U2

 

Boy (1980)

Od czego ja bym zaczął... Wypadałoby chyba zacząć od takiego spostrzeżenia, że w trzynaście lat od premiery, zawartość długogrającego debiutu irlandzkiej formacji naprawdę nie bardzo się zestarzała. I nie chodzi mi tylko o jakość brzmienia (zasługa Lillywhite’a), wciąż wspaniale tętniącego życiem, przejrzystego, wyrazistego. Myślę głównie o emocjach. Może były to inne czasy, ale jak trudno wyobrazić sobie dziś takich debiutantów: traktujących płytę jak deklarację, podchodzących do swojej muzyki absolutnie na serio i z poczuciem misji. A tym fanom grupy, którzy znają tylko jej najnowsze dokonania, polecam sprawdzić, jak kwartet robił to na samym początku.

Ta muzyka miała w sobie świeżość nowej fali, uderzenie hard-rocka i zaangażowanie post-punku, wszystko podlane dziwnie psychodelicznym sosem. Lecz coś jeszcze nie pozwalało na łatwe jej zaszufladkowanie: specyficzna mądrość, dorosłość. I umiejętność budowania napięcia, łączenia palącego gniewu z romantyczną nastrojowością (kapitalne przejście z An Cat Dubh do stonowanego Into The Heart). Zadziwiająca jak na tak młody wiek (średnia w zespole w momencie wydania Boy: dziewiętnaście i pół roku) i odróżniająca U2 od wielu innych początkujących bandów tamtego okresu.

I Will Follow to jedna z najbardziej energetycznych, naładowanych pasją piosenek zespołu. Z miarowym riffem gitary i świetnie uzupełniającą go sekcją. Ale jak to wszystko zażera! Rozpocząć swą pierwszą płytę od tak dojrzałego, a zarazem młodzieńczego hymnu, oznacza rzucić prawdziwe wyzwanie. Dalej Twilight – posłuchajmy, jak Clayton i Mullen wspaniale prowadzą narrację, przechodząc od marszowego wybijania do dłuższych dźwięków w refrenie. I znów, choć to proste, ma w sobie tyle dramaturgii.

Zresztą, te wczesne nagrania U2 oparte są zwykle na jednym, dwóch motywach, jak w A Day Without Me, Stories For Boys, czy The Electric Co. A jednak muzykom udaje się sztuka ciągłego zainteresowania słuchacza. Przyczyniają się do tego głównie The Edge i Bono. Pierwszy prezentuje przede wszystkim unikatowy, oparty na charakterystycznej repetycji styl gitarowy, właściwie znak rozpoznawczy U2. Ale nie stroni też od sprzężeń, wibrujących plam, bawi się barwą. Drugi, dysponując szeroką gamą wokalnych form ekspresji (od mocnych, krzykliwych partii do lirycznych jęków) wyśpiewuje nieraz bardzo osobiste teksty (I Will Follow najsłynniejszym przykładem).

Owszem, być może dwa, trzy utwory nieco odstają, wydają się zbyt monotonne na tle całości. Lecz zawsze warto pamiętać, że Boy to dopiero nastoletni wstęp do tego, co miało się wydarzyć później. Wszystkie największe osiągnięcia U2 były jeszcze przed nimi. Oni dopiero zaczynali.
(Tylko Rock, 2003)

October (1981)

October zaczyna z wysokiego pułapu. Gloria to – w sensie funkcji pełnionej w kontekście całej płyty – trochę taki delikatniejszy odpowiednik I Will Follow z Boy. Nacechowana rockowym uderzeniem, pulsująca rytmem, znakomita rzecz na otwarcie (co chyba zauważyli sami członkowie zespołu, umieszczając kawałek na samym przedzie Under The Blood Red Sky). I tak jak na Boy, drugi tu numer, I Fall Down, świetnie podtrzymuje napięcie. Akustyczna gitara dodaje ostrym wiosłom nieco miękkości, ciepła.

Zwykło się jednak uważać October za najmniej równą propozycję wczesnego U2 i z tym stwierdzeniem należy się zgodzić. W rok po debiucie zespół został tu uchwycony w momencie rozwoju, lecz także rozterki związanej z wyborem jego drogi. Dominują utwory bardzo podobne do tych z Boy, może już bardziej wyważone, szukające idealnych proporcji składników całości.

Czy znalazły się tu gorsze kompozycje? Wcale niekoniecznie, wystarczy rzucić uchem na I Threw A Brick Through A Window, Fire, czy Stranger In A Strange Land, by z lekkością zaprzeczyć. Problemem jest raczej pewnego rodzaju niezdecydowanie, niepewne poszukiwanie udziwnień formalnych w tak prostej przecież muzyce. Ślady stopniowego łagodzenia oblicza, które za kilka lat zaowocuje The Unforgettable Fire, mamy na przykład w egzotycznie brzmiącym Tomorrow, lub prowadzonym przez patetyczny fortepian tytułowym przerywniku.

Aranżacje są niewątpliwie gęstsze, Lillywhite urozmaica stronę produkcyjną, co nie zawsze dobrze wpływa na efekt końcowy, ale poszerza granice uprawianego przez zespół stylu. Na October U2 chcą być formacją wszechstronną. W With A Shout pojawia się nawet trąbka. Interpretacje Bono zmierzają powoli od gniewnych wyładowań w stronę duchowości, głębi. Wszystko to może jeszcze w niedopracowanej postaci. Trochę ten progres na siłę razi. Co nie przeszkadza October być świetnym pomostem między Boy i War.
(Tylko Rock, 2003)

War (1983)

I oto dochodzimy do pierwszego arcydzieła U2, do płyty War. Trzecia zrealizowana przez Lillywhite’a była kwintesencją ówczesnych możliwości zespołu, dowodziła nie tylko okrzepnięcia, ale i zadziwiającej umiejętności uwypuklenia swych największych atutów. To pierwszy album formacji, na którym każda z zawartych kompozycji jest perłą. Jeden po drugim, utwory rzucają na kolana. To najostrzejszy, bodaj najbardziej polityczny tekstowo i najbardziej bezkompromisowy muzycznie manifest, jaki U2 kiedykolwiek wydali. Są tu zespołem zdeterminowanym i pewnym siebie. Stąd trudno się dziwić, że wielu sympatyków grupy, w tym także i niżej podpisany, uważa War za esencję jej wielkości, jej najwybitniejsze dokonanie.

Pełne żaru Sunday Bloody Sunday ze słynnym „how long must we sing this song” w tekście i niemal „militarystycznymi” bębnami to klasyczny już dziś protest-song na otwarcie „walczącego” i jak nigdy dotąd zwartego albumu U2. Seconds to głównie trzęsący się, wielowarstwowy podkład i popis wokalny Bono. Lecz co można napisać o czymś tak niezwykłym, jak New Years’ Day, notabene utworze szczególnie bliskim polskim słuchaczom... Perfekcyjny motyw fortepianu i cuda gitarowe The Edge’a – to jedna z jego najwspanialszych partii solowych – tworzą razem magiczną atmosferę rockowego święta.

Rzeczy takie, jak Like A Song, Surrender czy Red Light to siła, żar i talent melodyczny podane w jednej smakowitej pigułce. Ale jeśli padło słowo „magia”, to wsłuchajmy się w dostojnie stąpające Drowning Man. Wyżyny wokalne – tak można chyba w skrócie określić to, co wyprawia tu Bono na tle przeszywających pasaży akustycznej gitary. Skandowane The Refugee prowadzi do jednej z najpiękniejszych piosenek tego zespołu. Two Hearts Beat As One. Wątpię, czy kiedykolwiek udało im się lepiej skrzyżować nieprzejednaną energię z tak chwytliwą, genialną w swej prostocie sekwencją akordów. W ciągu równo pięciu minut mamy to wszystko, co zachwyca i wzrusza w ich muzyce: kapitalną zwrotkę, porażający refren, melancholię i potęgę zarazem.
(Tylko Rock, 2003)

Under The Blood Red Sky (1983)

Niejako podsumowaniem studyjnej trylogii powstałej we współpracy ze Stevem Lillywhite był koncertowy minialbum Under The Blood Red Sky (nazywany minialbumem z powodu niższej ceny, w rzeczywistości jest to bitych trzydzieści pięć minut muzyki). Ukazywał zespół w wybornej formie podczas trzech występów trasy promującej płytę War. Wypełniły go trzy numery z War, dwa z Boy, jeden z October i dwa mniej znane fragmenty. Wybór znakomity, jak gdyby muzycy doskonale rozumieli wartość każdego ze swych longplayów.

Rzeczywiście, trudno nie przyklasnąć zasłuchując się w te porywające dźwięki live. W takim 11 O’Clock Tick Tock (singiel z 1980 niepublikowany wcześniej na dużej płycie) wszystko zagrane jest tak czysto, tak dokładnie, jak byśmy obcowali z wersją rejestrowaną ścieżkowo. Ale to oni grają na żywo i wtóruje im w tle – co doskonale słychać – aplauz rozentuzjazmowanej widowni. Wrażenie namacalnego wręcz kontaktu Bono z publicznością jest zresztą, obok dyspozycji samych muzyków, wielką zaletą Under The Blood Red Sky. Bo w pewnym sensie to idealny przykład na obecność tej niedefiniowalnej więzi, która nieodzowna jest przy każdym wielkim rockowym show.

Z pewnością wzajemne przyciąganie między sceną i widownią miało miejsce podczas tych wykonań: posłuchajmy wykrzyczanej zapowiedzi do I Will Follow, czy krótkiego wprowadzenia („this song is not a rebel song”) do Sunday Bloody Sunday. Zwłaszcza zaś nastawmy uszu, gdy w mostku dość łagodnego w sumie Party Girl (jeszcze jedna atrakcja: nagranie wcześniej nie wydane) publika dodaje od siebie miarowy okrzyk „hey”. Koncertowe płyty rządzą się swoimi prawami, mają swoiste kryteria oceny, ale tej naprawdę niewiele brakuje: jest wysoka jakość techniczna, odpowiednia selekcja materiału i ten wyczuwalny wiatr w plecy, który najwyraźniej wspomagał U2 podczas grania.
(Tylko Rock, 2003)

The Unforgettable Fire (1984)

Wraz z The Unforgettable Fire zespół rozpoczął nowy etap w swej artystycznej drodze. Jednym z decydujących o tym czynników była z pewnością zmiana producenta. Współpraca z tak kreatywnymi realizatorami – wizjonerami, jakimi byli Eno i Lanois musiała zaowocować czymś niezwykłym i w istocie tak się stało. Czwarty album U2 był najbardziej wysmakowanym, wyrafinowanym z wszystkich dotychczasowych. Przebogata tkanka dźwiękowa, składająca się z wielu warstw (niezliczone pogłosy, szersze wykorzystanie instrumentów klawiszowych, nałożone na siebie partie gitar), sama w sobie jest atrakcją dla ucha. Rozlane brzmienie koresponduje wszak z nowymi kompozycjami, poetyckimi, jakby natchnionymi naturą i rozległymi przestrzeniami, pełnymi epickiego rozmachu.

Już po samym wstępie w postaci przywołującego nierealną, senną atmosferę A Sort Of Homecoming widać, że więcej będzie zamyślenia, refleksji, niż agresywnej waleczności. Potwierdza to hymn Pride, jeden z dwóch na płycie (obok zamykającego ją MLK) poświęconych Martinowi Lutherowi Kingowi, osadzony na kapitalnym przewodnim motywie w średnim tempie, promieniujący nastrojem wiary i pasji. Gęsta rytmika Wire może momentami przypominać późne eksperymenty Eno i Talking Heads. Podniosły, pięknie kołyszący utwór tytułowy, zainspirowany wystawą rysunków autorstwa osób ocalałych z tragedii hiroshimskiej, to z kolei najpełniejsza chyba zapowiedź stylistyki The Joshua Tree.

Delikatne Promenade i 4th Of July (instrumentalna impresja, bliska muzyce relaksacyjnej, czy ambientowi), skontrastowane są szybkim tempem Indian Summer Sky (pamiętna partia wokalna Eno) i dość krzykliwą kulminacją Bad, ale i tu przepych aranżacyjny (skrzypce) tępi ostrze pieśni. I dobrze. Dla tych bowiem, którzy najbardziej kochają w U2 tęsknotę, zadumę i uduchowienie, The Unforgettable Fire jest pozycją wymarzoną. Ponadto, właściwie brak tu słabszych punktów... Może nieco zbyt trywialna Elvis Presley And America, piosenka nijaka, bez wyrazu? A może się czepiam?
(Tylko Rock, 2003)

The Joshua Tree (1987)

Tę płytę znają pewnie wszyscy, więc z pewnością Ameryki nie odkryję. Uważa się powszechnie The Joshua Tree za szczytowy punkt rozwoju formacji. Oraz za jeden ze znakomitszych przejawów rocka lat osiemdziesiątych. Można dostrzec w nim rodzaj syntezy wcześniejszych doświadczeń grupy. W pewien sposób płyta ta ma zarówno niepohamowaną rockową moc, jak i wdzięczną subtelność. A wszystko to zatopione w smętnej depresji, z której nieśmiało wyłania się światło. Koncepcją jest niby powrót do rytmicznej, wojowniczej zadziorności cechującej War. Jednakże teraz muzyka U2 nabrała posmaku prawdziwie eklektycznego. Inspiracje gospel, country, tradycyjną amerykańską balladą i wciąż obecnym post-punkiem spajają się w miejscu, gdzie można spokojnie mówić o zespole świadomym swojego oryginalnego stylu.

Domyślam się, jakie wrażenie robi pierwsze w życiu przesłuchanie The Joshua Tree. Cios za ciosem, bo pierwszych dwadzieścia minut to same hity, że się tak wyrażę. W Where The Streets Have No Name wprowadzają nas przestrzenne klawisze i zdystansowana gitara, ale po chwili wkracza sekcja, która o dziwo znów zajmuje pierwszy plan miksu. Podobnie sprawa ma się z I Still Haven’t Found What I’m Looking For i With Or Without You. Abstrahując od mistycyzmu, religijnej pasji i głębi – to są po prostu wspaniale napisane piosenki. W dodatku na tyle przystępne, by zaskarbić sobie podziw tłumów, a to też jest umiejętność. Co ciekawe, czwarty w kolejności Bullet The Blue Sky zawsze wydawał mi się najlepszy, z tym słynnym bitem bębnów, „strzałami” gitary The Edge’a i recytacją Bono na zakończenie. Kwestia gustu.

Jeszcze ciekawsze, że po długim obcowaniu z albumem człowiek coraz bardziej docenia, ile dobrego znajduje się po przebojowym otwarciu. Wybornie tulące Running To Stand Still, zwieńczone cichą skargą harmonijki, albo równo krocząca opowieść Red Hill Mining Town z niespodziewanymi zwrotami akcji. Albo jeszcze lepiej In God’s Country, absolutnie nie ustępujące pod względem gitarowej wytworności swym bardziej znanym braciom, z niezapomnianym wersem „Desert Sky”, który zawsze przeszywa mnie swą szczerością. I tak jest już do końca, do hipnotycznej spowiedzi Mothers Of Ther Disappeared. Bo The Joshua Tree to niesłychanie równa rzecz, a dotarcie do wszelkich jej atrakcji zajmuje nieraz lata. I to jest też stwierdzenie, do którego trzeba dorosnąć.
(Tylko Rock, 2003)

Rattle And Hum (1988)

Sporo, oj sporo dzieje się na tych dwóch połączonych ze sobą longplayach. Szkopuł w tym, że nie zawsze dzieje się dobrze. Ale po kolei. Rattle And Hum to rodzaj ścieżki dźwiękowej do filmu dokumentalnego zrealizowanego przez członków U2 podczas swej amerykańskiej wyprawy. Sam film nie zwykł być oceniany zbyt wysoko, podobnie jak i album z muzyką. Dlaczego? Bo panuje tu potworny rozgardiasz, czego efektem jest brak spójności i wrażenie sporej przypadkowości. Program złożony został z nagrań koncertowych, coverów klasyki rocka, oraz premierowych, studyjnych numerów. Takie merytoryczne przemieszanie przeradza się nieraz w chaos i tak też jest na Rattle And Hum.

Zacznijmy od coverów. Ich „ofiarami” stali się tu Beatlesi, Bob Dylan i Jimi Hendrix. Osobiście jestem przeciwnikiem wszelkiego przerabiania czegokolwiek, co wyszło spod pióra Fab Four, więc chyba zrozumiałe, że nie przekonuje mnie zawarta tu wersja McCartney’owskiego Helter Skelter. (A i God, Pt. 2, odpowiedź na God Johna Lennona, wielu uznało za profanację pierwowzoru.) Dylan sponiewierany został przez Irlandczyków w All Along The Watchtower, choć utwór odczytali oni bardziej po hendrixowsku. Co się tyczy zaś samego Hendrixa, mierzi mnie odrobinę odtworzenie z taśmy kultowego Star Spangled Banner ręki Mistrza przed – czaderską skądinąd – koncertową wersją Bullet The Blue Sky. Ale oczywiście, przekomarzam się, bo fakt sięgnięcia po te, nie inne kompozycje, z pewnością świadczy o chęci spłacenia długu mistrzom rockowej sztuki.

Z nowego, studyjnego materiału bije chwilami niemoc twórcza i łatwo zauważyć poważny kryzys, polegający pewnie na utknięciu w bezpiecznej niszy brzmieniowo-klimatycznej. Weźmy na przykład Van Diemen’s Land, tylko z samym arpeggio gitary i wokalem Bono. Naprawdę nic to wielkiego, w dodatku urywa się jakby w połowie. Zupełnie bez pomysłu. Hawkmoon 269, i te same mam zastrzeżenia. Trochę nudą wieje z tych kawałków, powielających wcześniej wyeksploatowane patenty. Nie do końca udały się koncertowe wersje własnych przebojów (I Still Haven’t Found What I’m Looking For z towarzyszeniem śpiewaków gospel, czy to lużne jamowanie w środku Pride). Z drugiej strony nie sposób odmówić czaru tak fajnym piosenkom, jak rock’n’rollowe Desire. Lub choćby Angel Of Harlem i All I Want Is You (odpowiednio: z towarzyszeniem sekcji dętej i smyczkowej). Ale obraz ogólny Rattle And Hum pozostawia wiele, wiele do życzenia.
(Tylko Rock, 2003)

Achtung Baby (1991)

Kwartet, który już wcześniej osiągnął sporo, nagle wynalazł się na nowo. Nie będę powtarzał genezy powstawania tego longplaya, ale sesje w mitycznych berlińskich Hansa Studios pod okiem Daniela Lanois i Briana Eno musiały zarazić "Achtung Baby" solidną dawką dekadencji. Realny dotyk Eno jak zwykle wyskakuje niby zza rogu, niespodziewany i przerażający w swojej adekwatności. Już w pierwszym "Zoo Station" chórek "Time is a train / Makes the future the past" imituje analogiczne obrzędowe chorusy z "Remain In Light" Talking Heads – i to jasne, że stał za nimi ten sam człowiek. Przez dobrych parę lat Irlandczycy będą przy różnych okazjach próbowali podtrzymać futurystyczne, zdystansowane, zautomatyzowane wibracje "Even Better Than the Real Thing" i "Mysterious Ways" – bo udało im się wpaść na coś tak lapidarnie komentującego wpływ zmian technologicznych na popkulturę, że nie chcieli tego wypuścić z rąk. Poza nieznośnie zmaltretowanym radiowo "One", te numery do dziś zachowały świeżość – ich przyjemny jazgot nadal drapie, ich taneczne groove'y nadal bujają, ich mesjanistyczny dyskomfort nadal emanuje z "OK Computer" (posłuchajcie "Acrobat" – taki pomost między The Cure i Radiohead). Dla najmłodszych czytelników to może być lekki szok i bariera nie do przebrnięcia, ale owszem: dwie dekady temu U2 – ci U2, z tym Bono – byli jednym z najlepszych zespołów świata. O to, co stało się potem, mnie nie pytajcie.
(T-Mobile Music, 2012)

Bono, The Edge, Clayton i Mullen zreflektowali się z pewnością, że warunkiem kontynuowania logicznego postępu w latach dziewięćdziesiątych musi być diametralna zmiana oblicza. Pod tym względem Achtung Baby jest najbardziej rewolucyjnym dziełem U2. Nic prawie nie zostało po przesyconych sakralną atmosferą, misternie splecionych nastrojach z The Joshua Tree. Na miarę nowej dekady Eno i Lanois wymyślają dla U2 nowe brzmienie. Hałaśliwe, przesterowane i eksperymentalne. Jeśli Rattle And Hum było hołdem dla amerykańskich korzeni grupy, to Achtung Baby jest próbą sprawdzenia, jak wiele zespół zawdzięcza europejskiej nowej fali (spod znaku berlińskiej trylogii Bowiego) i brytyjskim jazgotliwym gitarom. Fascynujące to doprawdy, za jednym zamachem odwrócić wszystko do góry nogami. Ale powiodło się.

Cuda produkcyjne Briana i Daniela swoją drogą, ale na Achtung Baby raz jeszcze (niestety, ostatni) górę nad efektami biorą same piosenki. Jakość materiału przygotowanego na ten album zadziwia, tym bardziej, że szerokie to spektrum stylistyczne. Futurystyczny klimat rewelacyjnego Zoo Station wprowadza nas w świat mechanicznych, sterowanych i sztucznych uczuć. Nowoczesnych metropolii i nocnych wypadów do dyskotek. W szokującym Even Better Than The Real Thing Bono przeistacza się z medytującego poety w przewodnika po niepewnym świecie błyszczących reflektorów. Wibrujące brzęczenie gitar nagle otwiera przed U2 perspektywy, których wcześniej po prostu nie było... Panowie idealnie wyważyli dawkę elektronicznych odjazdów. Świeżość... tak to się nazywa.

A nawiązania do lamentujących ballad z lat osiemdziesiątych w postaci One, So Cruel, czy Ultra Violet nadają tej całej przemianie sens. Właśnie dzięki tym ledwo zauważalnym punktom stycznym Achtung Baby jest naprawdę pełnoprawnym następcą The Joshua Tree. Potem znów dawka podniecających, tanecznych rytmów i nawarstwionych sprzężeń w The Fly. I przecież nie wspominałem jeszcze o falującym Who’s Gonna Ride Your Wild Horses, zwłaszcza zaś o zabójczo chwytliwym riffie Mysterious Ways. Cudownie zmasakrowana to płyta, jakby desperacki rzut przed siebie, niesamowicie ryzykowny i tym bardziej godny podziwu. Wspaniałe, ostatnie wielkie osiągnięcie w dorobku zespołu.
(Tylko Rock, 2003)

All That You Can't Leave Behind (2000)

All That You Can Screw Up. Na rozdaniu nagród "Grammy" za rok 2000, Bono popisał się kilkuminutową przemową. Odbierając nagrodę, wokalista powiedział: "Podobnie jak wiele innych grup, w ubiegłym roku po raz kolejny złożyliśmy podanie o przyznanie nam tytułu największego zespołu świata. Ci, którzy złożyli to podanie z nami, są tu wszyscy na sali. Radiohead, Pearl Jam, i jeszcze wielu, wielu innych. Wszyscy mieliśmy ten sam cel: zostać najlepszą grupą świata. Ale to właśnie nam się udało". Czy coś w tym guście. Trudno stwierdzić, czy lider U2 mówił całkowicie poważnie, czy tylko żartował. O tym, że statuetki "Grammy" guzik znaczą wiedzieliśmy od zawsze. Natomiast to, że Bono, działacz polityczny i społeczny, artysta naprawiający świat, autorytet przywiązujący wielką wagę do wypowiadanych przez siebie słów skompromitował się bredząc od rzeczy, było dla mnie sporym zaskoczeniem. Czyżby sodowa? W tak późnym wieku? W porządku, nie odmawiam nikomu prawa do publicznej radości i dzielenia się szczęściem z publicznością. Ale dlaczego akurat z powodu tej płyty? I tej nagrody?

U2 nagrało po prostu kolejny album. Jakiekolwiek zachwyty są tu śmieszne i nie na miejscu. No bo tak: płyta brzmi świetnie, jest doskonale wyprodukowana, ale czy mogło być inaczej, skoro są za to odpowiedzialni być może najlepsi realizatorzy naszego globu, Brian Eno i Daniel Lanois? Tak więc całej palety brzmień, najprzeróżniejszych smaczków na tym albumie nie brakuje. Ale czy jest za co chwalić sam zespół, skoro mógł on w tej materii zasięgnąć rady (czytaj: wysłużyć się nimi) fachowców? Następnie: wszystko brzmi na krążku doskonale, słychać rasowe, pełne klasy i profesjonalizmu granie. Ale znów, czy tych czterech kolesi miało prawo nie zagrać zawodowo, skoro to już jest ich dziewiąte wspólne studyjne wydawnictwo? Przecież to są stare wygi, które znają swój fach jak nikt inny! Spodziewaliście się, że nagle, ni stąd, ni zowąd zaczną brzdąkać niepewnie, jak debiutanci? No i wreszcie sprawa samych piosenek: dotychczasowe osiągnięcia The Edge'a w tym temacie wszyscy dobrze znamy. Dlaczego więc nie miałby i tym razem zaprezentować pięknych i dojrzałych kompozycji? Zaprezentował kilka, choć trochę mniej, niż zwykle.

Są momenty, i to naprawdę dobre, na tej płycie. Ale sporo też wypełniaczy, utworów, które swym banalnym charakterem chwały klasykom rocka nie przynoszą. Zaczyna się od singlowego "Beautiful Day". Syntezatorowy, chłodny wstęp, syntetyczne, a później żywe bębny. Głos Bono, kapitalna partia gitary The Edge'a w tle. Może i niespecjalny, zbyt patetyczny refren, ale naprawdę fajnie się tego słucha. To, co zwraca głownie uwagę, to, jak już wspominałem, produkcja, więcej nawet niż nienaganna. Różne, często bardzo odległe od siebie dźwięki współbrzmią tu znakomicie. Później mamy balladę-hymn "Stuck In A Moment You Can't Get Out Of". Też nic wyjątkowego, taką pieśń mógłby nagrać każdy, liczący się przedstawiciel brytyjskiego, gitarowego grania. Ale coś jest w głosie Bono, co sprawia, że jest to jeszcze jeden wyróżniający się fragment All That You Can't Leave Behind. No a potem być może najlepszy utwór tego albumu, "Elevation". Masywny, potężny riff basu, gitara łaskocząca nas miękko w lewe ucho, Angelina Jolie latająca w powietrzu! Tak ekspresyjnie i przestrzennie trzeba było grać na całej płycie!

Niestety, ma ona jeszcze drugie, zdecydowanie słabsze oblicze. Co mówię z prawdziwym żalem. Szkolny "Walk On", ogniskowy "Wild Honey" czy przesłodzony "Peace On Earth" to utwory prawdę mówiąc bezbarwne, powielające w mniej pomysłowy sposób sprawdzone patenty U2, niczym nie zachwycające. Kulminacją tych rozczarowań jest słabiutki "In A Little While", który zaczyna się spokojnym, pseudo-rozrywkowo-country'owym riffem, by za sprawą hip-hopowego rytmu rozwinąć się w zwykły kawałek, niegodny przecież tak słynnej nazwy, jaką jest U2. Trochę szkoda, że umieszczają takie rzeczy na długogrającym albumie. Okazuje się jednak, że nawet w tych wyraźnie wtórnych, szablonowych piosenkach można odnaleźć coś miłego. "Kite" przykuwa uwagę całkiem sprytnym, leniwym motywem wiodącym gitary. Ci, którzy uwielbiają wokal Bono z przyjemnością wysłuchają refrenu "When I Look At The World". Zwolennikom bardziej transowego oblicza U2 spodoba się tajemniczy "New York". Za to na sam koniec panowie serwują nam prawdziwy klejnot, który udowadnia, że jednak warto czekać na ich kolejne nagrania: "Grace". Co by nie powiedzieć, jest to wielki utwór. Słychać, że Eno dwoi się i troi, by wykreować kosmiczne pejzaże w tle. A sam Bono śpiewa swój najładniejszy od wielu lat tekst. I tu nie ma już wątpliwości. To mógł popełnić tylko U2, nikt inny.

Minimalnie słabiej wypada chyba ta płyta, gdy przyłożyć ją do poprzedniej propozycji U2, albumu Pop. A może to tylko złudzenie? Ale nie tylko w tym rzecz, że mniej tu eksperymentów, mniej odkrywania nowych terenów. Że, jak zwykło się to określać, nowy krążek jest swego rodzaju krokiem wstecz dla irlandzkiej grupy. Zabrakło chyba tym razem muzykom pewnego rodzaju werwy, pasji, która ze zbioru jedenastu piosenek uczyniłaby pełnowartościowy album. Zabrakło artystycznej weny, zacięcia, ambicji. Tak wejść do studia, podłączyć sprzęt i zarejestrować kilka kawałków, które uzbierały się w szufladzie w ciągu trzech lat, a następnie je wydać, to chyba trochę za mało, co? Ja ich jednak rozumiem; skoro nie piszą już dziś tylu wspaniałych utworów, to postawili na brzmienia i klimat. Trochę byli w kropce, bo po Pop musieliby nagrać album drum'n'bassowy, żeby podążać wciąż do przodu wyznaczoną wcześniej ścieżką. A tak, proszę, nagrali parę zgrabnych numerów, w swoim stylu. Ameryki może nie odkryli, ale sprawili nieco radości najbardziej zagorzałym fanom. Natomiast najlepszym zespołem świata, czego by tam Bono nie wygadywał, nie są.
(Porcys, 2001)

No Line On The Horizon (2009) 3.9

(Porcys, 2009)

* * *

"Trust Them. They've Come To Save Rock'n'Roll", oznajmiał w kuriozalnym tonie magazyn "Q" z okładki listopadowego numeru w 2000 roku. umownie przyjąłbym, że to mniej więcej wtedy U2 wkroczyli w fazę autoparodii, która trwa do dzisiaj, zaliczając po drodze facepalmowe wyczyny w rodzaju tej płyty, która sama się ściągała na iTunes albo dowolnej wypowiedzi "major political dickheada" czyli Bono.

ale gdzieś tak do końca lat 90. można było o tej grupie rozmawiać na serio. i to całkiem ciekawie, bo zdążyła zaorać pokaźny teren stylistyczny - startując od post-punka, rozwijając prędkość na odcinku stadionowego rocka, czerpiąc z modernistycznego art/new-wave, zdradzając tendencje do flirtu z "nowymi brzmieniami", imponując stricte elektronicznymi projektami pobocznymi...

zresztą na oko już sam rozkład akcentów w składzie zaskakiwał - bo podobnie jak w Led Zep czy Stone Roses w czysto muzycznym sensie najsłabszym ogniwem był tu wokalista, szkielet i motor napędowy zawsze stanowiła wyborna sekcja rytmiczna, a poetą melodycznym i brzmieniowym był innowacyjny WIEŚLARZ. ale oczywiście bez frontmana cały ten cyrk skończyłby jako niszowy projekt dla koneserów.

w każdym bądź razie jutro równe "czterdzieści lat minęęęęęłooo..." od dnia, w którym po wywieszeniu szkolnego ogłoszenia przez Larry'ego Mullena po raz pierwszy spotkali się ze sobą ci muzycy, na początku funkcjonując jeszcze pod roboczymi nazwami. więc 40 utworów na 40-lecie wydaje się ilościowo "w sam raz". a moje wiecznie ewoluujące top 10 na dziś wygląda tak:

1. Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me
2. Two Hearts Beat As One
3. Even Better Than the Real Thing
4. Drowning Man
5. Zoo Station
6. Discotheque
7. Stay (Faraway, So Close!)
8. The Unforgettable Fire
9. Bullet the Blue Sky
10. Tryin' to Throw Your Arms Around the World
(2016)