OUT HUD

 

Street Dad (2002)

Z powodu pokrewieństwa kadrowego z grupą !!! i otwartego czerpania z tanecznych rytmów oraz ciętych, funkowych zagrywek gitar w wysokich rejestrach, klasyfikuje się nieraz "Street Dad" jako sztandarowe osiągnięcie dance-punka. Rozumiem pokusę, ale to potworne spłycanie problemu i bagatelizowanie wariackiego eklektyzmu tego albumu. I nie chodzi tylko o celną uwagę Andy'ego Kellmana, że chaotyczne, hałaśliwe kolaże podpatrzone u This Heat spotykają tu wiolonczelowe, awangardowe disco Arthura Russella. Przede wszystkim tych sześć instrumentalnych kompozycji o niespotykanym wachlarzu kolorystyki brzmieniowej rządzi się własną logiką narracyjną – opowiadają one konkretne historie, które każdy odbiorca zrozumie po swojemu. Kumpel określił je niegdyś mianem "rzeźby w dźwięku" i kiedy słucham dwunastominutowego baletu "The L Train Is a Swell Train and I Don't Want to Hear You Indies Complain", smyczkowych skarg w "This Bum's Paid" czy przetransponowanej na chłodny język electro-popu afrykańskiej polirytmii w "My Two Nads" to wiem, że nie wcale nie powodowała nim przesadna egzaltacja.
(T-Mobile Music, 2011)

"Hair Dude, You're Stepping On My Mystique"
Będę szczery i przyznam, że utwór ten bezpośrednio wpłynął na powstanie Playlist na Porcys. Mieliśmy tego pecha, że z płytą Street Dad projektu Out Hud zapoznaliśmy się tuż po zamknięciu podsumowania roku. Gwarantuję, że krążek byłby w stanie sporo w nim zamieszać. Członkowie art-funkowego !!! (jest taki odgłos paszczą, polegający na klikaniu) nagrali czterdzieści minut porażającej instrumentalnej poezji, zatrważająco ciężkiej do klasyfikacji! Pomysł na muzykę jest taki, że mnóstwo żywych brzmień spaja automat perkusyjny, przez co jest to z jednej strony taneczne, a z drugiej eksperymentalnie post-punkowe. Choć mamy tu sześć równych pereł, mnie najbardziej zabił "Hair Dude". Przez dobrych kilka miesięcy czułem się od niego uzależniony i tak jest również teraz. Intro z genialnie podrygującym basem to dziko podniecający fragment. Funkowe zacięcia gitary łaskoczą finezyjnie. Przychodzi moment awangardowych wyładowań skrzypiec. A potem cudownie mechaniczny beat, który kumplowi skojarzył się z Seksmisją. Operowanie kiczem rzadko bywa równie błyskotliwe. Więcej powiedzieć nie potrafię. Jeśli szukacie kawałka, który na czterech minutach przypomina wam, że żyjecie, nie musicie dalej szukać.
(Porcys, 2003)