RADIOHEAD

 

Pablo Honey (1993, alt-rock) 7.4

Drodzy czytelnicy, myślę, że nadszedł już najwyższy czas, by obalić kilka mitów dotyczących debiutanckiej płyty długogrającej zespołu Radiohead. Sprawa jest bardzo pilna, zważywszy fakt, iż kolejne pokolenia słuchaczy przyjmują powszechnie rozgłaszane kłamstwa jako nieomylną wyrocznię i w efekcie omijają z daleka album, który niczym sobie na takie traktowanie nie zasłużył. To prawda, Pablo Honey nie należy do dzieł najrówniejszych, więcej: zdarzają się tu momenty słabe. Ponadto, wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z najmniej wartościową studyjną propozycją grupy. Zgoda. Tylko szkopuł w tym, że oni nie nagrali żadnego słabego krążka. A takim oszczerstwom, jak rozpowiadanie na lewo i na prawo przez "ekspertów", iż na Pablo Honey prócz "Creep" nie ma więcej nic ekscytującego, należy jak najszybciej zadać kłam.

Połowa z dwunastu zawartych na tej płycie utworów wystarczyła by z powodzeniem za wyjaśnienie tajemnicy i geniuszu wczesnego Radiohead. Serio. Weźmy takie otwierające całość "You". Nikt mi nie wmówi, że każdy debiut wyspiarskiej kapeli rozpoczyna się tak porywająco. Kapitalny w swej prostocie motyw, kipiące energią gitary, gęsta, neurotyczna atmosfera. Mistrzowskie posługiwanie się zgiełkiem. No i ten głos. Na pierwszej płycie Yorke rzadko jeszcze używa swojego, osławionego później falsetu. Śpiewa jakby niżej, ale na wokalnych "zakrętach" mamy już zarys tej niezwykłej faktury brzmieniowej: coś, jakby leciał kilkoma dźwiękami naraz, mimo że nie ma nakładek. Jest również ta niebywała emocja, ten żar w jego głosie. Momentami wydaje się, że koleś walczy o życie - z takim zaangażowaniem interpretuje swoje partie. A jeśli komuś mało, to zaraz potem, zanim zdążycie się otrząsnąć, jest "Creep". Tyle już powiedziano o tej piosence... Nic nowego nie wymyślę. Po prostu, jeśli ktoś jeszcze tego nie słyszał, to niech koniecznie nadrobi tę zaległość. A wtedy nie będzie mógł się uwolnić od Yorke'a lamentującego "What the hell am I doing here?", od gitarowych popisów autorstwa Jonny'ego Greenwooda, od nierealnego, niemal surrealistycznego klimatu wyczarowanego z czterech prostych akordów. Przysięgam.

A to wcale nie jest koniec tej magii. "Stop Whispering" zaczyna się łagodnie, raptem melodyjka i spokojny głos. Ale szaleństwo narasta z sekundy na sekundę. Około drugiej minuty daje o sobie znać ostrzejsza gitara. Natomiast od trzeciej zaczyna się ten cudowny chaos na trzy gitary. Yorke zawodzi najgłośniej, jak tylko potrafi. A kakofoniczne zakończenie przywodzi na myśl Sonic Youth. Odwrotnie jest w "Anyone Can Play Guitar", które od hałasu się zaczyna, by zaraz przerodzić się w potężny, rockowy kawałek, okraszony dodatkowo chwytliwym refrenem. Thom z pasją deklarujący "Grow my hair, I wanna be wanna be wanna be Jim Morrison" na tle cokolwiek atonalnych drgawek gitarowych może samego słuchacza przyprawić o podobne drgawki.

Trzeba być wszak uczciwym i wspomnieć o słabszych chwilach na Pablo Honey. Należy do nich z pewnością pseudopunkowy "How Do You", chyba najmniej udane nagranie Radiohead w całej dyskografii grupy, na pewno zaś biorąc pod uwagę wydawnictwa długogrające. Niczym nie wyróżnia się bardzo przeciętny "Ripcord". Podobnie jak nijaki, ocierający się momentami o mdły pop-rock "I Can't". Ale, na dobrą sprawę, to już koniec wyraźnych minusów tego albumu. Jest tu wprawdzie jeszcze kilka fragmentów, co do zalet których można by dyskutować. Każdy z nich broni się jednak dzięki kilku niewinnym frazom śpiewanym z niesamowitym ładunkiem emocji przez Yorke'a. I tak, w "Thinking About You" będzie to "All the things you've got, all the things you need". W "Vegetable" poraża on swoim "I will not control myself". Natomiast "Prove Yourself" rozdziera na strzępy wciąż powtarzanym sloganem zawartym w tytule, błyskotliwie skontrastowanym przeciągłym zaśpiewem "Why?!". Owszem, nawet zgodziłbym się, że te piosenki są do siebie bardzo podobne.

Ale na koniec otrzymujemy dwie małe perełki. "Lurgee" musi wzruszyć nawet najtwardszych słuchaczy, pod warunkiem oczywiście, ze znają oni angielski. Subtelna ballada przeradza się nagle w dysonansową symfonię gitar. Natomiast kończący Pablo Honey "Blow Out" to prawdziwy majstersztyk jeśli chodzi o narastanie dramaturgii. Od lekkiego niepokoju do całkowitego szaleństwa. Od jazzującego tematu na wstępie do powalających przejazdów gitary pod koniec. Stąd za żadne skarby nie uznałbym tej płyty za zwykły, rockowy debiut kolejnej alternatywnej grupy z Wielkiej Brytanii. Oni od początku mieli w sobie coś niezwykłego, coś, co nie pozwala porównywać ich z nikim innym. Brzmienie? Klimat? Jonny Greenwood? Thom Yorke? Niepotrzebne skreślić.
(Porcys, 2001)

My Iron Lung (1994, alt-rock) 7.5

To najpierw miał być singiel. A raczej dwie wersje singla z piosenką "My Iron Lung", każda zawierająca inne b-strony. Ale potem ktoś połączył obie płytki w jedną większą. Tak powstał ponad dwudziestoośmiominutowy materiał, który należałoby chyba traktować jako minialbum. W efekcie całego przedsięwzięcia otrzymaliśmy całość, która zaskakuje dojrzałością. Porównując to, co panowie tu zaprezentowali do wydanego półtora roku wcześniej debiutu, łatwo zauważyć ogromny postęp artystyczny. Nazwałbym to "poszerzeniem świadomości własnego stylu". Wszystko brzmi tu pewniej i konkretniej, a rozwiązania sprawiają wrażenie bardziej przemyślanych. Grupa krok po kroku eliminowała te elementy swojej stylistyki, które można by uznać za wtórne, pozostawiając patenty własnego autorstwa. To właśnie w tym okresie rodził się styl Radiohead – oryginalny i jedyny w swoim rodzaju. Mimo, że większość z tych nagrań miało spełniać rolę wypełniaczy. Ale chciałbym, by wszyscy nagrywali takie wypełniacze.

Zaczyna się od kawałka tytułowego, który, myślę, można już dziś uznać za klasykę niezależnego grania. To pierwszy przejaw, że oto narodził się zespół ponadczasowy, co przetrwa wiele i jeszcze nie raz zaproponuje nam rzeczy genialne. I nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek pretendujący do miana "alternatywnego słuchacza" tego utworu nie znał. Następnie wybrzmiewa "The Trickster" – agresywny rytm i niepokojący motyw gitarowy nadają ton całości, ale oto w refrenie pojawia się nutka smutku, melancholii. Odtąd muzycy grupy będą prawdziwymi mistrzami w naturalnym łączeniu tych przeciwności, stanie się to wręcz ich znakiem firmowym. Potem jest jedyny wyraźnie odstający od reszty fragment, "Lewis (Mistreated)". Pomijając fakt dość ostrego brzmienia, przypomina on mniej udane chwile Pablo Honey. Ale i w tym nagraniu są elementy świadczące o coraz to większej pomysłowości grupy: choćby ta śliczna wstawka i cicha wokaliza Yorke'a około 1:50.

A wtedy czekają na nas trzy perełki, o jakich większość "niezależnych" mogła by tylko śnić. Przejmujący, wspaniale rozplanowany i zaaranżowany (partia organów w środku!) "Punchdrunk Lovesick Singalong", gdzie Thom oznajmia: "Piękna dziewczyna jest w stanie obrócić twe życie w pył". Fascynujący, głównie ze względu na awangardowe harmonie, jakie serwuje nam młodszy Greenwood, "Permanent Daylight", który dzięki swojej oryginalnej konstrukcji staje się zapowiedzią przyszłych, jeszcze ambitniejszych dokonań Radiohead. No i "Lozenge Of Love". Oniryczny, przejmująco zaśpiewany przez Thoma tylko z akompaniamentem dwóch gitar, delikatnie pobrzmiewających orientem. Na zakończenie zaś dostajemy skromną miniaturę na głos i gitarę "You Never Wash Up After Yourself", oraz tak samo zinstrumentowaną, piękną akustyczną wersję "Creep". Prawda, że sporo tego dobrego? Ledwie zestaw b-stron singla. Ale to Radiohead. Po prostu.
(Porcys, 2001)

The Bends (1995, alt-rock) 8.0

O, wraz z The Bends nie ma już żadnych wątpliwości. Oto Radiohead zaczynają dyktować warunki w muzycznym świecie. Nagrywają album, który brzmi tak dojrzale, jak gdyby został stworzony przez stare wygi, robiące w tym przemyśle jakieś dwadzieścia lat. Aż trudno uwierzyć, ale ci ludzie debiutowali dwa lata wcześniej! Tymczasem od pierwszej do ostatniej minuty muzycy sprawują tu pełną kontrolę nad każdym dźwiękiem. Sesje do tego krążka kosztowały ich sporo zdrowia i nerwów. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania: grupa zagościła wśród najwybitniejszych wykonawców swoich czasów. Czy ktoś mógł wtedy przewidzieć, że za sześć lat The Bends nie będzie miało nawet startu do trzech następnych dzieł Radiohead? Czy w 1995 roku ktoś w ogóle spodziewał się, że to będzie najwybitniejsza grupa świata? Nie. Ludziom nie pozostawało więc nic innego, jak cieszyć się tym oto albumem.

Prawie wszystkie z tuzina zawartych na tej płycie kompozycji brzmią jak najprawdziwsze klasyki muzyki rozrywkowej. I w tym tkwi ich potęga. Wprawdzie łatwo czasem przewidzieć dalszy ciąg melodii, dośpiewać wraz z Thomem jego partię bez większego wysiłku. Bo, prawdę mówiąc, jest to taki pop w wykonaniu Radiohead. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: chodzi mi o warstwę melodyczną, o niebywałą umiejętność pisania tak chwytliwych, i zarazem pięknych piosenek. Bo jak chłopaki się uprą, to potrafią tak dowalić, że głowa mała. Poza tym, nastroje zmieniają się tu jak w kalejdoskopie: smutek obok gniewu, melancholia blisko zawiści, miłość niedaleko wstrętu. A wszystko wymieszane w tak przekonujący sposób, że sprawia wrażenie zgranej całości. Ale po kolei. The Bends otwierają tajemnicze, kosmiczne szumy, stanowiące wstęp do pierwszego utworu, "Planet Telex". Niezwykłe harmonie, bazujące na nieznacznych modyfikacjach w obrębie jednego akordu, wspaniałe przestrzenie i Yorke brzmiący tak pewnie, jakby nagrał przedtem z dziesięć, a nie tylko jedną płytę. Następuje kawałek tytułowy. Mimo, że jest to nieznaczna pozostałość po debiutanckim materiale, to już zagrany z tak wspaniałym wyczuciem i luzem. Masywny riff przewodni z miejsca brzmi jak klasyka. Potem mamy "High And Dry", najbardziej chwytliwą piosenkę, jaką firmował kiedykolwiek ten zespół. A jednak sporo tu ukrytego gdzieś smutku, jakiejś tęsknoty.

Mniej więcej od tego momentu zaczyna się prawdziwy popis: sześć utworów, a jeden lepszy od drugiego. Gdy słucha się ich po raz pierwszy, wydaje się, jakby towarzyszyły nam od zawsze, jakbyśmy znali je na pamięć. Piękny, liryczny, wręcz planowo przejmujący "Fake Plastic Trees", to fragment, który wyznaczył kierunek rozwoju połowy brytyjskich kapel gitarowych po 1995 roku. Z miejsca wszedł do kanonu. Wszystko za sprawą kilku chwytów gitarowych. Trzy ostrzejsze nagrania: "Bones", "Just" i "My Iron Lung" to po prostu absolutne standardy niezależnego, zgiełkliwego grania. Z tym, że każde z nich odsłania nieco inne oblicze Radiohead. W pierwszym z nich mamy miarowe przejścia: od spokoju do hałasu i z powrotem. "Just" jest majstersztykiem samym w sobie: ładna, acz nieprzewidywalna melodia zostaje tu podana w sposób zdecydowanie zdradzający zaburzenia emocjonalne, a to z powodu partii gitarowych. Tego, co ci ludzie, a młodszy Greenwood zwłaszcza, wyprawiają z tym instrumentem nie da się opisać. Zaś w "My Iron Lung" mamy tego samego pacjenta, który jednak zapomniał odbyć wizyty u psychiatry i dzieli się teraz z nami swoją chorobą (w wersji studyjnej słychać to w gitarach, ale posłuchajcie co na koncercie robi w tym numerze Colin!).

Jest jeszcze "Nice Dream", który najpierw rozwija się jako śliczna, sielankowa ballada, by na wysokości 2:28 porazić niespodziewanym atakiem sześciostrunowców. Trzeba mieć jakiś dar, żeby tak zwyczajnie łączyć te oczywiste przeciwności. Z kolei z sennego "Bullet Proof..I Wish I Was" bije takie piękno, że nie ma sensu zabierać się za jego opisywanie. Trzeba posłuchać i wszystko będzie jasne. Znów tylko cztery akordy. Jak oni to robią? A potem ten cudowny motyw-refren w środku, wraz z którym wchodzą leniwe gitary. Cichy zaśpiew Thoma. I już koniec. Raptem trzy i pół minuty *czystego piękna*. Nic więc dziwnego, że po takiej dawce rewelacyjnej muzyki następne dwie piosenki wydają się lekko odstawać. To tylko złudzenie – na płycie każdego innego wykonawcy należałyby do wyróżniających się. Obie zachwycają mimo to wspaniałymi refrenami. A na koniec dostajemy pieśń, o której znów, nawet gdyby bardzo się uprzeć, nie można inaczej powiedzieć, niż: piękna. "Street Spirit (Fade Out)". Z początku tylko głos i skromny podkład. Ale z każdą chwilą napięcie narasta. Co ciekawe, tym razem nie będzie wybuchu, ataku skomasowanych gitar. Bo to jest pieśń na zakończenie.

(Teksty Yorke'a są tematem na osobną recenzję, jak sądzę.)

Tyle Radiohead mieli do powiedzenia w roku 1995. Zachwycili słuchaczy pięknymi piosenkami, frapującym brzmieniem, niepowtarzalnym klimatem. A w dwa lata później wrócili z płytą następną. Wtedy zachwyt przerodził się w skomlenie na kolanach i składanie ofiar.
(Porcys, 2001)

W pierwszej klasie liceum katowałem ten album do upadłego – z gitar to praktycznie nie słuchałem niczego innego (na zmianę z OK Computer). Pewnego dnia ojciec się wtrącił i zagaił w trakcie "Just": "słuchaj, ale to jest jakaś totalna zrzynka z Beatlesów". Ja na to, że skąd, że niby gdzie (uniosłem się!). A ojciec mówi – "no cofnij parę sekund, cofnij". Cofam i leci: "one day he'll get to you... and teach you how to be...", podbite Rickenbackerem w unisonie. Ojciec: "na moje ucho jakieś Abbey Road czy coś tym guście...". Koniec anegdoty.
(T-Mobile Music, 2012)

OK Computer (1997, alt-rock) 9.6

Cześć, to znowu ja. Ile już się znamy? Nieważne. Może czytacie moją pierwszą recenzję, może znacie wszystkie pozostałe na pamięć. Nieistotne. Jestem tylko ja i klawiatura. Jeszcze przez kilkadziesiąt minut. Potem, jak zwykle, prześlę tekst naczelnemu. Naczelny umieści tekst na stronie. I tak dalej. Koło się zamyka. Tak wygląda u nas praca: słuchamy muzyki na okrągło, wstukujemy opinie na dysk, przesyłamy je naczelnemu. On formatuje, wrzuca na stronkę, serwis się wzbogaca. I tak jesteśmy recenzentami. Oceniamy świat. I przedwczoraj otrzymałem mailową wiadomość od naczelnego. Oprócz spraw bieżących, Błażej poruszył jeszcze jeden temat. Napisał, że mamy 99 recenzji w archiwum. W poniedziałek ukaże się setna. Mówi, że warto by było to w pewien sposób zaznaczyć, uczcić. No i sama płyta też powinna być specjalna. Bo recenzja numer 100 zdarza się raz. Święta prawda. Kurczę, tak na co dzień się tego nie kontroluje, ale 100 to już jest poważna sprawa, nie sądzicie?

Mógłbym zastanawiać się kilka lat, ale i tak nie wybrałbym lepiej. Zresztą, nie mieliśmy wyboru, z wielu względów. Ok Computer jest właśnie tym albumem, który należy opisać jako setny. Dlaczego? Oczywiście w tym jednym artykule nie zamknę nawet procenta pełnej odpowiedzi. Ale takie rzeczy się czuje. Kto wie, czy istniałby Porcys w takiej formie, w jakiej istnieje, gdybyśmy pewnego dnia nie usłyszeli Ok Computer. Kto wie, czy postrzegalibyśmy muzykę tak, jak postrzegamy, gdyby nie zetknięcie z tą płytą. Więcej nawet, nie wiadomo, czy w ogóle bylibyśmy tymi samymi ludźmi, gdyby na naszej drodze nie pojawiło się to dzieło geniusza. "Mów za siebie", myślicie teraz pewnie. Przyjmuję tę wątpliwość. Ale jeśli mam uchylić rąbka tajemnicy, to trzy piąte obecnej załogi Porcys podpisuje się pod powyższym akapitem. Mamy zatem większość bezwzględną. Podobnie kwestia oceny: chciałem z tego miejsca oświadczyć, że nie jestem "10.0", bo tyle samo Ok Computer otrzymałoby od każdego ze wspomnianej trójki. Pomijam już rzecz oczywistą: to jest 10.0, jak żadna inna płyta. Jak w ogóle mało która w historii. To jest takie 10.0, które bije w oczy, oślepia, rozbraja. Och, chcecie, żeby to powiedzieć wprost? Dobrze. Jeśli Ok Computer nie jest 10.0, to nic nie jest 10.0, zwyczajnie.

"Piszesz o wszystkim, tylko nie o muzyce". Ha, łatwo powiedzieć. Ja po prostu wiem, że o tym albumie nie można napisać niczego, by nie zubożyć jego wartości. Śmieszne wydają się komentarze na temat Ok Computer; nazywanie go płytą znakomitą, oryginalną, dojrzałą i tak dalej. To przecież zapis świadomości świata u schyłku wieku, szczytowe osiągnięcie post-modernizmu, dzieło sztuki, wykraczające swoim zasięgiem poza muzykę popularną, muzykę w ogóle. Sztukę nawet, bo jest w Ok Computer wiele z socjologii, antropologii, psychologii, a więc dziedzin nauki raczej, niż sztuki. Wreszcie jest to album reprezentujący rocka jako formę wyrażenia artystycznego. I jeśli miałbym przedstawić na jakimś forum starych zgredów coś, co świadczyłoby o tym, że rock jest sztuką, to wybrałbym Ok Computer właśnie, bo pewnie więcej w nim sztuki, niż w niejednym utworze wielkich klasyków muzyki poważnej. I głupie będzie teraz powtarzanie, że Ok Computer jest "perfekcyjnie, idealnie dopracowany", ale tak jest, co poradzę. Co oznacza, że każda sekunda zawartości dysku jest potrzebna i właściwa. Nie wyobrażam sobie, żeby zabrano mi którąkolwiek z nich, żeby dodano nową. Odpowiedzialnych za to ludzi opętał najprawdopodobniej w trakcie pracy nad Ok Computer amok, ale efekt jest taki, że każdy dźwięk, pomruk, czy odgłos jest przykładem na obecność geniuszu. Nie spali nocami, zapomnieli o rzeczywistości i może wpędziło ich to w kilkunastomiesięczną depresję, ale zaowocowało niespotykaną symetrią.

"Będzie ta recenzja, czy nie?". Powiedzmy, że coś na kształt. "Airbag" jest pierwszym fragmentem w twórczości zespołu, który nie jest piosenką. Bardziej kolaż dźwiękowy, poszczególne jego elementy dopełniają się i wtedy może ktoś przy tym, choćby ja, poczuć ciarki. "Paranoid Android" uważam wciąż, od roku 97, za najdoskonalszy rockowy utwór i zdania nie zmienię. Jeśli istnieje kwintesencja rocka, to w tych sześciu minutach jest ona zawarta. Jeśli ktoś twierdzi, że uwielbia rock i nie słyszał "Paranoid Android", to znaczy, że nie uwielbia. Dalej, "Subterranean Homesick Alien" pływa w powietrzu, przy "Exit Music" i "Let Down" sięga się po paczkę z chusteczkami, a zakończenie "Karma Police" jest jednym z niewielu momentów prawdziwego wyzwolenia. Widzę nauczycielkę od polskiego płaczącą przy "Fitter Happier" i młodziaka doznającego objawienia przy "Electioneering". Widzę siebie pokrytego gęsią skórką w finale "Climbing Up The Walls" pewnego jesiennego wieczora. (Mówię o wrzasku końcowym, rozrywa mnie na strzępy.) Widzę setki profesorów, którzy zajmują się "problemami codzienności", załamujących ręce przy "No Surprises". Widzę fale elektryczne przy brzmieniu jęku gitarowego w "Lucky". I widzę wszystkich słuchaczy wątpiących podczas "The Tourist": "może naprawdę należałoby zwolnić, to życie tak pędzi".

Przekaz liryczny Ok Computer też miał wielu analityków. Bodaj najbardziej spodobało mi się stwierdzenie, że teksty Yorke'a oddają neurozę i znieczulicę, jakie ogarnęły człowieka doby komputerów, ale i tak, jakże odległa jest to wykładnia od tego, co tak naprawdę się rozumie w tych słowach. Jak mam na przykład wytłumaczyć geniusz wersu: "In a fast German car / I'm amazed that I survived / An airbag saved my life". Suma tych wyrazów to mniej, niż konfiguracja, w jakiej zostały ułożone. Podobnie "Kicking squeeling gucci little piggy", właściwie nieprzetłumaczalne i nie podlegające interpretacji. Albo "Don't get sentimental / It always ends up drivel", to samo. Mówiono, że to najlepsza diagnoza swoich czasów. Ludzie byli już tak zdołowani i wyczerpani, że musieli poczuć przesłanie Ok Computer. Musieli, nie musieli, w gruncie rzeczy wciąż jest dla mnie tajemnicą powszechny odbiór albumu. Złapać się na klimat Ok Computer nie było trudno, ale doszły jeszcze te wszystkie rankingi i plebiscyty. Po raz pierwszy głosowano poprawnie. Nie zaprzeczę, jak ktoś powie, że to ten jedyny przejaw rocka. W dodatku zainspirował w ciągu tych kilku lat dokonania mnóstwa wykonawców, w tym takie dzieła, jak Moon & Antarctica Modest Mouse, czy The Sophtware Slump Grandaddy. No i nas tutaj, do zajmowania się muzyką na poważnie.
(Porcys, 2002)

Jedna z najlepszych płyt wszech czasów, bez cienia wątpliwości. Głos wewnętrzny szóstki (liczę z producentem Nigelem Godrichem) twórców, który niebawem podchwyciło i uznało za swój całe pokolenie. Protest przeciwko wszystkim i wszystkiemu co nieludzkie, a zarazem legitymizacja zachodzących przemian. Post-modernistyczny obraz świata zżeranego przez wielkie korporacje, idealna dekadencja dwudziestego wieku. Wewnątrz tych bólów i rozterek jeden człowiek, Thom Yorke. Raz przyjmujący pozę ironicznego cynika, kiedy indziej dosłownie płaczący do mikrofonu. Każda chwila jest tu na wagę złota, ale kilka stanowi po prostu kanon rocka. "Airbag", wyśmienity kolaż dźwiękowy, pierwszy i ostateczny dowód na to, że Radiohead z brit-popem nie ma nic wspólnego (mówię niedowiarkom, których wciąż sporo). "Paranoid Android", klasyk, w którym formę mini-opery a la wczesne Genesis panowie ubrali w ciąg niewiarygodnych motywów. "Climbing Up The Walls" z Yorkiem krzyczącym na końcu jak w transie. I wszystkie pozostałe, inspirowane czy to jazzem, czy trip-hopem, czy Pink Floyd. Znaczenie Radiohead dla biegu muzycznej historii ostatnich lat jest niepodważalne.
(Tylko Rock, 2002) (c'mon, miałem 18 lat)

Kid A (2000, post-pop/electronic) 9.9

Hegemonia Kid A w rankingach najlepszych płyt 2000-2009 ma wiele przyczyn. Jedni widzą w tej płycie wzorowy przykład wynalezienia się na nowo przez zespół, który artystycznie wspiął się już na Mount Everest. Drudzy wskazują na doskonałe połączenie alternatywnego rocka z poszukującą elektroniką Warpa i proto-elektroniką niemiecką lat siedemdziesiątych. Choć ten akurat argument często zbijali warpowscy fanatycy, wyszydzając kulawe próby Thoma i spółki na tym polu. Spokojnie, nikt nie mówił, że Thom wynalazł Autechre i Aphex Twina – raczej zaadaptował ich narzędzia do poszerzenia swojej autorskiej wizji. Inni z kolei podkreślają rzadko spotykane wyczucie zeitgeistu – meta-komentarz do trudnego przełomu stuleci, naznaczonego technologiczną rewolucją i zarazem coraz większą alienacją zachodniego, wielkomiejskiego człowieka. I wiecie co – ja się z tymi wszystkimi tezami zgadzam. Kiwam głową, przytakuję. Ale dla mnie od dnia premiery naprawdę chodziło o same kawałki. Słuchanie Kid A przypomina mi wizytę w fikcyjnej galerii, w której zebrano dziesięć wybitnych obrazów reprezentujących różne epoki w malarstwie, ale dobrano je pod kątem wspólnego nastroju, tak by tworzyły spójną całość. Mówi się przecież czasem "coś jak z Kid A", choć istnieją na tej płycie utwory o kompletnie rozłącznej warstwie aranżacyjnej. Idziemy więc z panią przewodnik, która pokazuje kolejne obrazy i opowiada o nich – to arcydzieło z takiej epoki, tamto z innej, tamto jeszcze z innej, zainspirowane tym, tamtym, siamtym. Jeden po drugim, klasyk po klasyku. I tyle. Koniec mistrzostw. A urwę w tym miejscu anegdotą. Na kilka dni przed wydaniem Kid A, jakoś późnym październikiem 2000 roku, w trójkowej "Markomanii" redaktor Niedźwiecki oznajmił tradycyjnie niewzruszonym tonem, jakby zapowiadał kolejną składankę Basi Trzetrzelewskiej, reedycję Carole King bądź nowy singiel Madonny: "doszła już do mnie nowa płyta zespołu Radiohead... i właściwie szczerze powiem, że nie wiem co mam o niej sądzić".
(T-Mobile Music, 2011)

Rozpatrywanie zdarzeń przełomowych prowokuje zwykle do hiperboli, ale zaryzykowałbym tezę, iż moje własne jedyne i skończone wkrótce życie dzieli się na dwa rozłączne etapy: przed i po pierwszym posłuchaniu Kid A. Może to brzmieć jak panikowanie nawiedzonego fanatyka, natomiast – śmiesznie, smutno, czy jakkolwiek – tak właśnie sytuacja się przedstawia z punktu widzenia mojej, subiektywnej świadomości. Ponieważ tego co zaszło we mnie od godziny punkt 9:00 owego dnia premiery albumu nie potrafię zestawić z żadnym empirycznym faktem jakiego zaznałem jako ja. Nigdy wcześniej ani później nie zaznałem podobnego uczucia – czegoś na kształt kilkudziesięciominutowego, skondensowanego procesu szaleńczego zakochania, pomnożonego przez tysiąc, ewoluującego fazami ku odnalezieniu w tym stanie centrum "metafizycznego" i finalnie osiągającego intelektualny, a symultanicznie emocjonalno-duchowy orgazm pomnożony przez milion. Jeśli to intymne wyznanie wydaje się komuś mało wiarygodne, to polecam złapać na TV4 kolesia rozpowiadającego wszem i wobec że w drodze do pracy natknął się na kosmitów z przesłaniem "nie niszczyć naturalnych zasobów planety – to grozi zagładą", jeszcze powinni powtarzać. Albowiem JA mówię prawdę i tylko prawdę, pod przysięgą i w obliczu wieczności – choć nigdy specjalnie się z tym nie afiszowałem, skoro doświadczenie me miało charakter personalny, niedostępny do wglądu z zewnątrz.

Od tego czasu starałem się powielić pierwotne wrażenie, gdyż wszystkiego co rozkoszne, cudowne i "wykraczające" chcemy jak najwięcej; my ludzie, tak już jesteśmy zaprogramowani. Moje listeningi, niczym definicja "obrzędu", polegały na cyklicznym kopiowaniu kolejnych elementów towarzyszących oryginalnemu zajściu – przypominałem sobie konkretne chwile z niego i usiłowałem, przywołując ich "moc", ponownie obudzić w sobie kontakt z nadprzyrodą. Ale nigdy już, w następnych relacjach z płytą, nie potrafiłem wspiąć się na szczyt raz zdobyty, mimo doznań stuprocentowych w ramach "przyziemnych" (czytaj: odbioru muzycznego). Pewnego dnia uznałem, że dzieje się tak z powodu zbyt częstych, regularnych jej odtworzeń. I postanowiłem, że od tej pory zredukuję owe do jednego słuchania w roku, w noc urodzinową (urodziłem się nad ranem). Nic nie tracę znając na wylot każdy zakamarek albumu, a może długie przerwy między sesyjkami przybliżą do upragnionych wrót szczęścia – myślałem. Obite o uszy przypadkowo fragmenty (radio, telewizja, etc.) traktowałem jak gwałt na sobie, naruszenie żelaznego rytuału i uciekałem z niesmakiem. Żaden inny strzępek muzyki nie miotał mną aż tak dosadnie. Zainspirowany moją decyzją czy nie, Michał powziął wkrótce postanowienie o nie słuchaniu Kid A. Jest częścią klanowej legendy jak pisząc reckę Hail To The Thief zapuścił se Kid A, by po siedmiu sekundach "Everything In Its Right Place" wyłączyć. To było za dużo.

Utarło się sporadycznie określać coś w dyskusji mianem "lepsze niż Kid A", bo wszyscy doskonale wiedzą, że nie ma nic lepszego. (Z wyjątkiem zdania "I don't know why you say goodbye – I say hello", zgadza się Kuba?) Cały osobny blok kulturowy pod tytułem "Ci naprawdę znający się na muzyce, będący ponadto, wyśmiewają religię na punkcie Kid A i wytykają, że to tylko elektronika zmieszana z brit-popem i stary posłuchej se X, Y i Z" mogę skwitować na zawsze: heh, check akapit number one. Chodzi bowiem o to słynne "akwarium", i niewtajemniczeni nie zrozumieją tego przesunięcia kategorialnego, choćby zmuszali się latami. Zresztą sam mogę się tylko domyślać na czym to "akwarium" polega i dlaczego żadna inna bieżącej ery płyta go nie zawiera. Przecież nikt nie dolał mi tamtego ranka magicznego olejka do słuchawek. Zakładam więc, że Kid A to współczesny odpowiednik Sgt. Pepper'sDrumming i Low razem wziętych w zakresie mitologii otaczającej powstawanie, przeobrażenia i późniejszą glorię dzieła. Okres między wiosną '97 a jesienią '00 – to była trzyipółletnia ciąża, oczekiwanie na narodziny zbawcy, napięte przygotowania do odmiany losów wszechświata. Analizowałem detalicznie na papierze przebieg każdego utworu zanim je poznałem, pasjonowałem się nieustannymi zmianami tracklisty i jej zaskakującą końcowo zawartością; cholera, nawet pół roku potem Amnesiacowi udzielił się element "świętości", tylko dlatego, że kawałki pochodziły z tych samych nagrań, co poprzednik. Słowem: nie znam w swoim przypadku donioślejszego przykładu na "kult" od startu do epilogu, ale, spoglądając teraz na wyniki tego gigantycznego rankingu, najwyraźniej nie byłem w tym kulcie aż tak bardzo odosobniony.
(Porcys, 2005)

Po tym, jak piątka Oxfordczyków rzuciła na kolana cały muzyczny świat płytą Ok Computer, oczekiwanie na nowy materiał Radiohead stało się dla fanów grupy swoistym obrzędem. W końcu, kiedy po z górą trzech latach Kid A trafił do sklepów, większość słuchaczy czuła się zakłopotana. Bo Thom Yorke i spółka przedstawili album diametralnie odmienny od poprzednika. Z jednym wyjątkiem: poziomu artystycznego. Niewyobrażalne nagle stało się prawdziwe. Radiohead pokazali wraz z Kid A, że na nie mają i długo nie będą mieć konkurencji. Fenomen płyty tkwi w jej różnorodności. Ubierając genialne kompozycje w różnorodne aranżacje, panowie ułożyli mozaikę stylistyczną, pozornie dysonansową, a w rzeczywistości niezwykle harmonijną. Od jazzu, przez ambient, rock, aż po nowoczesną elektronikę, Kid A czerpie z tradycji, jeszcze więcej dając jej w zamian. Na dodatek, kilka miesięcy później zespół wydał równie fascynujący zbiór pozostałych utworów z sesji Kid A, zatytułowany Amnesiac. Mając trzy arcydzieła na koncie, Radiohead nie muszą się martwić o miejsce w panteonie największych.
(Tylko Rock, 2002)

Przekonuję do tej płyty kolejne osoby od momentu jej ukazania. Z różnym skutkiem. Niestety, są ludzie, którzy nie zmienią się nigdy. Którzy nie potrafią pokonać swoich uprzedzeń, nie potrafią się otworzyć, którzy nie lubią nowości, wciąż szczelnie zamknięci w skorupie własnego, dawno już ustalonego systemu wartości. Czy przypadkiem takich reprezentantów społeczeństwa nie zwykło się określać mianem konserwatystów? Ale z drugiej strony, chyba niepotrzebnie się przejmuję. Bo z reguły konserwatyści charakteryzują się tym, że z rzadka modyfikują swoje poglądy. Czekałem na ten album z zapartym tchem przez dobre trzy lata. Codziennie, z drżącymi rękoma, sprawdzałem najnowsze wiadomości z sesji, która wciąż się przedłużała. To oczekiwanie przerodziło się wreszcie w coś, co można by nazwać mianem choroby: przez pewien okres czasu, bezpośrednio poprzedzający wydanie albumu, nie myślałem już o niczym innym. Aż wreszcie nadszedł ten moment, 2 października 2000 roku. Rankiem, rezygnując z zajęć (które, szczerze mówiąc, mało mnie akurat tego dnia interesowały) w jednej z warszawskich instytucji "ogólnie kształcących" młodzież, nabyłem tę płytę. A około godziny jedenastej znajdowała się już ona w odtwarzaczu, podczas gdy ja, ze słuchawkami na uszach, w napięciu oczekiwałem, co też usłyszę, kiedy nacisnę magiczny przycisk "play".

I praktycznie od tych pierwszych, ślicznych dźwięków elektrycznego pianina, od których zaczyna się "Everything In Its Right Place", utwór otwierający Kid A, wszystko powinno być jasne. Dla tych, którzy kochają głos tego człowieka. Którzy oczekują od muzyki czegoś więcej; czegoś, co trudno jest wyjaśnić słowami. Którzy wreszcie wymagają od swoich ukochanych artystów ciągłych poszukiwań, ambicji i odwagi. Mógłbym tutaj bez końca opowiadać o istocie owego piękna, które wręcz emanuje z tego dzieła. Mógłbym rozczulać się nad różnymi barwami głosu Thoma Yorke'a, zawsze tak samo cudnymi. Mógłbym nawet, choć nie wiem, czy ktoś chciałby to czytać, opisać odczucia, które towarzyszyły mi tamtego dnia, zaraz po pierwszym przesłuchaniu Kid A. Ale nie, nie zrobię tego. Tymczasem, gwoli formalności, wspomnę tylko o genialnym, transowym riffie basu (najwybitniejszy motyw na tym instrumencie w historii) w "The National Anthem", o lirycznej atmosferze, popartej wspaniałą orkiestracją w "How To Disappear Completely", a także o prawdziwie mistrzowskim tercecie gitar w "Optimistic". Przywołam również falujące pejzaże, wyczarowane tylko z prostego motywu pianina i opadającej progresji gitary w "In Limbo". No i nie powinienem zapomnieć o wstrząsającym finale "Morning Bell", ułożonym precyzyjnie z różnych, dopełniających się elementów.

I w sumie mógłby to być już koniec tej recenzji. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Owi konserwatyści, którzy pojawili się na początku tego tekstu. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie względów, wraz z pojawieniem się Kid A na półkach miała swój początek jakaś przedziwna nagonka na tę płytę, jakiś amok, który przy całym moim zachwycie nad albumem, pozostawił we mnie pewien niesmak. Wiem, nie powinienem się przejmować. Ale gdy słyszę niektóre wypowiedzi na temat tego wydawnictwa, to robi mi się po prostu niedobrze. Nic wszak dziwnego, skoro przypominają one majaczenia osób chorych umysłowo. A najgorsze, że dotyczy to, zarówno u nas, jak i na Zachodzie, autorytetów w temacie, których niedorozwinięte spostrzeżenia kreują często powszechne opinie. I wcale nie mam tu na myśli tych recenzentów, którzy uważają Kid A za słaby album. Nie, z nimi nie będę nawet polemizował, zalecam po prostu specjalistyczne badania uszu, i tyle. Natomiast jest cała grupa dziennikarzy, oceniających tę płytę na najwyższe noty, ale wypisujących jakieś okropne bzdury o tym, że Kid A jest "trudne do zrozumienia", "zajmuje ponad 30 przesłuchań pełne zgłębienie tej tajemnicy", oraz że "konia z rzędem temu, kto zrozumie ten album", za wszelką cenę próbujących zrobić z Kid A jakiegoś dziwoląga. Otóż kochani panowie recenzenci. Opamiętajcie się i nie róbcie czytelnikom wody z mózgu. To nie jest żaden Lutosławski. Ani zwariowany yass Mazzolla. Ani nawet Metal Machine Music Lou Reeda. To muzyka, która poraża swoim pięknem od samego początku. Wystarczy dać jej szansę i obowiązkowo nałożyć na uszy słuchawki.

Kid A jest płytą, która nie może otrzymać innej oceny niż maksymalna. Niezależnie, czy wyciągać średnią z poszczególnych utworów, czy tez oceniać jako całość. Bo ta płyta jest jak pomnik – doskonała w swej formie i przytłaczająca w treści. A że nie wszyscy dają się do tego przekonać... Co ja im na to poradzę.
(Porcys, 2000)

OMG LOL at AMG's new rating and review for Kid A! Originally it was 3/5 with lines like: "So, Kid A is an unqualified success? Well, not quite" and "rather drab songs (primarily during the second half)". Congratulations, mr. Erlewine. At least you're not mr. Beaumont (this one's *really* sad, for example: comparing AnCo to Foals). 
(2011)

Kid A wydane równo 15 lat temu - jedyny w moim życiu album o którego zawartości wiedziałem wszystko track-by-track, co się dzieje w której sekundzie, jakie gdzie wchodzą instrumenty etc. - zanim go posłuchałem. więc to pierwsze słuchanie było przedziwnym doświadczeniem - w sumie czekanie na konkretne momenty (o których się wcześniej naczytałem), żeby się wydarzyły i co chwila reakcja: "a, czyli tak to brzmi". nie poszedłem tego dnia do szkoły. CD kupiłem o 9 rano w Empiku w GalMok, pan przy mnie rozpakowywał karton z płytami, nie leżały jeszcze na półce. mam wrażenie, że opowiadam to po raz setny.
(2015)

Amnesiac (2001, post-pop/electronic) 9.3

Pół roku po Kid A Oxfordczycy ujawnili resztę materiału zarejestrowanego na tamtych sesjach (najlepsze kawałki na Amnesiac, nieco gorsze jako b-strony singli) i to był nokaut. Mniej więcej w owym okresie zanotowałem też nagły wzrost popularności Radiohead w naszym kraju – przyznam, że się tego nie spodziewałem. Polska tradycja romantycznych zrywów poprzedzielanych płaczliwym użalaniem się nad sobą zaprocentowała. Nie, żebym się do tej frakcji nie przyznawał – parę lat wcześniej mocno przeżyłem szkolną lekturę Kordiana. Swoją drogą Yorke mógłby się wcielić w rolę tytułową w ekranizacji Kordiana – ponoć Słowacki miał 165 centymetrów wzrostu, więc się zgadza, no i podobny typ wrażliwości. A skoro Polacy znają i kochają Radiohead, to nie muszę chyba komentować Amnesiaca? Jedynie zauważę, iż "You and Whose Army" to plagiat z piosenki "Message Personnel" Francoise Hardy. Każdy ma swoje małe plagiaty, co Thom?
(T-Mobile Music, 2011)

Przed napisaniem tego tekstu zastanawiałem się długo, jakie słowa i kryteria powinny być użyte przy komentowaniu ostatnich dokonań Radiohead, by z jednej strony oddać należną im cześć, a z drugiej natomiast nie popaść w grafomanię. Jak opowiedzieć to, co tworzą ci artyści, jednocześnie nie posługując się wytartymi wyrażeniami. Jak mówić o albumie Amnesiac bez stosowania takich przymiotników, jak: piękny, nowatorski, oszałamiający. I przyszło mi do głowy, że jedyny na to sposób to przestać traktować zjawisko pod tytułem Radiohead w kategoriach grupy ludzi, którzy zebrali się razem by grać muzykę. Którzy wydają kolejne piosenki w celu zarobienia na następny bochenek chleba. I którzy raz na kilka miesięcy muszą pojawić się w MTV, żeby przypomnieć o swoim istnieniu na rynku. Koniec z tym, raz na zawsze. Nie wiem, albo są to geniusze, jakich świat nie widział, albo kolesie opanowali metodę dźwiękowego przekazu podprogowego.

Amnesiac rozpoczyna się ponad półminutowym, rytmicznym uderzaniem w blaszaną puszkę, której wtórują jednostajne dźwięki syntetycznej perkusji. I wtedy wchodzi ten motyw. Coś niczym pojedyncze klawisze w elektrycznym pianinie. Mogliby tak grać przez okrągłe czterdzieści minut, a i tak byliby najwięksi. Ale oczywiście nie, ci ludzie wciąż kombinują, klimat zmienia się tu co kilka sekund. Jest wszystko co potrzeba, byście zapomnieli, jak się nazywacie. Ta melodyjka was zaczaruje i nie uciekniecie od niej przez następnych parę tygodni. "Packt Like Sardines In A Crushd Tin Box". Tak będziecie się czuć. "I jumped in the river, what did I see? Black-eyed angels swam with me". A było to tak. Pewnego pięknego dnia Thom przyszedł do Jonny'ego i powiedział: "Słuchaj, zróbmy najwspanialszy utwór w całej historii muzyki". I zrobili. Zmieniali mu tytuł kilkakrotnie. Aż wreszcie jest. I do tego wybrali cacko na pierwszy singiel. Po raz kolejny zadrwili z całego przemysłu muzycznego. Do Kid A nie było singli. Do Amnesiac owszem. I znów nikt nie wie o co chodzi. "Pyramid Song". Dla tych, którzy nie płaczą przy tej melodii założyłbym z prywatnych pieniędzy fundację specjalnej troski.

Ale w jakim celu wymieniać po kolei tytuły? Obiecaliśmy sobie nie traktować ich jak pierwszego z brzegu zespołu, prawda? Równie dobrze można zacytować Thoma. "But there are trap-doors that you can't come back from". "Come on, come on, holy Roman Empire". "I could have sworn I saw a light coming on" – Nagroda Nobla dla Thoma za sposób, w jaki to śpiewa. "I want you to know" – dedykuję tym, którzy skarżą się, że nie ma już trzech gitar: otóż są. "Release me" – to już znamy z innej wersji. "Why don't you quiet down?" – absolut. Później słowa są zbędne. Nagle: "Tuc Ot Sderhs", ale od drugiej strony. A na koniec: "Once again". To co, że nie ma "smashing up her house again". I tak jest pięknie. Muzycznie, to nie jest ani rock, ani cokolwiek innego. Uwierzcie mi. Co z tego, że panowie sięgają też po tradycyjne instrumenty, jak gitara czy bębny. Stwórzmy odrębną kategorię, nie bójmy się. "Czego słuchasz? Rocka, trip-hopu, jazzu, elektroniki?". "Nie, wiesz, słucham Radiohead". Wszyscy ich słuchają. Ale świat dzieli się na tych, którzy ich tylko słuchają i tych, którzy dodatkowo słyszą. Yorke mówi, że zaraz będą nagrywać następny album. Ależ Thom, nagrywajcie.
(Porcys, 2001)

Szukaliśmy wszędzie. W sklepach, pismach, serwisach, w każdym dostępnym nam źródle wiedzy. Szukaliśmy na półkach, tu w Polsce, ale też sprowadzaliśmy płyty z zagranicy. Dokopaliśmy się w ten sposób do różnych ciekawych wynalazków, wciąż w nadziei, że choć jeden z nich zdetronizuje mistrza. Nic z tego. Zapomnijcie. Tytuł obroniony. Jak bardzo byśmy tego nie chcieli, jak bardzo by się nam to nie podobało, nie było w tym roku na całej kuli ziemskiej lepszej płyty od Amnesiac. Mówię to z całym przekonaniem. Jakieś propozycje? Przysyłajcie, sprawdzimy wszystkie z nich. Ale ja już straciłem nadzieję.

W pół roku po genialnym wstrząsie, jakim było Kid A, Radiohead wydali swój kolejny album, zapowiadając go jako "mniej eksperymentalny, bardziej tradycyjny". Tak!? Jaką tradycję reprezentuje w takim razie "Like Spinning Plates"? A "Packt Like Sardines In A Crushd Tin Box"? Ale zgadza się, więcej tu gitar, więcej piosenkowych struktur. Nierówny podział rytmiczny i płaczliwe akordy fortepianu w "Pyramid Song" zapewniły temu utworowi tytuł "lamentu wszechczasów". "Dollars & Cents" ponownie krzyknęło przeciw kapitalizmowi, tym razem w najbardziej bezpośredni sposób.

I na koniec jeszcze jedno. Co jest!? Czy zauważyliście, że płyta roku jest praktycznie (można tak to przedstawić) zbiorem odrzutów z sesji do Kid A? Przecież to ewenement godny Księgi Rekordów Guinessa! Wraz z Amnesiac zespół wykroczył z panteonu największych i samotnie wspiął się jeszcze wyżej. Kto wie, czy dwa ostatnie lata nie stanowiły apogeum formy Radiohead? Mam tylko pytanie. Czy ktoś może ich zdetronizować? Ale kto? Zaczyna się rok 2002. Czyli jak to będzie? Bij mistrza?
(Porcys, 2002)

I Might Be Wrong: Live Recordings (2001)

Kilka ponadczasowych zagadek zajmowało mi umysł przez te wszystkie lata obcowania z muzyką. Na przykład, czy Pink Floyd kiedyś się jeszcze zejdą? Albo: ile jeszcze będą grać Stonesi? Jak będzie wyglądać muzyka w dwudziestym pierwszym wieku? Czy Jon Bon Jovi i Bon Jovi to to samo? Czy Radiohead wydadzą kiedykolwiek album koncertowy? Ostatnie z tych pytań tylko z pozoru było retoryczne. Z jednej strony, każda grupa po kilku dobrze sprzedających się płytach wypuszcza na rynek zbiór utworów zarejestrowanych na żywo. Z drugiej jednak, Radiohead zawsze byli inni od innych. Wyobrażałem sobie, że za trzydzieści lat, z piętnastoma studyjnymi krążkami na koncie, zespół wybierze po jednej perełce z każdego z nich (trudny byłby wybór, co?) i udostępni nam ten zestaw w wersji koncertowej. Wątpliwości rozwiewa świeżo wydane I Might Be Wrong – Live Recordings. Tyle, że zaraz będziecie narzekać. Niecałe pół roku po studyjnym? Raptem czterdzieści minut za full price? Kawałki (bez jednego wyjątku) tylko z Kid A i Amnesiac?! Tak, właśnie tak. Na tym polega idea koncertowego albumu Radiohead. Na tym zresztą polega idea koncertów Radiohead w ogóle. Fragmenty dwóch ostatnich dzieł panowie grają na żywo inaczej! I o to chodzi, że "No Surprises" lub "Street Spirit" nie wzbogaciłyby was ani trochę. Za to nowe opracowania piosenek (ha, ha) z ostatnich dwóch lat dają pojęcie o tym, jak wiele wyobraźni mają w sobie ci artyści.

"National Anthem" wciąga tak, jak na Kid A, z tym, że brak jest tu owej słynnej, chaotycznej kulminacji dęciaków. Zamiast tego, Yorke oferuje nam nerwowe oddechy w bezpośrednim kontakcie z mikrofonem plus ledwie słyszalną gitarę imitującą partię saksofonu. Wielki w każdym razie utwór przechodzi płynnie w pieśń tytułową. Kapitalnie wycięta, z pulsującymi gitarami i miarowym rytmem wybijanym przez Selwaya, powala nie mniej, niż na macierzystym Amnesiac. Z "Morning Bell" bym nie przesadzał – zwyczajnie to zagrali, mówiąc całą prawdę. Thom dwa razy pomylił się w akordach swojego pianinka elektrycznego... Komu to jednak przeszkadza? Czekajcie do następnego numeru. "Like Spinning Plates" tak się rozpoczyna, że trudno załapać o co chodzi. Tylko fortepian i bas. Asceza pełna. Natchniona melodia. Brzmi jak klasyczna ballada, aż pojawia się zimny jak lód keyboard. A potem genialny na tym tle głos Yorke'a. "While you make pretty speeches" – śpiewa normalnie wersy, które na Amnesiac były obrócone w tę i z powrotem. I nagle kawałek, który był symbolem totalnego przekrętu, jakichś połamanych rytmów i zgrzytów, jawi się jako najpiękniejsza ze smutnych pieśń. Po to między innymi wydano I Might Be Wrong – Live Recordings, żeby można było docenić ich kunszt w odmienianiu tych samych dźwięków, w odkrywaniu ich na nowo.

W tym kontekście "Idioteque" nie robi zbyt wielkiego wrażenia. Także ze względu na to, czego już chyba nigdy nie zniosę: tłumu wyjców wtórujących Thomowi w "Ice age coming, ice age coming". Wspaniale wypada natomiast "Everything In Its Right Place". Poprzedzone minutowym wstępem z Yorkiem nucącym "Here comes the flood", rozwija się świetnie, pod koniec wypływając jako psychodeliczna improwizacja. Znów jest to inny zupełnie klimat od tego z Kid A. Jonny przy samplerze tnie w czasie rzeczywistym wokal Thoma, co daje nieco klaustrofobiczny efekt. Colin wręcz funkuje ze swoim basem. "Dollars & Cents" jest oczywiście bez orkiestry, przez co traci nieco na podniosłości, ale... Wszystkie niedociągnięcia można puścić w niepamięć wobec tego, co zaprezentowali na finał. O "True Love Waits" krążyły legendy. Że napisany jeszcze na sesję Ok Computer. Że odrzucany w kolejnych podejściach nie zmieścił się ani na Kid A, ani na Amnesiac. Że Yorke grał to przez lata na zakończenie niektórych występów, sam, tylko z akustyczną. I właśnie tak brzmi to tutaj. Mówię wam, ale cudny kawałek. Pieśń oparta na kilku akordach, mimo to, a może właśnie dlatego tak dramatyczna. Tekst Thoma spełnił odwieczny ideał desperackiej prośby o pozostanie ukochanej ("Zrobię wszystko, tylko błagam, nie odchodź!"). Wstrząsający refren jest jedną z najintensywniejszych rzeczy, jaką Yorke zaśpiewał. "Just don't leave" brzmi jak ostateczne wyznanie. Do Rachel? Pewnie tak.

Starałem się opamiętać z oceną. Koniec końców, to tylko koncertowa płyta mojego ulubionego zespołu. Dobra, to z Radiohead już wiem. Teraz, jak to było z tym Bon Jovi?
(Porcys, 2001)

Pierwszy oficjalny koncertowy album jednego z najbardziej niezwykłych zespołów obecnych lat. Radiohead porządnie wstrząsnęli muzycznym rynkiem w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Długie czekanie na następcę Ok Computer wynagrodzili swoim fanom z nawiązką, wydając Kid A i Amnesiac, dwa rewelacyjne albumy, które nie tylko nie ustępują poprzednikowi, ale może i go nawet przewyższają. Płyta I Might Be Wrong – Live Recordings jest tych krążków wspaniałym uzupełnieniem. Zawiera ona zarejestrowane na żywo wersje siedmiu utworów z Kid A i Amnesiac, oraz jednej nigdy wcześniej nie publikowanej pieśni.

I Might Be Wrong świetnie unaocznia charakter koncertów Radiohead. Zamiast wiernego odtwarzania brzmienia studyjnych nagrań, mamy tu raczej impresje na temat każdego z nich. I tak, w "The National Anthem" słynną partię sekcji dętej wykonuje głosem i gitarą sam Thom Yorke. "Everything In Its Right Place" przeradza się pod koniec w swobodną improwizację. Wspaniale wypadła interpretacja "Like Spinning Plates". Pamiętne z Amnesiac elektroniczne szaleństwa zastąpiła tu delikatna instrumentacja, z pianinem, basem i syntezatorem. Na koniec zaś otrzymujemy "True Love Waits". Ta ballada napisana została jeszcze w okresie powstawania Ok Computer, a dotąd nigdy jej nie wydano. To jedynie Yorke, śpiewający do podkładu gitary akustycznej. Z pozoru kolejna ckliwa pieśń jego autorstwa. W rzeczywistości – jeszcze jedna perła w repertuarze grupy.

Dla tych, którzy Radiohead uwielbiają, jest to pozycja obowiązkowa. Dla pozostałych – znakomita szansa na zapoznanie się z niezwykłą twórczością tej formacji.
(Tylko Rock, 2001)

* * *

Znane są już tytuł oraz szczegółowa zawartość nowego albumu Radiohead. Płyta będzie się nazywać Hail To The Thief. Sformułowanie to jest częścią hasła protestacyjnego "Hail to the thief, our commander in chief", ukutego przez demokratów przeciwko George'owi Bushowi podczas kontrowersyjnego finału zmagań wyborczych między nim a Alem Gore’em w 2000 roku. Od tamtej pory slogan przyjął się w kręgach otwarcie krytykujących poczynania amerykańskiego prezydenta. Szerzej zainteresowanych sprawą odsyłam pod adres www.hail-to-the-thief.org, zajmijmy się jednak muzyką.

Dysk ma wypełnić czternaście nagrań, z których kilka (jak "I Will" czy "A Wolf At The Door") pochodzi jeszcze ze sławetnej sesji do Kid A / Amnesiac, ale większość materiału jest efektem całkowicie nowych prób i sesji. Przypomnijmy, że pracę na swym szóstym albumem grupa rozpoczęła dokładnie rok temu. Podczas wiosennych i letnich koncertów w 2002 "testowała" nowe kompozycje na publiczności i z tej konfrontacji wyciągnęła wnioski co do dalszej ich ewolucji. Na wczesnym etapie prac realizacją dźwięku zajmował się Graeme Stewart, wkrótce jednak stery przejął nadworny mistrz produkcji płyt Radiohead, Nigel Godrich.

Początkowym zamysłem był wyraźny zwrot ku zwięzłej, konkretnej stylistyce piosenkowej. Gitarzysta Ed O'Brien zapowiadał, że muzycy wreszcie chcą nagrać zestaw krótkich, trzyminutowych numerów. W gronie swych najświeższych inspiracji wymieniał Electric Soft Parade, Strokes, czy White Stripes. Jednocześnie Thom Yorke zasłuchiwał się w Tima Buckleya, a Jonny Greenwood uczył gry na trąbce i akordeonie. Jak zwykle więc w przypadku tych panów, rezultat końcowy jest niewiadomą i należy "spodziewać się niespodziewanego", czy coś w tym stylu.

Chociaż nie do końca. Co do jednego wszyscy (którzy zapoznali się już z Hail To Thie Thief) są zgodni. Ta informacja może zaskoczyć najbardziej oddanych sympatyków Radiohead. Klimat nowej muzyki zespołu ma ponoć emanować światłem, pozytywną energią i przestrzenią. To dość szokujące, biorąc pod uwagę ich dotychczasowe dokonania. Na ostatnio publikowanych zdjęciach członkowie formacji wyglądają na zrelaksowanych i wyluzowanych. Podkreślają perfekcyjną atmosferę towarzyszącą wszelkim działaniom zespołu. Być może odnaleźli w końcu, po latach dławiącej depresji, spokój ducha i radość. O’Brien mówi: "Na Kid A byliśmy w złym, paranoicznym miejscu. Teraz jest genialnie". Perkusista Phil Selway dodaje "Zdaje się, że nigdy jeszcze nie czuliśmy się tak pewnie w studio". A O'Brienowi nie brakuje też dobrego samopoczucia: "Kojarzycie ten etap w dziejach Stonesów, od '68 do '73? Kiedy załapali ten groove. Myślę, że z nami stało się podobnie w ciągu ostatnich dwóch lat. Jak dla mnie nowa płyta jest kulminacją najlepszych fragmentów The Bends, Ok Computer, Kid A i Amnesiac". Nie ma co, odważne słowa. Po raz pierwszy od czasu Ok Computer wkładka zawierać będzie teksty piosenek.

Z wydaniem Hail To The Thief wiąże się też niestety jeden mały zgrzyt. Już w marcu taśmy przedostały się do rąk internetowych piratów. Nie byłoby w tym wprawdzie nic wyjątkowego – przecież takie incydenty zdarzają się teraz regularnie. Gorzej, że był to tylko surowy materiał sprzed ostatecznej obróbki produkcyjnej i masteringu. Wielu niecierpliwych fanów już ściągnęło całą płytę, w wersji, której muzycy Radiohead wcale nie chcieli pokazywać światu! Dla mnie osobiście jest to zachowanie niezrozumiałe, ale widać, że nie tylko dla mnie. "Jestem wkurzony całą tą sytuacją" – przyznaje Jonny, a Phil przytakuje: "Jestem rozczarowany. Ostateczne miksy są o wiele lepsze...". Co też ten internet wyprawia z ludźmi. Lepiej zajmujcie kolejkę pod sklepem. Premiera Hail To The Thief 9 czerwca.
(Tylko Rock, 2003)

Hail to the Thief (2003, alt-rock/electronic) 9.0

Pamiętacie rok 2003? Młodsi czytelnicy pewnie ledwo co. Starsi – albo mieli w nosie Radiohead, albo obgryzali z nerwów paznokcie przed premierą HTTT. Ci, co obgryzali, podzielili się później na dwa obozy: maruderów i entuzjastów. Maruderzy narzekali, że "Sail to the Moon" to kopia "Pyramid Song", "Go to Sleep" to "Knives Out" bis, a elektroniczne numery recyklują pomysły z sesji Kid A / Amnesiac. Z technicznego punktu widzenia mieli rację, ale po pierwsze te nowe wersje w niczym nie ustępowały oryginałom (czasem je wręcz przewyższały kompozycyjnie), a po drugie album krył niespodzianki, których próżno szukać gdziekolwiek indziej w katalogu RH. Zwłaszcza "We Suck Young Blood" (duszna anty-pieśń wyrażająca fizyczne zmęczenie istnieniem), "There There" (coś jakby dzikie afrykańskie plemię zbudowało własną rakietę kosmiczną, a potem ten stonesowski shuffle pod "why so sad and lonely?") i "A Wolf at the Door" (od Dylanowskiej nawijki w zwrotce po wczesne Mercury Rev coverujące Sophie B. Hawkins w refrenie) są dość efemerycznymi mikrozdarzeniami. Poza niepotrzebnym nudziarstwem "Where I End And You Begin" na modłę U2, HTTT przez niemal godzinę utrzymuje pozory arcydzieła, pozostaje na bieżąco z polityczno-społecznym duchem swoich czasów (nie zapominajmy, że Bush został prezydentem chociaż de facto ilościowo przegrał wybory) i ma przed mikrofonem jednego z najlepszych żyjących interpretatorów wokalnych. Dziś to sytuacja nie do pomyślenia.
(T-Mobile Music, 2011)

Zaklęty sen trwa. Radiohead po raz czwarty z rzędu ośmieszają konkurencję każdego rodzaju. Pewnie myślicie, że cokolwiek wydane zostanie pod nazwą Radiohead, krytycy uznają za genialne, bo tak już się utarło. Otóż nie. Radiohead są największym zespołem naszej ery. Ich muzyka wykracza poza jakiekolwiek ramy stylistyczne. Nagrali dwie spośród najlepszych płyt w historii (OK Computer i Kid A). I kontynuują magiczną podróż, w której dziwnym trafem każdy album, niemal każdy utwór i każda melodia mają jakość ponadczasową. Hail To The Thief jest oficjalnym następcą Kid A, jeśli uznać Amnesiac "zaledwie" za zestaw odrzutów z tamtej pamiętnej sesji. Wymiatający finał "2+2=5" jest najostrzejszą rockową jazdą, jaką zafundowali nam od sześciu lat. "Sail To The Moon" bardzo proszę chętnych o rozpisanie metryki taktów tej kompozycji. Niezła zabawa. Przy niej "Pyramid Song" wydaje się radiowym hitem. Dla większości wykonawców rzecz pokroju "Go to Sleep" byłaby punktem zwrotnym w karierze. Dla Radiohead jest tylko zwykłą gitarową piosenką, jakby bardziej optymistyczną wersją "Knives Out"... Wampiryczna zgroza "We Suck Young Blood" zostaje na moment przełamana jazzową wstawką. "There There" to rzecz dla koneserów, z cudnie pokomplikowanymi harmoniami. Soulowy wstęp "A Punchup At The Wedding" to po prostu smakołyk. I wreszcie refren "A Wolf At The Door", o niewypowiedzianym, wręcz magicznym uroku. To jedna z tajemnic wartości płyt Radiohead: tu liczy się każda minuta. W wyścigu historycznym panowie zaczęli ostro gonić Beatlesów i ciekawe, jak długo tak wytrzymają.
(Clubber.pl, 2003, zremiksowane)

Esencjonalnie, Hail To The Thief to bukiet apetycznych łakoci, demonstrujących nieosiągalną dla nikogo innego dyspozycję, kropka. "2+2=5" raptownie wybucha brit-punkowym jadem. "Go To Sleep", zwykła-niezwykła pieśń walki i nadziei, rozgrzewa zmarznięte wnętrze. Mam obsesję odnośnie metryki "Sail To The Moon". Utwór ignoruje przyjęte dotąd sztywne reguły konfigurowania wartości taktów z bezceremonialnym wdziękiem. Pomińmy fakt sonicznej apropriacji kremowego, doskonałego nieba tudzież waniliowo rozkosznych harmonii. Dostałem trzydniowej depresji po zapoznaniu "We Suck Young Blood", ponieważ wyssało ze mnie resztki czerwonych krwinek. Luzacki break w mostku zamknął mi usta. Nawiedzony hymn "There There" stąpa jak rytualny przemarsz plemiennych wojsk dobra i szlachetności. Dramaturgia passusu "Why so green and lonely" faluje kolosalnie. Och, no a te elektroniczne cacka "Backdrifts" i "The Gloaming" też się nie marnują. "A Wolf At The Door" konkluduje na nucie lękliwej tęsknoty.

Główny problem z Hail To The Thief polega chyba na tym, że mało osób tę płytę w ogóle przesłuchało. Starając się zdiagnozować bieżące postrzeganie Radiohead w pop-kulturze, dochodzę do teorii znudzenia ikoną. Niektórzy zarzucają nam jako krytykom brak obiektywizmu i nadmierne przywiązanie do sentymentów. Nic bardziej błędnego. To ja im zarzucam fałszywe zniechęcenie etykietką i snobistyczny pęd ku usilnie wynajdywanym świeżym zajawkom. Czas też wyrosnąć z konserwowanej latami przedszkolnej zawiści do jawnego luminarza. Nie, nie jesteście Yorkiem. Nie umiecie napisać "Optimistic". Nie, nie jesteście młodym Greenwoodem. Nie potrafilibyście zaaranżować "How To Disappear". Z oddechem Ok Computer lub Kid A, Radiohead nie mogli znów nagrać płyty numer jeden, bo to byłoby zbyt banalne, prawda? Dla zespołu, który osiągnął tak wiele, nie ma przejrzystych dróg rozwoju. Więc oni starają się robić najlepiej to, co do nich należy. I niech mnie cholera weźmie, jeśli nie odnoszą sukcesu w stu procentach.

Z dwóch największych dzieł roku 2003, Hail To The Thief przeciwstawia odizolowanemu, opustoszałemu mikroklimatowi Mount Eerie maniacką aktywność politycznej schizofrenii. Mount Eerie jest jak rozległy krajobraz przyrodniczy w stanie więdnięcia: stopniowe zagłębienie w dogasające zgliszcza spalonych zwałów gleby. Odwrotnie Hail To The Thief, przebudzenie obłąkanej świadomości w centrum istotnych wydarzeń cywilizacyjnych, zaangażowany protest-album jako bunt przeciw oczywistemu. Ponadto, warto zauważyć, Mount Eerie, jakkolwiek zapierające dech w piersiach dokonanie, to bardziej elaborat ogólnoartystyczny, godny raczej porównań do obrazu, rzeźby, czy architektury; świadectwo dojrzałości człowieka jako gatunku. Hail To The Thief natomiast, przy szacunku do felietonistyki, ultymatywnie stanowi studium absorbcji czysto muzycznych składników, koncentrując się na modyfikowaniu mechanizmów funkcjonowania "piosenki". I tak jak mawiano o Beatlesach, tak i w tym wypadku: dla kogokolwiek kto kocha muzykę, jest to twoja religia.
(Porcys, 2004)

In Rainbows (2007, alt-rock) 7.2

"Tęczowy music-box"

Chciałbym zadać wszystkim niedyskretne pytanie. Czy ktoś zwrócił uwagę, że w sieci pojawił się oficjalnie nowy album Radiohead? Ponieważ ja, szczerze, nie zauważyłbym, gdyby nie środowisko w jakim się obracam – naszpikowane "wiecznymi" wiernymi fanami. Dla wielu moich znajomości "muzycznych" twórczość tego zespołu była bezspornie startem, wspólnym mianownikiem, punktem stycznym. Ale to było cztery, siedem, dziesięć lat temu. W zeszłym roku z trudem zakonotowałem premierę solowego albumu Yorke'a. Jak na artystę tego formatu, nie była to płyta zbyt spektakularna: rodzaj elektronicznego "ekstraktu" z post-Kid A-owej spuścizny macierzystej grupy. I właściwie niewiele więcej. Chociaż niby nie musiało – tak, jak Bodysong też nic nie musiało. To są interesujące wydawnictwa kolekcjonerskie dla szperaczy raczej, niż wydarzenia na globalną skalę. Co innego siódmy longplay RH, przy którego okazji złapałem się na ostatecznym krachu systemu podjarki RH, a moim mottem stał się przeuroczy cytat z kolegi: "Jak ja nienawidzę RH".

Bo właściwie kim są dziś RH. Bitelso-Flojdami? A może zacznijmy z innej mańki – do kogo kierują swoją ofertę. Nastolatki konstytuujące nieformalne "indie community" ekscytuje to, że Klaxons dostali prestiżową wyspiarską nagrodę. One śledzą modę nu-rave i candid photos wokalistki Gossip (przepraszam, jeśli nieświadomie obrzydziłem komuś właśnie posiłek). RH jest dla nich wspomnieniem starszego brata, który onegdaj ukradkiem wyciskał pierwsze pryszcze w pokoju obok przy dźwiękach dziwnego głosu "mówiącego komputera" połączonego z akompaniamentem żałobnego pianina. Dla krytyków "elitarnych" kres gorączki radioheadowej nastąpił gdy poznali Animali. Tudzież kilka innych nazw wyhajpowanych mniej lub bardziej słusznie przez anglojęzyczne serwisy internetowe zza Oceanu. Dla mnie najbardziej oczekiwane premiery 2007 to Roisin, Nicole Scherzinger, Muchy. Reszta pismaków łyka nowe RH "z urzędu", bo to obok Depeche Mode, R.E.M. i Cure jedyny zespół jaki się "liczy". (Dla nich.) Wąską grupę docelową stanowią więc wrażliwcy, którzy kulturowo zatrzymali się w czasie, rodzaj zachwycający się nową PJ Harvey, których ulubioną "piosenką" RH jest "Where I End..." (abstrahując od tego, że to nawet NIE JEST piosenka), rodzaj blogo-płaczo-smutasów reagujących drgawkami na każde chrząknięcie Thoma. Ale on tylko sprawdzał mikrofon!

Pozornie. W rzeczywistości na różnych poziomach dziennikarskiej piramidy, w różnych krajach, poza ustalonymi hierarchiami działa niby fikcyjna "loża", pociągająca za nitki w muzycznym świecie. Komunikująca się przeważnie wirtualnie, pielęgnująca w cieniu innych ekscesów swój kult. A jednak konsekwentnie i bezwzględnie dyktująca warunki rozwoju gospodarczego, przemian kulturowych, układów politycznych. W jej skład wchodzą uśpieni kapłani świątyni RH, na co dzień zazwyczaj w świeckich strojach, pod garniturem i krawatem, działający na wielu poziomach społecznych instytucji. W rzeczywistości jest to sekta negująca osiągnięcia zachodniej cywilizacji i spełniająca się w rozmaitych barbarzyńskich obrzędach. Jeden z nich polega na rytualnym wyjęciu dwóch noży i konsumpcji z ich pomocą wyrwanych uprzednio płuc wilka, obsypanych jego kośćmi i podlanych świeżo wyssaną krwią. Członkowie zaklętego kręgu spożywają też warzywne potrawy oraz piją wywar z krótkich gałązek zbieranych w lesie i z nieznanych przyczyn nazywanych "palcami".

Znam te sekrety, bo sam długo należałem do owego zbrodniczego stowarzyszenia. Ale na pewnym etapie się opamiętałem i poczułem dłoń dobra, która mnie wyprowadziła z błędu. Niestety, wstrząsające kadry z przeszłości nawiedzają mnie w snach, a szczególnie budzą się z komfortowej comy gdy wychodzi nowy album RH. Nie, ja nie chcę! Nie słucham tego zespołu! Gdzie w tym momencie podział się smerf maruda z obligatoryjnym "nie cieRpię Rejdjohed!"? Paradoks polega na tym, że 90% artystów powinno się zabronić wydawać nowe nagrania z powodu kiepskiej jakości ich poprzednich dokonań. RH odwrotnie, ale wniosek ten sam. Po co to komu. Jesteście Jimim Hendrixem nudy, podpalacie ją, demolujecie, a to nadal jest nuda. Gdyby chociaż nazwę zmienili na The Good, The Bad And The Queen. Wtedy kolejna okładka magazynu nie bolałaby tak dotkliwie. Audycja w BBC nie kłułaby w oczy zajawką. I kolejnych sto artykułów w rodzimej prasie, zaczynających się od frazy "powstali w Oxfordzie" nie prowokowałoby mdłości. Sam pisałem 98 z nich. Prześladuje to mnie przy każdym rezonansie nazwy RH, jak grzechy młodości. Naprawdę, ogarnijcie się. Ponoć nowy album wydali Babyshambles. Czy cośtam. "Pójdziesz do kolegi, sprawdzisz sobie maila...". Naprawdę.

Ocenianie In Rainbows nie ma sensu.

Ktokolwiek zachwyca się tym krążkiem, wykrzykuje "płyta roku!" i wypowiada egzaltowane "to niesamowite, nie powtarzają się!" jest szaleńcem albo przyleciał chyba pięć minut temu z kosmosu. "Bodysnatchers" to "I Might Be Wrong" plus "Optimistic". "Nude" które poruszało mnie dekadę temu w Meeting People Is Easy i wstęp do "All I Need" brzmią tu jak ubodzy krewni "How To Disappear". "Jigsaw Falling Into Place" to tania impresja na temat "Knives Out" czy "Go To Sleep". "Videotape" to soundcheck fortepianu z jakimś stukaniem w tle. Nie, w ogóle się nie powtarzają... I fajnie że skumali "Galang" (bit w "15 Step") i od zawsze lubili Drake'a (aranże "Faust Arp"), ale dlaczego muszę tego słuchać pod nazwą RH. Nie ma ani jednego dźwięku na tej perkusyjnej, obsesyjnie rytmicznej, minimalistycznej pod wieloma względami płycie, którego nie zaoferowali przedtem. A dochodzi przecież cały bagaż "historii" poszczególnych utworów, że to są tak naprawdę nowe, wcale nie do końca satysfakcjonujące wersje tracków znanych nierzadko od lat z koncertów i innych źródeł... Czyli wypracowanie którego mi się och-tak-bardzo-nie-chce-pisać. Fani wiedzą wszystko, kogo to obchodzi.

(Aha, i nie powołujcie mi się tu na casus HTTT, błagam. Odkurzyłem sobie HTTT wczoraj... Tam od 2:25 openera wiadomo, że to arcydzieło... I są wersy typu "We don't wan't want the loonies taking over / Tiptoe round, tieeeeee him down!". Ktoś to słyszał? Naprawdę nie ma o czym gadać, apeluję o milczenie.)

Jednocześnie ktokolwiek powiedziałby o IR złe słowo jest również szalony albo powinien złożyć wizytę u laryngologa. A w sumie najmilej i najmniej inwazyjnie krążek ten rozkwita gdy się nie spina. Gdy się ociera o ciepły chill-out. "House Of Cards" w roli urokliwie subtelnego erotyka – mimo że zrzynka z "Wordless Chorus" My Morning Jacket. Pierwsza część "Weird Fishes/Arpeggi" jako medytacja, koncentracja pozytywnej energii. To tyle.

Więc nie ufajcie ani jednym ani drugim. Jak już mówiłem: światem rządzi loża i nie możemy na to nic poradzić, jesteśmy bezsilni. In Rainbows po dziesięciu, dwudziestu, trzydziestu latach świat zapamięta za pionierski i oryginalny jak na 2007 sposób dystrybucji. Jeśli RH mają coś kiedyś jeszcze nagrywać, to proponuję dziełko w stylu łagodnego r&b lub hip-hopowe. Chętnie zerknę, serio. Tylko niech zmienią nazwę oczywiście. A teraz zapomnijmy o całej sprawie. Pa.
(Offensywa, 2007)

***

50 ulubionych utworów Radiohead (do 2009 roku)

Z tym wtorkowym koncertem Radiohead w Poznaniu to trochę ściema. Błagania potężnej rzeszy polskich fanów zostały łaskawie wysłuchane o jakieś osiem lat za późno, po wydaniu chyba najgorszego (okej, "najmniej dobrego") longplaya zespołu. To jakby cieszyć się z wizyty Pink Floyd po The Final Cut, Led Zep po Presence, Bowiego po Let's Dance... Traktuję więc to wydarzenie bardziej w kategoriach społeczno-kulturowo-towarzyskich, niż stricte artystycznych. Dochodzi potworne zmęczenie materiału – chyba żaden wykonawca od czasu Nirvany nie był tak okropnie wyeksploatowany w mediach. Ale przy całym tym racjonalnym zdystansowaniu wiem, że w trakcie występu górę i tak wezmą niekontrolowane impulsy, chwyci człowieka nostalgia, a nowego znaczenia nabierze zdanie "I had never seen a shooting star before". Stąd ta rozbiegówka – moja subiektywna lista faworyzowanych nagrań z dorobku RH, okraszona krótkimi komentarzami. Ciekawe co z tego zagrają, bo osobiście nie znam ich aktualnej setlisty.

50 (Nice Dream)
Fajne te ambiensy spod kry lodowej. Z perspektywy wielu lat to świetny soundtrack dla zapłakanych licealistów.

49 You
Spiętrzenia hałasu i niewybaczalne wycie na mikrofonie. Normalnie grunge'owa kapelka z Bono w roli frontmana.

48 Planet Telex
Gęsty, duszny sound to jeszcze reminiscencja debiutu. Nowe elementy faktury: pianino i rezonujące echo w tle – to już zapowiedź przyszłych eksperymentów produkcyjnych.

47 Anyone Can Play Guitar
Zawsze mnie rozwalały trzeci i czwarty takt zwrotki – te bolesne wjazdy wysokiej gitary na tle zwartego pochodu basu. Refren troszkę przedszkole, chociaż sympatyczne.

46 Exit Music (For A Film)
Rozumiem zarzuty o płytką emocjonalność i nadmierną ckliwość, lecz jara mnie moment wejścia bębnów i buczącego syntezatora w dolnych rejestrach na "you can laugh". Dark Side Of The Moon po prostu.

45 You And Whose Army
Inspiracja jazzową kameralistyką liryczną z lat pięćdziesiątych, a może nawet czterdziestych (kontrabas!) i poczucie humoru Thoma, którego nikt poza nim nie rozumie – nawet jego dziewczyna.

44 A Punchup At The Wedding
Ciekawa dla nich mieszanka – spowolniony funk basu, rozległe akordy fortepianu i bitmaszyna.

43 The Bends
Rozwiązła, luźna rockowa jazda i niemal-rapowy flow Yorke'a we fragmencie "I wish it was the sixties", spuentowany parafrazą Eltona Johna w power-refrenie.

42 15 Step
Groteskowa w sumie próba adaptacji wzoru z "Galang" M.I.A. (= trzymamy rękę na pulsie!), chociaż uczciwie to podobne tendencje dało się wcześniej zauważyć w "Backdrifts".

41 Follow Me Around
A to tak zwany "secret fave" – znany chociażby z "Meeting People Is Easy". Miło się brzdąka (w stroju obniżonym do D zresztą). Z początku ze sporymi szansami na wejście do tracklisty Kid A, utwór okazał się zagubionym po dziś dzień odrzutem. Nie przestaję wierzyć.

40 Creep
Od tej piosenki zaczęła się moja przygoda z grupą, więc nawet jeśli snobistyczne kręgi oficjalnie uznają ją za szczyt obciachu, to i tak zostają mi wspomnienia.

39 Bullet Proof... I Wish I Was
Patrz punkt wyżej – mam sentyment do tego nagrania. Klimat szkolnej depresji, nieco naiwnej, ale stuprocentowo szczerej.

38 Like Spinning Plates
Czyli Thom przechodzący fazę obsesji na punkcie labela Warp i – uwaga, malkontenci – zdolny uzupełnić estetykę wytwórni o własną, niepodrabialną wrażliwość melodyczną.

37 Meeting In The Aisle
Ładniutki b-side do singla "No Surprises" – instrumentalne downtempo.

36 Blow Out
Kompletnie niedoceniony flirt z jazzową lekkością, eksplodujący później fontanną przesterów i pogłosów.

35 Karma Police
Thom Yorke, what have you done? You made a fool of everyone.

34 Lozenge Of Love
Misternie utkana, orientalizująca, nieco zapomniana akustyczna perełka. "Battle of Evermore" w opracowaniu George'a Harrisona.

33 Bones
Pixiesowy w charakterze mocarz z idealnym wyważeniem dynamiki.

32 I Might Be Wrong
Hipnotyczy riff o bluesowej proweniencji i kanciasty programowany bit – jak to się razem klei?

31 2+2=5
Na słowie "a-tten-tion" było już wiadomo, że Hail To The Thief będzie wielkim albumem. "Fajnie jest znów mieć gitarę przewieszoną przez ramię", mawiał Yorke w wywiadach.

30 House Of Cards
Najbardziej zrelaksowany, wyluzowany numer w dorobku Radiohead. Pokazuje, jak wiele ciekawego mogłoby się jeszcze wydarzyć z tą formacją, gdyby spróbowała powściągnąć wieszcze zapędy (rozbraja bezpośredniością prince'owski wers "I just wanna be your lover") i zredukować rozbuchany monumentalizm (grunt przezeń dawno wyeksploatowany do bezwzględnego cna).

29 The Tourist
Kawałek Jonny'ego, który wszedł na Ok Comp w ostatniej chwili, przysłowiowym rzutem na taśmę. Elegancja i metryczne subtelności.

28 Idioteque
Im jestem starszy, tym bardziej wciąga mnie to "techno", niestety nadal aktualne w warstwie literackiej. Francuzi nazywali to "mrocznym Indochine" (ach ci Francuzi).

27 Go To Sleep
Ich najlepsza imitacja Smiths oraz chyba najbardziej pozytywny, pełen jasnej energii i siły hymn jaki popełnili.

26 Bodysnatchers
Piekielnie inteligentna przeplatanka riffów, niepotrzebnie dryfująca następnie w kierunku "cierpienia za miliony". Ale dwie pierwsze minuty total mistrz.

25 How To Disappear Completely
"Ten tam to nie ja", smęci Yorke na tle czegoś, co wydaje się słyszanym z pokładu, buczącym silnikiem samolotu. Ciekawostka: kiedyś się zastanawialiśmy ze znajomymi i chyba od "I'm not here" wzięło się dość popularne teraz w pewnych kręgach określenie "tego nie ma" (= coś jest tak fatalne, że brak słów).

24 We Suck Young Blood
No nie wiem, jak się wsłuchać w tekst, to po prostu ręce opadają – jak można tak perfekcyjnie, z precyzją chirurgiczną, pisać pieśni. Każde przerażające załamanie melodii, każde wampiryczne opadnięcie akordu... W ogóle co on tam śpiewa...

23 Morning Bell
Prog-fusion z ześlizgniętym werblem Phila i matematycznym rozkładem proporcji w finale.

22 My Iron Lung
Mechaniczny lejtmotyw prowadzi do oszalałych wyładowań w refrenie, wzorowanych rzekomo na "Heart Shaped Box" Nirvany.

21 Dollars And Cents
Czy to była jedna z tych improwizacji pod tytułem "udajemy, że jesteśmy Can"? Później wycięto z niej formę. Brawurowo rozprowadzona dramaturgia.

20 Knives Out
Pochmurna, złowroga, niepokojąca impresja w duchu zagrywek Johnny'ego Marra z wysmakowanymi modulacjami harmonicznymi. Oczywiste uosobienie Tima Buckleya w partii wokalu.

19 Kid A
Kto wie, czy nie najoryginalniejszy track zespołu – aranżacyjnie, ekspresyjnie, melodycznie. Abstrakcja, wyciszenie, a pod skórą i tak tętni odpowiedzialność za losy globu.

18 Lurgee
Dream-popowe wyznanie, spóźnione o kilka lat względem trendów panujących wtedy na Wyspach, ale cudnie rozlane i zahaczające nawet o shoegaze.

17 Climbing Up The Walls
Straszne te "otwierające się" plamy klawiszowego basu, o zdublowanym w oktawie śpiewie nie wspominając.

16 Weird Fishes/Arpeggi
Koncertowa wersja a la Steve Reich – pamiętamy [i]. Nie, żebym krytykował tę – zwłaszcza w pierwszej części zapętlona perkusja i tytułowe arpeggia robią piorunujące wrażenie. Czar pryska dopiero w finale, który na organach sprawdzał się lepiej.

15 True Love Waits
Serio poruszające błaganie – nie, że jakieś pitu-pitu, tylko namacalnie czuć jak on bardzo chce, żeby ona została.

14 Packt Like Sardines In A Crushd Tin Box
Fascynacja paletą brzmień z okolic środkowego Kraftwerk była na etapie Kid A/Amnesiac u muzyków dość wyraźna. Studium eksperckiego narastania bitu, numer z groove'm, bardzo cool jak na ten zazwyczaj nie-cool zespół.

13 A Wolf At The Door
Brzydka karykatura Dylana ustępuje iście anielskiemu refrenowi, który muzycznie (!) wyjaśnia co jest w życiu najważniejsze. Nadal nie ogarniam.

12 Pyramid Song
Also known as "Nothing To Fear" or "Egyptian Song". Premierowo wykonane na koncercie dla Tybetu jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Do dziś nikt nie umie wystukać tego rytmu poza Selwayem. Na oko za niskie miejsce, bo to przecież skończony absolut z tymi smykami i tekstem, utwór ostateczny o życiu pozagrobowym – ale chyba właśnie dlatego zbyt przefiltrowany w obie strony. Tak się kończy zabawa kiedy robi się za dobrą muzykę dla zbyt wielu ludzi.

11 Treefingers
W przeciwieństwie do analogicznego "Hunting Bears" na Amnesiac, to pełnoprawny utwór, a nie przerywnik. Porównywany często do ambientowej strony B na Low; w mojej opinii rzecz bardziej abstrakcyjna. Aby uniknąć komicznego patosu i grafomanii nie będę zdradzał o czym według mnie opowiada to boskie interludium, ale pozwolę sobie na taką odważną uwagę, że muzyka poważna od trzydziestu lat chciałaby przekazywać tyle skondensowanej treści, lecz nie umie.

10 Just
W którym (ponoć) Thom i Jonny prześcigali się w konkursie "kto wrzuci do piosenki więcej chwytów gitarowych". "Funkujący" mostek rządzi. A przed oczami automatycznie staje wiekopomny klip.

09 Airbag
Trójwymiarowy kolaż natchniony przez DJa Shadowa i jego Endtroducing. Kropki basu Colina udanie pracują pod ścianą lamentów i smyków.

08 In Limbo
Gdzie zaskoczony Ed O'Brien nauczył się obsługi klawiatury. Zawsze słuchałem tej fantazji z mimowolnym przeświadczeniem o byciu wtajemniczanym w wyższe rejony sztuki latania.

07 Paranoid Android
Patrz miejsce 12. Kiedyś jako młody nieopierzony autor napisałem gdzieś, że to jest opus magnum rocka i paradoksalnie właśnie dlatego nie chcę dawać wyżej. Ile razy można mówić, że najwybitniejszymi utworami świata są "A Day In The Life", "Stairway To Heaven" czy "Bohemian Rhapsody"? Może i są, ale ile można to powtarzać?

06 Sail To The Moon
Arcydzieło klasycyzującej ballady – kompozycyjnie bezdyskusyjnie najbardziej wyrafinowany utwór w karierze zespołu.

05 Subterannean Homesick Alien
Fenomenalna narracja, Yorke w szczytowej formie dopasowania liryki i harmonii. Sekcja i ozdobniki wtapiają się bezbłędnie. Plus elektryczne pianino podpatrzone na Bitches Brew.

04 There There
Epicki jam o zachwycającym wachlarzu gitarowych barw, wręcz sumujący cały "rockowy" dorobek kapeli. Ten zryw pod koniec, "we are accidents waiting to happen". Mocarność.

03 Everything In Its Right Place
Myślę, że dla wielu fanów chwila pierwszego zetknięcia z tym płynnym zejściem czterech nutek we wstępie pozostanie doświadczeniem granicznym. Od tego nagrania rozpoczęła się nowa epoka, polegająca nie na tym, że ktoś tak w ogóle gra (chrzańcie się, hejterzy), tylko na tym, że zespół w rodzaju Radiohead (a więc "technicznie" reprezentant sceny brit-popowej, jakby nie patrzeć) brzmi nagle jak Boards Of Canada. Sytuacja bezprecedensowa i doniosła historycznie. Na dodatek nonsensowne w przekazie wokale zostały zupełnie pocięte, wywrócone, poskręcane – nic już nigdy nie było takie samo.

02 The National Anthem
Warto podkreślić, że Yorke sam wymyślił i zagrał na płycie ten riff. Zastanawiam się, jak mu to przyszło do głowy. Czy miał olśnienie w środku nocy, wyskoczył z łóżka i zarejestrował ideę? Czy może z premedytacją wykoncypował, skonstruował na papierze linię, która celniej niż cokolwiek innego w tej dekadzie oddaje paranoję istnienia? Pamiętam, że czytałem szczegółowe opisy Kid A zanim posłuchałem płyty i miałem dość konkretne wyobrażenia na temat trzeciego indeksu, ale to, co usłyszałem mniej więcej dziesięciokrotnie przekroczyło moje oczekiwania. Klaustrofobia miksu w pierwszych paru sekundach – kosmos.

01 Optimistic
"Lubisz to? Sięgnij po Nirvanę i jej MTV Unplugged In New York", polecał pewien brytyjski magazyn. Są zdarzenia święte i do nich prywatnie zaliczyłbym "Optimistic" – rzecz nie do skrytykowania. Każde trącenie strun i uderzenie wojskowych bębnów obezwładnić musi nawet zajadłego wroga tej – przyznajmy, nie bójmy się – cholernie pretensjonalnej i nie stroniącej od tanich sztuczek grupy. A to co zdarzyło się od 4:22 (relacja bas-gitara-wokal-perkusja) długo jeszcze czekać będzie na wyjaśnienie.

(Offensywa, 2009)

* * *

The King of Limbs (2011, post-pop/electronic) 7.6

Obudźcie mnie

W tym tygodniu temat nie mógł być inny. Radiohead zaskoczyli wszystkich informując o swoim ósmym longplayu na kilka dni przed premierą. Cały świat (lub, powiedzmy, świat zainteresowany muzyką rozrywkową) wstrzymał oddech. Co było dalej?

Osobiście przeczuwałem, że tym razem kwintet z Oksfordu nie zyska sobie powszechnych zachwytów krytyków, jak przy okazji In Rainbows. I przyglądając się pierwszym, gorącym reakcjom na The King of Limbs mogę spokojnie stwierdzić, że intuicja mnie nie zawiodła. Po ostrożnym wybadaniu terenu (trwającym około doby od momentu udostępnienia empetrójek) środowisko muzyczne podzieliło się z grubsza na trzy nieformalne obozy. Pierwszy skupia świadomych ignorantów, którzy uważają przejmowanie się w 2011 roku takimi "dinozaurami" za absurd i generalnie podśmiewają się z całego zamieszania. Drugi zbiera wiernych fanów grupy, którym Limbs nie przypadło do gustu – są zawiedzeni nową płytą swoich ulubieńców i plasują go najniżej w ich dyskografii (ewentualnie oczko wyżej niż debiutanckie Pablo Honey). Wreszcie trzeci – czyli słuchacze, którym płyta się (z różnych względów) bardzo podoba. Poniżej spróbuję wyjaśnić skrótowo dlaczego nie identyfikuję się z obozami numer jeden i numer dwa oraz dlaczego należę do obozu numer trzy.

Zacznijmy od tego, że kwitowanie w 2011 nowego wydawnictwa Radiohead niewybrednymi żartami w rodzaju "gaydiohead" to dziecinada – i to wcale nie dlatego, że nie lubię takich głupich żartów (bo czasem lubię). Po prostu są kulturowo spóźnione o parę lat. Myślę, że już na wysokości Hail to the Thief (2003) byłyby uprawnione – to wtedy zespół po raz pierwszy zaprezentował zestaw kawałków w żaden sposób nie odkrywający nowych horyzontów, właściwie recyklujący poprzednie doświadczenia stylistyczne – a jednocześnie pretensjonalny w sensie politykującego przekazu i jak zwykle napuszonej atmosfery. Fenomen tego albumu polegał na tym, że Yorke i spółka jeszcze lepiej opanowali tajniki komponowania – i w znacznej mierze dostarczyli chyba najbardziej wyrafinowane, pokomplikowane utwory w swojej karierze, zachowując przy tym odpowiedni stopień przyswajalności i tradycyjnie pojmowanego piękna. Szyderstwa wydawały się szczególnie adekwatne przy In Rainbows, moim zdaniem najbardziej przereklamowanego krążka w dziejach formacji. Strona A jeszcze wciągała niepozorną magią – owszem panowie powtarzali się, ale z ogromną gracją. Strona B (poza zaskakująco wyluzowanym, niemal prince'owskim "House of Cards") zawierała okropne nudy, piosenki niegodne obecności na długograju sygnowanym tak wielką nazwą. Ale drwienie z Radiohead w 2011 przypomina mi trochę ekscytowanie się, że "wrócił rock" – to ten sam poziom bycia na bieżąco. Przecież wszyscy doskonale wiemy, że Radiohead to specjaliści od nudziarskiego patosu, że mają potwornie irytującą bazę fanów i że wszyscy mamy już dosyć mesjanistycznego, cierpiętniczego zawodzenia Thoma, umierającego za miliony w szlachetnym geście poświęcenia dla ludzkości. Można by więc z powodzeniem zaliczyć tę kapelę do grona mainstreamowych instytucji dla osób mało zorientowanych w niszowych świeżynkach fonograficznych – zaraz obok U2, Coldplaya czy Metalliki... Jest tylko jeden mały problem. W absolutnym przeciwieństwie do wyżej wymienionych, Radiohead nadal grają muzykę rzucającą autentyczne wyzwanie odbiorcy. I jeśli ktoś śledzi wszelkie ciekawostki, dźwięki szczerze progresywne, odkrywcze, jeśli monitoruje awangardę popu – to unikanie styczności z King of Limbs z powodu zabobonów i uprzedzeń wobec wizerunku prędzej czy później obróci się przeciw niemu. Ponieważ z jakiegoś niezrozumiałego powodu na równie interesujące (wartościowanie to sprawa osobna) ruchy artystyczne stać dziś naprawdę niewielu wykonawców.

Obóz umownie określony przeze mnie jako drugi to ludzie, którzy mają zupełnie inny problem. Zresztą dość chłodna (patrząc statystycznie i w porównaniu do sytuacji z In Rainbows) recepcja King of Limbs wśród tak zwanych "die-hardów" demaskuje zjawisko, które przeczuwałem już od dawna. Otóż Radiohead są (gdzieś tak od Ok Computer) grupą relatywnie TRUDNĄ. Niesymetryczne podziały rytmiczne, swobodne żonglowanie odniesieniami do historii eksperymentalnych odnóg muzyki popularnej, eklektyzm przyprawiający o zawrót głowy, wielowarstwowe faktury w miksie i niecodzienne zmiany harmonii – to u Radiohead zdarzenia na porządku dziennym! I teraz pojawia się pytanie – jak to możliwe, że grupa tak (teoretycznie) utrudniająca życie słuchaczowi doczekała się tak licznej rzeszy tak wiernie oddanych sympatyków? Czyżby w ciągu ostatnich piętnastu lat społeczeństwo tak się wyedukowało muzycznie? A skoro tak, to dlaczego Radiohead są jedynym tak obleganym zespołem z tych trudnych? Pozornie to zagadka nie do rozwikłania, ale przy bliższym wniknięciu dość szybko się rozjaśnia. Zaryzykuję tezę, że 90% fanów uwielbia Radiohead za coś zupełnie innego, niż zabawy z rytmem, inkorporację dokonań gigantów jazzu i pionierów elektroniki do formuły pop-rockowej albo staranną, dopracowaną w detalach produkcję studyjną. A mianowicie – za wspomniane i scharakteryzowane w poprzednim akapicie PIEŚNIARSTWO Thoma Yorke'a. I w momencie, gdy tego pieśniarstwa zabrakło (a może inaczej: gdy zostało ono zepchnięte na dalszy plan), te 90% fanów poczuło się rozczarowanych. Większości zwolenników Radiohead zawsze chodziło przede wszystkim o wycie Thoma (najlepiej falsetem) – co zaskakujące, w o wiele mniejszym stopniu (chociaż też) chodziło im o gitary. Dlatego Kid A – o którym mawiano "brzmi zupełnie jak nie Radiohead!" – zyskało pełną aprobatę fanów. I dlatego King of Limbs – które NAPRAWDĘ jest płytą odległą od tego, co zwykliśmy nazywać "klasycznym klimatem Radiohead" i najmniej gitarową propozycją w dziejach grupy – spotka(ło) się z rozczarowaniem.

Ja z kolei jestem podekscytowany King of Limbs, bo zaliczam się do pozostałych 10% – akurat z przeżywania natchnionych pisków Yorke'a wyrosłem na początku studiów i od tej pory zachwycam się po prostu niewiarygodną kreatywnością Radiohead jako kompozytorów i aranżerów. Jasne, kiedy śpiewa normalnie (czytaj: nie falsetem i bez maniery "na Zbawcę"), Thom zgarnia nagrodę dla bezdyskusyjnego mistrza wokalnej interpretacji. Lecz jęki jego autorstwa to rzeczywiście jedna z głównych wad Limbs. Kontynuując wykaz wad – nie przepadam za dwoma z ośmiu tracków. Singiel "Lotus Flower" eksploatuje do cna klisze z przeszłości Radiohead i Yorke'a solo (przywoływany często w kontekście "Limbs", ale moim zdaniem materiałowo słabszy o klasę longplay The Eraser) – to takie "The Gloaming" w łagodniejszej, przyjaznej uchu wersji. Zbędna wydaje się też wprawka "Feral", gdzie głębokie plamy basu dziarsko wskazują na inspirację dubstepem czy Four Tet, ale to akurat działka, którą gracze elektroniczni zagospodarowali nie tylko wcześniej, ale i lepiej. Wystarczy sięgnąć po cokolwiek Blake'a (a to leniwy przykład z brzegu), żeby się przekonać. I to by było na tyle minusów. Poza nimi – nie zgadzam się z żadnym krytycznym zarzutem wobec King of Limbs. Brak hooków i chwytliwych melodii? A co to w ogóle za kryterium? Od transowych jamów Can, Milesa Davisa z okresu On the Corner, Tima Buckleya ze Starsailora czy wykonawców spod znaku afro-beatu też oczekiwano przebojowości? No właśnie. Tym niemniej pierwsze słowa "Mr. Magpie" ("You've got so nerve / Coming here"), refren "Little By Little" ("I'm such a tease / You're such a flirt") czy mantra "Don't hurt me" w "Give Up the Ghost" chodzą mi po głowie od pierwszego, drugiego przesłuchania i nucę je właściwie non stop.

Właśnie, a propos Can... Nie wolno zapominać, jak ważnym punktem odniesienia do wcześniejszej twórczości Radiohead była muzyka tej niemieckiej grupy. Yorke i spółka mają bardziej prawo do używania nazwy Mooney Suzuki, niż pewien skądinąd sympatyczny garażowy band z Nowego Jorku! Coverowali na koncertach "Thief", repetycyjne fragmenty z sesji Kid A i Amnesiac (na przykład "The National Anthem" lub "Dollars and Cents") pełniły rolę pół-hołdów, a ostatnio gdy wróciłem sobie do Ege Bamyasi, to przy "One More Night" moja dziewczyna uśmiechnęła się, że brzmi totalnie jak Radiohead. (Nie mogła też uwierzyć, że to nagranie z 1972 roku, ale to już temat na inny artykuł.) I uwaga – wtedy nie słyszała nawet King of Limbs, ich zdecydowanie najbardziej "canowskiej" płyty, nad którą duch bębnienia Jakiego Liebezeieta i basowania Holgera Czukaya unosi się jak ogromna chmura dymu z zapachowego kadzidełka. Obszerne minuty "Limbs" wydają się żywcem wyjęte z albumów Tago Mago, Ege Bamyasi czy Soon Over Babaluma. Czasem panowie łączą to z czymś orientalnym, w guście hinduskiej ragi ("Little By Little" z psychodelicznym odtwarzaniem partii wspak), czasem tną na modłę nu-jazzową (echa katalogu Ninja Tune w "Bloom"). Dalej, zarzuca się Limbs bycie de facto solowym dziełem Yorke, argumentując to techniczną przeważnie, programowaną i zapętlaną instrumentacją. A bodaj Phil Selway zdradził kiedyś, że do utworu Kid A dodał swoje trzy grosze każdy z pięciu muzyków – po kolei, osobno. Czy to słychać? Nie, mamy wrażenie jakby przed komputerem siedział producent z Warpa i klikał w samotności. I taki format najwyraźniej pasuje Thomowi. Mam teorię, że jemu od 1998 roku gra w duszy muzyka elektroniczna i śladowe powroty do stricte rockowych środków wyrazu po Kid A (słynne zdanie "jak to dobrze znów mieć gitarę przewieszoną przez ramię" na trasie Hail to the Thief) były spowodowane albo chęcią przypodobania się konserwatywnym w sumie fanom (patrz objaśnienie wyżej), albo naciskami ze strony Eda O'Briena, do znudzenia powtarzającego, że "zespół wraca do swoich gitarowych korzeni". Na King of Limbs Yorke, jako lider grupy, bierze stery w swoje ręce i pozostaje wierny sobie, nie zwracając uwagi na zrzędzenie tych, którzy nadal czekają na drugie The Bends albo, co jeszcze gorsze, drugie "Where I End And You Begin", godne miejsca na No Line on the Horizon.

Lecz nie wolno też zapominać o liryzmie. Na The Eraser brakuje tak urzekających ballad jak "Codex" i "Give Up the Ghost". "Codex" to rasowy spadkobierca "Pyramid Song" i "Sail to the Moon" – prostszy od nich rytmicznie, niby blady, ale przykuwający uwagę, by około 3:34 zaserwować modulacje ocierające się o poważkę (czuć rękę młodszego Greenwooda). "Give Up the Ghost" wpierw (błogo) usypia, ale potem urzeka szokującą zmianą akordów (2:36) pod ciągle ten sam chórek – tu Yorke zdaje się mówić: "mógłbym robić z harmonią co tylko chcę, wyginać ją, podpalać, demolować – ale nie chce mi się, bo jestem już za stary" i do mnie to przemawia (skoro mam dowód tego "mógłbym" w postaci tego 2:36). Wreszcie finałowy, najważniejszy w zestawie "Separator", który rozwija się cudnie, aż do przepięknego zwieńczenia ("wake me up") tego usypiającego, marzycielskiego, stonowanego albumu, gdzie różne, pozornie przypadkowe motywy składają się na barwną polimotywiczność. Kiedy Yorke jakby przez sen (pozdrowienia dla Reni Jusis) prosi "obudźcie mnie", "Separator" szybuje w przestworzach i znika w innej galaktyce – ale, o dziwo, bez tego sławnego ołowianego patosu. Bo to najmniej wymuszone wydawnictwo Radiohead – także w sferze produkcji, nie tyle nienagannej, co wręcz beztrosko wielowymiarowej, wycieniowanej jakby od niechcenia. Przed laty żartowałem, że Radiohead zrobili już wszystko na polu fuzji pop-rocka z elektroniką, jazzem i awangardą, więc jedyne co im zostało, by zachować spontaniczność, to przygotowanie płyty hip-hopowej. To jeszcze (mam nadzieję) przed nimi (i nami), ale King of Limbs symbolicznie jest najbliżej takich postulatów – nigdy dotąd zespół nie brzmiał jakby "po prostu" nagrał następną płytę. Bez celowego przedłużania królewskiej dynastii albumów zaliczanych do najwybitniejszych wszech czasów. W tym "odpuszczeniu", wycofaniu się z wyścigów, zostawieniu rywalizacji o najwyższe laury innym – tkwi niewysłowiona mądrość i klasa, która, przyznaję, uwodzi mnie.

Biorąc pod uwagę powyższe, sądzę, że najdojrzalszym sposobem zareagowania na King of Limbs jest uznanie tej płyty za KOLEJNĄ w dyskografii Radiohead – wielkiego zespołu, który nadal drąży, poszukuje, robi kroki w bok. Oczywiście każdy zrozumie taką klasyfikację po swojemu. Najważniejsze to zdjąć z barków ciężar mitologii i odpowiedzialność za losy świata. To już było! A jeśli uznać Ok Computer za ich Sierżanta Pieprza (proszę wybaczyć tę wyświechtaną analogię, na poły ironizuję), to King of Limbs winno być, mniej więcej chronologicznie, ich Tug of War. Nie mam nic do "Ebony and Ivory", ale chyba wyraźnie widać pewną różnicę (nie mówię o wartości, tylko o skali zamiarów). Podobnie zestawiając Ok Computer z Ziggy Stardust, Dark Side of the Moon, Synchronicity czy Bossanova, otrzymujemy "Never Let Me Down", "A Momentary Lapse of Reason", "Mercury Falling" i "Show Me Your Tears". Przepraszam, nikogo nie urażając, ale parsknąłem serdecznym śmiechem (zaśpiewajcie ze mną – nawet fajne, ale błagam... – "I'm so happy that I... / Can't stop cryin'" i zaśpiewajcie ze mną... hm, jak szła jakakolwiek piosenka Blacka z ubiegłej dekady?). Czy muszę coś dodawać? Wniosek chyba dość logiczny: mało było w dziejach rocka wykonawców tak konsekwentnie ambitnych na przestrzeni tak wielu lat. Ani razu nie przytrafiła im się skucha, mielizna, trefny towar, FUSZERKA. Ani razu nie wybrali opcji pod tytułem – przymilanie się do mas. A Yorke – chociaż nieraz traktujemy go jak mentalnego dwudziestoparolatka i oceniamy tą miarą – ma już 42 lata! Facet powinien powoli tracić kontakt z pędzącą do przodu rzeczywistością – podczas gdy on na King of Limbs zrzyna z dubstepu i Flying Lotusa, u którego niedawno gościnnie wystąpił. Oczywiście te wszystkie detale nie miałyby dla mnie żadnego znaczenia, gdyby muzyka z King of Limbs nie podobała mi się tak bardzo. I podejrzewam, że gdy przyjdzie mi podsumować muzyczne doznania 2011 roku, King of Limbs umieszczę w takim zestawieniu wysoko – niezależnie od tego, jak nisko umieściłbym tę płytę w rankingu płyt Radiohead. Cóż, takie czasy.
(Era Music Garden, 2011)

PS: Btw the message of Mark Pytlik's King of Limbs review on Pitchfork is doubtful, because the disorienting one-two punch of Kid A and Amnesiac was actually the LAST time when the "game-changing" quality was there! How is Hail to the Thief "game-changing"? And In Rainbows, stricly musically speaking (forget the "pay what you want" model for a second)? What was exactly *new* for Radiohead on these two albums? Well, nothing. There were some memorable SONGS, perhaps. Ambition, maybe, but game-changing? With In Rainbows? Let's face it: Pytlik secretly wishes the hooks on Limbs weren't so terribly understated. But if big, visible hooks are "game-changing" in 2011, what isn't? 
(2011)

* * *

"Burn the Witch"

Ok więc kilka słów o recepcji "Burn the Witch" −

Zacznę od oczywistości, ale z kronikarskiego obowiązku − kto mnie trochę zna, ten słusznie podejrzewa, że to jest utwór totalnie skrojony pod moje preferencje i zainteresowania − i TAK, cholernie mi się podoba, na razie słuchałem go po 10 razy dziennie. Są w nim fragmenty takie jak w drugiej zwrotce − napięcie między drżącymi miarowo smykami i stoickim dozowaniem emocji w wokalu, kluczące akcentowanie basu, sound perkusji − które niemalże pokrywają się z tym, co kocham w muzyce.

For the record − wbrew leniwym (ewentualnie spóźnionym o KILKANAŚCIE LAT) opiniom z jakimi się spotkałem − wcale nie jestem bezkrytyczny wobec tego zespołu… np. połowa In Rainbows to dla mnie wysilone ćwiczenia stylistyczne w których nie wyczuwam żadnego natchnienia; "Lotus Flower" jak mnie nudziło w dniu premiery 5 lat temu tak mnie nadal nudzi; "Spectre" wydał mi się kolejną zbędną wariacją na ten sam temat etc etc..

..tymczasem "BtW" akurat wyjątkowo trafia w moje potrzeby, "ale chyba miałem nie o tym", bo zacznijmy od tego, że w ogóle spieranie się o to, czy ten (zresztą − jakikolwiek) numer jest "dobry", "średni", "słaby", "świetny", "wspaniały", "ich najlepszy od…", "gorszy niż.." etc etc − to proceder tak komicznie dziecinny, że połowę "userów" bym z miejsca odesłał z powrotem do przedszkola. No wiadomo że każdy oczekuje czego innego od muzyki, więc każdy rozumie co innego przez "dobry", "średni", "słaby" itd. Trochę EOT.

(Owszem pisałem o tym rok temu i na marginesie wciąż się zastanawiam, kiedy ludożerka to zakuma, ale spoko − zawsze więcej będzie jeźdźców bez głowy i chyba już do końca świata gdzieś w internecie jeden dureń z drugim durniem będą się wykłócać, czy dany film jest DOBRY, czy ŚREDNI, czy SŁABY… chociaż oczywiście ich definicje tych pojęć będą wręcz rozłączne. No cóż, miłego życia.)

Natomiast zaintrygowało mnie w całej "dyskusji" (lol) wokół "BtW" coś zupełnie innego − to jak nieraz biegunowo odległe zarzuty padają wobec tej piosenki. Nawet pobieżny przegląd negatywnych, sieciowych reakcji (Facebook, Twitter, komentarze w kilku kluczowych portalach) daje tak szeroki, rozstrzelony zakres "przyczyn narzekania", że od razu przypomina mi się powiedzenie o tym psie, na którego kij zawsze się znajdzie.

Serio, zdążyłem już przeczytać, że piosenka "BtW" jest m.in.: za nudna, za skomplikowana, za prosta, zbyt patetyczna, zbyt wtórna, na siłę przekombinowana, niemelodyjna, zbyt melodyjna, niestety nie taka jak OK Comp, niestety nie taka jak Kid A, niestety nie taka jak Amnesiac, niestety nie taka jak Rainbows, niestety nie taka jak Limbs, niestety taka jak Ok Comp, niestety taka jak Kid A, niestety taka jak Amnesiac, niestety taka jak Rainbows, niestety taka jak Limbs. COME ON, PEOPLE! Zdecydujcie się! albo zamiast pozorować "merytoryczną" ocenę i wyszukiwać rozmaite, naciągane preteksty, może uczciwie przyznajcie, że większość z was chce po prostu zademonstrować swoją ironiczną wyższość nad (czyli de facto: dokopać) Radiohead.

To jednak też nie jest nic odkrywczego − pomyślałem, ripitując "BtW" po raz kolejny. W końcu Radiohead to najbardziej utytułowana grupa naszego pokolenia. Po śmierci Bowiego i Prince’a to jedyny wykonawca "aktywny na scenie", który może się wylegitymować aż trzema maksymalnymi ratingami płyt (niegdyś 10.0, dziś zwyczajnie 10) na Pitchforku. Nie żeby ten nieszczęsny Pitchfork był jakąś wyrocznią i prawdą objawioną, ale (czy nam się podoba, czy nie) to jednak ważna referencja, medium szalenie (najbardziej?) opiniotwórcze w muzyce "alternatywnej" i zapewne punkt startowy dla wielu młodych adeptów tejże dziedziny. W skrócie: serwis na bieżąco piszący historię zwycięzców, do których będą się odnosić nasze dzieci i wnuki.

Działa więc tu naturalny i w sumie całkiem zrozumiały syndrom "siła złego na jednego", "bij mistrza" czy co tam chcecie − rodzaj piorunującej mieszanki znudzenia ("oeeesuuu.. znowu to rejdjohed.. ile można, przecież jest tyle muzyki na świecie"), z zawiścią ("ech, święte krowy, tylko spluną na mikrofon, a i tak mają z urzędu atencję i najczęściej przychylność wszystkich recenzentów") oraz poczuciem postępującego braku kulturowo-pokoleniowej identyfikacji ("ej, koleś ma 48 lat, w jego wieku Gilmour wydał geriatryczne Division Bell − to są jakieś dziady, nie będę się ośmieszał przed znajomymi"). Wszystko logiczne, ale chciałbym teraz dojść do sedna tego drętwego wywodu i przypomnieć o czymś młodszym czytelnikom.

Otóż ci z was, którzy nie skończyli jeszcze trzydziestki mogą nie wiedzieć, że − surprise, surprise − taka atmosfera towarzyszyła premierom wszystkich wydawnictw Radiohead począwszy od Kid A. Ich elektorat negatywny był zawsze najprężniejszy właśnie dlatego, że był tak bogaty/barwny ideologicznie i środowiskowo. W Polsce ten "fenomen społeczny, fenomen socjologiczny" (Szaranowicz o Małyszu) narodził się przy Kid A, kiedy poza entuzjastycznym przyjęciem ze strony ślepo zapatrzonych fanów i raczkującej serwiso-blogosfery (w tym Porcys) na płytę posypały się gromy niejako z kilku skrajnie różnych obozów.

Przyjrzyjmy się trzem głównym. Pierwszy tworzyli intelektualiści, zwolennicy takich nurtów jak industrial, free, noise, "avant", oburzeni miałkością bandu, który wulgaryzuje osiągnięcia IDM, krautrocka czy ambientu. Drugi składał się z zawsze licznych w naszym kraju wyznawców prog-rocka, hard-rocka, metalu i innych odmian "technicznego ciężkiego rocka" − dla nich Radiohead to była jakaś popierdółka dla mięczaków, "brit-pop" co najwyżej, a nie poważny artysta. Trzeci stanowili "normalsi" spod znaku autorskich audycji radiowej Trójki − a więc sympatycy PROPER PIOSENEK, rozczarowani "niepiosenkowym, elektronicznym" materiałem. A zatem − jakże ciężko było komukolwiek dogodzić − z perspektywy lat aż trudno uwierzyć, że znaleźli się nad Wisłą słuchacze, dla których Kid A było W SAM RAZ − ani za bardzo takie, ani za bardzo siakie.

I tak było już potem za każdym razem. Mógłbym książkę napisać o skali hejtu, jaki spłynął na Porcys gdy wybraliśmy HTTT na album roku 2003. Przez te wszystkie histeryczne reakcje przebijał protest przeciwko kanonizacji zespołu funkcjonującego "tu i teraz". OK, raz im się udało, zgoda − Kid A to żywa legenda (nawet Allmusic w końcu zmienił pierwotne 3/5 na 5/5). Ale więcej już nie, Radiohead się powtarzają, już nie ma rewolucji, przestańcie robić z nich jakieś nietykalne figurki − to muzycy z krwi i kości, tacy jak miliony innych! Z czasem dochodził jeszcze wspomniany argument dziadostwa. Sam miałem taki moment przy In Rainbows, że trochę było mi głupio "słuchać Radiohead", skoro wokół działo się tyle nowego, ciekawego. (dość szybko mi przeszło, choć to akurat płyta RH która wciąż przekonuje mnie najmniej.)

"Na Zachodzie" też ta kanonizacja niejednego frustrata uwierała. Tę anegdotę mogliście słyszeć − pewien śmiszny writer ze Stylusa był tak zażenowany faktem, że we wszystkich podsumowaniach dekady wygrywa Kid A, że aż stanął na głowie, by wskrzesić nieistniejącą redakcję i zrobić z nią własny, bezkompromisowy kontr-ranking. Lecz po podliczeniu głosów kto wygrał…? O nie, znowu to samo.

Wspomnienia kombatanckie czas kończyć. Wniosek mam jeden − nie ma na świecie drugiego zespołu, który przez kilkanaście lat działałby twórczo, publicznie, ze świadomością tak ogromnego zapatrzenia rzeszy fanów i jednocześnie tak ogromnego, jak się okazuje wielopłaszczyznowego hejtu. Jest to "w historii rocka" bodaj niespotykana (ilościowo i czasowo) presja ze strony zarówno przyjaciół, jak i wrogów, o której wspomniałem rok temu przy okazji Yorke’a w rankingu songwriterów. Ta świadomość, że każdy twój ruch jest śledzony i każdy internauta będzie w tej kwestii najmądrzejszy, tak jak każdy jest najlepszym selekcjonerem narodowej reprezentacji piłkarskiej. Bo już raz dokonałeś cudu − ludzie uwierzyli, że gdy włączą twoją płytę, to z głośników wyskoczy Jezus (courtesy nieśmiertelne Buddyhead). Więc zawsze będą kręcić nosem, że już więcej tego cudu nie ma.

(Yorke w jednym z wywiadów: "There's this automatic assumption that any degree of success means that you've... you've cheated. Or you're full of shit or whatever")

Oczywiście pod wieloma względami facet jest sobie sam winny i nie bronię go. Nie twierdzę też, że coś mu się stanie od głosów krytyki − nie, nie umrze gdy przeczyta, że "BtW" brzmi jak Muse, Coldplay i Arcade Fire (swoją drogą − wow, skoro tak, to chyba naprawdę wrócę do Arcade Fire i sprawdzę.. a nieee, zaraz, do niczego nie wrócę, bo nigdy nie słuchałem tego zespołu, bo mdleję z nudów przy jego muzyce). Ale jeśli od kilkunastu lat obserwuje się tę samą nagonkę za każdym razem gdy Radiohead powracają z nowym materiałem, to troszkę ciężko się nie podśmiewać pod nosem: tak, są chorobliwie ambitni, są obsesyjnie perfekcjonistyczni, są do bólu pretensjonalni, wymądrzają się o geopolityce, tworzą wokół siebie jakąś sekciarską otoczkę, wydziwiają na każdym możliwym kroku i co najgorsze, ten koleś śpiewa maksymalnie irytującym falsetem.

Czyli "same old shit". Ziew.
(2016)

A Moon Shaped Pool (2016, art-rock) 7.8

Nie ma poza Radiohead drugiego zespołu, który przez kilkanaście lat działałby twórczo, publicznie, ze świadomością tak ogromnego zapatrzenia rzeszy fanów i jednocześnie tak ogromnej, wielopłaszczyznowej zawiści ze strony krytykantów. Jest to w historii rocka bodaj niespotykana (ilościowo i czasowo) presja. Ta świadomość, że każdy twój ruch jest śledzony, że każdy internauta będzie miał opinię na twój temat, tak jak każdy jest najlepszym selekcjonerem narodowej reprezentacji piłkarskiej. To wymaganie cudu za każdym razem, gdy ogłaszasz premierę nowego materiału. To oczekiwanie innowacji, wyznaczania nowych dróg dla muzyki, przeskoczenia samych siebie. Pink Floyd na tym etapie kariery mogli wydać bezpieczne, miałkie „Division Bell”. Od Radiohead tradycyjnie wymaga się przełomów, mimo że lider i spiritus movens formacji, Thom Yorke, skończy w tym roku 48 lat.

Radiohead w przeszłości kilkakrotnie z powodzeniem wymyślał się na nowo, uciekał łatwym etykietkom, „powracał, by zbawić wszechświat” (by zacytować fragment utworu „Airbag” z 1997 roku) i przy okazji tych manewrów zdołał nagrać kilka płyt, które w opinii znakomitej większości komentatorów są już częścią niepodważalnego kanonu muzycznego. Co więcej, każdy kolejny album wydawał się świadomym krokiem do przodu – osobnym zdarzeniem artystycznym o dużym ciężarze gatunkowym – od autorskiej adaptacji grunge'owych patentów na „Pablo Honey”, przez inteligentny brit-pop „The Bends”, futurystyczne art-indie „OK Computer”, neurotyczny anty-rock „Kid A” i „Amnesiac”, upolityczniony agit-prog-pop „Hail to the Thief” i minimalistyczno-maksymalistyczne warsztaty piosenkowe „In Rainbows”, aż po afrobeatowo-krautrockowe studia rytmiczne „The King of Limbs”.

Na tym tle nowa propozycja zespołu pozornie może jawić się sprawną kompilacją pomysłów już przezeń wyeksploatowanych. Aczkolwiek myślę, że można by wskazać co najmniej trzy cechy charakterystyczne, które nadają „A Moon Shaped Pool” rys własnej tożsamości w ramach dyskografii tak barwnej i pełnej tak wyrazistych wydawnictw.

Po pierwsze, na swoim dziewiątym albumie grupa Radiohead sprawia wrażenie, jakby bardzo chciała coś podsumować, ostatecznie rozliczyć się z własną przeszłością i zamknąć wątki, które napoczęła wiele lat temu. To w jej przypadku nic nowego – wystarczy wspomnieć utwór „Nude”, którego pierwsza wersja koncertowa została zaprezentowana dziesięć lat przed wydaniem wersji studyjnej (na albumie „In Rainbows” w 2007 roku). Mimo to „A Moon Shaped Pool” to zestaw wyjątkowy, najgłębiej jak dotąd osadzony w zespołowej historii. Jak słusznie zauważyli obserwatorzy chwilę po ujawnieniu tracklisty, połowa z tych utworów była wykonywana na żywo przez kilka ostatnich lat – albo przez Radiohead, albo przez samego Yorke'a solo.

Ciekawsza jednak wydaje się historia dwóch piosenek spinających materiał niczym klamra. Nad otwierającym całość „Burn the Witch” zespół wstępnie pracował jeszcze w XX wieku podczas sesji do „Kid A”. Zaś zamykające album „True Love Waits” sięga aż dwudziestu jeden lat wstecz i jego geneza wiąże się z dość niesamowitymi okolicznościami. Premierowe wykonanie koncertowe odbyło się w 1995 roku – wówczas Yorke śpiewał i sam grał na gitarze akustycznej. W takiej postaci utwór przez lata stanowił ważny punkt scenicznego repertuaru formacji i zagościł na oficjalnej płycie koncertowej „I Might Be Wrong” z 2001 roku, ale dopiero teraz doczekał się wersji studyjnej.

Brzmi ona całkowicie odmiennie od gitarowego pierwowzoru – ogniskowe akordy pudłówki w duchu amerykańskiego „emo” zastąpiły uproszczone harmonicznie, acz nawarstwione w miksie frazy pianina. A w głosie Thoma zamiast młodzieńczej pasji słychać bolesną mądrość człowieka w średnim wieku. Uwzględnienie „True Love Waits” w programie „A Moon Shaped Pool” dla wielu wiernych fanów było gestem symbolicznym, co zresztą znacząco puentuje tytuł samej pieśni. Warto więc zaznaczyć, że akurat w przypadku Radiohead sięganie do archiwów sprzed kilku czy kilkunastu lat nie świadczy o kryzysie twórczym i słabej formie. Wręcz przeciwnie – to dowód na obsesyjny perfekcjonizm muzyków, którzy czasem potrzebują aż dwóch dekad, by uzyskać finalne, satysfakcjonujące opracowanie danego szkicu.

Po drugie, nigdy wcześniej Yorke nie był tak otwarty tekstowo w kwestiach prywatnych. W ostatnim czasie artysta rozstał się z partnerką i matką dwójki ich dzieci po dwudziestu trzech latach związku. Trudno pomijać ten fakt przy omawianiu literackiej warstwy „A Moon Shaped Pool”. Motyw rozczarowania, rezygnacji i zagubienia przewijał się w tekstach Yorke'a niemal od zawsze – by przypomnieć „Let Down”, „In Limbo”, „Motion Picture Soundtrack”, „Packt Like Sardines in a Crushd Tin Box” czy „Nude”. Nigdy jednak nie był u niego obecny z taką intensywnością i kondensacją jak na nowej płycie. Thom Yorke, wiecznie marudzący na rzeczywistość polityczno-społeczną („Burn the Witch”) i zatroskany o problemy ekologiczne („The Numbers”), tym razem koncentruje się na osobistych rozterkach, jak w singlowym, rozczulająco bezbronnym „Daydreaming”, gorzkich konstatacjach „Decks Dark”, „Identikit” czy „Present Tense” oraz oczywiście w porozstaniowym lamencie wspomnianego „True Love Waits”.

Wreszcie po trzecie „A Moon Shaped Pool” zostanie zapamiętane jako album, na którym kulminowały wszelkie dotychczasowe tendencje do partyturowych orkiestracji, za które od zawsze odpowiada w zespole Jonny Greenwood. W latach 90. wirtuoz spazmatycznych, kompulsywnych wyładowań gitary elektrycznej, na przełomie wieków Jonny zasłynął jako autor smyczkowych aranżacji, które nadały muzyce Radiohead zupełnie nowe tchnienie ekspresyjne i były równie istotnym ogniwem ewolucji grupy, co sławetne pierwiastki elektroniczne. Wykorzystując bogate doświadczenie zyskane m.in. przy pracy nad ścieżkami dźwiękowymi do sławnych filmów Paula Thomasa Andersona, tym razem Greenwood nie tyle zdobi większość utworów partiami smyczków, co czyni z nich głównego bohatera albumu. Poza tym położenie tak mocnego akcentu na klasyczne aranżacje niejako automatycznie sugeruje wybór innych inspiracji. Spróbujmy teraz rozebrać je na czynniki pierwsze.

Miarowo pulsujące partie instrumentów smyczkowych w „Burn the Witch” są wykonywane za pomocą technik zwanych col legno i pizzicato, po które chętnie sięgał nasz Penderecki, tak bliski Jonny'emu Greenwoodowi. A jednak ich repetycyjne wibracje automatycznie przywołują na myśl innego mistrza młodszego Greenwooda, czyli guru minimalizmu Steve'a Reicha i jego „Music for 18 Musicians”. Klucząca melodyka i chóralna maniera „Decks Dark” może kojarzyć się z najbardziej bujną aranżacyjnie pozycją w dorobku Roberta Wyatta, czyli albumem „Rock Bottom”. Dyskretny jazz-folk „Desert Island Disk” i bardziej podniosłe, orkiestrowe „Glass Eyes” odnoszą się do akustycznego nurtu songwriterów z początku lat 70. – mają w sobie coś z łagodniejszych odsłon Tima Buckleya, Johna Martyna, Nicka Drake'a czy Roya Harpera.

Z kolei hipnotyczny trans „Ful Stop” odsyła do bitu motorik i przestrzennych faktur, z jakich zasłynął duet niemieckich pionierów Neu!. Zaś podskórnie narkotyczny „Identikit” prowokuje do analogii z innymi legendami krautrocka – grupy Can z okresu, gdy śpiewał w niej Damo Suzuki. Intro dostojnego „The Numbers” imituje baśniowe peregrynacje Alice Coltrane z okresu „Journey in Satchidananda”, po czym Yorke intonuje folkową mantrę do złudzenia przypominającą niebluesowe ballady Led Zeppelin, a Greenwood okrasza ją smyczkowymi kaprysami wzorowanymi na orkiestrowych aranżacjach Jeana-Claude'a Vanniera z kultowego albumu Serge'a Gainsbourga „Histoire de Melody Nelson”. Samba-kołysanka „Present Tense” mogłaby znaleźć się w repertuarze takich ikon brazylijskiej muzyki popularnej jak Caetano Veloso, Marcos Valle czy Edu Lobo.

Na pierwszy rzut oka to zbiór chaotycznych inspiracji „od Sasa do Lasa”. I w sumie nawet gdyby tak było, to miałoby to swoją unikatową wartość, bo prawdopodobnie nie istnieje drugi album starannie łączący elementy zaczerpnięte z Reicha, Wyatta, Can, Gainsbourga i Veloso. Ale nic bardziej mylnego. W rzeczywistości to niezwykle spójny i świadomie dobrany zestaw odniesień. Wspólnym mianownikiem wymienionych wyżej tropów jest to, że wszystkie odsyłają do pierwszej połowy lat 70. W tym sensie „A Moon Shaped Pool” to w znacznej mierze dzieło, które z technologicznego i estetycznego punktu widzenia mogłoby powstać w 1976 roku (uwzględniając nawet manipulacje na puszczonych od tyłu wokalach i smyczkach w „Daydreaming” – to przecież firmowy trick George'a Martina i The Beatles z lat 60.).

Więc jeśli w czymś upatrywać tu rozczarowania, to właśnie w tej perfekcyjnie wystylizowanej, ale jednak – wsteczności. Ciężko wyrokować po kilku dniach od premiery, ale prawdopodobnie właśnie dlatego nie mają racji ci obserwatorzy, którzy w dziewiątym longplayu Radiohead chcą upatrywać kamienia milowego na miarę „OK Computer” dla lat 90. czy „Kid A” dla pierwszej dekady XXI wieku. Abstrahując od subiektywnie pojmowanej „jakości” poszczególnych, dość wykwintnych skądinąd kompozycji, w „A Moon Shaped Pool” nie ma żadnych aspiracji modernistycznych, o futuryzmie nie wspominając. Być może stąd poczucie nieuchwytnej niekompletności, braku w tym materiale, które podejrzanie nie chce mnie opuścić od pierwszego przesłuchania. Lecz jak na potencjalne zakończenie kariery grupy wybitnej w skali dziejów – doszlifowane, klasycystyczne piękno płyty wydaje się całkowicie wystarczającą nagrodą
(Dwutygodnik, 2016)

OK Computer OKNOTOK 1997-2017

Dysk podstawowy zna każdy, a w bonusie zebrano lubiane przez szalikowców b-strony z tego okresu. Jest więc m.in. porzucony kurs na mainstreamową karierę "rockową" czyli "Lift" ("pierwszy dzień reszty życia twojego" – Kazik), kolejna udana parodia balladowego U2 "I Promise" ("U2, który jest dla mnie zespołem kantrowym... muzyka kantry nie ma sensu" – Robert Leszczyński), pamiętny ze szkicowej wersji w filmie Meeting People Is Easy "Man of War", no i mój zdecydowany faworyt, trip-hopowy "Meeting In the Aisle", którego mglista elektronika już nieśmiało zapowiada zwrot ku Kid A.
(2017)

* * *