na saksofonie. Jest jednak pewna różnica – zanim wyruszył w wewnętrzną podróż kosmiczną, SPENETROWAŁ dogłębnie ("głębiej niż wziernik") MARTWICĘ na dnie swojego JESTESTWA. To kolekcja mętna, niełatwa, pretensjonalna i demonstracyjnie rozwlekła – jej konsystencja przypomina brejowatą MAŹ, przez którą przebrnięcie wymaga wyrzeczeń. Czemuż więc się męczyć? Abstrahując, że mnie to nie męczy, a raczej WSYSA, to ustalmy może – koleżka miał kilka sympatycznych, gładko wchodzących krążków – polecam Goodbye/Hello czy Greetings from L.A. Kiedy jednak wracam do Lorki, to nie szukam relaksu i lekkostrawności. Kiedy wracam do Lorki, to chcę stanąć twarzą w twarz z tym, co może kryć się w człowieku. I tak daleko, jak sięga awagardowa akustyka ludzkiego gardła, nikt nie odsłonił przede mną demonów, rozdarcia i mętliku równie malowniczo i namacalnie.

higlight – https://www.youtube.com/watch?v=CLek6qFoVTg (evocative moment: kiedy Tim "okiełznał" trudne metrum 5/4 z miejsca dyktując warunki śpiewem od 1:35)
(2018)

Starsailor

Galaktyczny zwiad" to jeden z lejtmotywów w dekadzie 70s – wspominałem już o kosmische musik, o krautrocku oraz instrumentalnym, elektrycznym jazzie. A jednak w tym krajobrazie obecność Starsailora mocno zaskakuje, niczym Beckenbauer w składzie Niemiec na mecz filozofów. Ostro skwaszony Buckley i jego równie wcięta, wesoła kompania podeszli do zagadnienia z flanki, serwując fusion folk łatwo przechodzący w psychodeliczne free. Co więcej, mimo wspaniałych ingerencji w miks (ścieżki zatopione w otchłani pogłosów i rozlane w "trówymiarowej panoramie"), te podróże tak naprawdę odbywały się w jego głowie, a nie na gruncie nowinek technologicznych. Jak tu skomentować odloty "I Woke Up", "Monterey", tytułowego czy "Healing Festival"? Grzecznie odmawiam odpowiedzi, bo to wciąż dość szokujące, że Tim w przeciągu kilku miesięcy nagrał (przy ASYŚCIE Underwooda i Balkina) i wydał (wiosną) Lorcę, a potem (jesienią) Starsailora, mając wtedy zaledwie 23 lata.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=0L8PrFBFxRE (evocative moment: ruchome piaski mam pod nogami od 0:01)
(2018)

* * *

gdyby żył, skończyłby dziś 70 lat. nie był to może wybitny "kompozytor" według kryteriów, które przyjąłem w rankingu 100 songwriterów ever (często te numery "gołe", pozbawione malowniczego aranżu i wokalnej ekspresji pod względem czystych kwitów okazałyby się zaskakująco proste). dlatego niespecjalnie czuję pomysł coverowania pieśni Tima. ale od dobrych kilkunastu lat nie mam wątpliwości, że jeśli kiedyś będę układał zestawienie ulubionych wokalistów, to facet zgarnie miejsce pierwsze. nie tylko dlatego, że w pionierski (i "definitywny") sposób używał głosu jak instrumentu w obrębie form z wyrazistą, śpiewną linią melodyczną. również, a może przede wszystkim dlatego, że zdolny podróżować po zaświatach Tim Buckley przy mikrofonie to jeden z najmocniejszych dowodów na transcendentne właściwości muzyki rozrywkowej.

moje top 20:

1. Lorca
2. I Woke Up
3. Happy Time
4. Anonymous Proposition
5. Come Here Woman
6. Strange Feelin'
7. I Had a Talk With My Woman
8. Healing Festival
9. I Must Have Been Blind
10. Quicksand

11. Buzzin' Fly
12. Down By the Borderline
13. Song of the Magician
14. Driftin'
15. Sefronia: After Asklepiades, After Kafka
16. Blue Melody
17. Nobody Walkin'
18. Morning Glory
19. Star Sailor
20. Love From Room 109...
(2017)