Przegląd tygodnia

 

Przegląd tygodnia to nieformalna nazwa pewnego rodzaju posiłku na stołówce szkolnej tudzież w jadalni schroniska turystycznego.


Otóż posiłek zwany przeglądem tygodnia charakteryzuje się tym, że został złożony z resztek, obrzynków, ogryzków. Trochę w przenośni, a trochę – o zgrozo – dosłownie. Kiedy brakuje produktów na osobne danie, kucharki łączą pozostałości z kilku dni w jedną spójną całość. A skąd te kulinarne odniesienia na wstępie? Bo z moim felietonem jest dziś podobnie. Żaden z tematów które chodziły mi ostatnio po głowie nie zasługiwał na rozwinięcie do pełnych rozmiarów artykułu. Ale samych tematów było sporo. Oto i one.

* * *

Najpierw sprawa spóźniona o dobrych kilka dni, ale skoro nadal we mnie rezonuje, to nie omieszkam do niej powrócić. Chodzi o artykuł Piotra Bratkowskiego w "Newsweeku", dotyczący sławetnego podsumowania polskich piosenek w serwisie Screenagers. Pal sześć, że tekst ów to kulminacja rockistowskiej optyki w rodzimym dyskursie muzycznym. Przymykam oko na etykietowanie Papa Dance "polską odpowiedzią na Modern Talking", bo przecież autor nie musi słyszeć różnic między twórczością obu zespołów – wcale tego od niego nie oczekiwałem... I nie chcę kopać leżącego, znęcając się nad ułomnymi konceptualnie zdaniami typu "to świetna piosenka – wcale nie do bujania się w dyskotece, ale do słuchania w zadumie" (panie PB, wiele razy słuchałem w zadumie świetnych piosenek bujając się w dyskotece – naprawdę, muzykalni ludzie tak umieją). Ale już puenta całego wywodu trochę mnie "zgięła", jak mówią nastolatki. "Screenagers wpisali historię polskiej piosenki w obecny, skrajnie mieszczański (a mówiąc wprost: kołtuński) model popkultury, w którym za wolność najważniejszą uchodzi zwolnienie z konieczności prowadzenia istotnych rozmów". Nazwę to po imieniu – dla mnie to ideologiczne przedszkole. I w dodatku obraźliwe. Mamy rok 2012, więc sam Bratkowski, poeta i krytyk literacki urodzony w roku 1955, którego najwyraźniej ominęło ostatnich 20 lat w muzyce i popkulturze, nie jest tu najbardziej winien. Za to wydawcy "Newsweeka", odpowiedzialni za publikację tych bredni, powinni solidnie puknąć się w czoło. Powtórzę – moja reakcja spóźniona o tydzień, bo w poprzednim odcinku tutaj pisałem o "Bitches Brew" Davisa. A trzeba nagłaśniać takie absurdy, nie wolno ich akceptować.

* * *

Różnie to bywa z postępem technologicznym tak zwanych nowych mediów. Czasem z tych nowinek technicznych nie wynika nic dla "szarego zjadacza chleba", ale czasem wynika bardzo dużo i da się to odczuć dość namacalnie. Zdaje się, że po raz pierwszy przy okazji festiwalu Heineken Opener można było oglądać część występów na żywo za pomocą streamu na festiwalowym kanale YouTube. Brawo, to świetne udogodnienie dla tych, którzy nie dotarli w tym roku do Gdyni. Wprawdzie nie miałem o tym pojęcia, ale na szczęście kolega zaalarmował mnie w samą porę. Z ogromną radością obejrzałem więc koncert Toro Y Moi w namiocie. Bundick i spółka zgrani jak nigdy dotąd, serwujący mieszankę hitów z "Underneath the Pine" i epki "Freaking Out" oraz kilka nowych, chyba nieopublikowanych jeszcze numerów. Szczególnie zapadła mi w pamięć piosenka, w której Chaz powtarzał mantrę rozpoczynającą się od słów "she's alright...". Kto wie czy to nie jakiś future classic w dyskografii sympatycznego okularnika.

* * *

Tegoroczny Opener już za nami, a na horyzoncie Off Festival. Po raz drugi miałem zaszczyt zasiadać w jury finału konkursu "Zrób Głośniej". Z ośmiu aspirujących kandydatów wyłoniliśmy trzech, którzy zagrają w Katowicach. Poziom przesłuchań – wyraźnie wyższy niż w roku ubiegłym. Jazzpospolita artystycznie i warsztatowo trochę poza konkurencją i o klasę wyżej od reszty. Zresztą obecność warszawskiego kwartetu była w tej stawce sporym zaskoczeniem – trochę tak jak zaskoczeniem była obecność Beckenbauera w składzie niemieckiej drużyny filozofów w skeczu Monty Pythona. Crab Invasion zaprezentowali dwa nowe kawałki i zachwycili wielowątkową strukturą kompozycji oraz wyobraźnią rytmiczno-harmoniczną. A także koszulkami, streszczającymi wizualnie rozległy wachlarz inspiracji – wokalista z Genesis, basista z The Police, klawiszowiec z King Crimson na piersiach. Dodam, że ekspresja chłopaków odsyłała raczej w stronę waszyngtońskiego hardcore'u. To się nazywa bogactwo odniesień! Trzecia ze zwycięskich kapel, The Saturday Tea, przekonała jurorów garażowo-rockowym animuszem i sceniczną pewnością siebie. Pozostała piątka wcale tak bardzo nie odstawała. Kameralno-folkowe trio Enchanted Hunters, ludowo-taneczna Ifi Ude, olewczo-manieryczny krakowski surfer Kaseciarz, pop-rockowi Tickets, Please! (wokalista w koszulce The Beatles – szczyt bezpretensjonalności, urocze) i zornowsko-pattonowscy post-moderniści z Orange the Juice – wszystkich wysłuchaliśmy z zainteresowaniem.

* * *

Jednak żaden z wyżej wymienionych wykonawców nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak duet Grzegorz Lato i Antoni Piechniczek podczas konferencji PZPN, na której pan prezes ogłosił nazwisko nowego selekcjonera polskiej reprezentacji piłkarskiej. Ja wiem, że miałem o muzyce, ale przyznam, że ta czterdziestopięciominutowa konferencja budzi we mnie skojarzenia absolutnie fonograficzne. Unikatowy songwriting Laty ("ja powiem uczciwie panie redaktorze, szczerze państwu powiem") i Piechniczka ("myśmy w osiemdziesiątym drugim w Hiszpanii...") przeskakuje według mnie pod względem artystycznym wszystko, co wydarzyło się jak na razie w muzyce w 2012 roku – i to nie tylko polskiej. A piorunujące zakończenie tego dzieła, z panem wspominającym swojego ojca i sugerującym Lacie zorganizowanie turnieju jego imienia, porównałbym do słynnych podniosłych finałów płyt, w rodzaju ostatniego utworu na "Source Tags and Codes" grupy Trail of Dead. Gdyby kogoś ominęło, to polecam poświęcić trzy kwadranse, bo warto:

http://sport.tvp.pl/pilka-nozna/reprezentacja/wideo/lato-oglosil-nazwisko-nowego-selekcjonera/7958638

* * *

Skoro rok 2012 muzycznie póki co mnie rozczarowuje, to wybrałem się na imprezę pod tytułem "I Love 90s", gdzie szereg kolektywów didżejskich prezentował swoje ulubione przeboje z tamtej dekady. W końcu z latami dziewięćdziesiątymi, jak to mawiają po angielsku, "you can't go wrong". Na papierze przedni zamysł, ale jego realizacja niestety pozostawiała wiele do życzenia. I nie chodzi tylko o klepanie w nieskończoność na nostalgicznych imprezach kawałków takich jak "Loser" Becka, "Killing In the Name" Rage Against the Machine czy "Smells Like Teen Spirit" Nirvany. Bo może kogoś bawi słuchanie tego po raz tysięczny – nie wnikam. Ale dorzucenie do puli takich rzeczy jak "Szare miraże" Maanamu (1981), "Purple Rain" i "I Would Die 4 U" Prince'a (1984), "Paradise City" Guns N Roses (1988), "Beautiful Day" U2 (2000) i "Asereje" Las Ketchup (2002) wzbudziło moje wątpliwości. Trzeba było od razu zagrać coś z "Rubber Soul", też by się ludzie ucieszyli.

* * *

Ponoć portal Nerve wybrał najseksowniejsze postaci na scenie indie. Mężczyzn nie będę komentował, a co do kobiet, to przez te lata wyraźnie wypadłem z obiegu. Co to jest Alabama Shakes? Albo Purity Ring? Jak z dziesięć lat temu analogiczny plebiscyt "Playboya" wygrywała Neko Case, to sprawa była dla mnie jasna, bo słuchałem New Pornographers na okrągło... Teraz zwyciężyła Annie Clark (projekt St. Vincent) – cóż, zupełnie nie podpisuję się pod werdyktem. Co ciekawe mimo czterdziestki na karku świetnie w takich zestawieniach trzyma się Chan Marshall (projekt Cat Power). Ach to indie.

* * *

Ja z kolei zaproponowałbym do miana najseksowniejszej postaci świata indie niejaką Emmę Stone. Bo chociaż nie jest muzykiem, to przecież zagrała indie-dziewczynę indie-Spidermana w indie-ekranizacji "Niesamowity Spiderman". Co paradoksalne, Emma na zdjęciach prezentuje się gorzej, niż w tym filmie – a może chodzi o to, że (według mnie) bardziej jej do twarzy z jasnymi włosami? W każdym razie jej wdzięk i uroda są chyba największym atutem tej superprodukcji o wyraźnym posmaku, jako się rzekło, indie-nerdowskim. Szkoda tylko, że poza Emmą zapamiętam z tego filmu głównie obleśny widok zmutowanego człowieka-jaszczura.

* * *

I na koniec, a propos obleśności... Dzięki nieocenionej playliście radiowej Trójki znów wpadłem na piosenkę, którą ze spokojem nominuję do tytułu najgorszej w dziejach. To Gogol Bordello i ich "Illumination". Utwór ten łączy w sobie wszystko, czego nienawidzę w muzyce. Słuchanie tego to jakieś estetyczne tortury i terrorystyczny zamach na muzyczną wrażliwość – a także jawne wyrządzanie krzywdy ludzkości, dobru, miłości. Ja wiem, że to miał być jakiś protest song, ale po tym co wydarzyło się od 2:07 nagle zacząłem rozpatrywać późny Kult w tych samych kategoriach co Radiohead. Ciekawostka – produkował to sam Steve Albini. Zapraszam, ku przestrodze i zostawiam Was z tym:

(T-Mobile Music, 2012)