Rekapitulacja 2015: R.I.P.

 

Nie chcę z tej kolumny rekapitulacyjnej (bodajże po raz pierwszy u nas, w tym cyklu) robić czegoś na kształt sławnych rubryk z "Tylko Rocka". Nie będzie więc "rozczarowania" śmiercią Layne'a Stayleya w ankiecie "Tylko Najlepsi", nie będzie też czarno-białej "chwili ciszy" ("Michael Hutchence 1960-1997"). Nekrologi z definicji powinny być krótkie, zaś podstawowe info kogo właśnie pożegnaliśmy, ile żył i czego dokonał - znajdziecie w dowolnym serwisie skupionym na faktografii. Proponuję coś innego, w duchu zainaugurowanej w ubiegłym sezonie rubryki Suplement: słowo refleksji i zadumy z perspektywy Porcys, przez pryzmat naszego archiwum tekstów, no i chcąc nie chcąc pod kątem osobistych preferencji. Tak, żeby nie zapomnieć. Żeby uhonorować. Zastanowić się. Mimo okoliczności będzie "na luzie, bez spinki", ascetycznie i hasłowo. 

Zanim jednak przejdę do części właściwej, muszę umiejscowić ten artykulik w kontekście niedawnej śmierci, która przesłoniła nie tylko wszelkie "rozczarowania" z 2015, ale i z wielu lat poprzednich. Co jeszcze można dodać w kwestii epickiego odejścia Davida Bowiego? Niestety nic miłego, bo z perspektywy 10 dni ("w internetach" to "prawie wieczność"), gdy opadły już emocje jak po wielkiej bitwie kurz i gdy facebookowe weeping walle wróciły do normalnego funkcjonowania po zalewie klipów i zdjęć wiadomo-kogo, na chłodno rozpatrując, to co zostało, to poczucie wstydu za amatorską niekompetencję, jaką przy tej okazji zaserwowały nam "duże" polskie media. Jeśli opłacani autorzy okazują się być merytorycznymi krasnoludkami w temacie jednej z najistotniejszych postaci w dziejach popkultury (czy wręcz uoasabiającej ten termin), to po prostu ręce opadają. Bez wnikania w personalia i tytuły publikacji, bo nie chodzi mi o żadne osobiste pojazdy, w ciągu kilku dni zdążyłem m.in. przeczytać, że Bowie pojechał do Berlina *by tam nagrać* (!) płyty LowHeroes i Lodger, składające się na słynną trylogię oraz że pierwszy z tych albumów otwiera (!) kompozycja "Warszawa", w której David *śpiewa o Warszawie*. Serio, ogarnijcie się typiarze i typiary, bo wygląda trochę jakbyście sięgneli dna i zaczęli kopać. Młodzi ludzie czytają to i powinni czerpać z tego wiedzę. Żeby nie było tak antypatriotycznie, to kilka opracowań o Bowiem w anglosaskich źródłach też wypadło całkiem żartobliwie, jak choćby "lesser-known gems and deep cuts" z dorobku DB zaproponowane przez AV Club: np. "Andy Warhol", "Teenage Wildlife", "Panic In Detroit", "Weeping Wall" (!!), "Win" czy tytułowy ze Station to Station. Oczywiście nikt nie zająknął się przykładowo o wciąż mrożącym krew w żyłach ficzeringu u Goldiego na Saturnz Return. Zaintrygowało mnie też to, jak mało znaną i przez to niedocenioną płytą jest Lodger, który nie zmieścił się do setki sprzedaży Billboardu za ubiegły tydzień, mimo że trafiło do niej miliard innych wydawnictw mr. Jonesa. "I think Lodger rules" i w sumie po zastanowieniu stwierdzam, że zawsze fajnie mieć jakiś taki skarb, którego nie rozstrząsają jednodniowi fani. Takie schronienie, gdzie można zawsze się wycofać i w spokoju porozmawiać o wspaniałym materiale tylko z tymi, którzy siedzą w temacie nieco głębiej i dłużej. 

O wilku mowa - w Porcys figurze Bowiego zawsze niedaleko było do "chrystusowej" metafory, jakiej użył ostatnio Bradford Cox. To uwielbienie uwieczniliśmy zresztą siedem lat temu w Porcys Guide to Pop gdzie David otarł się o raczej nietykalne podium. Więc jako czytelnicy prawdopodobnie wiecie, że warto znać cały jego dorobek z lat 70. oraz w miarę orientować się w tym, co kminił aż do końca. 

Intermission: z przykrością muszę również uwzględnić w tym rejestrze zmarłą dosłownie 3 dni temu duńską prekursorkę akademickiej proto-elektroniki Else Marie Pade, której zbiorem 1958-1995 dopiero co delektowałem się w okresie świąteczno-sylwestrowym. Smutek. 

A teraz nieśmiało zapalmy świeczkę za tych, którzy odeszli w 2015. 

15 stycznia
Kim Fowley 
Postać równie kultowa, co kontrowersyjna. Umakijażowany protoplasta i pionier, solista i producent (Modern Lovers, Kiss, Runaways), którego spuścizna pokazuje, jak od psychodelii zappowskiej, proto-arielowskiej, zabarwionej szczyptą pretensjonalnego, para-bluesowego teatrzyku doorsowskiego można dojść do glam-rocka. O ile Outrageous balansuje na granicy asłuchalności, o tyle piosenki z The Day the Earth Stood Still i International Heroes polecam ze spokojnym sercem. 

20 stycznia
Edgar Froese
 Gdybyśmy byli tu sprofilowani na "el-muzykę", to mówilibyśmy o tragedii stulecia, bo w końcu pożegnaliśmy polimata, koryfeusza i giganta tego rozdania. Ale o dziwo nawet bez elektronicznego skrzywienia miałem rok temu natychmiastową potrzebę zadumy nad "małością człowieka we wszechświecie" z towarzyszeniem dźwięków Tangerine Dream rzecz jasna. Niezliczona dyskografia człowieka, któremu przypisuje się słynny cytat "...jak tańczenie o architekturze" kryje kilka kamieni milowych kosmicznej muzy, zwłaszcza obrzędowo-psych-free-improv-rockowy debiut Electronic Meditation, proto-drone-dark-ambientowy Zeit, progresywno-berlińskie arcydziełko Phaedra czy niemal new age'owego cukiereczka Rubycon. A to tylko kropla w morzu nagrań, które pozostawił. Sprawa do spenetrowania na długie zimowe wieczory. Więc zacznijcie, teraz. 

12 lutego
Steve Strange 
Warto pamiętać, że Harrington nie był jedynie (po punkowym epizodzie) biseksualnym frontmanem i wokalistą Visage, grupy która może się poszczycić wydaniem prawdopodobnie pierwszego materiału długogrającego dającego się otagować jako "new romantic". Był też wtedy "animatorem kultury" w klubach Billy's, Blitz i Hell, gdzie banda starannie, elegancko wystrojonych i upozowanych freaków słuchała Bowiego, Roxy Music, Kraftwerk, Morodera i Yellow Magic Orchestra. Miało to wszechstronnie nieocenione skutki. Naprawdę. 

27 lutego
Tod Dockstader 
O tym wybornym kompozytorze muzyki konkretnej zdążyłem wspomnieć 2 lata temu w ramach "Nut Dźwięków" . Od tamtej pory nic się nie zmieniło: co najmniej Apocalypse i Quatermass pozostają jazdą obowiązkową dla każdego, kto chciałby na własne uszy usłyszeć, jak pewien "gość w garniturku" z Minnesoty wyprzedzał tajemnicze, czwórwymiarowe kolaże Rechenzentrum o jakieś 40 lat. Ach ta Minnesota. 

13 marca
Daevid Allen 
Jeden ze współzałożycieli Soft Machine, ten "australijski Frank Zappa" stanął potem na czele innej formacji kluczowej dla kręgu Canterbury czyli Gong. Dziewięć lat temu podczas wizyty w Londynie nabyłem ich opus magnum Flying Teapot znane również jako Radio Gnome Invisible i pomyślałem: wow, co ci kolesie ćpali. Groteskowy psych-jazz-prog-odpał nie do podrobienia. I podobnie jak reszta bohaterów tego tekstu, Allen miał tego sporo więcej, czy solo, czy w takiej bądź innej komunie. 

14 maja
B.B. King 
OK, będę z wami perfekcyjnie szczery. Nigdy w życiu nie słyszałem żadnej płyty B.B. Kinga. Nie zmienia to faktu, że facet był zawsze i wszędzie wymieniany jako ikona i bodajże najsłynniejszy bluesowy wieślarz ery rocka. 

11 czerwca
Ornette Coleman 
Mam osobisty stosunek do twórczości tego Pana. Nigdy nie zapomnę, jak w trzeciej klasie liceum odkurzyłem z półki sławny przewodnik po muzyce jazzowej i rozrywkowej Romana Waschko. Pod hasłem "Ornette Coleman" dowiedziałem się m.in, że "jego koncepcję artystyczną można scharakteryzować następująco: jeżeli zwracamy uwagę na stosunek nuty do konwencjonalnego akordu, jesteśmy ograniczeni w wyborze następnej nuty, a tymczasem melodia powinna się rozwijać swobodnie w wielu kierunkach". Tego typu manifesty free jazzu potrafiły zawrócić w głowie żądnemu muzycznych przygód szesnastolatkowi. Wkrótce nabyłem Shape Of Jazz To Come i reszta w moim przypadku jest historią. Historią do której ŻYCIE DOPISAŁO ZRESZTĄ FASCYNUJĄCY EPILOG (loool), kiedy to w 2007 roku miałem zaszczyt zobaczyć Mistrza na żywo w stołecznym Teatrze Roma. Na bis usłyszeliśmy "Lonely Woman" i koło się zamknęło. Więcej mówić byłoby nietaktem. Ujmę to tak - gdybyśmy porwali się kiedyś na Porcys Guide to Jazz, to O.C. wylądowałby pewnie w tych okolicach, co Bowie w Guide to Pop. 

27 czerwca
Chris Squire 
A propos Guide to Pop, to właśnie w jego ramach popełniłem kiedyś rodzaj pisemnej LAUDACJI zespołu Yes, więc daruję sobie bicie piany. Cytując "ziomy.mp3": "nie nie palę marihuany". W każdym razie mówimy o jednym z basistów ever. 

20 lipca
Dieter Moebius 
Wiadomość o śmierci połowy Clustera i 1/3 Harmonii zastała mnie w trakcie wakacyjnego wyjazdu nad ciepłe morze, a mimo to zmusiła do chłodnej zadumy nad następującym faktem: chyba nikt nigdy nie pochylił się w Polsce nad obszernym katalogiem dokonań duetu Cluster. Coś w rodzaju wyczerpującego przeglądu przydałoby się, bo na albumach typu IIZuckerzeit lub Sowiesoso niemiecki tandem dość bezceremonialnie zasiał ziarna na wielu polach instrumentalnej ilustracyjności - od drone'ów po tzw. mikroelektronikę. Redaktor MZ telegraficznie streścił wątek w Porcys Guide to Pop, ja dorzuciłem słówko o projekcie Harmonia w odcinku Suplementu poświęconego Neu!, lecz to wszystko mało. Zwłaszcza, że w kolejce czekają też owoce współpracy z Eno, no i prace indywidualne - takie Tonspuren czy Wenn Der Sudwind Weht drogą nie chodzą. Precyzyjnie rzecz biorąc Moebius operował bardziej przy rytmie i timbre, co z kolei Roedelius komplementował sielską melodyką. Razem dawało to mieszankę, której wpływ nie jest dziś może bezpośrednio, namacalnie wyczuwalny, dopóki nie zajrzymy pod powłokę sceny, gdzie w ostatnich latach czaiły się zjawiska w guście analogowo-kasetowych labeli celujących w ambientowo-krautrockowy miękisz (np. Emeralds i pochodne/pokrewne). Respect is due. 

3 grudnia
Scott Weiland 
Mój prywatny paradoks ze Stone Temple Pilots polega na tym, że całościowo raczej lekceważyłem ten band, bo (nawet abstrahując od liryków "Range Life") estetycznie dość kiepsko się zestarzał. Analogia ze Stayleyem narzuca się sama: z początku ten sam sabbathowski korzeń okraszony upiornym "uuuuoooouuuuuooooo", który stopniowo był przełamywany w kierunku przestrzenniejszych, "akustyzujących" brzmień. I mimo tego rozwoju, mimo coraz bogatszych środków wyrazu i coraz wykwintniejsztch rozwiązań na Purple, nadal budzi to nieodparte skojarzenie z "najntisami", niestety nie zawsze w pozytywnym znaczeniu. A paradoks w moim przypadku polega na tym, że zaliczam "Sour Girl" z czwartego longplaya Kalifornijczyków w poczet najurodziwszych rockowych ballad (przy czym skomponował ją zapewne starszy z braci DeLeo). I co mi pan zrobi. Btw nie sądzicie, że front cover "czwórki" antycypuje okładkę Blackstar? Krążą energie? Przypadek nie sądzę? 

28 grudnia
Lemmy 
Nigdy nie byłem też fanem MOTURHED, choć z historycznego punktu widzenia ich fuzja punkowej energii z hard rockowym ciężarem była ważnym ogniwem w ewolucji metalu. Z tym, że ta ewolucja doprowadziła do zjawisk w stylu Acid Drinkers, z którymi nigdy nie było mi szczególnie po drodze. Intrygowała mnie beztreściowość nagrobkowych wpisów w necie: "był wielki bo... był wielki". A w ogóle to CO ZA GOŚĆ! I zero jakiegoś poparcia, objaśnienia, uzasadnienia. Natomiast według ekspertów Lemmy poza byciem filozofem ("jestem wcieleniem Sokratesa"), ćpaniem i kolekcjonowaniem nazistowskich pamiątek faktycznie wprowadził do gry na basie trącanie kilku strun jednocześnie, jak w gitarze. Ja to średnio odnajduję, ale zaufam znawcom. Zaś poza wszystkim to zdarzało mi się autentycznie zasłuchać w Space Ritual i z osiągnięć Kilmistera mam tu zdecydowanie najbliżej. 

31 grudnia
Natalie Cole 
"Unforgettable, that's what you are... Unforgettable... Tho' near or far / Like a song of love that clings to me... How the thought of you does things to me / Never before... Has someone been more... Unforgettable... In every way... And forever more... That's how you'll stay / That's why, darling, it's incredible... That someone so unforgettable... Thinks that I am... Unforgettable, too". 

Dobranoc państwu.

(Porcys, 2016)