Same hity

 

Skoro w świecie muzyki pop ideałem jest przebój, to teoretycznie perfekcyjnym popowym albumem byłby ten, który zawiera same hity. Ale czy poza sztucznie montowanymi kompilacjami takie albumy w ogóle istnieją?

* * *

Kiedy prawie cztery miesiące temu serwis Pitchfork opublikował recenzję płyty "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" Kanyego Westa, światem wstrząsnęła maksymalna nota – wystawiona przez serwis nowej płycie po raz pierwszy od 2002 roku. Ja również poczułem dreszczyk emocji widząc ocenę 10.0, ale chyba nawet bardziej pobudził moją wyobraźnię lead do artykułu zamieszczony na stronie głównej. "LP that feels like an instant greatest hits" kusiło obietnicą niemożliwej wręcz rozkoszy. Wnet zacząłem fantazjować o longplayu, który będzie składał się z SAMYCH hitów Kanyego. Coś jak "We Don't Care", "Through the Wire", "All Falls Down", "Jesus Walks", "Diamonds from Sierra Leone", "Gold Digger", "Touch the Sky", "We Major", "Can't Tell Me Nothing", "Stronger", "Good Life", "Flashing Lights", "Love Lockdown" i "Paranoid" zebrane na jednym dysku – tyle, że to wszystko będą premierowe kawałki! Zupełnie nie zważając na tracklistę "Dark Twisted Fantasy", według której ponad połowa tracków miała trwać więcej niż pięć minut, rozmarzyłem się niczym A'Tomek snujący plany o wyrobach ceramicznych dla turystów (w książeczce pod tytułem "Ochrona zabytków"). I czym prędzej popędziłem do sklepu po kompakt z czerwoną okładką.

Ci czytelnicy, którzy znają moją opinię na temat "Dark Twisted Fantasy", wiedzą, że się rozczarowałem. Ale ja się rozczarowałem podwójnie. Album nie tylko nie spełnił moich oczekiwań w kwestii wartości artystycznej, lecz także zawiódł mnie w kwestii samego formatu utworów. Autentycznie spodziewałem się sytuacji typu (cytując Tedego) "hit za hitem wjeżdża". A tu "false advertising", jak mawiają. Bo abstrahując od poziomu samych numerów (temat na osobną debatę, w której już dawno zająłem stanowisko), "Dark Twisted Fantasy" to średnio przebojowa kolekcja. Gdzie niby te hity? Owszem, są single "Power", "Runaway", "Monster i "All of the Lights", zdarza się też parę topornych, wbijanych do głowy młotkiem hooków a la sławne "can we get much higher". Natomiast ogólnie płyta robi wrażenie ambitnego, epickiego, wielowątkowego dzieła – rozbuchanego w swojej progresywności, zakrojonego na skalę wręcz monumentalną, przytłaczającego ekstrawaganckim rozmachem, barokowego w oprawie. Temat Kanyego przycichł, a ja zostałem ze swoją sztucznie wykreowaną potrzebą. Przerodziło się to w rodzaj obsesji i wreszcie postanowiłem dać jej ujście w niniejszym felietonie.

Wyjaśnię w skrócie zasady gry. Spróbowałem na szybko wyselekcjonować dziesięć "regularnych" (studyjnych z premierowym materiałem – niepublikowanym wcześniej na żadnym albumie) płyt długogrających, które swoją konstrukcją najbardziej przypominają składankę "best of" tudzież "greatest hits" czy inne "gold". Oczywiście nietrudno jednym tchem wymienić kilkadziesiąt albumów zawierających mnóstwo świetnie rozpoznawalnych przebojów, dlatego żeby ta zabawa rzeczywiście miała sens, trzeba sobie narzucić pewne ograniczenia i pilnować się bardzo ścisłych kryteriów. Powtórzę zatem raz jeszcze: interesują nas płyty "regularne", które jednak od pierwszego do ostatniego dźwięku łudząco przypominają kompilację. Może jeszcze inaczej: gdyby puścić ten album komuś, kto w życiu nie słyszał żadnych nagrań danego wykonawcy, to ten ktoś powinien bez problemu dać się nabrać, że obcuje ze składanką singli z kilku lat – a nie pojedynczym albumem tego wykonawcy. Dlatego tracklista ma być jędrna, napięta, pękająca w szwach od przebojowości – każdy indeks musi być potencjalnym kandydatem na przebój (najlepiej z wyrazistym refrenem) i każdy powinien z łatwością odnaleźć się na radiowej playliście (najlepiej w mało sprofilowanej stacji na rotacji A). Wszelkim skitom, interludiom, repryzom, żartom, ambientowym mgiełkom, noise'owym wyładowaniom, instrumentalnym pasażom i długaśnym suitom mówimy NIE. Żeby jeszcze zawęzić ekskluzywne grono, wykluczyłem płyty zawierające covery. To przecież żadna sztuka zarejestrować własne wersje powszechnie znanych piosenek. A mnie interesuje ten magiczny moment, kiedy artyści (względnie z pomocą producentów, kompozytorów, aranżerów) wchodzą do studia i za jednym zamachem (niezależnie od tego, ile ten zamach – czyli sesje – trwa) nagrywają zestaw swoich "instant greatest hits".

Zanim przejdę do omówienia złotej dziesiątki, oddam krótko hołd pozycjom, którym drogę do finałowej dychy zagrodziły przyczyny czysto techniczne. Po pierwsze wyłączam albumy sygnowane "różni wykonawcy" – odpadają więc "A Christmas Gift for You", "Saturday Night Fever" lub "Nuggets". Uwzględnienie "Singles Going Steady" Buzzcocks również byłoby przesadą – to w końcu składanka singli niejako z definicji. Dalej, z wielkim żalem zrezygnowałem z wielu płyt, którym przeszkodził jakiś pozornie nieistotny drobiazg. No ale skoro są reguły, to trzeba się ich trzymać... I tak na przykład pozornie złożone z samych pamiętnych riffów "Nevermind" Nirvany zawiera "Drain You" z transowym, psychodelicznym, rozwlekłym mostkiem, punkowy wygrzew "Territorial Pissings" i dwie jednak zbyt wycofane (choć legendarne) ballady. Dość powszechny wydaje się też syndrom "o jeden kawałek za dużo". Przez większą część "This Year's Model" Elvisa Costello mamy wrażenie obcowania z szalenie przebojowym materiałem, ale uznawanie na przykład "Lipstick Vogue" za singiel byłoby lekko naciągane... To samo w przypadku Duran Duran i ich "Rio" – serię mocarnych refrenów wieńczy statyczny "The Chauffeur" w duchu berlińskich wyczynów Bowiego i Eno albo grupy Roxy Music. Tak, nakręcono do niego teledysk, ale cóż – wtedy w ten sposób promowano muzykę. Singiel to to nie jest. Podobna sytuacja w przypadku "Cupind & Psyche 85" Scritti Politti – mimo najszczerszych chęci nie mogę uznać "A Little Knowledge" za radiowy hit – to raczej oniryczna impresja zapowiadająca sedatywne właściwości shoegaze'u.

Co dalej? Niestety nie przypominam sobie albumu rapowego zbudowanego z samych hipotetycznych singli – w tej dyscyplinie zawodnicy spełniają się w niezliczonej ilości skitów. Albo do mnóstwa przebojów dorzucają sześciominutowy, ciężkostrawny joint (Jay-Z na "The Blueprint" – winny jest Eminem). A jak już Nas nagrał "Illmatic", to na początek wrzucił intro, wprowadzające słuchacza w atmosferę rodem z koncept-albumu, co automatycznie pozbawia krążek szans w naszym rankingu. Zresztą pod kategorię "feralne intro" podpadają też tak najeżone hitami albumy, jak "Anniemal" Annie, "Tasty" Kelis i zwłaszcza "Hey Hey My My Yo Yo" Junior Senior, a instrumentalne outro w postaci powtórzonego tematu "The Look of Love" eliminuje poza tym jednym momentem wściekle przebojowe "The Lexicon of Love" ABC. A wracając do koncept-albumów – czymże innym jest "Purple Rain" Prince'a? Owszem, literalnie każdy numer z tej płyty to popowy standard, ale zdarzają się między nimi płynne przejścia bez sekundy ciszy – a to już do składanki nie pasuje.

Osobną kategorię pechowców stanowią covery w trackliście. Ofiarą tej pułapki padły dwa girlsbandy. Pussycat Dolls na debiutanckim "PCD" przerobiły niespecjalnie popularne wcześniej "Don't Cha" Tori Alamaze oraz, co gorsza, evergreeny w rodzaju "Hot Stuff", "Tainted Love" i "Where Did Our Love Go". Girls Aloud na pędzącym longplayu "What Will the Neighbours Say?" przedstawiły własną interpretację "I'll Stand By You" z repertuaru Pretenders. Z jeszcze innej beczki – aż osiem z dwunastu kawałków na "Loose" Nelly Furtado było singlami, ale otwierający całość "Afraid" bardziej pasowałby na kolejnym krążku gotyckich techno-popowców z The Knife, niż na antenowej playliście. Szkoda Justina Timberlake'a i jego "Justified", ale pod koniec albumu atmosfera robi się zbyt senna, by porwać statystycznego, przypadkowego, masowego odbiorcę. Po namyśle odrzuciłem debiuty Stone Roses, Weezer i Sex Pistols, a także "(What's the Story) Morning Glory?" Oasis, "Heaven Tonight" Cheap Trick i "Guitar Romantic" świętej pamięci Exploding Hearts. Powód? Ciągoty wyżej wymienionych do gitarowego, rockowego ciężaru, minimalnie dominujące chwilami nad skłonnością do przebojowości. A te elementy wcale nie muszą się wykluczać, nie muszą sobie przeszkadzać, gdy odpowiednio wyważone – o tym niżej.

I wreszcie krajowe podwórko. Z polskich nominacji awans do ostatecznej dziesiątki wywalczył tylko jeden album. Całkiem blisko były: debiut grupy Perfect (na dziewięć utworów aż siedem narodowych hitów, aczkolwiek skądinąd świetne "Bażancie życie" i "Nie igraj ze mną wtedy kiedy gram" trwają oba prawie po pięć minut i nie zdradzają syndromu festiwalowych szlagierów), naszpikowany przebojami "Elf" zespołu Varius Manx ("Elf skradnie wasze serca" to ilustracyjny fragment bez wokalu) i Muchy z "Terroromansem" (ale "Zapach Wrzątku" to jednak kompozycja mało singlowa – chociaż cieszy się statusem "fan favourite" wśród sympatyków kapeli). Lady Pank zawalczyliby ze swoim debiutem, ale wszystko psuje (metaforycznie, rzecz jasna) "Zakłócenie porządku".

A teraz już creme de la creme, czyli czołowa dycha. Oczywiście – to są tylko moje skojarzenia, wynikające z osobistych doświadczeń i subiektywnych preferencji. Zapraszam do uzupełniania moich typów swoimi! Tylko nie zapominajcie, proszę, o ścisłym przestrzeganiu reguł – inaczej zabawa nie ma sensu.

* * *

10 Strokes "Is This It?" (2001)
Każda piosenka na potwornie przehajpowanym debiucie Nowojorczyków ma w sobie co najmniej jeden diabelsko chwytliwy motyw – najczęściej refren. Dość wyraźnie słychać, że kawałki zlewają się ze sobą – próżno tu szukać stylistycznego eklektyzmu czy muzycznego bogactwa, to raczej wykalkulowana ekonomia. Ale dlatego właśnie "Is This It?" sprawnie podszywa się pod kompilację singli jakiegoś proto-nowofalowego amerykańskiego bandu z połowy lat siedemdziesiątych. Przy okazji – nie wolno zapominać o pierwszej płycie Franz Ferdinand. Też mocny zawodnik w te klocki.

09 Electric Light Orchestra "Discovery" (1979)
Dopiero, gdy zerwał z ciągotami orkiestrowo-art-rockowymi i zaprzedał duszę disco, Jeff Lynne nagrał album o wszelkich znamionach "greatest hits". Na dziewięć indeksów mamy pięć oficjalnych hitów i jeden mniej oficjalny, ale "Need Her Love" to dość rozpoznawalny kawałek. Zostają trzy tracki, z których "Wishing" i "Midnight Blue" to "zapalniczkowe" smęty do wolnego tańca bądź przytulania (ale z populistycznym zacięciem), a "On The Run" – energetyczny pop-rock wręcz skrojony pod AM radio. Jakieś pytania?

08 Def Leppard "Hysteria" (1987)
Niesamowite jest to, że formacja de facto pop-metalowa wysmażyła ponadgodzinną płytę, gdzie na dwanaście kawałków aż osiem wydano na singlach. Ale o każdym z pozostałych czterech – "Don't Shoot Shotgun", "Run Root", "Excitable" i "Love and Affection" fani mawiają "powinien był zostać wydany na singlu!" i niestety mają całkowitą słuszność. Czerstwy podział na "ballady" i "czad" rzadko zyskiwał tak efektowne pokrycie.

07 Janet Jackson "Control" (1986)
Kwintesencja ejtisowego podejścia do majstrowania gruwiastych, funkowych, podszytych "czarną" pulsacją, tanecznych hitów. To nic, że kawałek tytułowy ma prawie sześć minut, a całość kończą dwie kameralne, wzruszające ballady. Za chwytliwość "You Can Be Mine" i "He Doesn't Know I'm Alive" (dwóch z dziewięciu tu tracków, które nie były singlami) wielu wykonawców dałoby się pokroić. Jimmy Jam i Tery Lewis u szczycie producenckich sił.

06 Madonna "Like A Virgin" (1984)
Debiut Madonny odpada, bo zawiera wprawdzie genialne, ale rozciągnięte czasowo, parkietowe mixy piosenek. Z kolei nigdy później już nigdy Madge nie miała tak przebojowej artylerii, jak tu. Nawet mniej znane szerokiemu odbiorcy "Over and Over", "Pretender" i "Stay" porywają do tańca, a z początku ckliwa ballada "Shoo-Bee-Doo" przeradza się w wyrazistą pieśń w sam raz do rytmicznego kołysania się w tłumie.

05 Beatles "A Hard Day's Night" (1964)
Ktoś zakrzyknie – jak to, Beatlesi, najbardziej melodyjny zespół świata, przecież powinni zdominować to zestawienie. A figa. Te mityczne albumy Fab Four, które zwykle wygrywają plebiscyty na najlepsze płyty w dziejach zawierają sporo niesinglowych momentów – najpierw hinduska obsesja Harrisona, potem chore odjazdy na "Białym Albumie" i suita ze strony B winyla "Abbey Road". Z krążków sprzed "Revolvera", które nie zawierają coverów osobiście stawiam na "A Hard Day's Night" – jest mniej psychodeliczny od "Rubber Soul".

04 George Michael "Faith" (1987)
Na podium niniejszej listy umieściłbym "Make It Big" Wham!, ale panowie poślizgnęli się na coverze "If You Were There" Isley Brothers. Na solowym debiucie George Michael nie popełnił już tego błędu, a znów wyszła mu kolekcja absolutnie hiciarska. Na dziewięć numerów aż sześć singli, a te pozornie nie-singlowe numery to ekspresyjna, wyciskająca łzy, soulowa "pościelówa" ("One More Try"), przyczajony funk-pop ("Hard Day") oraz coś,co Sade na pewno dałaby na singla ("Hand to Mouth"). Można puszczać w radiu cokolwiek, w ciemno – i od razu zażre. Swoją drogą jakoś cicho o "Faith" – a przecież dopiero co (dwa miesiące temu) ukazała się zremasterowana edycja tego fenomenalnego albumu. Best New Reissue? Halo Pitchfork?

03 Kylie Minogue "Fever" (2001)
Tu nie chodzi o słynne przeboje. Zapomnijcie o nich na chwilę. I skoncentrujcie się na tak zwanych wypełniaczach. "More More More" grywam na imprezach – parkiet płonie. "Give It to Me" i "Dancefloor" mogłyby promować ten album i sprzedałby się niewiele gorzej. "Burning Up" i numer tytułowy to łakocie, które każda stacja z muzyką dance wrzuciłaby na rotację z pocałowaniem ręki. I nawet w najdelikatniejszych tu "Fragile" czy "Your Love" nie mija klimat tanecznego klubu, a Kylie myśli tylko o jednym. O czym? JAK ZAPAŚĆ CI W PAMIĘĆ. Najbardziej chwytliwy longplay minionej dekady.

02 Papa Dance "Poniżej Krytyki" (1986)
Mój kolega ze składu didżejskiego Stanley Menzo i redaktor naczelny portalu Screenagers zażartował kiedyś, że w ciągu pół minuty na "Poniżej Krytyki" słychać więcej melodii, niż na wielu CAŁYCH popowych płytach z tamtego okresu. To prawda, jest to zbiór piosenek wręcz absurdalnie nasyconych hookami – "stężenie motywiczności" sięga tu maksimum. Absurdem jest też wybranie na singiel zamykającej płytę mrocznej ballady "Ocean Wspomnień". Oczywiście wybranie dowolnej innej pozycji z tracklisty oznaczałoby to samo. A mianowicie oznaczałoby to, że danego kawałka nigdy byśmy już nie zapomnieli.

01 Michael Jackson "Bad" (1987)
Zwycięzca mógł być tylko jeden. Król Popu. Ale nawet na "Thrillerze" na dziewięć kawałków było siedem singli. Natomiast "Bad" to jedenaście (w wersji kompaktowej) tracków i aż dziewięć singli. Z tym, że, szczerze, "Baby Be Mine" i "The Lady In My Life" nie zabiegają tak agresywnie o uwagę słuchacza, co "Just Good Friends" i "Speed Demon". Słyszeliście kiedyś "Just Good Friends" i "Speed Demon"? No właśnie. Nawet jeśli nie kojarzycie po tytułach, to na pewno słyszeliście. Ten album naprawdę pomyka niczym składanka hitów Jacko z tego etapu działalności. I może dlatego krytycy zwykle wolą "Thriller" – płytę jakby bardziej ludzką, normalniejszą, mniej mechanicznie przebojową... Tym niemniej "Bad" to fenomen. Czy taki longplay kiedykolwiek jeszcze powstanie? Nie wiem, ale jeśli go zauważę, to gwarantuję, że poświęcę mu osobny tekst.
(Era Music Garden, 2011)