QUEEN

 

#49
FREDDIE MERCURY
Wszystko już powiedziano – Bulsara był artystą równie natchnionym i nieokiełznanym, co tandetnym i męczącym. Jego wokalne ekscesy odpowiadały wprost proporcjonalnie wyrazistej osobowości. Oto ekstrawagancki wieczny imprezowicz, wielbiący przepych, celowo igrający ze skandalizującymi pozami, operujący – tak w życiu, jak i na scenie – "dużymi gestami", trochę w tym wszystkim komiczny, ale zarazem doskonale zdający sobie z tej komiczności sprawę. Nie da się jednak zaprzeczyć, że talent i wyobraźnia Freddiego doganiały drive jego lajfstajlu. Operowe popisy śpiewne, "glamour" ekspresja, studyjne zabawy ze zwielokrotnianiem głosów i stadionowy rozmach aranżacyjny – to oczywiście niezapomniane *przedstawienie*. *Rzeczą* natomiast w tej układance były kwity, którymi komiksowy wizerunkowo FARROKH sypał "jak zły". Serio, koleś trochę chorował na "nadczynność mózgu". Mozartowe "za dużo nut" objawiło się w kompozycjach Queen w sposób niezaprzeczalnie obleśny i niejednego odrzucały niestrawnością (mnie czasem też). Niemniej parafrazując pewnego jurora z "Idola": "Freddie, jesteś dla mnie takim Jimim Hendrixem modulacji – podpalasz ją, demolujesz, ale... to nadal jest modulacja". I każda poważna, muzykologiczna analiza to potwierdzi.
(100 Songwriterów Wszech Czasów, 2015)

* * *

20 najlepszych kawałków Queen


Kilka miesięcy po publikacji zestawienia 150 esencjonalnych wykonawców muzyki pop największym fenomenem wśród powtarzających się komentarzy czytelników pozostają dla mnie zarzuty o pominięcie Queen. Szczerze, od naszego targetu spodziewałem się krytyki wszystkiego – za dużej ilości hip-hopu, za małej ilości hip-hopu, dominacji US indie, braku ważnych reprezentantów US indie etc. – ale nie tego. I w sumie nadal szokuje mnie, jak wybiórczą pamięcią dysponują co poniektórzy. A może chodzi o zwykłą niewiedzę? Odnoszę wrażenie, iż ci najgłośniej krzyczący, najzagorzalsi piewcy Queen mają na półce ledwo Greatest Hits tej formacji, jeśli w ogóle.

Jak już kiedyś publicznie wspominałem, poznałem *całą* dyskografię zespołu Queen między siódmym, a dziewiątym rokiem życia. Wtedy była to dla mnie najważniejsza grupa świata. Na wycieczce szkolnej w podstawówce moja klasa zgodnie wybrała Queen zespołem wszech czasów. Ale w miarę upływu lat człowiek się rozwija emocjonalnie, intelektualnie, duchowo i poznaje też mnóstwo nowej muzyki. Dziś, po latach, gdy z ciekawości ponownie sięgnąłem po dorobek Queen, dostrzegam dwie strony medalu. Dla każdego, kto posiada jakiekolwiek zdolności analityczne i "gust" muzyczny, nie ulega chyba wątpliwości, że był to zespół-paradoks. Praktycznie każdy argument na jego korzyść można natychmiast skontrastować ripostą, wytykającą analogiczne, bezdyskusyjne wady. Nie chcę się rozpisywać, ale wielu zabierających głos w sprawie najwyraźniej nie raczy o tym pamiętać, więc przypomnę pokrótce w formie wyimaginowanego dialogu:

+ Freddie! Jednak Freddie! Jego niesamowita charyzma! Ona przesądza o wszystkim!
– Czyżby? Oczywiście, charyzma niepodważalna. Aczkolwiek czy ta "charyzma" nie miała w sobie czegoś z "niekontrolowanego" kiczu? Nie mówię o "zamierzonej" pozie – glamour, drag, pure fun. Mam na myśli elementy, które są męczące i żenujące, ilekroć się z nimi znów stykamy – wszystkie te "ti da di do di de" i tak dalej. Unaocznił to świętej pamięci Scatman John: jego debilne, wiejskie, upośledzone przyśpiewki to nic innego, jak zakamuflowana parodia wokalnych ornamentów Freddiego. Jeden z komentarzy pod tym filmikiem brzmi "this guy is a fuckin creep hahahaha but hes the man". Rings a bell, ha?

+ Nie da się zaprzeczyć, że Mercury to jeden z wokalistów wszech czasów! Ta skala! Fantazja! Co on wyprawiał ze swoim głosem!
– Okej, zgoda, ekspresja niesamowita. "Głos anielski, wąs diabelski". Ale słuchaliście kiedyś całego *albumu* Queen od początku do końca? Oglądaliście ciurkiem dwugodzinny film o Mercurym? Nie czujecie zmęczenia? Koleś przegina z intensywnością i interpretacją. Tak bardzo się narzuca, jest tak ekspansywny i agresywny w zwracaniu na siebie uwagi, że mam ochotę puścić coś Nicka Drake'a. Jedna, dwie, trzy piosenki – spoko. Na dłuższą metę – rzyg. Podobny problem mam tylko z frontmanami grunge'owymi – spróbujcie wytrzymać godzinną sesję z wyciem Stayleya, Cornella czy Veddera. Powodzenia.

+ Ponadczasowe melodie, potężne hooki, przebojowe kawałki, które wręcz definiują pojęcie fantastycznej zabawy! Nie znasz ich?
Jasne, znam i lubię, ale one przeważnie... nudzą się za którymś razem. Są jak dowcip, który za dziesiątym opowiedzeniem zatrąca już czerstwością. Natomiast jakoś nie znudziłem się nigdy hitami Cheap Trick. Ponadto, pod przykrywką wyrazistych, emblematycznych singli kryło się u Queen nieraz tak dużo dennego wypełniacza, że zapewniam – nikt z was nie chciałby przez niego przebrnąć. Taka postać jak perkusista Roger Taylor – gość ma na koncie wprawki wręcz FATALNE, co nie uchroniło nawet najrówniejszego albumu Queen, A Night At The Opera przed paroma sekundami szlamu. Uchylę się też przed skomentowaniem "album tracków" z płyt w latach 80-tych, bo żal ściska po prostu. W tym kontekście przypominam instytucję o nazwie ABBA – nie znam jednego słabego numeru tej formacji, a na półce mam ich pełny katalog, włącznie z rarytasami i bonusami. No contest.

+ No dobra, ale jednego zaprzeczyć nie możesz: ile jest zespołów posiadających w dorobku tak wiele kawałków, które zanucić potrafi każdy? Każdy, zaczepiony na ulicy przechodzień! Beatlesi? Stonesi? ABBA? Ktokolwiek więcej?
– Zaraz, zaraz, od kiedy czynnik "masowej rozpoznawalności" ma decydować o zaszczytnym miejscu w panteonie esencjonalnych wykonawców pop? Idąc tym tropem należałoby włączyć do złotego zestawu Britney Spears. Co zresztą sugerowałem MZ, ale ten odparł, że kryteria są dwa: doniosłość popkulturowo-historyczna i jakość artystyczna. Więc musiałem skapitulować, mimo, że Britney lubię włącznie z jej dyskografią. Fakt, że "Radio Gaga", "I Want To Break Free" czy "I Want It All" zna statystyczny przedstawiciel cywilizacji zachodniej, nie podwyższa not dla tych słabiutkich muzycznie numerów. Kwestia logiki, ziomy. Zauważmy też pewien niezbity dowód: Queen to zespół, który wyjątkowo upodobali sobie ludzie średnio (jeśli w ogóle) zainteresowani muzyką. Obawiam się, że to, co im w Queen imponuje wcale nie dotyczy muzyki jako takiej, tylko otoczki, image'u i klimatu.

Dooooobra doooosyyyć. Przecież "myśmy się" (Jerzy Engel LOL) tutaj nie spotkali po to, aby minusy przesłoniły nam plusy. Powyższy wstęp nie ma wcale na celu deprecjonowania dokonań Queen. Darzę ten zespół sympatią, apeluję jedynie o odrobinę zdrowego rozsądku. Jeśli czytają to młodsi adepci muzyki, to uwaga – nie, Queen to nie Beatlesi, Hendrix, Led Zep, Prince, Nirvana czy inni "nietykalni" giganci. To wykonawca, o którym można rozmawiać, rozprawiać, kłócić się o niego. Fajna kapelka, która zrobiła też (może dla niektórych zaskakująco) sporo niefajnego. Z naszego rankingu odpadła w ostatniej chwili (przegrywając bezpośrednią batalię z Depeche Mode). Już samo to świadczy o tym, jak ją cenimy. Zachowując szacunek względem niej, wskazaliśmy po prostu jej miejsce w szeregu. To pewien wariant, pewna wersja systematyki. A teraz już przejdźmy do łakoci i "przeżyjmy to jeszcze raz".

 


20Under Pressure (1981)
Emeryten party dwóch gwiazdorskich wówczas ikon około-glamowego nurtu rocka lat 70-tych, który miał miejsce na początku następnej dekady, co już z gruntu wygląda podejrzanie. Zaryzykuję stwierdzenie, że joint ma rację bytu tylko z powodu późniejszego wykorzystania w "Ice Ice Baby" i "Pedale Romanie". Drobna złośliwość, jasne, bo groove basiku całkiem epokowy, aczkolwiek wszelkie "tidadidade" ocierają się wręcz o kompromitację. Podobnież patetyczne narastanie finału. To wszystko pokazuje, jak wielką siłę ma ten niepowtarzalny bas.

19Another One Bites The Dust (1980)
Riff basowy znów wiadomka, funkująca gitarka aksjomat, inspiracja soulem ahoj, natomiast middle section z samym bitem i dziwnymi odgłosami – trochę WTF. Generalnie jak wyżej – cenię za interpolację w "Hollaback Girl". W sensie – od kilkunastu lat nie miałem ochoty sięgnąć po "Another One Bites The Dust", natomiast "Hollaback Girl" wręcz katowałem i nadal regularnie wracam.

18We Are The Champions (1977)
Podobnie jak poprzedni, utwór wykorzystywany ochoczo w trakcie wielu sportowych imprez, co groteskowe, pamiętając, że to przecież hymn gejów. No ale niby coś tam uniwersalny przekaz, spoko. Bardziej zajmuje mnie tu progresja akordów przed i w trakcie chorusu – dość zgrabne gówno! Dungen ściągnęli ją gdzieś, chyba.

17My Melancholy Blues (1977)
Mercury flirtujący z kameralną jazzową liryką, Deacon na bezprogowym basie (przynajmniej w wersji scenicznej)... Zauważmy, że w pewnym momencie zagrywka fortepianu niejako kopiuje intro do "Somebody To Love".

16Bicycle Race (1978)
Kojarzy mi się natychmiast Henryk Sytner i jego zdrowy, sportowy tryb życia... A w dalszej kolejności zapytuję sam siebie: w ilu skalach można rozegrać ten zaśpiew "bicycle", żeby ciągle był pop. Brawurowe opracowanie chórków z Lennonowskim mostkiem (zmiana metrum) w formie bonusu.

15Love Of My Life (1975)
Kto wie, czy nie najstaranniejsza, wręcz klasycyzująca kompozycja Freddiego, a efekt potęguje jeszcze harfa w roli ozdobnika. Zapomnijmy o wszystkich coverach i jest git.

14Good Old-Fashioned Lover Boy (1976)
Ton gitary Maya przez chwilę przypomina Frippa z tamtego okresu! Jeśli ktoś doszukiwał się wpływu Queen na Of Montreal circa Satanic i okolic, to tu ma lekcję źródłową, że się tak drętwo wyrażę. Ilość modulacji harmonicznych sprawia, że ciężko przejść obojętnie, mimo pozornego paszkwilu (Wałęsa!) na wodewil a la "Martha My Dear".

13Mustapha (1978)
Słynna (przywoływana na każdym kroku w ramach biografii artysty) sprawa pochodzenia Farrokha Bulsary z Zanzibaru na dobrą (?) sprawę nieczęsto miała pokrycie w realnym flejworze tworzonej przezeń muzy. Chyba, że za "arabskie" uznać te wszelkie "tida da dida di"... W każdym razie tu mamy to wynagrodzone z nawiązką – ten krótki rocker mógłby własnoręcznie rozpocząć nowy genre, "arabic rock". Ale pewnie taki istnieje i pewnie jest gorszy, niż to.

12Body Language (1982)
Kontrowersyjny, quasi-pornograficzny tekst i teledysk to jedno, ale rozpierdala świeżość ujęcia tematu: niepozorny synth-bass, odkrywcza konstrukcja formalna (ile części ma ten, swoją drogą, singiel?) i ekscytujące zderzenie stylistyczne programowanego klawiszowego popu z charakterystycznymi dla Mercurego odjazdami wokalnymi. Zapomniany klasyk, który prędzej czy później ktoś zrewiduje, zrecykluje, zremixuje, zrevivaluje i w rezultacie zrehabilituje.

11Don't Stop Me Now (1978)
Obowiązkowy składnik soundtracku do entuzjastycznego before'a przed szaleńczo antycypowaną imprezą, kawałek co najmniej parę razy kładzie na łopatki zaiste "eksplodującą" mocą power-popowej energii zaklętej w tych wymiatających sekwencjach fortepianowych chwytów (zwłaszcza na "at all" wydarzył się tam brylant!). I tradycyjnie jeden fragment zalicza wpadkę – po co ta upośledzona wstawka na samych bębnach od 2:00? Nie pojmuję NI CHU CHU. Ale reszta miecie. Dopóki się nie znudzi, czyli. A to u każdego inaczej.

10You're My Best Friend (1975)
Deacon John dobry gamoń, ładnie się pokazał światu. Wychillowany bauns elektrycznego pianka (Wurlitzer), wycyzelowane harmonie głosowe i ten, tego, dobry akord się wkradł tam na "I'm happy at home".

09The Night Comes Down (1973)
O właściwej kompozycji mówimy od 1:10, gdzie Brian May łączy po swojemu liryzm power-ballad Led Zep z jakąś późno-Beatlesowską (White Album? Let It Be?) niedbałością. Wieńczy to jeszcze popisem wirtuozerii w obsłudze akustyka, co owocuje zadymioną psychodelią w outro. Biorąc pod uwagę tony brzydkich kompozycji sygnowanych nazwiskiem Maya, ta (jedna z pierwszych dla Queen) jawi się wręcz rewelacją).

08Cool Cat (1981)
To tutaj miał w pierwotnym zamyśle śpiewać Bowie, zanim jeszcze powstało "Under Pressure". Ale nie był zadowolony z wykonu, więc została poniższa wersja z samym Fredkiem. Ewenement wśród nagrań formacji, potwierdzający jej wszechstronność. Urokliwe kluczenie w zrelaksowanej, zmysłowej, lekko odrealnionej atmosferze.

07Death On Two Legs (1975)
Opener Nocy to istna definicja progresywnego popu, jaki wówczas uskuteczniał kwartet. Yes zredukowany do treściowego pocisku, symetrycznie wygładzony do regularnych sygnatur rytmicznych, ze sporą odrobiną (lolz) hard rockowego nadęcia i porywający obleśnością dbałości o aranżacyjne detale.

06Seven Seas Of Rhye (1973)
Spektakularny wywar ze wczesnego oblicza formacji, dość mocno zadłużonego w Zeppelinach, choć z typowym naciskiem na wielogłosowość. Jeden z najlepszych "prostych", frontalnie bezpośrednich, niekombinowanych bangerów Fredka, zwieńczony absurdalną kodą rodem z music hallu.

05Play The Game (1979)
Przychodzi mi na myśl takie zapomniane i lekceważone dziś słowo: kunszt. Sensacyjne, że po zapierającej dech w piersiach części głównej pojawia się jakiś totalnie odlotowy bridge ("My game of love has just begun") na modłę Electric Light Orchestra, który chyba rządzi tu najmocniej. I potem powrót do Freddiowego rządzenia, i nawet dolne rejestry Deacona (skoki po progach) dostosowują się poziomem. Majstersztyk.

04The Prophet's Song (1975)
Najbardziej epicki utwór Queen, przebijający w tej kategorii nawet "Bo Rap" i przez całe osiem minut utrzymujący równe proporcje formy do treści. Liczba tonacji, przez które przefruwają tu muzycy przyprawia o zawrót głowy, a highlighty harmoniczne można układać bodaj w top tenach (mój personal fave od "The earth will shake in two will break..." – co tam się kurwa dzieje?). Tudzież występuje jakaś eksperymentalna sekcja środkowa z nakładkami osobnych linii śpiewu, gdzie budzą się duchy przodków i to nadal pizga po głowie jak poważkowy pop najwyższej klasy.

03You Take My Breath Away (1976)
Abstrakcyjny wymiar tej multiplanarnej wokalizy w intro sięga najbardziej "nienormalnych" harmonicznie fragmentów SMiLE. A potem jest tylko... tak samo. Brylant wśród ballad Mercury'ego, który miał wyjątkowo dobrą rękę do takich niespodziewanych momentów transcendencji. Przejąłem się.

02Bohemian Rhapsody (1975)
Jeden ze szlagierów w rockowym panteonie, które tak nam się przejadły, są tak wszechobecne i tak bardzo stały się częścią popkultury, że zapominamy o ich wybitności. Inna sprawa, że Axl Rose raz na zawsze zrujnował tę ostrą, hardrockową część pod koniec, katastrofalnie psując ją podczas koncertu w hołdzie Fredkowi na Wembley. O samym przebiegu tego arcydzieła nie będę gryzmolił, bo to tak jak relacjonowanie na żywo "Stairway To Heaven" albo bramki Domarskiego na Wembley – znamy to, kochamy i... niekoniecznie musimy o tym słuchać po raz kurwa tysięczny, right?!

01Killer Queen (1974)
Dude, if I were to recommend any drugs – acid is da shit. Gdybym miał osobie niewtajemniczonej w zagadnienie (są tacy?) objaśnić geniusz Mercury'ego z pomocą jednego tracka – to byłby ten. Jeśli ideałem narracji w piosence pop jest perfekcyjne nadążanie tekstu za muzyką i na odwrót, to mamy tu przykład songwritingu doskonałego. Historia luksusowej prostytutki opowiedziana z właściwą artyście, prowokacyjną lubością, zgadza się NUTA W NUTĘ z relacją melodii do akordu – warto sprawdzić słowa i dźwięki równolegle. Zabieg ten prowadzi do paru momentów absolutnie niesamowitych, jak wznowienie opowieści w drugiej zwrotce, na tle wygasającego jeszcze wybuchu refrenu – "To avoid complications..." (postać zmiany harmonii w tym miejscu, jak to pasuje). I tak samo polecam przeanalizować tę serię – "Caviar and cigarettes / Well versed in etiquette / Extraordinarily nice" (na wyrazie "extraordinarily", mózg się troszkę lasuje, co ma melodia wokalu do akordu, "co ma co"!). Refren z jego przeinteligentną faux-puentą. I tak dalej. Takie kwiatki sterczą tu co parę sekund, więc mamy do czynienia z czołówką singli dekady 70s oraz unikatową mieszaniną staroświeckiego kabaretu, maksymalnie zaraźliwego glamu i kompozycji, od której uczyć mogliby się jazzowi adepci. Przez te królewsko skondensowane trzy minuty Queen byli on top on their game. Rzadko kiedy tytuł tak pięknie podsumowuje pełen zbiór dokonań jakiegoś wykonawcy.
(Porcys, 2009)