MÉLANIE DE BIASIO

 

Blackened Cities (2016)

Ze zjawiskiem realnego zagrożenia smogiem pierwszy raz zetknąłem się kilka lat temu, gdy ziomy z Krakowa (w tym również paru "krewnych i znajomych Porcysa") alarmowały, że "sytuacja stała się dramatyczna" (expose Pawlaka w Nocnej Zmianie). Zrazu mylnie zbagatelizowałem ich lamenty jako problemy pierwszego świata rozwydrzonej młodzieży z dobrych domów, ale kiedy zaczęli wrzucać zdjęcia, jak chodzą w maskach, to postanowiłem trochę zgłębić temat i skumałem, że krakowski smog bynamniej nie jest rezultatem działalności grupy Pod Budą. Na początku 2017 rzeczywistość dopadła już mnie i moich stołecznych krajanów, bo "przyszłość nadeszła" i tutaj, choć szkoda, że akurat w formie drobinek toksycznego pyłu. Oczywiście są wśród nas mądrale, którzy nadal szydzą z facebookowej paniki, twierdząc, że "smog był zawsze" albo przywiało go z Berlina (zapewne razem z globalnym ochłodzeniem), a cała akcja anty-smogowa ma zabarwienie polityczne (czytaj: lewackie).

Lecz przypomina mi to tylko o rosnącym z dekady na dekadę w siłę Towarzystwie Płaskiej Ziemi (aczkoLLLwiek, jeśli mam być uczciwy, to w ramach dygresji muszę przyznać, że argumenty jakich używają racjonaliści przeciwko "oszołomom" bywają przedszkolne, vide klasycznie powtarzane "we have pictures of Earth", co przecież wyśmiewano wielokrotnie – a uczynił to również zespół Mansun w piosence "Fall Out"; guys, stać was na więcej). Nie wiem, co będzie dalej w tej opowieści, ale trochę się boję wracać po latach do Świata Na Rozdrożu Popkiewicza, po którego lekturze ostatnio kolega miał dreszcze i sen o tym, że "w całej Polsce odcięli prąd, a po osiedlach chodziły już bandy ludożerców wywlekające ludzi z mieszkań". A i Here's What Earth Will Be Like In 500 Years Tysona (Mike'a oczywiście) nie nastraja zbyt szampańsko.

Jeśli zastanawiacie się, co to wszystko ma wspólnego z Mélanie De Biasio, to śpieszę objaśnić: jej ubiegłoroczny utwór – nie tylko z racji "znaczącego" tytułu i sugestywnej fotografii na okładce, ale i samego klimatu, nad którym niejako unosi się rodzaj szarej mgły – to jak dotąd najbardziej adekwatny "soundtrack smogu", na jaki trafiłem. Belgijka "pod czterdziestkę", pochodząca z Charleroi, zyskała pewien rozgłos w świecie nu-jazzowych melomanów w 2013 roku dzięki albumowi No Deal, ale w porównaniu z nieodgadnionym, nieprzeniknionym "Blackened Cities" tamta płyta wydaje się dziś nieco normalsowska, standardowa i mimo intymnego vibe'u... deczko nudnawa. Tym razem już sam format zmusza do rewizji wszelkich klisz, jakie niosły za sobą zdarzenia w rodzaju remixów Gillesa Petersona. Mamy tu bowiem 24-minutową suitę – ni to singiel, ni EP-ka, ni album, a w istocie chyba docelowa formuła dla każdej nieskrępowanej wypowiedzi dźwiękowej.

Prolog bliski zastygłym ambientom Eno z lat 90., kameralistyczne rozprowadzenie motywiczne i aranżacyjne (fortepian, flety, sekcja) na modłę Bark Psychosis, a w końcu transowe ugniatanie midtempo groove'u, przywołujące oczywiste skojarzenia z Necks. Ciche wokalne zwierzenia De Biasio mają w sobie uroczystą beznamiętność późnej Isabelle Antena (działa kontekst geograficzny?) i w siedemnastej minucie jej powtarzane zaklęcia hipnotyzują trochę jak Damo Suzuki w "Mushroom", gdy gitara gra coś w podobie kulminacyjnego arpeggio z "She's The One" Beta Band. Ogólnie pomysł na dystopijny smooth-jazz – jestem pod wrażeniem. Marcin Kydryński meets GY!BE? To uczciwa fuzja, bo ani nie jesteśmy lepsi od easy-listeningowego aspektu tego nagrania, ani gorsi od post-rockowego posmaku uporczywych repetycji. Polecam osobom dla których płytą roku 2016 był album projektu Lotto "oraz właścicielom sex shopów w Polsce".
(Porcys, 2017)