ROLLING STONES

 

Between the Buttons (1967)

To wciąż niesłusznie lekceważone dzieło ikonicznej grupy.

Istnieje teoria, według której boscy Stonesi nigdy nie nagrali jednego albumu w pełni odzwierciedlającego ich potęgę. Faktycznie, pomijając już, że byli w pierwszej kolejności jednym z najlepszych zespołów koncertowych planety, to próbując objaśnić komuś wielkość The Rolling Stones na podstawie dyskografii, wolałbym dokonać kombinacji cech różnych słynnych płyt jakie popełnili, niż wskazać jeden tytuł. I nawet nie mówię o kompilacji najpopularniejszych piosenek, bo taki zabieg tez nie oddałby wielowymiarowości i magii zespołu, który nieraz w rozmaitych "brykach" bywał redukowany do roli niegrzecznych chłopców, chuliganów ziejących seksem na odległość, wiecznie uosabiających rokendrolowy styl bycia – a to przecież rażące uproszczenie. Mówię raczej o połączeniu elementów znamiennych, swoistych, wyróżniających poszczególne klasyczne longplaye grupy, z których każdy jest jakoś "naj", choć każdy w inny sposób. "Aftermath", jako pierwszy w całości wypełniony utworami napisanymi przez autorską spółkę Jagger/Richards, portretował największy muzyczny progres bandu i zdefiniował jego artystyczną tożsamość. "Their Satanic Majesties Request" był w karierze formacji krążkiem najodważniejszym i najbardziej eksperymentalnym. "Beggars Banquet" przyjmujemy jako esencjonalny hołd dla akustyczno-blues-country'owych korzeni, podobnież jeszcze bardziej mroczne i bolesne "Let It Bleed". "Sticky Fingers" to z kolei album najbardziej elegancki formalnie i bezwstydnie hiciarski, a "Exile on Main Street" – najbardziej zblazowany i podsumowujący z epickim rozmachem trajektorię ewolucji stylu tych gigantów. Hm, a jak na tym tle wypada "Between the Buttons"?

Zdaje się, ze krytycy od zawsze mieli zagwozdkę z tą płytą wydaną na początku 1967 roku, która jako ostatnia padła ofiarą irytującej praktyki polegającej na układaniu rożnych tracklist dla wersji brytyjskiej i amerykańskiej (w artykule omawiam tę drugą, z lutego, bo jest po prostu lepsza – w końcu zawiera dwa spośród trzech wiodących nagrań zarejestrowanych podczas tych sesji). Jako dzieło reprezentujące legendę u szczytu popkulturowej dominacji, "Between..." oficjalnie uznano za część kanonu, ale już powody tego mało entuzjastycznego uznania są eksplikowane chyba zbyt rzadko... Odpowiadając więc maksymalnie skrótowo na pytanie kończące poprzedni akapit – "Between..." to w poczcie Stonesowskich klasyków album najbardziej "Briano-Jonesowski". A Brian Jones był w tym bandzie przede wszystkim kolorystą. I wcale nie chcę deprecjonować wkładu oficjalnego aranżera Stonesów w tamtych latach i multiinstrumentalisty Jacka Nitzsche; nie zapominam o roli nadwornego pianisty w dziejach grupy – Iana Stewarta; wreszcie, nie śmiałbym pomijać w tej wyliczance menadżera i producenta nadzorującego całość w jednej osobie, czyli Andrew Looga Oldhama. Tym niemniej to właśnie romantyczna, wewnętrznie sprzeczna postać i mitologizowana przez fanów, tragiczna biografia Briana Jonesa symbolizują podróż Stonesów na obce muzyczne terytoria. Co ciekawe Jones, współzałożyciel grupy, był z początku najżarliwszym w składzie bluesowym konserwatystą. I prawie deklarował, że do końca życia chce siekać covery mistrzów z ujścia Missisipi. Lecz wtem, po zanurkowaniu w narkotykową otchłań, okazał się brzmieniowym wizjonerem. Nagle znudzony gitarą (której wirtuozem – może poza przeszywającymi zagrywkami techniką slide – nigdy nie był), wpadł w obsesję uzupełniania kawałków Micka i Keitha partiami co bardziej egzotycznych instrumentów, zupełnie nie kojarzących się z garażowym wymiataniem. Tą drogą, zgodnie z obowiązującą wówczas, londyńską modą, popchnął The Rolling Stones w kierunku art-rocka i psychodelicznego popu.

Ktoś powie, że "Between the Buttons" pod tym względem wcale nie jest odosobnione, bo Brian testował już egzotyczne instrumentarium w wielu fragmentach "Aftermath", a jego tendencje do rozbuchanych orkiestracji i dziwacznych brzmieniowych poszukiwań osiągnęły apogeum na "Satanic Majesties". Owszem, ale śmiem twierdzić, że "Aftermath" – pomimo wszystkich pamiętnych ozdobników i hooków – to jednak płyta o proweniencji bluesowej. Uwielbiam ją, ale gdy o niej myślę, to momentalnie mam też przed uszami przydługi, aż jedenastominutowy blues "Goin' Home" – a to jedna czwarta czasu trwania amerykańskiej wersji. Natomiast "Satanic Majesties" to rzecz znacznie radykalniejsza i transowa, bliższa absurdalnym drążeniom "na haju" Floydów z Sydem Barrettem czy amerykańskim kapelom psychodelicznym w rodzaju Jefferson Airplane. Nie bez powodu nazywano ją najmniej stonesowską pozycją w katalogu Stonesów. Tymczasem to właśnie na "Buttons" panowie – pod duchowym przewodnictwem Jonesa – osiągnęli bodaj idealny balans miedzy bogactwem i przyswajalnością. Uwypuklono najatrakcyjniejsze cechy ówczesnych kawałków Micka i Keitha, a w dodatku pokazano je w szokująco ambitnym świetle, biorąc pod uwagę status kapeli, kojarzonej przeważnie z medialnymi skandalami i scenicznymi wybrykami. To również najbardziej eklektyczne dzieło zespołu – przekrój skojarzeń sięga od anglofilskich poczynań Raya Daviesa i Kinks ("Something Happened to Me Yesterday", "Complicated"), przez elektryczny country-folk Boba Dylana z "Blonde on Blonde" ("Who's Been Sleeping Here", "She Smiled Sweetly") i ujazzowiony wodewil ("Cool, Calm & Collected"), po czystej wody barokowy pop ("Yesterday's Papers", "Ruby Tuesday").

Interesujące, że coraz bardziej pogrążający się w nałogu Jones, który w dodatku złamał wtedy rękę, w sumie rzadko bywał w studiu i nie uczestniczył na bieżąco w samym procesie tworzenia piosenek. Może to i dobrze, skoro Jagger nazwał go kiedyś człowiekiem o najmniejszym songwriterskim talencie na świecie... Ale Brian miał w tym okresie niewątpliwy wpływ na resztę składu i jego duch ewidentnie unosi się nad metodą pracy obraną przy sesjach "Buttons". Bo kiedy już się pojawiał, poświęcał uwagę głównie rozbudowaniu faktur i dogrywaniu kolejnych overdubów do gotowych fundamentów rytmiczno-akordowych. A zwyczaj ów najwyraźniej papugowali po nim pozostali. Dzięki temu wspólne starania Jonesa, Nitzschego, Stewarta i Oldhama zaowocowały majstersztykiem funkcjonalnej aranżacji. Powstał najdoskonalej zinstrumentowany materiał, jaki kiedykolwiek sygnowano tą nazwą. W ogóle mało wyszło w latach 60. płyt, na których brzmieniowa brawura i swawolne igraszki z dźwiękową oprawą piosenek tak wydatnie przysłużyły się ich jakości, nie pozostając tylko serią cyrkowych popisów i nie popadając w wydumane, przeintelektualizowane, pretensjonalne brednie. Najdonioślejsze tego przykłady to dwie strony A singla włączonego do amerykańskiego programu płyty. Pierwsza, "Let's Spend the Night Together", sunie bezlitośnie na rozedrganych partiach dwóch pianin (Richards i Nitzsche), przez gąszcz wyrazistego basu Billa Wymana i oszalałych bębnów (ach te przejścia) Charliego Wattsa przebija się plama organów (Jones), a w połowie dostajemy zwięzłe wokalno-klawiszowe interludium a la Beach Boys. To jeden z najsłynniejszych przebojów zespołu będącego synonimem rocka, gatunku przecież stricte gitarowego! Ale gitary są w "Night Together" schowane głęboko i zostają sprowadzone do roli ledwo słyszalnego tła, do roli drugiego planu. I po latach dochodzę do wniosku, że właśnie to jest w tej piosence – do której mam ogromny sentyment od dziecka – najcudowniejsze.

Jakby tego było mało, to drugi amerykański "exclusive" czyli sławna ballada "Ruby Tuesday", w zwrotkach ogóle nie legitymuje się żadną sekcją rytmiczną, a co za tym idzie momentalnie zrywa z wszelkimi pozorami rocka. Liryczny i dystyngowany Jagger cedzi słowa na wytwornym posłaniu z pianina (Nitzsche) i dwóch kontrabasów (Wyman i Richards). Brian Jones wpierw wspomaga go na flecie, ale po chwili wyczarowuje na nim osobną, intymną melodyjkę, jakby śnił o epoce średniowiecznych rycerzy i królewien (ciekawe pod wpływem jakich substancji...). To wzruszające, że Jones rozgrywa tym fletem własną grę, jakby niezależnie od przebiegu pop-rockowej piosenki (zupełnie inny to ornament niż mini-motywy na trzecim, czwartym i piątym planie u Briana Wilsona, zawsze ostatecznie zsynchronizowane i uporządkowane). Dzięki fletowi Jonesa, baśniowy wymiar "Ruby Tuesday" trwa nawet przez uroczy refren, w którym włączają się bas i bębny. Na początku 1967 roku, kilka miesięcy po "Revolverze", to musiał być efektowny gol strzelony McCartneyowi na jego boisku. A takich akcji zaczepnych mamy tu mnóstwo. Bo w otwierającym brytyjską wersję longplaya, kapitalnie tajemniczym "Yesterday's Papers" Brian nurkuje w cool-jazzową mgiełkę wszędobylskiej marimby (co wychodzi mu jeszcze lepiej, niż w "Under My Thumb" z "Aftermath"), zaś akordy rozkłada na klawesynie. Dalej, w "Cool, Calm & Collected" gra na sitarze i mirlitonie, a nagranie zostaje spuentowane przyśpieszonym, spontanicznym jamem, na który nałożono dość intrygujący pogłos. Sztuczki studyjne powracają potem w "Who's Been Sleeping Here?" z przybliżanym i oddalanym przesterem gitarowym, co wzmaga dramaturgię. W "Complicated", "Miss Amanda Jones", "My Obsession", "Something Happened to Me Yesterday" i "All Souled Out" w pianino bije wspomniany Stewart, a w tym ostatnim Brian znów sięga w refrenie po flet. Richards i Nitzche dorzucają organy i pianino do wolnego "She Smiled Sweetly", ten drugi także w "Complicated". Oczywiście dwa numery wykluczone z wersji amerykańskiej (celem zrobienia miejsca "Let's Spend the Night..." i Ruby Tuesday"), a obecne na brytyjskiej, czyli "Back Street Girl" i "Please Go Home", nie pozostają w tyle. W pierwszym Brian obsługuje akordeon i dzwonki orkiestrowe, a w drugim theremin. Czego tu nie ma...

Z tym, że "Between the Buttons" to nie tylko ładne melodie w barokowych szatach. Istotny jest także sposób użycia tych barw. Historia rocka zna wiele przypadków stopniowego poszerzania przez wykonawców dźwiękowej palety, ale nieraz dzieje się tak kosztem nieokrzesanej ekspresyjności, rodzą się niestrawne hybrydy i wymuszone fuzje. Tymczasem mam wrażenie, iż ornamenty Jonesa działają trochę na zasadzie muzycznego państwa w państwie i absolutnie nie przesłaniają niezaprzeczalnej charyzmy frontmana, surowości gitarzysty i dynamiki sekcji. To jakby kraina łagodności wykreowana na terenie coraz ostrzejszych i obyczajowo wyzwolonych Stonesowskich gestów. Weźmy znowu pod lupę "Let's Spend the Night Together". Piętrowe harmonie wokalne niemal eksplodują – są tak śliczne i tak zwierzęce zarazem. W ordynarnie euforycznym "pabarara pap pap paraaara", w powtarzanych niczym bezczelna obietnica cielesnych rozkoszy słowach tytułowych i w dorzucanych tu i ówdzie wrzaskach Jaggera nie ma nawet kropelki erotycznej insynuacji – jest tylko agresywne, seksualnie rebelianckie wyzwanie, którego bał się znany z cenzurowania wyuzdanych tekstów amerykański prezenter telewizyjny Ed Sullivan ("let's spend SOME TIME together", zaśpiewał po kłótliwych negocjacjach Mick, uśmiechając się wszakże porozumiewawczo do widowni). Ten demoniczny, młodszy o pół roku, znacznie lepiej dopracowany kuzyn "Have You Seen Your Mother, Baby, Standing In the Shadow?" nie tylko buduje pomost do piekielnej samby "Sympathy for the Devil", ale również projektuje nową falę w jej kontrolowanym, akademickim wydaniu. Posłuchajcie choćby jak mknie groove piosenki "Backwater" Briana Eno z 1978 roku – to całkiem zbliżony drive pianina, pokrewny dynamice wczesnego Velvet Underground (przy okazji – wątek VU powraca tu jeszcze nieśmiało w gęstym, głośnym "All Sold Out" czy ciężkawym riffie "My Obsession"). Po "Complicated" i "Connection" widać, że chłopcy nie chcieli zapominać o tradycji niepokornego r&b, z której wyrośli. A znikająca i pojawiająca się sekcja Wyman-Watts to rockowa bestia, której nie są w stanie zabić nawet wymyślne, finezyjne aranże. Robert Christgau pisał, że "Sierżant Pieprz" to kolekcja dwunastu dobrych numerów – choć może nazbyt precyzyjnie wykonanych. Otóż to. Nic dziwnego, że facet woli Stonesów. Bo takie "Between the Buttons" to zestaw dwunastu dobrych i zaaranżowanych z poetycką wyobraźnią numerów, lecz wykonanych z typową dla Stonesów nonszalancją, taką trudno nazywalną zawadiackością, z celowym nieładem – mimo nienagannych umiejętności technicznych. Nie uważam tak jak Frank Zappa, że "Buttons" jest dziełem doskonalszym od "Pieprza" (zresztą, co jest?), ale ten kontrast między gamą wykorzystanych studyjnych tricków, a wciąż obecną rozwiązłością artykulacyjną rodzi tu niecodzienną, frapującą wartość.

Mick Jagger, zrazu przekonany do aranżacyjnego wachlarza "Between the Buttons", dość szybko znienawidził ten materiał. I konsekwentnie utrzymywał przez lata, że poza "Back Street Girl" i "Connection" brakuje tam fajnych kawałków. Keith podzielał tę opinię. Dopiero niedawno Jagger zaczął wypowiadać się o "Buttons" cieplej, acz nadal ze sporym dystansem i głównie w kontekście brzmienia. Trudno powiedzieć, jakie są tego przyczyny. Czy to przypadkiem nie efekt personalnych zaszłości i konfliktów z Brianem Jonesem (przypomnę – wyrzuconym z zespołu w czerwcu 1969 roku, na niecały miesiąc przed tym jak utonął w basenie). Lub też – kto wie – podświadomy odruch strachu przed porównaniami z odwiecznymi rywalami do miana największej rockowej grupy świata, Beatlesami (jeśli jakiś krążek Stonesów da się bezpośrednio zestawić stylistycznie z nagraniami Bitli, to "Between the Buttons" leży najbliżej). Obie hipotezy umacniałaby analogiczna niechęć Micka i Keitha do "Their Satanic Majesties Request"... Chociaż kto wie, może z perspektywy wielu dekad panowie M. i K. zwyczajnie wolą rootsowe wcielenie swojej marki. Jedno jest pewne: zdecydowana większość oddanych sympatyków The Rolling Stones to teraz słuchacze zorientowani na ostro hard-rockowe i surowo bluesowe cięgi, więc delikatniejszy, staranniejszy etap działalności kapeli bywa obecnie marginalizowany, a namaszczana jest tetralogia z lat 1968-1972. Owa tetralogia rządzi, zgoda, ale warto przypominać purystom, że Stonesi mieli wiele twarzy. I że po "Between the Buttons" nigdy później nie byli już tak bardzo sobą za pomocą tak zaskakująco nie-Stonesowskich, fantazyjnych, odkrywczych środków.
(T-Mobile Music, 2012)

Sticky Fingers (1971)

Wszystko się zgadza – oto i "post-bluesowa formuła: intelektualna acz spartańska, wulgarna acz elegancka, awanturnicza acz nienaganna, lubieżna acz sroga". Ale potrzeba takiego bandu jak ROLKI, żeby z odłożonych uprzednio "nieużytków" poskładać kolekcję, która na ucho brzmi jak "greatest hits" plus dwa mało hiciarskie tracki, które za to wynalazły J. Spacemana w 1970 roku (termin nagrań) – mowa o "I Got the Blues" i "Moonlight Mile". Zwłaszcza stronę A nawiedza tu straszliwa, mroczna i ćpuńska "zażerka" – od "łooł" pod koniec "Brown Sugar" (które najwyraźniej Tede ZAJUMAŁ i cyfrowo PRZEKWASIŁ w "Łaał"), przez melodyczny prototyp "indie 80s" na zwolnionych obrotach w "Sway" i tę sławną, country'ową kołysankę "dla dziewczyn", aż po kilkuczęściowy i wielowymiarowy jam "Can't You Hear Me Knocking", zwieńczony santanową improwizacją latino. Na połowę drugiej setki STICKNIE.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=a4g8PxsG_j4 (evocative moment: wejście Jaggera od 0:16 – nie wiem czy słyszeliście lepsze oddanie WKURZENIA za pomocą śpiewu; nie WKURWU, a właśnie WKURZENIA)
(2018)

A Bigger Band (2005)

Z perspektywy czasu mogę uznać, iż od samego początku żyję w epoce "Stonesowych reunionów". Pamiętam, jak w 1989 roku mama mówiła mi, niewinnemu szkrabowi: "Patrz, wrócili! Chce im się jeszcze nagrywać!". Płyta nazywała się Steel Wheels, a w radiu i TV grano promujący ją singiel "Mixed Emotions". Mimo sensacyjnie młodego wieku już doskonale wiedziałem o co biega: do kołyski puszczano mi z winyli całą dyskografię zespołu, a jako trzylatek śpiewałem dziarsko "Let's Spend The Night Together", co na jakiejś sfatygowanej kasecie mam jeszcze gdzieś zarejestrowane. Skumajcie komizm sytuacji: na wysokości Steel Wheels de facto rozumiałem że oto legendarna grupa powraca. LOL! I byłem potem świadkiem kolejnych powrotów oraz tras te comebacki promujących. Przed następnym studyjniakiem Voodoo Lounge była koncertówka Flashpoint którą z miłą chęcią kupiliśmy, ale już przy okazji Bridges To Babylon sprawy przybrały w pełni zajebisty obrót i oglądaliśmy sobie z rodzicami Rolki live na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Po skończonym show, gdy ludzie zbierali się pod górę do wyjścia, pewien ostro spity koleś stanął na barierce i – prawdopodobnie w poczuciu odpowiednio doniosłej chwili – skandował wszem i wobec, zdzierając gardło: "Stooooones! Stooooones!". Nie było celniejszego komentarza do sytuacji.

Podobnie właśnie jak moja mama, kocham Stonesów w stopniu, który uniemożliwia mi krytyczne spojrzenie na ich dalsze kroki, a każdą wiadomość o reaktywacji przyjmuję z serdecznym uśmiechem dziecka. Widzicie, zasugeruję taką oto analogię. Przez bogatą dzielnicę idzie grupa sfrustrowanych ulicznych chuliganów z przedmieścia i nie wie co ze sobą zrobić. Nagle jeden z chłopaków bierze kamień i ciska go w okno pobliskiego domu, wybijając szybę. Incydent momentalnie powoduje reakcję reszty towarzystwa i wszyscy zaczynają rzucać kamienie, ALE – gagatek który zaczął rewoltę jest li-de-rem. I później, ilekroć zamieszki się powtarzają, nikt nie patrzy już na to jak często i celnie miota ów lider, on po prostu JEST. Ponieważ to ON w ogóle WPADŁ NA POMYSŁ że można to robić. Że można tak odreagować – jebnąć kamieniem w wypasione domostwo wyzyskujących. Gdyby nie Stonesi, nie byłoby rocka, nie byłoby dziś tak was zachwycającej, ściemnionej "nowej rockowej rewolucji", ale Porcys też by nie było. I nikomu nie przeszkadza, że połowa materiału wydanego przez nich w ciągu 40-letniej kariery ma ten sam, do bólu zjechany bluesujący sznyt. Bo kiedy "Keef", z wiecznie przylepionym do dolnej wargi petem, zasunie rozstrzęsioną dłonią siarczysty riff, a Mick szczeknie do mikrofonu diabelskim timbre, to ogarnia cię poczucie obcowania z encyklopedyczną definicją słowa i nikt, nigdy, nigdzie po prostu nie zrobi(ł) tego lepiej.

Miesiąc temu zagadnął mnie w obcym mieście sympatyk Porcys, który widocznie bardzo chciał zgłębić kulisy moich gustów, bo spytał o 5 ulubionych zespołów życia. "Beatles, Beach Boys, Radiohead, Stonesi...", wyliczałem, ale przerwał mi ze zdziwieniem. "Stonesi, ee? Ja tu słucham Modest Mouse", oświadczył. Ok, spoko kolego, ja też (nie) słucham Modest Mouse. O, a propos. "Streets Of Love", kawałek z A Bigger Bang, zaczyna się akustyczną zagrywką przywołującą intro "Sonnet" Verve, zaś około 0:58... Hm, ten falset Jaggera... Nie brzmi jak Brock trochę? A cały numer to nie pasowałby ze swoją rezygnacją na Good News? Słuchasz Modest Mouse, powiadasz? Więc goście rzucają daleko poza osiedle i potrafią wybić szybę z odległości kilku kilometrów, ale pamiętasz kto WYMYŚLIŁ rzucanie? Puść "Gimme Shelter" i usłyszysz "Optimistic". To magia, człowieku. Jak wytłumaczyć fakt, że W S Z Y S T K I E kobiety uwielbiają "Wild Horses", choć z pozoru to zwykła łzawa ballada jakich wiele? Jak wytłumaczyć "The Last Time" i "Bitter Sweet Symphony"? "Sympathy For The Devil" i "Movin' On Up"? Main Street i Guyville? Wymieniać dalej? Od tego nie ma ucieczki, ziom – oni byli tam przed nami.

A Bigger Bang chyba nie posiada takiego hiciarskiego potencjału, jak Bridges, bo brak tu zawodowo mainstreamowych hooków w stylu "Saint Of Me", "Out Of Control" czy mega-przeboju "Anybody Seen My Baby" (swoją drogą, dopiero niedawno odkryłem, że ta obcięta na krótko laska z clipu to Jolie; serio, doznałem) – może z wyjątkiem wyrazistej gitary "Rain Fall Down" – za to w zamian, co wszyscy podkreślają, w przeciwieństwie do popowej atmosfery poprzednika, album odsyła ku stricte bluesowym źródłom formacji. Co akurat mało mi decyduje, bo jak każde wydawnictwo ery po-klasycznej, post-Exile'owej Stonesów, Bang umyka ocenie – to znowu dzieło facetów, którzy dziejową misję mają już za sobą, nikomu nie muszą niczego udowadniać, a do pomiaru ich znaczenia należy używać specjalnej skali (przykładowo: ich teledysk pójdzie w MTV, ale MTV bez ich roli w popkulturze mogłoby nie być, więc wzmiankowanie tego faktu jest śmieszne, i tak dalej). Lecz jedna rzecz samego mnie zdumiewa – nie sądziłem, że będę czuł aż taki komfort słuchając nowej propozycji Stonesów w epoce zalewu gówniarskich bandów w modnych ciuchach z okładek magazynów. Okazuje się, że zmagania z hajpowanymi przez media retro darlings odbijają mi się mocną irytacją, natomiast ponadgodzinne Bigger Bang koi nerwy. No magia.
(Porcys, 2005)

* * *

moje top 10:
1. Let's Spend the Night Together
2. Rocks Off
3. Miss You
4. Rock and a Hard Place
5. No Expectations
6. Citadel
7. The Last Time
8. Lady Jane
9. Can't You Hear Me Knocking
10. Satisfaction
(2015)

50 lat temu legendarny multiinstrumentalista Brian Jones został znaleziony martwy we własnym basenie. O muzyku odpowiedzialnym za barokowo-psychodeliczną oprawę nagrań Stonesów tak pisałem niegdyś przy okazji artykułu z cyklu "Wielka Płyta" na temat albumu Between the Buttons:

"...był w tym bandzie przede wszystkim kolorystą. Co ciekawe, jako współzałożyciel grupy, był z początku najżarliwszym w składzie bluesowym konserwatystą. I prawie deklarował, że do końca życia chce siekać covery mistrzów z ujścia Mississippi. Lecz wtem, po zanurkowaniu w narkotykową otchłań, okazał się brzmieniowym wizjonerem. Nagle znudzony gitarą (której wirtuozem – może poza przeszywającymi zagrywkami techniką slide – nigdy nie był), wpadł w obsesję uzupełniania kawałków Micka i Keitha partiami co bardziej egzotycznych instrumentów, zupełnie nie kojarzących się z garażowym wymiataniem".

Oto imponujący chronologiczny wykaz nie-gitarowych sprzętów, które obsługuje Brian w 30 nagraniach składających się na poniższą plejkę:

– organy
– sitar
– dulcimer
– marimba
– koto
– wibrafon
– pianino
– flet prosty
– kazoo
– trąbka
– puzon
– autoharp
– klawesyn
– konga
– melotron
– saksofon
– theremin
– drumla
– sarod
– harfa
– tambura
(2019)