R.E.M.



W Trójce leci historia R.E.M w odcinkach. Zapomniałem, ile słabych kawałków miała ta kapelka. Niektóre kompletnie nie bronią się po latach. Chwilami wkrada się Pidżama Porno. Jakieś "It's the End of the World as We Know It" - nie mogę tego słuchać, jestem zażenowany. Infantylizm muzyczny i tekstowy, twórczość pod niepokornych uczniów podstawówki. Zaryzykuję, że na chwilę obecną to jest mi bliższe od całego R.E.M. z 80s. 
...
Uderz w stół, a niezal-puryści się odezwą... Ludzie, nie śmiałbym podważać miejsca R.E.M. z 80s w historii. Ich mieszanka post-punka, Byrdsowskiego folk-rocka i niezwykłej własnej energii na pewno była czymś innowacyjnym i wyznaczyła ścieżki rozwoju dla jangle-popu czy piosenkowej alternatywy. Ale wiele kawałków grupy z tego okresu zajeżdża "harcerskim" banałem, a egzaltacja wokalna Stipe'a (antycypacja Veddera, ktoś to dostrzegł?) mi osobiście wydaje się dziś denna (podczas gdy na przykład egzaltacja GoF nadal mnie rusza). Broń Boże nie mówię, że to w całości "słaba" muzyka (krytykowałem konkretnie "ITEOTWAWKI"), ale też do żadnego numeru R.E.M. z 80s nie mam sentymentu ("The One I Love", pewnie dzięki największym skokom linii melodycznej po skali, byłby najbliżej), a do utworów z Automatic już mam ("Remove it from their discography, and R.E.M. would go from mixed-bag major label over-attempts to fumbled hard rock", że zacytuję klasyka). MZ w takich sytuacjach mawiał: "zaraz, to gdzie jest miejsce na jakieś prywatne upodobania?". Szkoda, że kanon uznawany w "naszym" (Porc, Scr, post-"PULP" etc.) środowisku jest tak bardzo punk/indie-centryczny. Zawsze te gitary są świętymi krowami. Gdybym zdissował Orbital, Pet Shop Boys czy Stevie'go Wondera to nikt by nie zauważył. Zieeew. 
(2010)

Automatic for the People (1992)

Zapytałem kumpla, który też ostatnio układał sobie zestawienie ulubionych płyt 1990-1999, czy uwzględni "Automatic...". A on mi na to, lekko ironicznie: "wiesz, w ogóle zapomniałem o istnieniu takiej kapelki jak R.E.M.". Cóż, warto pamiętać, że R.E.M., – którzy w latach dwutysięcznych roztrwonili swą estymę za dawne zasługi serią zbędnych i miałkich nudziarstw – poza współwykreowaniem w latach 80. zjawiska rocka alternatywnego, wydali też kiedyś "Automatic for the People", "New Adventures In Hi-Fi" czy "Up". Owszem, drażni mnie wysilony wieszczy ton Stipe'a w "Drive". W ogóle coraz częściej męczy mnie jego barwa głosu... Jest w nim coś tandetnie naiwnego, czasem nie umiem brać gościa na serio, w czym pomagają jeszcze teksty. Tym niemniej kompozycyjnie "Murmur", "Reckoning" czy "Document" to przy "Automatic..." niekompetentne koledżowe psoty. Sentymentalna natura i wdzięczna, nienachalna ornamentyka "Try Not to Breathe", "Sweetness Follows"  albo "Nightswimming"  to według mnie najcenniejsze osiągnięcia w historii zespołu. I powiedzcie, czy "Star Me Kitten" nie brzmi jak fragment żywcem wycięty z Gabrielowskiego okresu Genesis? Nie znając "Automatic..." dałbym się i dziś nabrać, że to jakiś niepublikowany dotąd odrzut z "Selling England by the Pound" czy innego "Foxtrota".
(T-Mobile Music, 2012)

Reveal (2001)

Mówię wam, ale podpadli kolesie. Promocja nowej płyty R.E.M. w zachodnich, ale także i polskich mediach (patrz: "największe" rodzime pisma muzyczne) daje wiele do myślenia. Wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują bowiem na to, że Stipe i spółka (albo wytwórnia) poważnie wspomogli finansowo wszystkie liczące się na rynku "autorytety" i całą prasę recenzencką, zanim ta wydała wyrok w sprawie ostatniego "dziełka" grupy. Prasa natomiast we wspaniałomyślnym geście wdzięczności odpłaciła R.E.M. samymi entuzjastycznymi recenzjami, kłamiąc w żywe oczy i wprowadzając w błąd biednych czytelników.

Najwięcej zarobił słynny, prestiżowy, brytyjski "Q". Nie dość, że David Cavanagh zapewnił rodzinie chleb na kilka lat, oceniając płytkę na pięć gwiazdek w skali pięciogwiazdkowej, to jeszcze obwieścił na okładce magazynu, że to najlepszy album zespołu w całej historii jego istnienia. Ale to jeszcze nie koniec! R.E.M. i "Q" współpracują w najlepsze! Oto ukazał się specjalny dodatek do londyńskiej gazety, zawierający całą masę wywiadów, zdjęć i tekstów poświęconych "największej rockowej grupie świata". Pięknie! Interes kwitnie! Co najważniejsze, obie strony na tym zyskują. Dziennikarze dzięki zarobionym pieniądzom wyjadą sobie na zasłużony urlop na Wyspy Kanaryjskie. Natomiast płytka Reveal za sprawą wszechmocnej propagandy sprzedaje się wyśmienicie. I o to chodziło. Kurczę, myślałem, że takie akcje zdarzają się tylko w świecie słodkich boysbandów!

Po tym kontrowersyjnym wstępie, który kwalifikuje się na proces o zniesławienie, warto by wreszcie wyjaśnić, w czym rzecz. Ostatnio zastanawiałem się, co to jest płyta przeciętna. Wiecie, są albumy żenująco słabe, takie sobie, całkiem niezłe, bardzo dobre i olśniewające. Ale przeciętna płyta? Co to właściwie znaczy? Tak rozmyślałem, gdy przyszło mi posłuchać nowej propozycji R.E.M. I oto jest to coś, co idealnie pasuje do takiego określenia. Przeciętna, średnia, pospolita, tuzinkowa, szablonowa, oklepana, zwykła, ani dobra, ani zła. Dokładnie tak. Panie i panowie: przed wami Reveal.

Jednak na dobrą sprawę nie ma tu nic do śmiechu. W końcu, co by nie powiedzieć, ci ludzie jeszcze dziewięć lat temu stanowili najwybitniejszy zespół świata. Poza tym, mimo, że zawsze grali w tym samym stylu, to jednak potrafili zaskoczyć na New Adventures In Hi-Fi i przede wszystkim na Up. Umieli odświeżyć brzmienie, napisać mnóstwo poruszających melodii. Byli w stanie zafrapować najbardziej nawet nieufnych słuchaczy, rzucić im wyzwanie, a sobie postawić raz jeszcze bardzo ambitne zadanie. Zadanie stworzenia prawdziwej sztuki. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Up. Raz jeszcze R.E.M. wspięli się wtedy na wyżyny. W trudnej sytuacji, po odejściu perkusisty Billa Berry'ego, zachwycili eksperymentalnym, poszukującym, odważnym zbiorem nierzadko nowatorskich utworów. Udowodnili, że są artystami. Ale, niestety, to było trzy lata temu.

Wydaje się, że Stipe coraz lepiej rozumie swoje położenie. Jego zespół powoli jest wypychany z samego szczytu muzycznego rynku. Nadchodzi fala młodych, nowych słuchaczy, którzy nie pamiętają nonkonformistycznych, bohaterskich walk Michaela z muzycznym przemysłem, a legendę studenckiej atmosfery miasteczka Athens znają tylko z opowieści. Wokalista zdaje sobie sprawę, że to już ostatnie chwile grupy na komercyjnym firmamencie. Miejsce w historii mają już zapewnione. Ale popularność ma to do siebie, że szybko maleje. Trzeba więc przypomnieć o sobie i nagrać płytę. Nawet, jeśli nie ma się kompletnie nic do powiedzenia.

Trzeba wszak pamiętać, że trudno jest R.E.M. nagrać album fatalny. Są przecież zasłużonymi, zdolnymi muzykami, którym pisanie i aranżowanie piosenek przychodzi z dużą łatwością. Ale, jak już wspomniałem, wyszło im tym razem coś przeciętnego. Kolejne fragmenty Reveal przelatują nie wzbudzając żadnych, ani pozytywnych, ani negatywnych odczuć. Nic, nic, absolutnie żadnego zużycia. Czasem zdarzy się jakiś przyjemniejszy (co wcale nie znaczy, że porywający) numer. Jak na przykład "All The Way To Reno" z dyskretnymi wstawkami syntezatora w zwrotce. Czy całkiem ładny "Beat A Drum". Czy wreszcie kończący całość "Beachball", chwilami nawiązujący w klimacie do "Suspicion" z Up. Ale, po pierwsze, kawałki te pod żadnym względem nie mogą równać się z ich odpowiednikami ze starszych albumów. A po drugie zaś, każdy korzystny element jest na Reveal z miejsca kontrastowany kilkoma słabszymi. Mam na myśli cały szereg utworów nijakich, mdłych, w których ciężko doszukać się śladów jakiegokolwiek natchnienia.

Weźmy taki "Imitation Of Life", w końcu pierwszy singiel. Ile to już razy słyszeliśmy ten sposób grania? Te gitary, ten głos, ten rytm? Słowa może i zaangażowane na swój sposób, melodii też nikt nie udowodni, że powielona. Ale te akordy znamy przecież na pamięć. Jest to nudne jak flaki z olejem. Wymuszone. Jakby było im obojętne, czy ktoś tego słucha, czy nie. Ile można? Ile utworów na jedno kopyto można nagrać i wypromować w ciągu kilkunastu lat? Czy chwytliwy, popowy refren to wszystko, na co ich stać? Naprawdę, przykro się robi, że tym facetom braknie pomysłów.

Podobnie jest z całą resztą. "I've Been High", "She Just Wants To Be", "I'll Take The Rain" – wymieniam tu tytuły, które ponoć decydują o sile Reveal. Guzik decydują! Może tylko o tym, że w miarę słuchania coraz bardziej chce się spać. Dobra, jakiś zagorzały maniak powie, że ta oniryczna atmosfera to jest wyznacznik stylu zespołu i że w ogóle jest wszystko w porządku. Ale po prostu brak jest tu dobrych utworów. Bo banał melodyczny bijący z "Summer Turns To High" czy "Chorus And The Ring" jest raczej godny twórczości czterolatków z piaskownicy niż dokonań tak ważnego dla muzyki lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zespołu. Brakuje również jakiegoś przekonania, uczucia, pasji. Stipe śpiewa kolejne linijki tekstów beznamiętnie i, niestety, nie ma to nic wspólnego z ukrytymi emocjami. Głupio jest człowiekowi dojść do wniosku, że cała ta płyta została nagrana na siłę, dla zarobienia na jeszcze jedną willę. Ale na to by wychodziło.

Powiedziałem już tyle gorzkich słów, czas więc na coś milszego. Otóż mam coś w zanadrzu. Mianowicie, jeśli posłuchać Reveal podczas jazdy samochodem w gorące niedzielne popołudnie, to efekt jest o wiele lepszy. Mówię zupełnie poważnie. Szkoda tylko, że panowie nie zamieścili takiej wskazówki na okładce płyty.
(Porcys, 2001)