Vs Screenagers


Nie ma żadnego "Dam-Funk gate" między Porc i Screen; spokój mi tu, ale już. Natomiast swoją drogą wypowiedzi redaktora Sajewicza na temat czarnej muzyki wydają mi się raczej chybione. U Riddicka chodzi o treść (najlepsze hooki tego roku), a nie formę kawałków, która jest wręcz niedopracowana (przecież te surowe motywy nie są tam zbyt starannie rozwijane). Z kolei wytykanie Sa-Ra wtórności wobec D'Angelo to trochę "leniwe dziennikarstwo". W ten sam sposób każdy rock jest dziś wtórny wobec każdego rocka, bo opiera się na gitarach i bębnach. Dla mojej babci Strokes i Nirvana też brzmiałyby podobnie; kwestia wyczulenia na niuanse. A co do zagadnienia nowatorstwa to poczekajmy parę lat. Ja intuicyjnie wyczuwam, że w 2009 roku wydarzyło się więcej rzeczy "zwiastujących" przyszłość muzyki, niż w latach ubiegłych. Czy tak w istocie będzie? POŻYJEMY, ZOBACZYMY, moi drodzy. Aczkolwiek jeśli ktoś potrafi mi wskazać płytę podobną (nie tylko soundem, ale i kompozycyjnie) do Toeachizown, to będę wdzięczny, bo mnie ta estetyka jara maksymalnie.
(2010)

Na Screenagers trwa podsumowanie dekady 00s. No, kolega trochę jednak skomplikował. I wydaje mi się, że tu nie można w ten sposób, bo po prostu państwo nie zrozumieją ZASADY. Mi się wydaje, że tak... To, co Screenagers mówią w swoich esejach to jest TAK, tylko... Po pierwsze: WSTĘPNI i ZSTĘPNI. Bo tego nie wzięliśmy pod uwagę. Eseje są wporzo, chociaż powinno być coś W PODOBIE tego, ale złamane. I wtedy to nam z metra jednostki osoby na nadpowierzchnię wychodzi bardzo ładnie. 
(2010)

Spotkałem się z opinią w duchu "no powiedzcie scyzoryki gdzieście kurwy byli" (5:05), że w esejach podsumowujących dekadę 00s Screenagers de facto wspominają to, o czym (zakładając, że jesteśmy na krajowym podwórku) Porcys relacjonował na bieżąco. I że kiedy Porcys (niewątpliwie pod silnym wpływem PFM i ILM) jarał się tymi wszystkimi rzeczami, które teraz Screenagers w ramach "nadrobienia zaległości" niby "podsumowuje" (Since I Left You, komercyjny pop, hip-hop, mashupy etc.), to Screenagers słuchali głównie rzeczy stricte gitarowych, co potwierdzałoby porównanie list płyt i singli2000-2004 na Porcys z listą płyt 2000-2004 (jeden Kuba Radkowski umieszcza tam Avalanches!) na Screenagers (co symptomatyczne, listy singli 2000-2004 na Screenagers nawet nie było, a pierwsza lista singli roku pojawiła się dopiero w 2007). 

Czy to istotnie prawda? Z "technicznego" punktu widzenia chyba tak, ale zauważmy, że nazwa "Screenagers" oznaczała wtedy (w połowie dekady) coś zupełnie innego, niż obecnie - z tamtej inkarnacji vortalu dziś ostało się na oko ledwie ze trzech autorów. Zaryzykowałbym wręcz tezę, że "Screenagers" to wspólna nazwa dla dwóch różnych serwisów - pierwszego, wyraźnie zorientowanego na indie-rocka w czasach, gdy Porcys umieszczał na listach roku wykonawców typu BlackaliciousDizzee RascalM.I.A. bądź Britney Spears i drugiego, z końca 00s, który stopniowo wchłonął ofertę mainstreamowej muzyki użytkowej/miejskiej, r&b czy masowe szlagiery parkietowe, zatrudniając writerów o znacznie szerszych horyzontach stylistycznych, niż uprzednio. Do tych ostatnich trudno więc mieć pretensje o oblicze Screenagers z okresu, w którym... jeszcze nie było ich w redakcji (a gusta "weteranów" zwyczajnie ewoluowały w stronę eklektyzmu, co osobiście cenię szczególnie). Cóż, na zmianę nazwy (pochodzącej, mind you, od piosenki zespołu Muse - dla którego w esejach podsumowujących 00s miejsca zabrakło, i słusznie) jest rzecz jasna za późno, z oczywistych względów marketingowych. 

Wniosek finalny: aktualnie funkcjonują w Polsce dwa niezwykle zbliżone do siebie programowo serwisy, które różnią się ledwo widocznymi (choć w rzeczywistości niezwykle ważnymi i dla odbiorcy raczej decydującymi) niuansami - a mianowicie większe zamiłowanie Porc do "czarnego" groove'u i harmonicznego aspektu kompozycji przy mało oficjalnym sposobie pisania (wulgaryzmy, celowa "luzackość", hermetyczność komunikacyjna) VS większe upodobanie Screen do nowej fali i ekspresji przy coraz bardziej formalnym, intelektualnym sposobie pisania, aspirującym do "poważnej" publicystyki (wszechobecne nawiązania do wielkich teoretyków muzyki popularnej ze świata, wprowadzenie teraz przypisów, unosząca się nad tekstami aura metodologicznej debaty o popkulturze). Zresztą, sami zainteresowani z obydwu obozów pewnie by te identyfikacje z grubsza potwierdzili. Ale chyba fajnie, że od pewnego czasu czytelnicy zainteresowani krytycznym spojrzeniem na pełne spektrum muzyki rozrywkowej (w tym również na komerchę, rap, elektronikę) mają w polskim internecie wybór (i to nawet zdaje się, że wykraczający poza dwie omawiane marki).
(2010)

Chociaż eseje o latach 00s na Screenagers przeważnie budzą respekt ogromem wykonanej pracy i sprawnie, kompetentnie adaptują na język polski opracowania ze światowej blogosfery, to dzisiejsza aktualizacja (część siódma) przypomina, iż PIĘTĄ ACHILLESOWĄ serwisu nadal jest hip-hop. Tamtejsze "podsumowanie" dorobku tego gatunku z minionej dekady jawi się niestety kiepskim żartem. Dwukrotna literówka w tytule słynnego albumu projektu Madvillain ("Madvilliany"?) kłuje w oczy, ale bardziej boli brak jakiejkolwiek wzmianki o tak kluczowych zawodnikach, jak Clipse, Ghostface, Eminem (pominięcie go w publikacji o charakterze kulturoznawczej syntezy = prowokacja), T.I., Cam'ron, The Game, Can Ox i/lub El-P czy Pharoahe Monch (nie wspominając o wielu innych, mniej ikonicznych, a równie interesujących artystach typu Edan, Brother Ali, Mike Ladd etc). Aż dziw bierze, że w redakcji składającej się z głów otwartych na różne stylistyki zabrakło osoby, która w ostatnich latach NAPRAWDĘ słuchała hip-hopu, a nie jego inteligenckich hybryd z indie, "pozytywnego" wcielenia około-soulowego czy instrumentalnych przejawów z pogranicza elektroniki. Jednak pewnych rzeczy nie da się oszukać, aczkolwiek brawa za ambicję. 
(2010)

Na Screenagers dobiegł końca cykl esejów podsumowujących dekadę 00s. Garść refleksji w odniesieniu do tekstu finałowego: 

1. Proroctwo o erudytach tworzących muzykę "nie w szale entuzjazmu, a racjonalnie" niecelne. Animal Collective to erudyci, a ich muzyka aż do Merriweather nie zdradzała syndromów kalkulacji i wybuchała pierwotnymi wręcz emocjami. Wiedza daje środki formalne, ale to, co chcemy przekazać, siedzi w środku nas. Więc nie upraszczałbym, że tylko muzyczne "Nikifory" mogą pisać piosenki "od serca". To błąd przesunięcia kategorialnego i kompletnie niepotrzebne uproszczenie. 

2. Rozumiem, że po niektórych uczuciowość Causers of This spływa i spoko, każdy ma swoją wrażliwość. Ale porównywanie Bundicka do (symbolizującego tu, jak mniemam, dominację wirtuozerii wykonawczej nad treścią) prog-rocka i wytykanie mu intelektualizmu, który nie angażuje emocjonalnie to jakaś wierutna bzdura. Z formalnego punktu widzenia gość jest anty-intelektualny do granic możliwości: nie dysponuje ani techniką, ani specjalnie złożoną technologią, nie podpina też swoich dokonań pod żadną "koncepcję". I kiedy go słucham, to wpierw czuję bezpośredni przelew szczerych do bólu emocji, a dopiero później rozpatruję ich kontekst teoretyczny. Znam ludzi, którzy mieli łzy w oczach przy pierwszym przesłuchaniu Causers. Zatem zamiast wątpliwie szufladkować tego bezpretensjonalnego młodego człowieka jakim jest Chaz, wystarczy oznajmić: ta płyta nie porywa mnie tak, jak redakcję Porcys. Nie ma w tym nic gorszego (ani też lepszego) od deklaracji pod tytułem "9.7". 

3. Dziwne, ale chyba nadal mój wstęp do recki Causers jest błędnie interpretowany. Pisanie o muzyce nie ma sensu z wielu powodów, ale wyrażanie swoich opinii o muzyce (właściwie o czymkolwiek) to jedna z niewielu rzeczy które MAJĄ sens! Ja postulowałem tylko, że ARGUMENTOWANIE i UDOWADNIANIE WYŻSZOŚCI tych opinii nie ma sensu. Natomiast bez subiektywnej opinii autora nie wyobrażam sobie tekstu o muzyce. Chyba bym zasnął z nudów czytając coś takiego. 

4. Szanuję fascynację kategorią polemiki, ale nie idealizowałbym rezultatów, które może przynieść internetowa dyskusja o muzyce w Polsce. 90% Polaków wypowiadających się o muzyce w sieci to albo osoby młode, które muzyką zainteresowały się dwa-trzy lata temu z powodu "mody na muzykę" i mają nieduży materiał porównawczy, albo odwrotnie, weterani wychowani w PRL, nie potrafiący przystosować się do nowych czasów i mocno tkwiący korzeniami w anachronicznej, osiwiałej już systematyce (mowa tu zarówno o szkole prog-blues-hard-metalowo-romantycznej, jak i działającej kiedyś w jej kontrze frakcji punkowo-nowofalowo-anty-systemowej - której reprezentanci, choć nie zdają sobie z tego sprawy, są równie zacofani, bo operują przedawnionymi hasłami i kryteriami). Jednostek świadomych doniosłości przemian kulturowych jakie przyniósł Internet, pozbawionych uprzedzeń stylistycznych, zaciekawionych muzyką samą w sobie, a nie jej "funkcją" (więcej o tym w punkcie następnym) i przy tym zdolnych w miarę uczciwie wartościować teraźniejszość w zestawieniu z epoką przed-internetową jest tak niewiele, że ten mityczny "dialog" na dużą skalę się nigdy nie odbędzie. On się toczy w języku angielskim, głównie za Atlantykiem, na blogach i ILM, ale tam z kolei (o czym wspominałem w dziewiątym odcinku podsumowania Screen) Polaka, nawet śmigającego po angielsku jak dziki, nikt nie weźmie na poważnie, bo dla Amerykanów Polak jest tym, czym dla polskich rasistów jest, załóżmy, Kirgiz. I koło się zamyka. 

5. Fatalne zdanie, dla mnie osobiście kładące cień na dość pozytywny obraz całej serii tych esejów pada niestety pod koniec artykułu: "Muzyka jest zwierciadłem, w którym przegląda się kultura". Kiedyś zmobilizuję się i napiszę o tym obszerniej, ale na litość boską, nie ulegajmy ostatecznie szkole post-Reynoldsowskich analityków. Dla mnie to tak jak powiedzieć "nauka języka obcego rozwija pamięć i wyobraźnię". Może to i prawda, ale to kwestia drugorzędna. Nauka języka obcego przede wszystkim pozwala nam mówić w tym i języku i go rozumieć; w dalszej kolejności ewentualnie zwiedzić dany kraj, zgłębić jego specyfikę, zapoznać nowych znajomych etc. I podobnie z muzyką: ona istotnie jest częścią szeroko pojętej "kultury", ale to tylko rodzaj adresu, bo esencjonalnie muzyka jest... muzyką. Bardziej niż jakakolwiek inna gałąź sztuki, muzyka ma własny kod, absolutnie niezależny od ogólnego "obycia" kulturowego, a jego przyswojenie zależy od dwóch kluczowych czynników: "słuchu muzycznego" i "horyzontów muzycznych". Są tysiące ludzi świetnie wykształconych, inteligentnych, kreatywnych, którzy z muzyki nie kumają nic (bo nie mają słuchu muzycznego, a z kolei z tego powodu słyszeli w życiu mało muzyki). Ale wielu z nich wykorzystuje swoje narzędzia z innych dziedzin kultury do badania tych aspektów muzyki, które de facto nie są "treścią" muzyki, a jej otoczką, kontekstem pozwalającym na podpięcie muzyki pod rozmaite idee, nurty, interpretacje. Z powodu używania "mądrych" słów, z powodu nawiązań do tez słynnych teoretyków kultury, z powodu intelektualnej aury bijącej od obszernych felietonów - ich prace zyskują renomę "poważnej, dorosłej, wartościowej krytyki muzycznej". I tu tkwi błąd, bo te prace są owszem ciekawe, ale wcale nie dotyczą muzyki. Z mojego punktu widzenia traktowanie muzyki jako przyczynku do szerszej dyskusji o kulturze, traktowanie jej instrumentalnie (niezręczność, ale wiadomo o co chodzi) i "służalczo" wobec kultury to dziś główny grzech publicystyki muzycznej. Nie róbmy tego muzyce, nie wyrządzajmy jej krzywdy. Muzyka to fenomen i definiowanie "krytyki muzycznej" poprzez umieszczanie muzyki w szerszym obrazie kultury (takie niby "uwiarygadnianie" muzyki) - to rozminięcie się z tematem. Obiecuję kiedyś rozwinąć ten wątek. 

6. I właśnie tak zapamiętam niedoskonały (jak wszystko na tym świecie) cykl tekstów podsumowujących dekadę 00s na Screenagers. To ambitna próba syntezy pewnych faktów, która przyda się nowicjuszom jako podręczne vademecum (rola edukacyjna) i ostatecznie przypieczętuje przepoczwarzenie się serwisu ze zorientowanego indie/gitarowo na eklektyczny (brawo!), ale dla kogoś (nie tylko Polaka), kto w latach 2000-2009 miał dostęp do Internetu i wiedział mniej więcej, gdzie szukać, nie wnosi ona nic, bo wszystkie te opisywane zjawiska śledził na bieżąco - bawił się przy nich na imprezach, płakał przy nich do poduszki, medytował przy nich, szczytował, wstawał, zasypiał etc. W każdym razie były ciągle obecne. Dlatego poza pionierskim z oczywistych względów opracowaniem dotyczącym krajowej sceny te obszerne elaboraty są tylko streszczeniem/przekładem na język polski idei obowiązujących powszechnie w świecie anglojęzycznym. Brak tam jakichś przełomowych/kontrowersyjnych/świeżych tez, prowokujących do dyskursu, jakże pożądanego chyba przez autorów. I tu pojawia się sakramentalne pytanie: czy warto było poświęcać te 400 tysięcy znaków na taki skrót, wspomnienie, rekapitulację w lwiej części od-twórczą? Czy ilość sama w sobie stanowi jakość? Odpowiem tak. W moim przekonaniu o wiele większą sztuką jest przekazać złożone treści prostym językiem, niż komplikować to, co jest w sumie dość mało skomplikowane. I dlatego ja oraz serwis Porcys (co widać od paru miesięcy) pójdziemy nieco inną drogą. Tym niemniej duży respekt za podjęcie wyzwania, no i fajnie, jak już tu wspominałem, że czytelnik ma wybór.
(2010)

Maraton podsumowania 00s na Screen dobiegł końca. Rankingi singli i albumów to chyba najlepsze pod względem selekcji zestawienia, jakie serwis opublikował. Sporo "porcysowych" tytułów, świetnie. Ale na pożegnanie jeszcze moje trzy grosze, taka ŁYŻKA DZIEGCIU: 

1. Wpierw odrobina "czepiactwa": 

a) Illinois nie jest żadnym zjawiskiem "osobnym", bo to kontynuacja idei zapoczątkowanej na Michigan (PFM mają siedzibę w Chicago i z powodu patriotyzmu lokalnego ocenili sequel wyżej od pierwowzoru, a to następnie zostało uznane za konsensus, co z historycznego punktu widzenia jest bzdurą). 

b) Brak wzmianki o Brown Sugar w komentarzu do Voodoo to niedopatrzenie. Voodoo było przede wszystkim wściekle wyczekiwanym NASTĘPCĄ; mówiono o wysoko zawieszonej poprzeczce i dla wielu fanów niestety nie została ona nawet muśnięta. 

c) W recce Neon Golden na Porcys nie zarzucałem Notwist mainstreamowości melodii, tylko sugerowałem, że statystyczny słuchacz alternatywy może im to zarzucić. 

d) W opisie Discovery nie widzę ani słowa o tym, że to są w sporej mierze skradzione kawałki. 

e) Briana Wilsona, który wybrał LSD już mieliśmy choćby na Pet Sounds. Koks wciągał później (uzależnił się w 1968). 

f) Czy tworząc Bodily Functions Herbert chciał, aby słuchacz miał "dobry humor"? Nie sądzę, to smutnawy krążek. Chyba, że wysmakowana ironia. 

g) "No Excuses" Air France jako antycypacja stylu Toro Y Moi czy Washed Out = nie do udowodnienia. 

h) Kylie "bezpretensjonalna" = nie do udowodnienia. 

i) Po tych wszystkich epickich rozkminach o ewolucji popu, trudnych rytmach na chartsach i dominacji producentów w komercji, miejsce 198 na liście singli (kawałek, który de facto zapoczątkował tę rewolucję) wygląda zabawnie. 

2. Ale to wiadomo, takie prztyczki do pogawędki przy piwie. A teraz refleksja poważniejsza. Otóż zastanawia mnie, że redaktorzy głosowali tak, jak według nich pisana jest historia muzyki. Nie do końca kumam tę zależność: czy to są listy NAJLEPSZYCH płyt i singli 00s, czy NAJWAŻNIEJSZYCH z punktu widzenia przemian kulturowych. Tytuł feature'u tego nie wyjaśnia. Jeśli istotnie NAJLEPSZYCH, to na dziś redakcja Screenagers wydaje się być grupą ludzi bardzo "ostrożnych" i "uważnych" na to "jak nasze wybory będą wyglądać na świecie". Mówiąc wprost, trudno mi pojąć, że (poza jakimś Tigercity) kolektyw świadomych pasjonatów muzycznych nie ma wspólnych zajawek spoza ściągi obowiązującej wedle Acclaimed Music. Dziwne to. Taki spis na zasadzie "nikt się do nas nie przyczepi, nikt nie wytknie, że o czymś zapomnieliśmy", ale przez to mało odważny, "ugrzeczniony". Miejsca 101-200 nic w tej kwestii nie wyjaśniają; to nadal w większości rzeczy, które funkcjonują jako powszechnie uznane za "ważne". A gdzie ulubione nagrania, które na nic nie wpłynęły, nic nie zmieniły w skali globalnej, o których nie nabazgrano ton blogowych wypocin, ale po prostu się podobały recenzentom Screenagers? Nie ma takich? Jakie są kryteria? Robimy leksykon istotnych dzieł fonografii, czy podajemy swoich faworytów? Jeśli te listy się pokrywają, to jest to mocno podejrzane. Jeśli przypadkowo, nieintencjonalnie, to ja COFAM TO CO COFNĄŁEM. 

Co więcej, w komentarzu do któregoś eseju Kuba Radkowski zapowiadał, że te eseje są próbą metodologicznego ujęcia procesów, a na listach płyt i singli powróci perspektywa bezpośrednia, subiektywna, oparta o indywidualne przeżycie. Nie zauważyłem tego. Te komentarze nie są o płytach, tylko o ich miejscu w kanonie oraz o ich roli w kulturze. Nie o ich ZAWARTOŚCI, tylko o ich ODBIORZE. Przykładowo dla mnie o wielkości Avalanches nie świadczy to, że 10 lat po ich debiucie nadal wypatrujemy sofomora, tylko to, że w "A Different Feeling" na nowo zharmonizowany refren z "Tammy" stanowi BŁYSKOTLIWY kontrapunkt dla transowo zapętlonej septymolki w podkładzie. Albo: można się doszukiwać spuścizny całej kultury USA w M&A, ale czy to jest powód dla którego ten album zajął miejsce na podium? Myślałem, że chodziło o umiejętność przełożenia tego bagażu na język muzyki i teksty. Z kolei stawianie drugiej płyty Justina wyżej od pierwszej wolałbym mieć objaśnione za pomocą analizy porównawczej materiałów, a nie kontekstu popkulturowego, bo potem trafiają się niezręczności typu "unikatowa wrażliwość" Timberlake'a. Czy naprawdę gość ma "unikatową wrażliwość"? Wątpię. Ma wokal, charyzmę, osobowość i pewnie dla dziewczyn sex appeal/urodę, ale "unikatowej wrażliwości" doszukiwałbym się w minionej dekadzie u kogoś innego. I tak dalej. 

W efekcie niesamowicie ogarnięta leksykalnie i "obryta" (lol, jaki olskul) w fakty Marta Słomka (podaję jako sztandarową aktualnie writerkę Screen) mogłaby (?) na luzie być najlepszym obecnie krytykiem muzycznym w kraju, ale ponieważ nie pisze o muzyce, to jest "zaledwie" jednym z najlepszych polskich autorów piszących o popkulturze przez pryzmat muzyki (muzyka jako pretekst do rozkmin o charakterze popkulturowym). Pewnie takie są jej zamiary, ale należałoby to gdzieś zaznaczyć w formie disclaimera. Bo zamiast meta-interpretacji tekstu "Ignition (Remix)" wolałbym, aby ktoś zdemaskował wreszcie uwłaczający mojemu poczuciu estetyki, disco-polowy pochód akordów w tym kawałku, który "podoba mi się" tylko o 3 rano w zatłoczonym klubie, gdy wszyscy wokoło są pijani i ja też. Na Chocolate Factory prawie każdy numer jest lepszy MUZYCZNIE, halo. 

No, a tak ogólnie, to super podsumowanie, całusy. 

PS: Btw fantastyczna lista indywidualna Marty w płytach. Byłoby z korzyścią dla świata gdyby inni redaktorzy (i w ogóle polscy fani INDJE) posłuchali tych pozycji uważnie, jeśli dotąd tego nie zrobili. Nawet jakąś mierną Gagę "daruję" przy takiej reszcie stawki.
(2010)

Tak sobie przeglądam obie części ciekawego felietonu "Hagiografia 7" Pawła Sajewicza i przyznam uczciwie, że trochę zazdroszczę, bo autor mnie ubiegł - od paru miesięcy nosiłem się z zamiarem popełnienia dłuższego wpisu na Musicspot o podobnej myśli przewodniej ("inne", "nowe", "polemiczne" spojrzenie na fascynującą dekadę 70s w muzyce popularnej); niestety rzeczywistość (brak czasu) brutalnie zweryfikowała te plany. Dlatego daruję sobie teraz dyskusję z konkretnymi fragmentami artykułu - do sprawy powrócę, mam nadzieję szczegółowo, przy okazji swojego tekstu (jeśli powstanie). A tak na szybko, to tylko kłuje w oczy oczywisty błąd faktograficzny: w połowie lat 70-tych Bowie był w samym środku nałogu KOKAINOWEGO, a nie heroinowego. Warto to poprawić, bo wedle wszelkich biografii i świadectw po heroinę artysta ów owszem sięgał, ale rzadko. Coke was his drug of choice, a Station to Station (płyta z której powstawania sam Bowie, jak twierdzi, nic nie pamięta) to jeden z najsłynniejszych "kokainowych" albumów ever. I jeszcze drobiazg: brawa za (jak zawsze) staranność i kwiecistość stylu, ale przy takiej dbałości o detale należy podkreślić, że wspomniany punkowy zespół nazywał się "Crass", a nie "The Crass". Teoretycznie pikuś, ale powiedz fanom (fankom? heh) Britta Daniela, że śpiewa w The Spoon i dostaniesz po ryju; w drugą stronę (skracanie "the") to już tak nie działa. Zachęcam wszystkich do uważnej lektury - bo mimo, że z wieloma analizami, opiniami i wnioskami się nie zgadzam, to, cytując Waszkę G: "takich ludzi nam potrzeba".
(2010)

Fajnie, że przegląd Talk Talk na Screenagers i fajnie, że wszyscy lubią Talk Talk, ale... Naszła mnie refleksja, że gdyby dziś jakiś zespół wydał The Colour of Spring to reakcja środowiska indie w PL byłaby taka, że "Life's What You Make It" super, a reszta płyty = nudy. A Spirit i Laughing Stock wszyscy uznaliby za "smęty". To samo tyczy się wielu innych, mniej "natychmiastowych" kanonicznych albumów z przeszłości. Czy w dobie Twittera i Fejsa ktoś zachwyciłby się Another Green World? Może piosenkami, ale sądzę, że konsensus brzmiałby: "niepotrzebne eksperymenty". Nawet gdyby Indigo Tree wydali Another Green World, to ich fani skipowaliby "The Big Ship" do "I'll Come Running", czy coś. Jakże ogromne znaczenie ma tu "historyczny" bagaż! Bo AMG, bo PFM, bo inni - WIĘC to na pewno musi być wielkie. Wiem, że nie każdy młody fan Talk Talk czy Eno sugeruje się legendarnym statusem tych artystów. Aczkolwiek w takich sytuacjach cieszę się, że dane było mi poznać (i zakochać się w) Talk Talk i Eno ZANIM nastała era internetowych zliczaczy, Metacritic, Acclaimedmusic etc. Potem już w dobie wszechobecnych rankingów przecierałem oczy ze zdumienia: "Serio? To jest taka klasyka? Genialne płyty? Antycypowały post-rock? Wow, to ja takich arcydzieł sobie słuchałem? Niemożliwe. Spoko, w sumie jaram się". A najlepszy album Talk Talk nagrali moim zdaniem Bark Psychosis. No ale taka opinia to już jest "rzucanie się z szablą na czołgi" i trzeba jej bronić. Bo Internet tego nie uczy, więc od razu pojawia się kontrowersja. 

Uprzedzając komentarze typu "jebany bufon jak zwykle chwali się, że poznał wcześniej" etc. - nie, nie, nie! Zupełnie nie w tym rzecz. Chodzi mi tylko o pewną szerszą rozkminę o wpływie nastawienia na postrzeganie. Czyli dalszy rozdział dyskusji na temat: dlaczego podoba nam się, to co nam się podoba. I co to w ogóle znaczy, że dany fragment muzyki "podoba się". Czy decyduje kontekst, czy sam materiał, a może kombinacja obu elementów? A, i sorry redakcjo Screenagers, że akurat przy okazji zacnego artykułu wyciągam ten wątek. Nie wątpię, że załoga serwisu uwielbiała Talk Talk od dawna i niezależnie od obecnie "obowiązującej" na świecie hierarchii czy debaty o rodowodzie post-rocka. Ale takie już życie - pewne zdarzenia prowokują do przemyśleń, więc się nimi dzielę. Mnie na przykład nikt nie przeprasza, że pod recką NZ na Screen toczy się od paru dni denna pyskówka nijak nie związana z zawartością płyty (czyli z trwającymi 40 minut dwunastoma odcinkami czasu zorganizowanymi dźwiękowo). Czy mam o to do kogoś pretensje? Ależ skąd, widocznie tak miało być i trzeba to zaakceptować. Pozdrawiam!
(2010)

Ech, za sprawą redaktora Sajewicza znowu powraca wątek "Screenagers a hip-hop". Przy całym szacunku dla prywatnych gustów autora (z tym jakby nie da się dyskutować), sposób przedstawienia w tym tekście hip-hopowego krajobrazu to czysta konfabulacja. Podobna linia podziału (pozytywny klimat Soulquarians vs. wyjęci spod prawa twardziele) nigdy nie istniała i nadal nie istnieje w środowisku "stricte" hip-hopowym. To tylko punkt widzenia słuchaczy szeroko pojętej alternatywy, którzy mają problem z zaakceptowaniem moralnie wątpliwego przekazu gangsterskiego rapu. Gdyby powiedzieć jakiemuś czarnemu ekspertowi od tej muzyki, że "z hip-hopu lubię Commona, Tribe'ów i piosenki Salt-n-Pepa", to zakurwiłby z laczka i poprawił z kopyta z dumnym "gtfo!" na ustach (a przy wzmiance o Połącz Kropki to w ogóle, pozabijałby całą rodzinę). Dla nich to są odpryski, jakieś cipienie się, łaskawie klasyfikowane jako obrzeża nurtu z powodu koloru skóry i czasem wspólnego korzenia stylistycznego. 

Pół roku temu w wątku systematyzującym dorobek gatunku na ILM padały z klawiatur stuprocentowych znawców ("been there, done that") tak radykalne stwierdzenia: "I don't care if you're white black a bitch or a fucking bum off of the streets. If you rap about shooting people, smoking blunts, wearing timbs, drinking hennessy, and whatever else, I'll buy your music. If you rap about your girl, but don't call her a bitch, fuck you. If you rap about the economy and how its hurts migrant workers, fuck you. If you rap about your rap telekenisis or some equally retarded nerd shit, fuck you. That basically how I break it down to an extent". Chyba nie muszę nic dodawać? Ja tak skrajnych manifestów absolutnie nie popieram (to obrzydzający rodzaj rapowego "rockizmu"), ale to one nadają ton dyskursowi WEWNĄTRZ HIP-HOPU. Poza tym u Pawła kuleje sama genealogia. Na Reachin' Digable Planets samplowali Last Poets, natomiast jednym z najgorliwszych uczniów Clintona był gansgter z krwi i kości Dr. Dre. W Supreme Clientele chodzi o słowotwórcze i narracyjne bogactwo rymów, a nie o "oszczędne bity"; w Wu-Tang chodzi o zebranie w jednym miejscu takiej ilości genialnych MC (z których każdy ma własny, wyrazisty charakter) i o lo-fi'ową produkcję RZA, a nie o "twardość". Wszystko na odwrót, pomieszanie z poplątaniem... 

Apeluję: skończmy z tą fikcją, że "muzyczny" hip-hop to ten z pozytywnym (czy też mało prowokacyjnym) przesłaniem. Ja akurat od muzyki oczekuję głównie muzyki i jakoś nigdy nie słuchałem gangsterskiego rapu dla "kultury" i "ideologii", tylko właśnie dla bitów i nawijek. Niech każdy zajawia się czym chce, ale nie dorabiajmy do tego sztucznej i nieprawdziwej teorii. Wolę Bird and the Bee czy Thief od całego indie rocka z ostatnich paru lat, ale nie będę się wykłócał, że Bird and the Bee i Thief to jest indie w którym chodzi o muzykę, a Tapes 'n Tapes, No Age i Wolf Parade to indie, w którym chodzi o ideologię/kulturę. NIE, po prostu Tapes 'n Tapes, No Age i Wolf Parade to JEST indie rock, a Bird/Bee i Thief to są jakieś totalne krańce definicji tego pojęcia. I wreszcie: "mamy kilku specjalistów", ale jednak przypominam, że w hip-hopowym podsumowaniu dekady na Screenagers nie wspomniano o takich tuzach jak Clipse, Ghostface, Eminem, T.I., Cam'ron, Game, Cannibal Ox, El-P, Pharoahe Monch, Edan, Brother Ali czy Mike Ladd. Nie piszę tego "dla draki", a z troski o nastoletnich czytelników, którzy uczą się historii muzyki od podstaw. Nie pozwólmy im uwierzyć, że u Biggiego i 2Paca NIE CHODZIŁO O MUZYKĘ, A O SPORY TOCZONE ZA POMOCĄ OŁOWIU, bo to jest tak daleko od prawdy, jak tylko można. Pozdrawiam! 
(2011)