O.N.A.

 

Mrok (2001)

Sądziłem, że nawet totalnie najgorsza muzyka musi mieć swoje granice. Okazuje się jednak, że byłem w totalnym błędzie. Wychodzi na to, iż "sztukę" można rozwijać w totalnie każdym kierunku, w górę, w bok, ale też w dół. Totalnym przykładem na ten ostatni przypadek jest "twórczość" "zespołu" O.N.A. To, co wyprawiają nasi bohaterowie przechodzi wszelkie pojęcie. Ale, zaraz, która to już płytka w dorobku? A no tak, jest zapotrzebowanie, ludzie wciąż to kupują.

Niewiele jest rzeczy, które mnie totalnie obrzydzają. Gdy słucham / patrzę na / czytam o / słyszę komentarze na temat / pomyślę o O.N.A., robi mi się niedobrze. Jak to ujął ostatnio mój redakcyjny kolega (który notabene również reaguje na O.N.A. totalnie), nie idzie mi tu o powiedzenie "robi mi się niedobrze", często używane w naszym języku dla podkreślenia pejoratywnego nastawienia do sprawy. Mnie naprawdę robi się niedobrze. Zbiera mi się na totalne wymioty, muszę więc natychmiast odwrócić wzrok / wyłączyć głos / zatkać uszy / zmienić kanał, by powrócić do pełni samopoczucia. Zastanówcie się w takim razie, jakim totalnym wyrzeczeniem jest dla mnie pisanie tej recenzji. Cóż, czego się nie robi dla czytelników.

Wiem, pytanie nasuwa się samo: co bezpośrednio odrzuca mnie w O.N.A.? Po krótkim zastanowieniu mówię: a co może w O.N.A. nie odrzucać? Do cholery, przecież nie ma niczego takiego! Weźmy samą nazwę: O.N.A. Ciężko wyobrazić sobie bardziej totalne zestawienie liter. Zwłaszcza z tymi kropkami, zmuszającymi do wymawiania skrótu tak: "oena". Ale jeszcze gorzej prezentują się totalne tytuły piosenek na nowej "propozycji" O.N.A., Mrok. Hm hm, popatrzmy: "Suka", "Szpetot", "Krzyk Przed Spaleniem". No nieźle. Moim najtotalniejszym pod tym względem jest jednak kawałek numer sześć, obdarzony wdzięcznym tytułem "Łamanie Kołem".

Przejdźmy do samej zawartości Mroku. Hej, totalne zaskoczenie! Wprawdzie członkowie grupy zapowiadali, że tym razem otrzymamy od nich coś totalnie ciemnego i gęstego. Ale nie spodziewałem się, że to coś będzie miało w dodatku totalnie brązowy odcień. I że będzie totalnie brzydko pachniało. Riffy Skawińskiego mają w sobie mniej więcej tyle wdzięku, co słoń w składzie z porcelaną, naturalnie słoń totalny. Każdy z tych riffów jest totalnie identyczny, co nie byłoby złe, gdyby można je było znieść. Niestety, metal, hardcore i industrial w wykonaniu byłego lidera (i wokalisty!) Kombi jest wyjątkowo ciężkostrawny. Wiem, każdy metal jest totalnie ciężkostrawny, ale oferta O.N.A. to już totalne wrzody żołądka. Analizowanie poszczególnych fragmentów Mroku od strony muzycznej przypomina więc porównywanie dwóch garści stęchłego błota, totalnie stęchłego.

Podobnie jest z tekstami. "Chylińska zdążyła już nas przyzwyczaić do swojego niepowtarzalnego stylu", piszą dziennikarze. Co? To jakby przyzwyczaić się do totalnie totalnej, potężnej porcji zgniłego żarcia codziennie na śniadanie. Kto to wytrzyma? Nie ja. Żeby nie było, że puste słowa, przytoczę tu naturalnie kilka wersów "twórczości" "wokalistki". "Boję się poczuć coś / To boli wiem". "Gdy kocham to sprawiam ból / Gdy kocham to wbijam miecz / Gdy kocham to pragnę krwi". "Wiem, że on chce poczuć moją krew / Z ust toczy się zielonej piany nić". "Nie kocham cię / Po prostu chcę twojego ciała". "To się dzieje w mojej krwi / Zobaczę czy tak boli". I co, zadowoleni? Proszę jeszcze wziąć pod uwagę totalny sposób "śpiewania" Chylińskiej. Ten słynny zaśpiew, w którym "e" przechodzi w "y". Kilka razy można się nieźle porzygać.

Jednak najbardziej totalną akcją z O.N.A. nie jest wcale ich ciągły sukces komercyjny. W końcu siedem lat temu do fascynacji disco-polo przyznawała się większość rodaków, a całkiem niedawno mieliśmy "Bałkany". Ale te pochwały w mediach, ta totalna tolerancja w gronie "krytyków". Nie wiem, na ile macza w tym palce wytwórnia, zresztą, liczy się efekt. A efekt jest totalny. O.N.A. ciągle dostają jakieś nagrody, ciągle są wyróżniani, wymienia się ich wśród "ścisłej elity" polskiego rocka. Hehe, w "ścisłej elicie" może i są, elicie totalnego bezguścia. Ostatnio "Polityka" uhonorowała nawet Chylińską swoim totalnym paszportem. W uzasadnieniu napisano o osobowości i czymś tam. Hę, pogibało? Szczytem wszystkiego była totalna wypowiedź samej Chylińskiej, w stylu "w Polsce nie mamy konkurencji, ścigamy się sami z sobą, więc czas powalczyć na rynku światowym". No i myślę, że mają spore szanse, bo chyba niewiele jest równie totalnie obleśnych zespołów, co O.N.A.

Przyszedł nareszcie moment, w którym recenzja się zamyka. Jeśli o mnie chodzi, to długo mógłbym miażdżyć O.N.A., ale wolę przestać teraz. Z prostej przyczyny: czeka mnie dziś jeszcze kolacja, sami rozumiecie. Nie chcę, by skończyła się totalnie.
(Porcys, 2002)

 

OBEY CITY

 

"Airy"
Z ciekawością wysłuchałem głośnego minialbumu Hallucinogen panny Mizanekristos, ale zabrakło mi na nim odrobiny wyrazistości. tej zaś w nadmiarze miewa Sam Obey, więc logiczne, że to na jego bicie Kelela nagrała najbardziej "wiążącą emocjonalnie" piosenkę w karierze (uwzględniając nawet sławne "Bank Head" z Kingdomem). Rzecz o odkupieniu win w romantycznej relacji i uzmysłowieniu sobie uczuciowego azymutu. Zapierająca dech w piersiach, chorusowa kadencja "only the wind knows / how to make me cry..." ewokuje klasyczny, momumentalny pop z lat 80. wyobrażam sobie, jak panna stoi na szczycie góry, a jej słowa niesione są przez wiatr niczym "wolne ptaki naszych serc" (pun intended).
(2015)

 

OCEAN COLOUR SCENE

 

North Atlantic Drift (2003)

Ile lat istnieją Ocean Colour Scene? Będzie już ponad dziesięć. Ile nagrali płyt? Ta nowa, North Atlantic Drift, jest szóstą z premierowym materiałem. A w ich muzyce niewiele się zmienia. Od zawsze pozostawali wierni rockowej tradycji, tej od Stonesów, Kinks i Small Faces, podlanej folkowym sosem. Przez chwilę udało im się nawet zauroczyć tym nostalgicznym brzmieniem sporą rzeszę słuchaczy. Oczywiście, wydaje się, że lata swej największej świetności, z czasu albumów Moseley Shoals i Marchin’ Already, mają za sobą. Ale nadal miło jest posłuchać niezobowiązujących, trochę beztroskich piosenek w wykonaniu formacji, nawet, jeśli nic z nich przełomowego nie wynika.

To w gruncie rzeczy bardzo prosta, powiedziałbym zwykła stylistyka. Raz będzie to ostrzejsze, nieco zakręcone, gęste momentami gitarowe granie a la Supergrass w Oh Collector, On My Way, czy tryskającym ożywczą energią Just Need Myself. Kiedy indziej tęskne ballady spod znaku minionej fali “new acoustic”, jak Golden Gate Bridge (przywodzi na myśl Turn z repertuaru Travis), czy nieco podniosłe songi Make The Deal i She’s Been Writing, oba z okalającymi fakturę smykami, które wygasają identycznie, jak w The Drugs Don’t Work grupy The Verve. Formalnie najciekawszy jest chyba The Song Goes On, gdzie monotonną, mdławą melodię przełamano dwukrotnie nieoczekiwanym, bluesowatym motywem, coś jakby z The Doors. Ale z kolei finałowe When Evil Comes ciągnie się niemiłosiernie przez długich sześć minut, zupełnie bez pomysłu…

Sentencja końcowa formułuje się sama. Można konsekwentnie wydawać przeciętne, przewidywalne kawałki, ale tylko w dwóch przypadkach: gdy sprawia to radość ich twórcom lub gdy znajdą się zainteresowani nimi odbiorcy. Bo przez wiele osób North Atlantic Drift mogłoby zostać odebrane zaledwie jako trzy kwadranse drętwego przynudzania. A wszystko zależy od punktu widzenia. Jak zwykle.
(Tylko Rock, 2003)

 

ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY

 

Oddział zamknięty (1984)

Zanim kilka lat później duet Staszczyk/Benedek spróbował (zresztą chwilami całkiem przekonująco) wcielić się w role rodzimych odpowiedników tandemu Jagger/Richards, temat został praktycznie wyczerpany przez parę Jaryczewski/Łuczaj-Pogorzelski. To znaczy wiadomo, że tego typu analogie są naciągane niejako z zasady – demoniczna aura Londyńczyków vs. wpisane w kontekst PRL-owskiego ejtisu egzystencjalne rozkminy Jarego – ale fundamenty estetyki się zgadzają. Wydany aż pięć lat po założeniu bandu debiut warszawiaków to przeważnie prosta muzyka, niby bez ambicji, w której jednak co chwila wkrada się taki niepodrabialny luz, przy bliższym oglądzie zdradzający właściwości transcendentne. Zapuszczam se po latach klasyczne "Party" i mam wrażenie, że udało się tam zawrzeć jakąś istotę rokendrola – kolesie biorą instrumenty i zamiast napierdalać ma oślep, to grają z takim właśnie luzem, jakimś namacalnym natchnieniem. A kiedy w refrenie obok rasowego riffu wchodzi ten przewodni falset, to czuję, że nigdy żaden krajowy band nie był bliżej tej esencji stonesowskiego (mówię o Stonesach z "It's Only Rock 'N' Roll", z "Hot Stuff", z "Miss You", z "Dance", ze "Start Me Up") wymiatania "bez spinki", gdzie w kompletnie niepozornym z dupy jamowaniu jest zawarty jakiś sens życia. Masakra.

I ten pierwszy skład właśnie to miał – oczywiście są tu numery tyleż ekscytujące ("Odmienić Los" z gitarowym cytatem z "Remote Control" Clash, costellowskie circa Get Happy!! "Na To Nie Ma Ceny"), co naiwne ("Zabijać Siebie", "Ich Marzenia") oraz ballady, które dziś, w dobie późnego netu reprezentują śmiechowe memy ("Obudź Się" vs. sławny "Przyjaciel Mój" z "Idola"), ale porażająca sekwencja evergreenów ("Andzia", "Ten Wasz Świat", "Twój Każdy Krok" i tak dalej), a także genialne teksty i charyzma Jarego nie pozostawiają wątpliwości – this is the real thing. On sam wyczerpany "niehigienicznym trybem życia" po wydaniu całkiem solidnego sofomora Reda By Night musiał zawiesić statyw na kołku, kapela się rozpadła i los dość mocno ją poturbował, a jej późniejsze reaktywacje sięgały tak smutnych rejonów, że nie jest to odpowiednie miejsce i moment, żeby się nad tym rozwodzić. Dość powiedzieć, że za mikrofonem Jaryczewskiego zastępowali Robert Janowski (tak, TEN), Zbigniew Bieniak, Jarosław Wajek, Krzysztof Wałecki i Marcin Czyżewski, a obecnie w dowodzonym przez Pogorzelskiego składzie już od ponad dekady śpiewa Cezary Zybała-Strzelecki... Cóż z tego, skoro i tak wezmę Jary Band dowolnego dnia ponad jakąkolwiek inną inkarnację Oddziału, niż tę oryginalną.
(Porcys, 2014)

 

OMAR
 

"There's Nothing Like This"

Cofając się do pierwszego odcinka inauguracyjnego sezonu przypominam, że słowo "suplement" może być w tej zabawie rozumiane na wiele sposobów. Czasem jako spontaniczne, przypadkowe uzupełnienie własnej wiedzy i świadomości, nagłe wtajemniczenie w pewne sektory muzyczne, które mimo że zawsze leżały na wyciągnięcie ręki, to gdzieś przemykały bokiem. Ale innym razem to może być systematyczne nadrabanie braków, których przyjęcie do wiadomości zajęło parę lat. Pamiętam jak dziś szaloną wiosnę 2012 roku, kiedy to w rekordowym (wyzywam wszystkich potencjalnych contenderów) ilościowo gronie redakcyjnym dłubaliśmy dniami i nocami w 90s-ach od każdej możliwej mańki. Sporo się wtedy muzyki odkryło, jeszcze więcej przypomniało sprzed lat. Ale oddając balloty nikt z nas nie wierzył w ich ostateczność i docelowość (ba, kilka postaci skapitulowało, przeczuwając niejako ulotność takich wyroków). Bo zgłębianie rozrywki i kultury to proces. Proces poznawania nie tylko dzieł i zdarzeń, ale również siebie. Dlatego temu sezonowi będzie nieustannie i nieuchronnie ("niezmiennie i niezmiernie") towarzyszyło pytanie "dlaczego?", skoro przecież przekopany został tak gigantyczny, wieloletni research. 

Cóż, zaspoileruję: odpowiedzi będą kwadratowe i podłużne, a idąc chronologicznie i poczynając ("poczynając od nazwiska...") od rocznika 1990 mogę tylko wypalić ze stadionowym "jękiem zawodu": dlatego, że pamięć długotrwała bywa zawodna. BÓG MI ŚWIADKIEM, że "There's Nothing Like This" towarzyszyło mi w dzieciństwie w wielu nieuświadomionych momentach – jako tajemniczy, nocny jam r&b pojawiający się i znikający gdzieś zapewne z telewizora, gdzieś sączący się z radioodbiornika. To przede wszystkim linia basu, tak odrębna w nieśpiesznej, leniwej riffowości. Zaryzykuję nawet ("a, palnę sobie!"), że ten bas to jeden z pulsów mojej młodości, anonimowy przewodnik po nieodgadnionej zmysłowości i obietnica bliżej nieokreślonego raju. Inne elementy przezgrabnie go dopełniają i podkreślają, ale od początku do końca to właśnie bas tkwi jako wiodący głos. Jak to więc możliwe, że penetrując wtedy "wszystko co się rusza" i pochodzi z przedziału 90-99 zapomniałem o Omarze, jednym z pionierów neo-soulu, kolaborującym m.in. z Badu, Angie Stone, Commonem czy samym Steviem Wonderem? Przy najbliższej okazji pogadam o tym z hipokampem.
(2017)

 

ON!AIR!LIBRARY!

 

On!Air!Library! (2004)

Greku, zapuściłem se po 2 latach s/t On!Air!Library! i wiesz co. Ja rozumię, że ty doznajesz dowolne mutacje Galaxie 500 i shoegaze'owych mąk. Załóżmy, że opener jeszcze hipnotyzuje, ale później... Mówienie o "bardzo oryginalnym stylu" to trochę na wyrost. We wczesnych latach 90-tych co drugi zespół z Wysp tak smęcił, ubierając ciemne, jednobarwne t-shirty (druga połowa bounce'owała w kolorowych, rozpinanych koszulach). Pomijam, że dysków o wyższym poziomie materiałowym powstało ci wtedy bez mała. W ogóle węszę spisek i imho cały rozgłos wokół tego krążka wziął się z gościnnego udziału bębniarza Interpola. Tylko że, szczerze powiedzmy – kogo ten udział obchodzi? Ach, fanów Interpola. Zgoda, to solidny krążek. I jak wracam nad ranem zamroczony alkoholem bądź narkotykami, to jeszcze działa. Ale w innych okolicznościach niemiłosiernie nuuudzi. Dobrze chociaż ziomuś, że przyznajesz jak zawyżyłeś notę po pół-sennnych przesłuchaniach – szukanie listowości tam, gdzie jej nie ma: to nie w naszym stylu, koleeeegooo.
(Porcys, 2006)

 

1 MILE NORTH

 

Minor Shadows (2003)

Możemy psioczyć na specyfikę tradycji rockowego dziennikarstwa w Polsce, biadolić nad sprofilowanym, bezwzględnie ukierunkowanym, "jedynie słusznym" systemem wartości, na którym się mimowolnie uczyliśmy podstaw. Zamiast wiecznego malkontenctwa proponuję wszakże dostrzec pozytywne aspekty niesławnego zjawiska. Patrzcie, moja wiedza o prog-rocku i terenach okolicznych przekracza prawdopodobnie o kilka długości kompetencje w tym zakresie rówieśnika, niezal-odpowiednika ze Stanów. Jasne, zazdroszczę mu, że dorastał przy Beach Boys, Robercie Johnsonie, Kinksach. Ale w pewnych kwestiach gostek nie miałby ze mną szans. Gdy poznał Tortoise, nie załapał odniesień do Yes, bo skąd. W strukturach Shudder To Think nie wykrył King Crimson, bo jak. Kiedy dokopał się do pochwał Cobaina odnośnie Red, ja już dawno znudziłem się tym improwizowanym, jazz-rockowym mąceniem. Och, no i koleś z pewnością zgłębił Briana Eno znacznie później ode mnie, jeśli w ogóle.

To nie tajemnica, że pierwszymi kupionymi przeze mnie dziełami Eno były No Pussyfooting i Evening Star, dwa legendarne, nagrane między 1973 i 1975 krążki, efekty współpracy z Robertem Frippem. Po uprzedniej lekturze entuzjastycznych artykułów charakteryzujących tę muzykę słowami "mistyczna", "hipnotyczna" i "intelektualna", szukałem obu albumów po całym kraju, ale jedyne co wpadło mi w ręce, to wydanie kasetowe, mieszczące ich zawartość na dwóch stronach. Nie mam pojęcia, czy EG zrezygnowało z kosztów osobnej edycji tych rarytasów, ale wówczas cieszyłem się w ogóle, że nareszcie je usłyszę, i w takiej postaci posiadam je do dziś. Będąc świadomym, iż za moment zetknę uszy z osławioną techniką "frippertronics", doceniłem powagę chwili i z nabożeństwem nałożyłem słuchawki, by przez następne półtorej godziny pozostać w bezruchu. To było dziwne doświadczenie, bo obok potwierdzenia eksperymentatorskich dążeń Frippa objawił mi się wtedy malarski sposób myślenia Eno o przestrzeni, zapowiedź późniejszego wynalazku ambientu. Tych siedem statycznych, minimalnych obrazów dźwiękowych o grubej fakturze wciąż zaliczam do najbardziej intrygujących jakie znam.

Na swojej wydanej dla wytwórni Ba Da Bing! (choćby starsze Yume Bitsu lub Comets On Fire) płycie Minor Shadows (skromny debiucik sprzed dwóch lat Glass Wars rozprowadzano tylko na koncertach), grupa 1 Mile North porusza się, co skwapliwie wynotowali mądrzy recenzenci przede mną, w bardzo pokrewnych rejonach, bezapelacyjnie odsyłając do poszukiwań Eno, Frippa, tudzież niemieckich awangardowych formacji w rodzaju Cluster i paru innych ekscentrycznych, odważnych myślicieli z lat siedemdziesiątych. Co odróżnia 1 Mile North od tej całej zgrai pojebusów to głównie przełożenie nacisku z zimnej, akademickiej w wyrazie egzekucji na cieplejsze, emocjonalne elementy. Podejrzanie więc, rezultatem takiej metody jest niekiedy klimat jeszcze bardziej klaustrofobiczny i chory. Podobnie jak Fullerton Whitman, 1 Mile North kreują infinitywną przestrzeń i próba jej całkowitego ogarnięcia, wykroczenia poza sferę, przynajmniej w wyobraźni kończy się niemożliwością, paraliżem, podczas, gdy jedno uderzenie w struny Frippa jest wychwycalne dali skrzypienie krzesła. Zatem tytuł "Return To From Where We Came" zdaje się być jak najbardziej na miejscu. Oto różnica.

Narzędzia z jakich zespół zbudował zręby tych kompozycji to przeważnie całkiem ubogi zestaw. Właściwie wszystkie fragmenty brzmią identycznie. Niby w opus magnum albumu, stopniowo rosnącym "In 1983 He Loved To Fly", Jamie Wagner wspomaga new age'owe pasaże keyboardów trąbką, ale jej kolor rozmywa się wśród miałkich, bladych odcieni zsiniałego fioletu, niczym kropla farbki wodnej w potoku innych, bardziej intensywnych barw. Teksturę zdominowały repetycyjne wtręty delayowanej gitary Jona Hillsa i martwe, stojące tła analogowych organów Marka Bajuka. Można się kłócić, że te tła operują nieraz odmiennymi fakturami jednocześnie, ale ekspresja Minor Shadows mówi sama za siebie, ograniczając się zaledwie do monotonnej substancji o płynnym stanie skupienia. Wszystko przed nimi, wszak precedens na tym polu drobny. Sporadycznie panowie uzupełniają pomruki nagraniami plenerowymi i filmowymi, co natychmiast zwróciło krytyków w stronę porównań z Godspeed, do czego ja akurat nie byłbym zbytnio przekonany. Air użyli kiedyś "głosu Macintosha", co nie znaczy od razu, że brzmią jak Radiohead.

Co nietypowe dla tego rodzaju majaczących ciągów, to ich względna przyswajalność w tradycyjnym sensie harmonii. Chwilami obcujemy jakby z melodyjnym ambientem. Gdy pojawiają się strzępki rytmizacji, twory 1 Mile North zaczynają przypominać wolne rockowe instrumentale. Zagrywki gitarowe w "Life Indoors" uznałbym za kliniczny przykład tego typu roszady funkcjonalnej. Patetycznym, żałobnym dygresjom perkusyjnym w "The Sick" towarzyszy gitarowa interakcja, która z powodzeniem zagościłaby w środku jednej z podniosłych pieśni The Cure. Motyw "Black Lines", gdyby go nieco przyśpieszyć, zapamiętalibyście na parę dni, podobnie gwizd klawiszy we wspomnianym "In 1983 He Loved To Fly". Lecz dla przebrnięcia przez pięćdziesiąt minut ślamazarnych, rozciągniętych sekwencji, nie inaczej, niż przy Eno i Frippie, potrzeba mnóstwo cierpliwości. Rozumiem, że taka muzyka medytacyjna nie trafi do każdego. Po zastanowieniu postrzegam jednak Minor Shadows jako wielowarstwowy, inspirujący album, choć jego buddyjska maniera nie od razu porywa zachodniego człowieka. I jeżeli kogoś interesuje "po co tu wszyscy jesteśmy", a nie zadowala go odpowiedź Alanis Morissette z końcówki Dogmy, to powinien jej chyba szukać w rzeczach pokroju Playthroughs lub właśnie Minor Shadows.
(Porcys, 2003)

 

ONRA

 

Long Distance (2010, electronica/funk) !6.5

Estetyka max po mojej myśli (wyświechtane "w pół drogi między Toro a Dam-Funkiem" to słuszna paralela, obiecująca "łakocie i witaminy"), lecz długie to, ciągnie się i od połowy męczy jak przesolony makaron z owocami morza. Następnym razem zamówię tu coś innego. O ile w ogóle będzie następny raz. Aha, WTF z "Moving" i Washed Out?

 

ORIOL

 

Night and Day (2010, ambient funk) !7.4

Z cyklu inteligentni pianiści przy groovie. Kluczowi prekursorzy: Herbie Hancock ("Joy FM"), Ash Ra Tempel ("Flux"), Steve Reich (wstęp do tytułowego), Goldie ("Memories"), Akufen ("LW"), Osborne ("5 Bars") i zwłaszcza Dam-Funk ("Coconut Coast").

 

OURS

 

Distorted Lullabies (2001)

Wyobraziłem sobie tłum słuchaczy zachwyconych zespołem Ours. Stali zgromadzeni w auli, skupieni to w mniejszych, to w większych grupkach. Dość szeroki przekrój wiekowy, choć dominowali studenci, yuppies, młodzi pracownicy firm. Kobiety, mężczyźni, dziewczęta i chłopcy. Twarze mieli poczciwe, byli to z wyglądu ludzie prawi, pełni wewnętrznej dobroci. Wszyscy rozmawiali, wymieniając się entuzjastycznymi spostrzeżeniami na temat płyty Distorted Lullabies. Gwar wypełniał wielkich rozmiarów halę, suma odgłosów kumulowała się hen wysoko pod samym zadaszeniem. Zmierzyłem wzrokiem całe to zbiegowisko i po krótkim zawahaniu wszedłem do środka.

Teraz mogłem przyjrzeć się temu przedstawieniu z bliska. Hostessy w bordowych kostiumach roznosiły tace z szampanem i koreczkami. Wciąż przybywali nowi goście i z każdą chwilą tłok robił się coraz bardziej dokuczliwy. Nie mówiąc już o drażniącym hałasie. O dziwo jednak, ludzie nie zwracali uwagi na fakt, że muszą krzyczeć do siebie nawzajem, aby w ogóle się usłyszeć. Uśmiechnięci od ucha do ucha, dyskutowali zajadle, wymieniali argumentami. Nigdy jednak ta wymiana nie prowadziła do kłótni; życzliwość rozmówców nie pozwalała na to. Zmieszany przemierzałem kolejne metry rozległej sali, ona sama zdawała się nie mieć końca.

Jedna z hostess (permanentnie zajętych podawaniem przekąsek) udawała się właśnie z pustą tacą do wyjścia, prawdopodobnie po kolejną porcję smakołyków. Spytałem tak, aby zostać zrozumiany w ogólnym harmiderze: "Przepraszam najmocniej, co tu się dzieje?". Hostessa przystanęła na moment, zerknęła na mnie zdziwionym wzrokiem. "Ale w jakim sensie, bo nie rozumiem? Anka jestem". Wyciągnęła rękę, toteż podałem jej swoją, lecz nie o to mi chodziło. "Borys. W sensie skąd tutaj tyle osób. I po co?". Nagle roześmiała się, wskazując na moją koszulę. Nie rozumiałem, w czym rzecz, koszula była czysta, zwykła, o co chodzi? "Nie masz plakietki. Nie masz czerwonej plakietki. No tak. Nie należysz do klubu. Nie wiesz o co chodzi. Czekaj, wytłumaczę ci".

Dopiero teraz zauważyłem, że wszyscy wokół mnie, te setki osób, wszyscy mieli przyczepione małe bordowe karteczki z napisem "Ours – zjazd fanów". Teraz wszystko wydawało się jasne. Cała ta impreza. Gigantyczny zjazd sympatyków Ours, organizowany przez fan-club zapewne. Rzut oka na przeciwną ścianę wyjaśnił wszystko. Widniejący tam olbrzymi plakat był reprodukcją okładki albumu Distorted Lullabies, z wielką twarzą lidera zespołu, człowieka o nazwisku Jimmy Gnecco. Obok napis: "Ours – najwspanialsza grupa pod słońcem". Anka mogła sobie spokojnie odejść, jako że ostatecznie załapałem gdzie się znajduję.

Nagle poruszenie dało się zauważyć w tłumie. Z początku znów nie byłem pewien, z jakiego powodu. Dobiegły mnie dźwięki perkusji, basu, potem gitar. Wiedziałem już, co się święci. Z czterech gigantycznych kolumn, rozstawionych w narożnikach hali, popłynęła muzyka. Piosenka po piosence, nuta po nucie, słowo po słowie, usłyszeliśmy krążek Distorted Lullabies w całej krasie. Nie. Nie usłyszeliśmy. Bo ludzie zaczęli chóralnie odśpiewywać każdy wers, jakby leciał hymn narodowy, stojąc na baczność, zagłuszając oryginał. W porywie emocji ktoś dał znak do wspólnego tańca. I w jednej chwili chaotycznie dotąd ustawiony tłum uformował się w sznur: nie zdążyłem zareagować, gdy osoba z prawej strony chwyciła mnie za rękę, potem ta z lewej. Już po mnie, pomyślałem, gdy skończył się utwór "Fallen Souls".

Cięte, dzikie gitary rozpoczynające "Drowning" wstrząsnęły budynkiem, gdy sznur ludzi w pełnym amoku skakał w górę i w dół, drąc się na całe gardło. Czułem się nieco wyobcowany z tłumu, bo nie dość, że nie znałem tekstów, to w dodatku nie za bardzo miałem ochotę na pogo. Słuchałem jednak kilka tygodni wcześniej Distorted Lullabies i byłem pewien, że za moment pojawi się fragment spokojniejszy, dzięki czemu będę mógł odsapnąć. Ballada "I'm A Monster" ze swoimi smykami i nostalgiczną melodią była już znośna. Wszyscy wokół tańczyli w wolnym tempie, zmachani, o czerwonych twarzach i mokrych włosach. Co bardziej wrażliwi przymykali oczy, usuwali się na bok, przeżywali, płakali. Kobiety powtarzały: "jaki on ma piękny głos", kiedy zabrzmiały jeszcze smutniejsze takty "Sometimes".

Korzystając z mistycznej atmosfery, uwolniłem się z więzów (czytaj: uchwytów rąk) nijakiego gogusia z lewej i chudej jak szczapa brunetki z prawej strony. Kilka metrów dalej stał wysoki jegomość, coś koło trzydziestki. Oparty o ścianę, zasłaniał dłońmi twarz. Wsłuchiwał się w każde jęknięcie wokalisty w "Miseryhead". Postanowiłem dowiedzieć się czegoś z pierwszej ręki. "Dlaczego wy to tak przeżywacie?", spytałem. "Nie przeszkadzaj. Przeżywam tę muzykę", odparł, gdy gitarzysta wycinał krótkie solo w "Here Is The Light". "Właśnie widzę. I pytam: dlaczego was to tak wzrusza". Oburzony moim tonem podszedł bliżej. Delikatny motyw otwierający "Dancing Alone" łaskotał uszy słuchaczy. "A jak może nie wzruszać? To takie piękne. Jimmy ma taką siłę w głosie, taką głębię. Jest w tym coś magicznego". "Nic z tych rzeczy. Ours jest bezczelną kopią Jeffa Buckleya i Radiohead. Głosem Gnecco naśladuje Yorke'a i Buckleya. To okropne, że się tym zachwycacie. Na świecie jest wiele pięknej muzyki. Ale Ours się do niej nie zalicza".

Złowrogi błysk w oku kolesia mignął jak błyskawica. "Jezu, nie, weź, przestań. Chyba jesteś głuchy. Nie, nie rozmawiam z tobą". Odszedł daleko, na drugi koniec parkietu. Wokoło trwało przedstawienie. Część bardziej zmęczonych osób siedziała teraz pod ścianami, każda w samotności przeżywała egzystencjalne problemy swojego życia. Inni kołysali się wspólnie w rytm kolejnych piosenek z Distorted Lullabies. Było już późno, musiałem stąd wyjść. Raz jeszcze, przy samych drzwiach, odwróciłem się i ogarnąłem wzrokiem to towarzystwo. Senne "As I Wander" o melodii, która nawet mi się spodobała, zaczarowało wszystkich i zaległa grobowa cisza. Gnecco kończył śpiewać. Obok wyjścia siedziała Anka. "No to na razie", rzuciłem. Nie odpowiedziała, zamyślona, zasłuchana. Nagle zrobiło mi się jej szczerze żal.
(Porcys, 2002)

 

OUTSHINE FAMILY

 

Galeria De La Luz (2011, indie / experimental) !6.9

Nie wiem dokładnie dlaczego Function zmienili nazwę, ale Matt Nicholson i spółka nadal są wyjątkowi. No bo jaki inny indie kolektyw potrafi brzmieć jak późny Reich, chwilę potem jak Elliott Smith, następnie jak soundtracki Preisnera, a wreszcie jak eksperymentalne nagrania plenerowe i ani razu nie skusić? Tylko tyle, że to co na Secret Miracle Fountain było magiczne, tu najwyżej zaledwie wciąga.

 

OWEN PALLETT

 

Heartland (2010, baroque pop/nu-indie) !5.5

To nie jest zła muzyka, a kunszt aranżerski i wyobraźnia gościa (bardziej, niż talent songwriterski) budzą ogromny respekt. Szkopuł w tym, że facet gra nu-indie, a ja nie lubię tego stylu i tej formy ekspresji. Z jakiegoś powodu stała się ona w ostatnich latach "obowiązująca" w niezależnej muzyce amerykańskiej, a on jak miał w tym współudział, tak dalej ją eksploruje. To, czego najbardziej nie lubię w nu-indie (a nie lubię wielu rzeczy) = irracjonalne przeświadczenie twórców, że jeśli są "odmieńcami" i odważnie pokażą swóje dziwactwo, to od razu będą zajebiści. Otóż wcale nie. Kate Bush była zajebista, bo miała fenomenalne kawałki ORAZ intrygującą osobowość (kolejność nieprzypadkowa). A Pallett, jak Dan Deacon i wielu innych = super, podziwiam, że mu się chce tak to komplikować, udziwiniać artykulację, szukać oryginalnego języka, lecz dla mnie nic z tego nie wynika na gruncie emocjonalnym, gdyż nu-indie operuje emocjami, które uważam za infantylne, kiczowate i w ostatecznym rozrchunku nudne. Więc biję brawo za warsztat i po minucie zapominam, że z tym obcowałem.