NIEMEN

 

Niemen 1939 – 2004

To zawsze musi być perfidia, że takie informacje atakują znienacka, w najmniej spodziewanym kontekście i obezwładniają swoją nieodwracalnością. Zacząłem całkiem miły sobotni wieczór z perspektywą lektury ciężkich naukowych tekstów pod kątem nadchodzącej sesji, rozluźniony odpływałem przy Cardigans i dyskutowałem z kumplami o trelach morelach. Nagle. Wszystko się zmieniło. Z początku człowiek ma tendencję do obracania podobnych wiadomości w idiotyczną niepotwierdzoną sensację. Nie, nie wierzę, bzdury. Gdy pewność źródła nie pozostawia wątpliwości, wkracza etap zepsutego humoru. Dlaczego akurat teraz, dlaczego dziś, ja nie chcę. Aż powoli ogarnia paraliż. Wszystko, co trzyma cię razem, rozpada się. Dodatkowo, ten szczególny przypadek jakoś nie pozwalał się przystosować do dziennego porządku. Nie potrafiłem ruszyć z miejsca, kontynuować zwykłych czynności, normalnie się dalej zachowywać. Powinienem zatamować odbiór faktów, założyć filtr, blokadę i popaść w hibernację. Lecz nie. Nie da się. Nastawiłem tylko "Pod Papugami", wcisnąłem repeat i tkwiłem wciąż bezsilnie na krześle.

Piosenka, jeden z najbardziej klasycznych fragmentów polskiej muzyki w ogóle, zamroziła mi emocje i pozwoliła wykroczyć poza czas, gdzie przechowywane są niedotykalne w swym kształcie standardy. Stoickie obłoki kameralnej stylowości błękitniały niewzruszone, jakby obok nurtu wydarzeń. Rodzaj niewysłowionej elegancji bije z tykającego podkładu i jazzującego feelingu. Wokalna interpretacja zawładnęła każdą wypowiadaną sylabą, z gracją i uczuciem. Można wręcz zobaczyć "szeroko niklowany bar", "szklaneczki" oraz blask "żółtej chorągiewki skwaru". Płochliwe dopowiedzenia fiokowanego chórku i coolowe solo trąbki uzupełniają widok. Ta upalna ballada jest nieskończona, gdyż wyłania się z obrazu w który zastyga. I w miarę kojenia bólu, zrozumiałem: życie musi iść swoim szlakiem. Byłem już spokojniejszy. Zrobię to, co do mnie należy. A w takich momentach budzi się potrzeba dawania czegoś od siebie, dawania dobra. Ale wszystko co możemy dać, to muzyka, która przecież przetrwa. Więc po prostu słuchajmy.

Pośród tych wczesnych, pre-bigbitowych kawałków, są oczywiście niespecjalnie natchnione, wmuszone opracowania latynoskich gondolier, brill bulding popów i namiastki tychże popełnione w języku polskim. Ale nawet w najbardziej chybionych, szansonistycznych wprawkach drzemie potencjał ekspresyjny tego głosu. Malowniczego, plastycznego głosu, który nadaje każdemu zaśpiewowi wymiar głębi i efektowności. Niczegowaty, nadobny timbre, potrafiący na kilku frazach przeewoluować do zachwycającego siłą, zainspirowanego ryku, zwiastującego rewolucję estetyczną w rodzimej pop-kulturze, której razem z Niebiesko-Czarnymi dokonał artysta. "Zabawa W Ciuciubabkę", "Ach Jakie Oczy", "Hej, Dziewczyno Hej" definiowały big beat z jego rhytm'n'bluesową dynamiką i młodzieżowym smakiem. Trójdzielny "Być Może I Ty" zwiastował nietuzinkowe zdolności sonwgriterskie. Pomiędzy takimi pierwiosnkami, zebranymi po latach na "zerowym" krążku Sen O Warszawie, utwór tytułowy lśni jak nowoczesny, oświetlony wieżowiec w gronie skromnych, drewnianych chałup. Wydana na osobnej EP-ce, przygotowana z asystą francuskiej orkiestry Michela Colombier, ta monumentalna oda do stołecznego miasta w każdej progresji akordowej, w każdym słowie jest zwyczajnie ponadczasowa.

Rwący w stronę "czarnej", soulowej zadziorności Niemen odszedł z Niebiesko-Czarnych na pozycji sporej gwiazdy, zanim jeszcze grupa zdążyła wydać jakiegokolwiek longplaya. Z nowym zespołem akompaniującym, Akwarele, wokalista zrealizował wkrótce jeden z najwspanialszych debiutów w historii polskiej muzyki, Dziwny Jest Ten Świat. Title track, powszechnie uznany za rodzimą pieśń wszechczasów: no comments. Wykonanie całkowicie autorskiego dzieła na festiwalu w Opolu w roku 1967 przeszło do legendy, wywołując ciarki na plecach każdego w zasięgu przestrzeni audiowizualnej. Wybuchający serią porażających kompozycji, wykraczających jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poza format bigbitowego przeboju, album stanowił cezurę rozdzielającą erę sztucznego, naiwnego uśmiechu z "Giełdy Piosenki" od dojrzałej, wartościowej wypowiedzi. Liryczne "Wspomnienie" (inicjalny flirt z poezją, Tuwim), zajadły rocker "Gdzie To Jest" czy obdarzony nośnym hookiem refrenu ówczesny singiel (zamykający kompaktową reedycję) "Domek Bez Adresu" w mgnieniu oka modyfikowały krajobraz polskiego popu. Lecz wszystkie kawałki solidnie wymiatały, okraszone kolażowymi aranżacjami i tym cudownym, jakże wstrząsającym voice'm. Od tego się wszystko zaczęło w polskim rocku: zafunkcjonowało pojęcie "albumu" jako całości. Hipnotyzujące spojrzenie z okładki (dla właścicieli oryginalnej winylowej wersji wrażenie jest jeszcze spotęgowane) antycypowało setki przyszłych wykonawców.

Wrzawa wokół Niemena nie miała w naszej kulturze doby mediów precedensu. Swoją innością, odmiennością, wyrazistością i charyzmą przejawianymi na każdym kroku, od krzykliwej stylistyki przez pstrokaty ubiór po kontrowersyjne wypowiedzi, solista prowokował konserwatywne pokolenie do czepialskiej nagonki, a młodych fanów do oddania i zachwytu. "Na kogo pan tak krzyczy?", pytają złośliwie starsze autorytety, podczas gdy tłumy dzieciaków szaleją z uwielbienia. Kraj uległ więc spolaryzowaniu, ale dominacja Niemena w mediach była niepodważalna, gdyż wprowadzał on niejako w obieg pojęcie "idola", wcześniej cokolwiek abstrakcyjne. Sukces, jego następny krążek, był pierwszą próbą zmierzenia się z tym bagażem. Piwowski kręci film o takim tytule, ukazując Niemena jako rozkapryszoną i wyniosłą gwiazdę. Sukces jest metakomentarzem do tej nagłej popularności. Muzycznie, płyta przeszczepiała na nasz grunt soul Reddingowski (owoc nabytków z europejskich, głównie paryskich wojaży) dość wprost i bezczelnie. Na szczęście dwa czynniki wynoszą ten zabieg: fascynująca jak zawsze strona wokalna i elementy "wschodniego" i kresowego folku. "Allilah" zionie orientalizmem. "Włóczęga" to ludowy temat w żarzącej oprawie. Opener "Płonąca Stodoła" (z introdukcją jaką rok później będzie mieć "Tell All The People" Doors) wymiata że jak siemasz.

Okładka Sukcesu już zwiastowała to, co w cover-arcie trzeciego longplaya wokalisty, Czy Mnie Jeszcze Pamiętasz przejawiło się w pełni: nawiązanie do hippiesoweskiego trendu psychodelii, lokujące aurę graficzną gdzieś między "swingin' London" a Vanilla Fudge. Sam Czesław nosił egzotyczne, kolorowe długie ciuchy, jak na modę przystało. Polska była wciąż podzielona, ale nie mogła nie doznać, skoro otrzymała zestaw hiciorskich nagrań sięgających nieraz kilku lat wstecz, w nowych, bardziej efektownych opracowaniach. Hammond najprawdziwszy, jak z kuriera wycięty, prowadził te powtórne wersje, zmieniając nieraz zupełnie kontekst pierwowzoru, jak w spowolnionym, ujaranym "Baw Się W Ciuciubabkę", ozdobnym nagraniu tytułowym lub podniosłym "Wiem, Że Nie Wrócisz". Trochę wykręcenie się ogonem, ale mając w rękawie niedotykalną, bezskaźną "Pod Papugami", could he go any wrong? Wydawnictwo podtrzymało zwycięską passę. I wciąż, nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć w najbliższych miesiącach.

Nic wszakże nie zostało do powiedzenia o Enigmatic. Co dziś jednak najbardziej zastanawia, to niewiarygodna wręcz przemiana oblicza w tak krótkim czasie. Niemen miał status "odmieńca" i na tle reszty "rock'n'rollowej" sceny w tym kraju wybijał się ambicjami, lecz zadziwia fakt non-konformistycznej metamorfozy od ognistych soulowo-bluesowych performance'ów do potężnych, prog-rockowych struktur, od trywialnych niekiedy tekstów miłosnych do adaptacji ciężkiej gatunkowo poezji. Przejście od Ok Computer do Kid A wydaje się mniej drastyczne. Ba, było oczekiwane i trwało trzy razy dłużej. Legenda głosi, że inspiracją do porwania się na "Bema Pamięci Żałobny Rapsod" była sugestia Wojciecha Młynarskiego. Środowisko przeczuwało więc potencjał, który drzemał w Niemenie.

Sama zawartość materiałowa nie podlega komentarzom krytycznym. Fantastyczne są kontrybucje zebranego grona: stoickie, mocne rąbnięcia bębnów Bartkowskiego w "Rapsodzie", kąśliwe zawijasy gitary Jaśkiewicza w fenomenalnym "Jednego Serca" (check it out po słowie "świętemi"), koloryzujące wstawki jazzowych wirtuozów Namysłowskiego i Urbaniaka. Wreszcie, szczyt możliwości Alibabek, absurdalnie genialnego zespołu wokalnego, w "Kwiatach Ojczystych", być może najcudowniejszej kompozycji Mistrza w całym jego dorobku. Moment polifonicznej ekstazy "la la la la" pozostaje dla mnie absolutem takim, jak finałowe "yeah yeah yeah" w "She Loves You" i przenosi utwór w nieskończoność. Ktokolwiek produkował tu dźwięk, jest maksymalnym bossem: że taka mnogość barw gryzie się ze sobą z taką selektywnością i zarazem "kleistością", jest niepojęte. Podczas, gdy pierwsze trzy oferty artysty plasowały się między "wspaniałym" a "całkiem udanym", żadna nie wskazywała na to, co czaiło się za rogiem: coś szczerze epokowego. Oto i definicyjne osiągnięcie Niemena: balansujące nadzwyczajny songwriting i śmiałe, eksperymentalne podejście na tyle perfekcyjnie, że prawie mogłoby być uznane ideałem.

Było coś niezwykle odważnego w dwupłytowym, potężnym zestawie rozbudowanych formalnie epopei Człowiek Jam Niewdzięczny z 1971 roku. (Aka Niemen, aka self-titled, aka od okładki Czerwony Niemen.) Naturalnie, nikt nie mógł wówczas wiedzieć, że to praktycznie ostatnia propozycja Mistrza zawierająca też tradycyjnie pojmowane "piosenki", ziejące melodycznym żarem i operująca przyswajalnymi środkami wyrazu. To automatycznie oddaliło na zawsze twórcę od dalszych komercyjnych sukcesów. Gdyby skrócić materiał o połowę, powstałoby kolejne arcydzieło, ale Niemen postawił na maksymalizm i wraz z towarzyszeniem sprawnej w technicznym sensie załogi muzykantów przeskakiwał od chwytliwych, rhytm'n'bluesowych tematów do ściany dźwięku organów i gitar. Dwudziestominutowa suita tytułowa na krańcach sięga po tricki latin-rockowe, ale wewnątrz zagłębia się w totalnie odjechane, atonalne improwizacje. Obok znajdujemy wrzaskliwe pasje "Nie Jesteś Moja" i "Chwila Ciszy". Koniec końców tracklista się wyrównuje, i jest w sumie niesamowicie solidna, jak na takie rozmiary. Człowiek Jam Niewdzięczny to as hard-rock as Niemen ever was, lokując się gdzieś między wzniosłym, jaskrawym brzmieniem Uriah Heep i Deep Purple, a rozkołysanymi, halucynogennymi jamami Santany. Ponoć to pierwszy podwójny album polskiego wykonawcy "rozrywkowego". Ale ciekaw jestem, jakiś jazzman go wyprzedził?

Uwypuklana z roku na rok obsesja Niemena na punkcie "awangardowości" wypłynęła na dobre, gdy uformował on jedną z najbardziej niesamowitych grup w historii polskiej muzyki. Zachowując rolę lidera-ideologa w rodzaju Milesa Davisa w jego supergrupie z okresu Bitches Brew, Niemen otacza się plejadą: przyszły skład SBB (Skrzek, Apostolis, Piotrowski) oraz jazzowi malarze Nadolski i Przybielski pod jego kierunkiem wznoszą się albumem Marionetki z 1973 na wyżyny kreacyjności. Śladu nie ma po strukturze "piosenki"; to jest głęboka, metafizyczna, improwizowana w większości opowieść, której najbliżej do krautrocka Faust, Floydów z Ummagumma, czy właśnie Davisa z In A Silent Way. Brak tu niby "melodii": to iście współczesna muzyka poważna zagrana na rockowym instrumentarium, zamach na obowiązujące schematy, niczym Dni Wiatru tamtych lat. Momentami męczy ta niesłuchalność. Ale gdy przebijają się przez zręby mrocznych partii błyskotliwe motywy, WIADOMO, że jest to wybitne. Jako współrealizatorzy konceptu, Skrzek kieruje statek w stronę harmonii (równo sformatowane "Z Pierwszych Ważniejszych Odkryć"), a Nadolski – chaosu (klaustrofobiczne, smykowe "Requiem Dla Van Gogha"). Wydane wpierw jako dwa winyle Vol. 1 i Vol. 2, Marionetki należą do wąskiego grona polskich albumów wizjonerskich, przenikając poezję kaskadą bardziej jeszcze niesamowitych tkanin muzycznych. Klasyk.

Niemen rozstał się ze Skrzekiem i jego ferajną w atmosferze wzajemnych pretensji i artystycznej rozbieżności. SBB podążyli własną drogą, rozwijając zapoczątkowany z Niemenem nurt "slavic touch" w około progresywnym jazz-rocku i sięgając w tym nurcie zenitu na Follow My Dream kilka lat później. Tymczasem Niemen zebrał nowy skład zespołu, i kto wie, paradoksalnie, czy nie lepszy. Bowiem ci muzycy nie byli "self-indulgent": podczas, gdy partie Apostolisa i Nadolskiego, choć zapierające dech w piersiach, błądziły jako wartość sama w sobie, kontrybucje Piwowara, Nowaka i Gazdy rozwijały kompozycje, nadając im z każdą chwilą nowych wymiarów. No i Piotr Dziemski, odkrycie Niemena: natchniony dwudziestolatek, kandydat do miana polskiego perkusisty wszechczasów, przedzierający się przez gąszcz polirytmii z pasją i świeżością, nadający tej teoretycznie ciężkawej muzyce lekkości i gibkości. Kapitalny opener "Cztery Ściany Świata" orzeźwia dziwacznym metrum 7/4, by unieść się w powietrzu niczym "Gates Of Delirium" Yes. "Kamyk" i "Smutny Ktoś I Biedny Nikt" nawiązują do rozedrgania środkowego King Crimson. Ale melanż odcieni jest całkowicie unikatowy. Generalnie spory zwrot ku brzmieniu easy-listening (bezcenny Moog) i przestrzeni, przy jednoczesnym brnięciu w zakamarki awangardowej ekspresji, Aerolit może być najbardziej niedocenionym osiągnięciem Niemena: tak bardzo wyprzedzającym swój czas, że dałoby się go określić jako "futurystyczny".

Zafascynowany nieodkrytymi rejonami, Niemen miał wyobrażenie ambitnej sesji w duecie z Dziemskim: tylko on na wielorakich klawiszach i Dziemski ze swoim szalonym maniackim beatem. Gdy pomyśleć o tym dziś, szansa była, przy odpowiednim wyważeniu proporcji, na coś niepowtarzalnego w szerszej skali. Niemen wyjechał na promocję swojej zachodniej płyty do Wielkiej Brytanii, a gdy wrócił, Dziemski już nie żył. Myślę, że wielu krytyków nie potrafi zrozumieć jak ten fakt wpłynął na całą resztę drogi artystycznej Niemena. Zakochany w talencie podopiecznego, nie mógł się pogodzić z jego odejściem i, choć jeszcze kilka lat przedtem deklarował, że "nie ma ludzi niezastąpionych", teraz sam chyba nie bardzo w to wierzył, zniechęcając się stopniowo do idei "zespołu". Gdy bezkompromisowym pomysłom Niemena asystowali wytrawni instrumentaliści, rodziła się chemia i efekt miażdżył. Osamotniony zaś, wstąpił na drogę artystycznego samounicestwienia. Nagrane w pojedynkę Katharsis jest paradoksem. Z jednej strony to pierwszy polski album elektroniczny w historii, wykorzystujący syntetyczne brzmienia i "loopy" bitów, wręcz zalążki techno. Z drugiej, odstręcza pretensjonalną fabułą o odkryciu planety i jej zagospodarowaniu przez człowieka, oraz ilustracyjnymi, nużącymi podkładami. Nieporozumienie, a jednak ważna płyta. Dziwoląg.

Tymczasem Niemenowi nie dawała wciąż spokoju myśl o powrocie do gry w regularnym zespole. Trzy lata powstawał też podwójny, niezwykle nad-ambitny album Idee Fixe ("myśli natrętne"), wypełniony w całości radiofonizacjami poezji Norwida. Lecz mimo przegadania muzycznej narracji i zdecydowanie przesadzonej długości, ten cosmic-kitch-funk-electro-rock broni się za sprawą mnóstwa świetnych strzępków melodycznych, dla których inwencję odnalazł ponoć w rodzinnym spokoju. Żona Małgorzata – śliczna modelka notabene o sławie międzynarodowej, i choć główna muza oraz autorka grafik do okładek, zaprzeczająca "toposowi Yoko Ono" – urodziła mu dwie dziewczynki. (Tu mały absolut. W kultowym serialu Rodzina Leśniewskich te dwa "bąble" to właśnie Natalia i Eleonora. A muzykę tam, jak i to kilku innych filmów i przedstawień robił Niemen, czerpiąc potem z tych wprawek przy pracy nad Idee Fixe i Postscriptum. Aha, na zdjęciach z tego okresu Małgorzata i Czesław wyglądają na totalnych hipsterów, ale spójrzmy: czy mogło być coś bardziej cool w tym kraju od takiej pary?) W pół drogi między Hancockiem, Kraftwerkiem i odczytanym poprzez "slavic touch" jazz-ambientem, Niemen może i przegrał rywalizację ze swoimi konkurentami SBB, którzy w tym samym roku wydali rewelacyjne Follow My Dream, ale udowodnił ponownie, że stać go na spójną, przekonującą całość i "sound of his own". Namysłowski raz jeszcze popisał się mistrzowym solem. Suma sumarum, Idee Fixe to ostatnie duże osiągnięcie Niemena.

Postscriptum natomiast, z 1980, to pomyłka, której być nie powinno. Zrealizowana jako promo do targów MIDEM, gdzie Niemen pojechał, wydana została wkrótce przez Polskie Nagrania bez wiedzy autora. Pewnie z powodu zawierania na przedzie nowej, elektronicznej wersji "Dziwny Jest Ten Świat" i zwycięskiej znów w Sopocie '79 pieśni "Nim Przyjdzie Wiosna". Ale to akurat bodaj jedyne tu udane fragmenty. Reszta to zapatrzone w siebie, nieprzyjazne otoczeniu, miałkie dla ucha i przesadnie osobiste "twory", z trudem melodyczne, nudne i patetyczne. Innymi słowy: początek końca. I początek podróży, która dwadzieścia lat potem wiemy jak się skończyła. Wstręt do formatu zespołu (poprzedni okazał się prowizoryczny i umarł śmiercią naturalną) zdeterminował, jak dziś wiemy, jeden z największych drastycznych upadków w historii europejskiego rocka, od wyżyn po samo dno, ale taka decyzja Niemena, jak pisałem, świadoma, miała swoje korzenie wcześniej. Otoczony tonami sprzętu zapomniał, co dawało życie jego twórczości przez tyle lat: obcowanie z realnymi muzykami. Co gorsza, do ostatnich dni uważał tę ewolucję za korzystną i tylko niezrozumianą przez odbiorców. Postscriptum było pierwszym z dramatów.
(Porcys, 2004)

Spodchmurykapelusza (2001)

To, co stało się z Niemenem, wystarcza, bym odczuwał teraz silny ból głowy każdego dnia. Ból jest tym silniejszy, że uważam pana Czesława za twórcę wybitnego, jednego z niewielu polskich wykonawców światowego formatu. Gdy pierwszy raz usłyszałem "Dziwny Jest Ten Świat", poczułem na plecach ciarki. Padam na kolana przed fantastycznym albumem Niemen Enigmatic, który uważam za absolutne mistrzostwo świata. I nie wiem właściwie, co tu powiedzieć. Spodchmurykapelusza załamuje, przygniata, pozostawia w bezsilności. Zakończył się pewien etap. Wieloletni proces degradacji wielkiej osobowości, który obserwowałem z niepokojem (choćby wspieranie kampanii wyborczej AWS) sięgnął na nowej płycie zenitu. Głupio mi, czuję się nieswojo. Chciałbym, by zawartość Spodchmurykapelusza była tylko nieudanym żartem, pomyłką. Niestety, wypowiedzi samego autora wskazują, że jest dokładnie odwrotnie. Głębiej chyba nie da się już zejść.
(Porcys, 2002)