Muzyka a życie

 

Nie ma o czym gadać.

Konferencja "Muzyka a Biznes" odbyła się już po raz szósty. Udało mi się wpaść tylko na jeden panel – za to teoretycznie dla mnie najciekawszy. Jego tytuł – "Czego Słucha Przeciętny Kowalski, Czyli Coś o Tworzeniu Playlist Radiowych" – obiecywał ciekawą dyskusję. Niestety zaproszeni goście czyli Mikołaj Lizut z Roxy FM, Wojciech Jagielski z Radia Zet i Mateusz Smółka z RMF FM postanowili w niezwykle cyniczny, acz elegancki sposób sprowadzić kwestie o sporym potencjale polemicznym do ordynarnie bezczelnej sofistyki. Otóż najwyraźniej panowie nie czują się w najmniejszym stopniu odpowiedzialni za gusta przeciętnych Kowalskich. Utrzymują, że w przeciwieństwie do rozgłośni publicznych nie są obarczeni żadną misją kulturotwórczą. Oni tylko prowadzą biznes i ich celem jest zarabianie pieniędzy. A żeby zarabiać z reklam, muszą dbać o jak najwyższą słuchalność. Warunki dyktują więc słuchacze – to, co im się podoba, leci na rotacji A w nieskończoność. Koniec. Nie ma żadnego pola do dyskusji. Nie przyszło do głowy bardzo zadowolonym z siebie panom, żeby zadać sobie kilka ważnych, choć na pewno niewygodnych pytań. Dlaczego ludziom podoba się to, co im się podoba? Z czego to wynika? Co z moralnym aspektem tak zwanego umywania rąk? Jeżeli puszczanie ambitnej muzyki liczy się na plus to czy schlebianie niskim gustom liczy się na minus? I tak dalej, i tym podobne.

Ale dyrektorzy programowi na wszystko mieli odpowiedź. W najlepszym wypadku winy szukali w fatalnej polityce programowej wielkich wytwórni fonograficznych. Spychologia w rozkwicie. Mamy kryzys, więc wytwórnie nie mogą sobie pozwolić na straty finansowe, więc stawiają na samograje, czyli wykonawców, którzy sami się wypromowali albo zostali wypromowani przez talent shows czy inne popkulturowe mechanizmy. Mamy kryzys, więc ostatnie o czym myślą komercyjne stacje radiowe to praca pozytywistyczna polegająca na edukowaniu mas i dbaniu o wyczucie estetyki statystycznego Polaka. Mamy kryzys, więc... Koło zamknięte, każdy myśli tylko o sobie, na zasadzie "bierz forsę i spier...". Dla mnie temat tego, co podoba się ludziom, a co nie, zamknął kiedyś w jednym z wideowywiadów TenTypMes słynną anegdotą o pani Jadzi. Mianowicie – jeśli się przysłowiowej pani Jadzi (oznaczającej tu osobę muzycznie niewyedukowaną) coś wtłoczy do głowy, jeśli będziemy jej to wtłaczać konsekwentnie, regularnie, topornie, to w końcu pani Jadzi to polubi. A komercyjne stacje wtłaczają to, co wymaga najmniejszej konsekwencji, regularności i toporności. Skoro bardzo chcą tak zrobić, żeby się nie narobić i zarobić, to dlaczego nie zajmą się czymś innym? Czemu muzyka? Nie łatwiej pójdzie ze sklepem spożywczym? A tylko od mediów zależy, czy masy będą postrzegać muzykę w kategoriach sprzedaży chipsów czy jednak jakiegośtam doznania estetycznego (nawet w kategoriach użytkowych).

Organizatorom konferencji (dla których wielkie brawa za podtrzymywanie tej szczytnej inicjatywy!) nieśmiało proponuję w przyszłym roku zmienić jej nazwę na "Muzyka a Życie", bo o zależnościach między muzyką i biznesem nie da się chyba dużo powiedzieć. To jest biznes, trzeba zarabiać, schlebiamy najniższym gustom, ilość ponad jakość, sorry, taki jest świat. I tyle. A w ramach konferencji "MaŻ" moglibyśmy sobie na przykład podebatować o sprawach, które poruszyła niedawno w swoim felietonie pod tytułem "Estetyka szczerości" Natalia Fiedorczuk (link http://www.t-mobile-music.pl/opinie,7715,felieton_estetyka_szczerosci.html). Idealistyczna wizja wzajemnego przenikania się, dopełniania i zwrotnego sprzęgania muzyki i życia (w tym przypadku muzyki i życia w duchu lo-fi) nie przekonuje mnie głównie dlatego, że nie widzę konieczności, ani prywatnie nie mam potrzeby wiązania życia z muzyką. Wręcz odwrotnie – odbieram muzykę (jak i wszystkie inne dziedziny sztuki/rozrywki) jako doskonałą przestrzeń dla rozkwitu ludzkiej kreatywności, wyobraźni, fantazji. Muzyka potrafi nas zaprowadzić tam, gdzie bez niej nigdy nie trafimy. Ba, ponoć istnieje mechanizm psychologiczny polegający na tym, że człowiek tęskni za tym, czego nie ma. Dyrektorzy z sektora finansowego łakną kontaktu z punkową zadziornością, żeby przez chwilę poczuć brutalną prawdę ulicy. Tak dla równowagi. Nic dziwnego, że według tej samej logiki biedniejsi ludzie słuchają wielkobudżetowego komercyjnego popu po to, aby przez chwilę poczuć powiew nijak dostępnego im w realnym życiu luksusu. Tak dla równowagi. I o to moglibyśmy się kulturalnie pospierać, a nie o playlistę Radia Zet.
(T-Mobile Music, 2012)