Mistrzowskich wspomnień czar, pt. 1

 

Mundial, Mundial, Mundial to, Mundial tamto, wszyscy o Mundialu w RPA. A ja w dniu inauguracji turnieju pozwolę sobie na wspomnienia. Bez elaboratów, analiz, statystyki – tylko zbiór luźnych kadrów, haseł, skojarzeń. (Ostrzegam, że tekst skierowany jest raczej do miłośników futbolu, którzy dawno do opisywanych poniżej imprez nie wracali i chętnie odbędą tę subiektywną, nostalgiczną podróż wstecz wraz ze mną. Gdybym miał tłumaczyć "laikom" każdy niuans, jaki przytaczam – tak aby umożliwić uniwersalny odbiór artykułu osobom mniej zorientowanym w dziedzinie – nie skończyłbym do Mistrzostw Europy w 2012.)

Ale najsampierw króciutkie wprowadzenie. Otóż dla mnie piłka nożna to są lata dziewięćdziesiąte. W tamtej dekadzie rzeczoną dyscyplinę traktowałem jak świętość w stopniu, którego dziś notabene nie rozumiem (absurdalna głębia rozkmin, śledzenie totalnie obskurnych zjawisk i składów, liczba godzin, a raczej miesięcy poświęconych na samą "otoczkę" typu czytanie Encyklopedii Fuji i studiowanie dziejów futbolu z mitycznej przeszłości). Tym niemniej około roku 2000 (zauważyłem to w trakcie ME), a już na pewno po klęsce Polaków w Korei/Japonii (aczkolwiek bez bicia przyznaję, że awans mnie zaskoczył, bo eliminacje zdrowo olewałem i akcje Emsiego z Ukrainą znałem ledwie z powtórek), podjarka się niespodziewanie skończyła. Dlatego MŚ 2002 i 2006 potraktuję na maksa po macoszemu, bo oglądałem je lewym okiem w przerwie od innych, już wtedy ważniejszych zajęć. (Aha, wcale nie wartościuję tego, nie uważam że z piłki trzeba "wyrosnąć", po prostu ze mną tak było.) Natomiast to, co widziałem (oraz – ważne – totalnie przeżyłem) live – czyli 90, 94 oraz 98 – zapamiętałem (mimo swoich okropnych problemów z pamięcią) całkiem szczegółowo, więc opiszę nieco szerzej.

I tylko żałuję, że nie załapałem się na Meksyk. Kilka lat starsi koledzy oglądali na własne oczy nasz blamaż z Brazylią (co ciekawe, był to ponoć najlepszy mecz kadry Piechniczka w turnieju) i tego im niesamowicie zazdroszczę. Ale cóż, w 86 to ja sobie mogłem. Na złapanie futbolowego bakcyla musiałem poczekać jeszcze 2 latka.

* * *

Italia 1990

Korzenie swojej piłkarskiej obsesji datuję bowiem na ME 88. Nie czas tu i pora na detale (wszak artykuł dotyczy MŚ), ale oczywiście zakochałem się w Pomarańczowych, a trio z Milanu uznawałem za idoli (zwłaszcza Van Bastena, chyba mojego ulubionego piłkarza ever, o którym wzmianka jeszcze niżej, a może kiedyś gigantyczny feature w hołdzie ode mnie – ale to chyba na emeryturze). Nic więc dziwnego, że na włoskim Mundialu – moim pierwszym świadomym – kibicowałem Holendrom. Niestety dużo nie zdziałali, a cały turniej uznano powszechnie za najgorszy w dziejach (średnia bramek to jedno, podawanie do bramkarzy – wkrótce obalone – drugie, a dochodzi jeszcze drętwość obsady strefy medalowej, z monopolem potęg). Lecz z oczywistych powodów mam sentyment do Italii 90 – "pierwszy raz jest tylko raz w życiu" (Pezet, rockowcy), a ponadto sporo tam się wydarzyło dziś już "kultowego", więc... A zresztą... Pójdźmy grupami i zobaczę, jak to z osobistej, równo dwudziestoletniej perspektywy widzę:

W grupie A gospodarze raczej zarządzili. Madonna oglądała na Stadio Olimpico 2:0 z Czechami i potem chwaliła Baggio. Baggio podobno "ciacho" – nie wiem, nie znam się na chłopcach, dla mnie to genialny sportowiec był, lol. Ale nie, może Madonna chciała bzyknąć Baggio i tak się do niego publicznie "podwalała" (używam słownictwa z epoki). Btw słyszałem, że Cristiano Ronaldo sypia z Nicole – is it any... true? Anyways, Zenga nadrabiał miną, młodziutki Maldini brylował, Vialli szpanował, Vierchowod powalał komediowością nazwiska, Baresi godnie krzyczał "wyjazd" i głupi Makaroniarze uwierzyli (cały kraj!), że idą po mistrza. Prawda jest brutalna – znacznie barwniejsze, bogatsze składy miały dla ich repry nadejść za 4 czy 16 lat. Na Austrię i USA żal słów, zaś Czesi właśnie to wykorzystali.

Obrońcy Tytułu rozpoczęli od farsy. Ignorowany Kamerun zrobił to, co Senegal miał zrobić za lat 12. Różnica – Senegal nie miał Milli. Pozornie nieistotne i negatywne, ale tak naprawdę – jak się potem okazało – piekielnie ważne i właśnie *pozytywne* zdarzenie miało miejsce w 11 minucie Argentyny z ZSRR. Pumpido, nr 1 w złotej jedenastce z Meksyku, doznał urazu i przekazał rękawice typowi o nazwisku Sergio Goycochea. Kto wie, jak potoczyłyby się losy pasiaków, gdyby nie ta kontuzja. Po świetności Dynama Kijów (fenomen Łobanowskiego, anyone) zostało niewiele i nawet legendarny Dasajew ruszał się niczym mucha w smole. Kraj Rad wracał do kraju z poczuciem "zeżarcia gówna", ale szczerze – kto tam się przejmował piłką, gdy upadało Imperium. Niby od ME z Niemiec (szli jak burza, pewny tytuł zabrali im natchnieni Oranje) minęły tylko dwa sezony, ale ile się przez ten czas wydarzyło w polityce... Symboliczne "odreagowanie" na Afrykanach w ostatniej kolejce (4:0 jak w kaczy kuper) może i zdradzało potencjał sportowy przy kiepskim wymierzeniu optimum kondycyjnego, ale jeśli w Meksyku Ruskie nic nie zrobili, to wątpię, by tu wygrali w 1/8 z, dajmy na to, Brazylią. A Rumuni cholernie irytowali. Bramkarz, Lung, drażnił mnie jak mało kto. Antypatyczna, czerstwa ekipa.

Mecz otwierający grupę C reklamowano jako spotkanie dwóch silnych teamów – wiecznie faworyzowanych Canarinhos na czele ze snajperem Carecą i posiadających parę indywidualności (choćby wschodzący, młodziutki Brolin) Szwedów. Wspomnieni kolesie strzelili gole, Brazylia wygrała 2:1, Szwedzi najwyraźniej upodobali sobie ten wynik... Oczy świata były zwrócone na to spotkanie, a tymczasem na boku wyrósł duży obskur. Kostaryka. Geniusz trenerki "do wynajęcia", Bora Milutinović, jedna z najwybitniejszych postaci w dziejach zawodu, wystawił sprawnych ziomali, którzy dźgnęli raz dumnych Szkotów (na Mundialach regularnie od dawna). Conejo, pretty impressive goalkeeper, huh. W ostatniej kolejce Kostaryka przegrywała ze Szwecją "do przerwy 0:1", ale w 75 minucie wyrównała. 120 sekund przed końcem stał się cud i ekipa Bory przeszła dalej. Czy już wspominałem słowo "geniusz"? Szalikowcy Hiddinka niech obadają dorobek faceta, jeśli nie znają.

Każde małe dziecko wie, co znaczy "grać po niemiecku". Równo, konsekwentnie, na pograniczu faul, bez fajerwerków, ale skutecznie. Ale w 90 roku było inaczej. Franz ustawił graczy dość ofensywnie, Matthaeusa jako "dychę" za dwoma napastnikami i wszystko szło im jak z płatka. 4:1 z Yugo, a Yugo bardzo dawało wtedy radę. Stojković, talenty z Crveny Zvezdy (rok później PEMK), ogólnie doskonała technika, "Brazylijczycy Europy". A więc to 4:1 (i mniej znaczące 5:1 z ZEA) było ostrzeżeniem: tym razem, dla odmiany, strzelamy jak głupi. Kolumbia błysnęła błyskawiczną odpowiedzią Rincona w 90 minucie (1:1 z RFN), ale silniejsza kadrowo miała być za 4 lata. Niemcy się jednoczyli i ten entuzjazm przeiskrzył na murawę. Coś wisiało w powietrzu.

E – grupa dwóch liderów: Belgii i Hiszpanii. Żadne potęgi, ale dość wyraźnie lepsze od Korei (doh) i Urugwaju. Prywatnie uważam klasyków flamandzkiego futbolu, w rodzaju Scifo czy Ceulemansa, za wielkich zawodników, a i na budzie stał gość tylko z pozoru gorszy od sławnego poprzednika Pfaffa (chociaż apogeum miał przeżyć za 4 lata), więc mimo, że Iberyjczycy zwyciężyli ich 2:1, Belgowie wydawali mi się "poważniejsi". W Urugwaju próbował fikać Carlos Aguilera i dekadę później jak Xtina zawładnęła MTV, to mnie peszyła ta zbieżność.

Grupa F. Smutek, chuj, gówno. O, przepraszam. Ale serio jak tu się nie wkurwić. 1:1 z Egiptem?! Na papierze prawie same gwiazdy – tercet mediolański, bracia Koemanowie, Vanenburg i żelazne trzy "van" w formacji defensywnej. Rywale: Ramzy, Hassan, strzelec karnego Abdelghani. Błagam. To tak jakby side-project Orbity Wiru zagrał lepszy koncert niż Pavement w 1994. Co to ma być. To jest ten szakal wyborowy? To są ci spontaniczni triumfatorzy z ME 88? W ogóle kojarzycie kto ich trenował. Naczytałem się spiskowych teorii o złej atmosferze w drużynie. Resztę dopowiedzcie sami. Anglicy mocni jak zawsze, Irlandia z "najsympatyczniejszym trenerem świata" i sporym obskurem – CZARNOSKÓRYM (!) Paulem McGrathem (btw bardzo spoko obrońca). Ale kurczę, wśród tych rudzielców "murzyn, jak z kuriera" – wprawiał w osłupienie. I pamiętne kuriozum organizacyjne – same remisy poza 1:0 Angoli z Ramzesami, więc o miejscach Irlandii i Holandii decydowało... losowanie. Ale los nie był łaskawy dla moich pupili. Gdyby trafili na Rumunię, mogliby zawalczyć.

No to teraz JEDNA ÓSMA. O sprawie Higuity i bezlitosnego, acz pociesznie uroczego Milli (pierwszy komentarz pod filmikiem – he, he hehe, heh e,e ehe) napisano chyba tomy, więc daruję. Natomiast sensacją był pierwszy w dziejach awans Czarnego Lądu do ćwierćfinałów. Przy całej sympatii dla Kamerunu (zresztą w 82 też niezłe jajca odstawiali, choć na mniejszą skalę) – samba, rumba, czacza, czarownik etc. – nie można przemilczeć ich brutalności, tych czerwonych kartek i kopania po nogach w stylu najgorszych dresiarzy z petami w ręku – w ogródkach jordanowskich. Skuhravy wyskoczył jak Filip z Konopii, Bora był już bezradny.

W Turynie zaś doszło do jednego z najbardziej wstrząsających momentów w dziejach nowożytnego sportu (lol) – oczywiście przesadzam, ale nieprawdopodobna charyzma Diego w decydującej akcji z Kanarkami do dziś przyprawia o ciarki – zwłaszcza, że generalnie Brazylia napierała, a pasiaki nie grały dosłownie nic. Ale mieli Diego. Wystawiam 10.0 temu zdarzeniu (waga historyczna). Najlepszy utwór Diego na albumie też całościowo ocierającym się o rejony 9.5 (o tym więcej niżej) – ale jeśli w Meksyku zaprezentował Pet Sounds, to we Włoszech Surf's Up, if y'know what I mean (Diego = Brian, a reszta składu to Mike Love – te wszystkie ciamajdy a la Troglio, Giusti bądź Monzon tylko plątały się pod nogami i przeszkadzały, jak podwórkowe ofermy dokooptowane dla równej liczby czy z litości).

Później był płacz i zgrzytanie zębami w moim wykonaniu. Niemiaszki wykopały Holendrów za burtę 2:1 (dwa Klinsmanna), a świat oburzył się na rasistowskie teksty Voellera i równie chamską reakcję Rijkaarda. Kto nie widział (są tacy?) – proszę. Generalnie od tej chwili patrzyłem na turniej z dystansem (ale nadal dystans ten był tysiąc razy mocniej zaangażowany, niż moje dzisiejsze nieinteresowanie się). Irlandia-Rumunia – nuuuuudaaaa. Włochy-Urugwaj – Schilacci miał nosa, to nie był żaden wybitny piłkarz. Stojkovic ostro wymiótł z Hiszpanią (wirtuozeria gościa w ogóle!). Minutę przed końcem dogrywki i karnymi Platt przeforsował Wyspiarzy do 1/4, ale Belgowie "tanio skóry nie sprzedali", jak w przyszłości Pudzian.

Dziś już się to kiepsko pamięta, ale z jakiegoś powodu świat nienawidził wtedy Maradony. We Włoszech (poza, jasna rzecz, Neapolem) był po prostu wrogiem numer jeden. W innych krajach krytykowano jego nadwagę, pozerkę, gwiazdorzenie. W trakcie karnych z Yugo mój wujek żartował "ale bym chciał, żeby Maradona nie strzelił". I nie strzelił, ale Argentyna miała w bramce Sergio. Pacjent dosłownie dał ojczyźnie medal. Tego samego dnia sensacyjnie dzielnych Eire (!) dobił znów Schilacci – bo znów wiedział jak się ustawić. Tak zwany "farciarz". Franz kazał swoim chłopcom oszczędzać siły, antycypując metodę Engela z Azji – skoro na papierze, track-by-track, jesteśmy solidniejsi, to stójmy w miejscu, a i tak, wedle logiki, przejdziemy. Franz rzadko się mylił, trochę jak Maurer.

Do fascynującego widowiska doszło w spotkaniu Anglii z Kamerunem. Afryka była o krok od medalu. Ubieranie w słowa dramaturgii przebiegu tego spotkania = opowiadanie Source Tags & Codes. Trzeba zmierzyć się samemu. W każdym razie – najlepszy mecz całego turnieju i warto tu chociaż raz wspomnieć postać Linekera, dla obecnych nastolatków anonima, który był wielkim sportowcem (i człowiekiem, hehe – ale tak, tak). Fair play, kochani. Fair play.

Maradona grając z Włochami (sorry, ale tak to należy określić – poza Sergio i przebąkującym coś czasem Caniggią panowie uprawiali chodzonego drewniaka) miał komfort stadionu, na którym zdobywał mistrza Serie A. Dwoił się i troił – tradycyjnie już zmierzając do karnych. Raz jeszcze Bóg pozwolił mu na tę ściemę, podpowiadając Sergio w który róg walną Donadoni i Serena. Gospodarze odpadli, turniej automatycznie stracił znaczenie i lokalsi wrócili do oglądania swoich głupich telewizyjnych show (tych z udziałem publiki – brrr). Anglicy i karne – znacie to. Tym razem Pearce i Waddle – za 6 lat padnie na Southgate'a.

Wykonując karnego w "małym finale" (WTF), Schilacci, miesiąc przed MŚ praktycznie nieznany szerszej widowni, przypieczętował króla strzelców. A "duży finał"? Ziew. Diego robił to co zwykle – przetrzymujemy piłkę i czekamy na boskie zdolności Goycochei w karnych. Meksykański sędzia podyktował jedenastkę na 5 minut przed końcem. Nie wiem czy słusznie, niektórzy tragizowali, że nie (oceńcie sami), ale prawda jest taka, że turniej wygrała najlepsza drużyna. Do dziś nie wiem czemu strzelał Brehme, a nie "etatowy" Lothar. Maradona strasznie płakał. Nie dziwię się. Prawie udało mu się zdobyć tytuł mistrza świata w sporcie zespołowym grając praktycznie w pojedynkę (ze sporadycznym featuringiem, podkreślam, Caniggi i bramkarza). To byłby przekręt na miarę francuskiej strefy okupacyjnej w 1945 (ilu DeGaulle miał żołnierzy? 300? LOL). A ja dwa miesiące później poszedłem do podstawówki i świat nigdy nie był już taki sam.

USA 1994

Gdy dziś o tym myślę, amerykański, "egzotyczny" (wtedy rola soccera w USA = dzisiejsza Bombay Bicycle Club w indie rocku; stacje TV i tak pewnie nadawały jedną z 4 kluczowych, narodowych dyscyplin zespołowych – basket, baseball, hokej albo futbol "amerykański" czyli sport w którym quarterback "chodzi" z główną cheerleaderką) World Cup to moja ulubiona impreza sportowa ever. Po czerstwym, defensywnym i mało zaskakującym poprzedniku powiew świeżości był ogromny. Rozwiązał się wór z bramkami, swoje 5 minut miały totalne obskury i wszystko żyło, tętniło dynamiką, pulsowało. A może to sposób pokazania – czyli rewolucja w mediach – tak wpłynął na mój odbiór? Przebiegnijmy znów po fazie grupowej, alfabetycznie:

Group A. Co drugi ekspert w ankietach specjalistycznych magazynów nominował Kolumbię na "czarnego konia" imprezy. Dlaczego? Dwóch młodych (Asprilla i Valencia) w ataku, środkowa linia pod dyrekcją starannie ufryzowanego Valderramy, sprawni wyrobnicy w obronie. Znakomite wyniki w eliminacjach. I teraz tak. Wstaję rano po meczu z Rumunią (różnica czasu, rozgrywki w naszą noc – jako młokos pozwoliłem sobie tylko na finał, a tak to do północy maks), włączam Eurosport, oglądam i... przecieram oczy ze zdumienia. Co jest. Jakieś RUMUNY jadą Kolumbię typowaną czasem na medal? Ta degrengolada podopiecznych Maturany miała potem tragiczny finał. A Rumunom trafiło się – podobnie jak symultanicznie Bułgarom – najlepsze pokolenie kopaczy w dziejach. Hagi ("Maradona Karpat" – wyświechtaność) swoją drogą, ale Raducioiu, Dumitrescu, indywidualności w formacji defensywnej – czad normalnie. Gospodarze byli zbieraniną tak eklektyczną, że aż pasjonującą. Tony Meola budził respekt wizerunkiem bliższym wideo-hitowi Najlepsi Z Najlepszych, niż piłkarskiej murawie. Alexi Lalas wyglądem rozśmieszał rywali. No i trenował ich Bora. 22 "najlepszych z najlepszych" wyłowił z setek, z tysięcy kandydatów na barmanów. I choć mój ojciec, który przyleciał ze Stanów parę miesięcy wcześniej, zapewniał, że tam mało kto wie w ogóle CO TO ZA SPORT, nie wnikając w znajomość zasad czy skillsy – to USA wyszło z grupy. Szwajcarzy? Chapuisat (przechrzczony przez kolegę na "Szajbusa" – ech) grał z Borussią w finale UEFY (kontra Juve). Sforza imponował nazwiskiem i trochę umiejętnościami. Solidni, eleganccy, bez wyrazu.

Group B. Po latach cierpliwego grzania ławy, między słupkami w Kamerunie stanął Joseph Antoine-Bell. N'Kono był jednak lepszym bramkarzem. Szwedzi rozkręcali się z meczu na mecz. Już 2 lata wcześniej, na swoim terenie (ME), zachwycili duetem Dahlin-Brolin. Za Atlantykiem rozkwitł też talent Kenny Anderssona. Ludzie lubili Szwecję, bo jej asy grały z uśmiechem na twarzy. "Radosny rap, nie komercyjne gówno". Odrodzenie szwedzkiego futbolu to jeden z wątków przewodnich MŚ 94. Z kolei Brazylijczycy ponownie wypatrywali mistrza jak dzikusy (wygłodniali od 1970). Co to za potęga – komentowano – zawsze atrakcyjnie mieszają i odpadają z bezbarwnymi rzemieślnikami. Dlatego Parreira wpadł na pomysł – ten jeden raz zróbmy z Brazylii NIEMCY. Zaproponował krajanom "zakład Pascala" – "dajcie mi wolną rękę, zbuduję silną, zdyscyplinowaną, precyzyjną jedenastkę – i chociaż ostrzegam – nie będzie brasiliany, nie będzie cyrku, popisów i wyrywania lasek na zwody – to przywiozę Puchar". Dostał od narodu błogosławieństwo i pojechał z żelazną jedenastką, gdzie tylko środek obrony musiał szybko wymienić (weszli Aldair i Marcio Santos – i szansę wykorzystali stuprocentowo) oraz czasem Jorginho zastępował jego oficjalny dubler, a za parę lat kapitan kadry – Cafu, z tym słynnym tikiem nerwowym dłoń-twarz. Organizujący wszystko w pomocy Dunga i atak marzeń Romario-Bebeto gwarantowały sukces. Ale był to styl oszczędny, dokładny, minimalistyczny, twardy. Zero solówek i hurraoptymizmu. Koncentracja, poważne miny – dążymy do celu. I nie wiem jak to możliwe, ale przysięgam, że od pierwszego 2:0 z Rosją nikt nie miał wątpliwości – Parreira wygra te MŚ. Rzadko spotykana sytuacja. Wracając do samej grupy – jej puenta zaszokowała świat. Kobiety mdlały, mężczyźni skakali z okien. Rosja (w teorii całkiem przyzwoity skład) z iluzorycznymi szansami wyjścia ograła Kamerun 6:1, ale niejaki Oleg Salenko wbił aż 5 bramencji (tytuł tego filmiku!), a Kamerun odpowiedział jedną – za to osiemdziesięciosiedmioletniego Rogera Milli, który wszedł na boisko tylko po to, by dopisać sobie do życiowego dorobku występ na kolejnych mistrzostwach. Wszedł, dostał piłkę, zastawił się i... gol. Jak on to zrobił w tym wieku (87 lat!) kiedy raczej powinien spisywać testament? Pozostanie to jedną ze świętych, nieodgadnionych tajemnic World Cupu.

Grupę C przespałem. Boliwia odgrażała się, że Marco Etcheverry to nowy Maradona i pozamiata. Ta – chyba na wysokości dwudziestu kilometrów nad poziomem morza, tam u nich. Dostał czerwień i tyle pograł. W "Przeglądzie Sportowym" pokazali fotkę z meczu Niemcy-Hiszpania, gdzie Salinas i bodaj Voeller mają obaj zamknięte oczy, gdy piłka wiruje 10 centymetrów nad ich głowami. To sprawnie streszcza temat grupy C. Paradoksalnie najwięcej fermentu wniosła Korea, remisując z Hiszpanią 2:2 i aplikując Illgnerowi 2 kolejne gole, ale marny "potencjał ludzki" na więcej im nie pozwolił.

Ha, grupa D. Co tam się działo. Bułgaria zahipnotyzowała kibiców niewiarygodnym 2:1 na Parc Des Princes, gdzie odnotowano pewnie z tuzin zawałów u Żabojadów. Stoiczkow, Kostadinow – te nazwiska wymawiano pod każdą szerokością geograficzną (ehehe). I proszę ja was na dzień dobry ci bohaterowie z Paryża zbierają baty. Ale od kogo. Właśnie. Z początku nie planowałem nikomu kibicować, delektując się wielością kultur, gatunków, stylów, estetyk – jak teraz w muzyce. Ale gdy zobaczyłem że Yekini modli się w siatce po wbiciu gola Michajłowowi, to poczułem taką energię, że z miejsca kupiłem (w przenośni) szalik Nigerii. Ekscytację wzmagali następujący rządziciele: Amunike, Amokachi, Okocha, Finidi, Oliseh... Parę godzin wcześniej Argentyna rozgromiła Grecję (fikcyjni liderzy słabiutkiej eliminacyjnej grupy, pojechali z weteranami w guście Saravakosa) – na papierze dysponując w sumie najmocniejszym składem w dziejach, bo za Batigolem i Caniggią (władcy wcześniejszego o rok Copa America – ktoś się tym jarał?) operowali Simeone, Redondo i... sam Diego. Ale o Diego na MŚ 94 więcej już nic nie powiem, bo żal dupę ściska. Proroczy miał się okazać przedostatni tu mecz, Bułgaria-Argentyna 2:0. Albiceleste nie utrafili z formą, a Stoiczkow w oczach zmieniał się w niedorzecznego bossa. Nigeria miała być this edition's Cameroon. Ale sprawy w grupie E potoczyły się zbyt dziwnie, by do tego doszło.

W każdym turnieju jest jakaś grupa śmierci i w tym nie było inaczej. Grupa E przeszła do annałów za sprawą absurdu równej ilości punktów wszystkich ekip i równych stosunków bramkowych dwóch spośród nich (o miejscach zadecydowało losowanie – Irlandia dostała 2, Włosi 3 – i tu tkwił pech Nigeryjczyków). Taka bardziej hardkorowa wersja grupy F z Italii 90. Włosi zaczęli fatalnie, dostając od Eire 0:1. Roberto nie mógł jeszcze grać, bodaj za kartki (edit: a jednak grał! oto uroki rekonstruowania z pamięci). A gdy w następnym spotkaniu, z Norwegią, czerwień zobaczył Pagliuca, Sacchi zdjął właśnie Roberto, jakby dając mu do zrozumienia – "to nie jest to, gamoń, czego oczekuję". W ogóle roszady personalne, jakie uskuteczniał w USA Arigo = książka telefoniczna. Tylko on nadążał za najnowszą wersją prawdy. Norwegowie po wygraniu mega mocnej grupy eliminacyjnej – wyprzedzając Holandię, Anglię i, last but not least, trenera Strejlaua (hah) – zaskakiwali niemocą, choć pykali nawet przytomnie. Po rozedrganym remisie z Meksykiem mało kto stawiał na Włochów. Chaos tej drużyny nie pozwalał wierzyć w jakikolwiek pewnik, fundament, sens. Z historii wiemy jednak, że czasem jeden magik może odmienić aurę. Tu dygresja: a propos Meksyku. Wiem, że to popularna i lubiana załoga wśród kibiców. Też mnie bawili, ale z odrobiną pobłażania w tle. Otóż nieszablonowość owszem – ten dziki zryw, entuzjazm, kangurze skoki Blanco – fakt. Ale na nic się to nie przekładało. To jakby kapela, gdzie podczas koncertu muzycy grają na ukulele, dudach i samplują na żywo wokal, ale akordy są 3, w dodatku w trybie dur-moll-dur i w sekwencji harcerskiej. Z jednym wyjątkiem – uwielbiałem Camposa. Boniek go wyśmiewał ("miły, sympatyczny, ale zbyt niski..."), a mnie jarał ATTITUDE kolesia. Przypominam, grywał też jako napastnik w lidze meksykańskiej. To nie był wariat Higuita, tylko odkrywczy, nowatorski artysta wprowadzający konkretne innowacje do schematycznej roli bramkarza w piłce nożnej. Przełamywał bariery, łączył gatunki, był takim Zappą czy Beckiem goalkeepingu. A że nie przyjęło się – to już nie jego wina.

Grupa F miała Holendrów. Do samego końca, ja, naiwny chłopczyk, regularny czytelnik "PS", wierzyłem w perfidnie rozpowszechniane plotki, że Marco wyleczy kontuzję na czas i pojedzie do Stanów. Bo dla mnie skład Holandii na ME 92 to było marzenie. I tak kombinowałem: mój ukochany trójkąt z Milanu, paru jeszcze w miarę jarych staruszków + nowe objawienia, typu młodziutki Bergkamp, de Boerowie, Overmars, Bryan Roy czy Rob Witschge = w najskrytszych fantazjach widziałem jak triumfują w USA. Marco oczywiście nadal chodził o kulach, gdy sędzia po raz pierwszy gwizdnął w Ameryce. "Oszukali mnie!" (Cygan). Holendrzy się długo rozkręcali. Advocaat, mimo wątpliwego imienia, znajdował chyba lepszy język z piłkarzami, niż Leo we Włoszech. Porażkę z sąsiadami zadedykował im Preud'homme – tego dnia nie do pokonania – ale z całej grupy jedyni aspirowali do medalu. Arabia Saudyjska i Maroko? Nie no parę znakomitych, obskurnych nazwisk przywołam: Sami Al-Jaber, Mohammed Al-Deayea, Fuad Amin, Mustapha Hadji... Ale to trochę jak wzmiankowanie formacji El Dupa – bardziej za tytuły kawałków, niż same kawałki.

1/8. Potwornie męczyli się Niemcy z Belgią. Chyba nie wspominałem jeszcze o upałach – wiadomo, pot lał się na tych MŚ strumieniami. A Niemcy grali z grubsza składem zwycięskim z Italii i te trudy odczuwali wyjątkowo mocno. Hiszpanie wygrali ze Szwajcarią profesjonalizmem, doświadczeniem, ogładą, savoir-vivrem. Szwedzi – mówiłem już o ich optymistycznym, pozytywnym parciu do przodu. Pojechali Arabów.

Jedno z dwóch niekwestionowanych arcydzieł MŚ w USA odbyło się w Pasadenie, gdzie Rumunia po pięknych, przestrzennych akcjach (dużo reverbu) zwyciężyła 3:2 Argentynę. Hagi strzelił nawet gola prawą nogą! Ach te bałkańskie kontry. Drętwa teoria, że zawsze w turnieju musi objawić się rewelacja z demoludów – znów się sprawdziła. Diego patrzył na to z trybun i autentycznie lamentował. Niestety, przykre to, ale akurat na tym etapie człowiek ów budził sporą odrazę.

Holandia już weszła we właściwy rytm i spławiła Irlandię. Ale ogromne napięcie towarzyszyło epickiej przeprawie Brazylii przez obronny mur drużyny amerykańskiej. Dopiero na kilkanaście minut przed końcem Romario idealnie obsłużył Bebeto i ten... Zobaczmy czego dokonał. Poezja. Bilard. I ponoć Bebeto rzekł kilka sekund później do Romario "kocham cię". Jak się zna portugalski, to niby widać to, czytać z ruchu jego ust. A więc tak jak z Kostaryką w 90, Bora znów nie powtórzył 1/4 z (też gospodarzami) Meksykiem w 86. Ale zauważmy, że znów wyszedł z grupy. Czarodziej. Istny iluzjonista wśród selekcjonerów.

Równie (bardziej?) monumentalna narracja rozegrała się nazajutrz. Nigeryjczycy, niby nieprzewidywalni, stanęli wobec rozdygotanych Włochów, których Arigo w grupie traktował jak pionki na szachownicy i przestawiał tak, jak akurat podpowiedziała mi ciotka (blefuję). Amunike wyprowadził Czarny Ląd na prowadzenie, które utrzymywało się aż do 88 minuty. Drugi w dziejach kosmosu ćwierćfinał dla Afryki był o włos. Włosi grali kiepsko, ale tak jak kiepska Argentyna miała w 90 roku Diego, tak u nich stery przejął Roberto. Jego gigantyczne wyczyny klubowe (gromienie kogo popadnie przez Juve) nie przekładały się dotąd na dyspozycję w USA – pewnie z powodu przewlekłej, odnawiającej się kontuzji. Jeśli wyżej o Bebeto użyłem terminu "bilard", to przy bramce wyrównującej Baggio powiem – papier milimetrowy. Miazga. Nie kumam, nie ogarniam, nie wiem ocb. Biednych, oniemiałych Nigeryjczyków, którym kibicowałem, wryło w ziemię. Ale przy całej swojej złości uznałem wyższość maestrii RB. Buddysta wszedł w trans i w dogrywce dobił ich kunsztownym karnym słupek-bramka, zostawiając Rufaia bez szans ("nawet gdyby POBIEGŁ w tamtym kierunku" – by Zibi). Italia weszła do top ósemki. Arigo – świr, niepoczytalny, ale z dumą triumfował. Nieokrzesany, na specjalnych prawach, bo nagle Włochy uwierzyły w cuda. A te miały jeszcze nadejść. Pierwszą rundę "pucharową" zamknął wyrównany mecz Meksyku z Bułgarią. Meksyk w 1/4 nikogo by nie zdziwił, ale Bułgaria to już niespodzianka, nie? Stoiczkow "posiadł" te boiska, odnalazł sekretny przepis na brylowanie w USA. I wcale nie miał zamiaru pasować.

Każdy z 4 ćwierćfinałów porywał. Roberto raz jeszcze przechylił szalę na stronę włoską w ostatnich sekundach – tym razem strzelając z niemal zerowego kąta Zubizarretcie (okej, brama Dino z 40 metrów też nie ułomek). Łzy w oczach, ale był też skandal – nieodgwizdany karny dla Hiszpanów i czerwień dla Tasottiego przyznana post-factum... Po latach nikt nie będzie o tym pamiętał – historię piszą zwycięzcy. Podobna mądrość kwituje drugi z najlepszych meczów w USA – Brazylia-Holandia 3:2. Co ciekawe do przerwy ziewałem (bez bramek). W drugiej odsłonie – najpierw słynna kołyska Bebeto, Mazinho i Romario, która w rzeczywistości trwała ledwie 3 sekundy – a dziś rozdmuchuje się ją do rozmiarów jakiegoś happeningu. Ale słodkie to, owszem. A potem kolejny drobiazg, który nie przetrwał w społecznych przekazach – wyrównanie Holendrów, niepozorne, a zdradzające wielką klasę i formę tego zespołu. No i wszystko rozstrzygnął Branco – jego wolny mierzony wygiętą linijką bezwzględnie dobił ambicje Pomarańczowych.

Następnego dnia Bułgarzy dokonali cudu i wyeliminowali obrońców tytułu. Wtedy wydawało się to nierealne, ale jak pisałem – Klinsmann, Mathaeus czy Kohler wymiękali kondycyjnie. Po wolnym Stoiczkowa wszyscy chcieli tak strzelać na podwórku. Szaleństwo. Za to główkę Leczkowa porównywano do szczupaka Szarmacha z Włochami w 1974 roku. Ach te analogie. Wieczorem w wyrównanej potyczce Szwedów i Rumunów triumfowali ci pierwsi, na karne. "Strasznie zadowolony Ravelli" brzmi w 2010 jak zapowiedź "bardzo zadowolony typ" (Familiada).

Roberto Baggio był najlepszym piłkarzem świata gdy wychodził na półfinał z Bułgarią. Jak inaczej określić gościa, dzięki któremu zamiast odpaść w 1/8 Włosi walczyli teraz o najwyższe laury? I żeby nikt nie miał wątpliwości, dorzucił dwa rasowe gole. Jego hiper-celne trafianie tuż obok słupka stało się takim znakiem rozpoznawczym, podpisem, wyróżnikiem. Ale Złotą Piłkę zgarnął potem Romario – pewnie w znacznej mierze za "dotyk Boga" w końcowych minutach męczarni ze Szwecją (jego rozłożone ręce w geście "palacz" – zero polemiki z mojej strony). "Ten namniejszy na boisku". Swoją drogą unikatowy napastnik, jakże inny od typowego Brazylijczyka. Przyczajony, mało ruchliwy, marne warunki fizyczne nadrabiający intuicją, wyczuciem i wielką koncentracją. Gdyby na podstawie stylu gry jednego zawodnika zdefiniować styl gry całej Brazylii w 94 – to byłby to Romario, sprytnie oszczędzający siły w nieziemskich upałach i uderzający piłkę tylko wtedy, kiedy trzeba.

Szwedzi rozgromili Bułgarię i zajęli trzecie miejsce. A finał? Baggio, z tym wielkim białym plastrem na nodze, zmagał się z urazem i nie umiał poderwać kolegów. Warto dodać, że w przeciwieństwie do Argentyny 1990, która *naprawdę* miała 2.5 wybitnego gracza, to Włosi w 94 z fazy na fazę się docierali i osiągali wysoką formę. Lecz w finale najważniejsze było "nie stracić". Brazylia też grała macando, chociaż szczaw o pseudonimie Viola postanowił w dogrywce sam rozwiązać kwestię mistrzostwa (pamiętny krzyk Szpakowskiego "Viola, no strzelaj, strzelaj!"), ale mu się nie udało. Komiczne, że Parreira wpuszczał na plac jakiegoś Violę, a na ławie cały turniej przesiedział nastoletni Ronaldo (wtedy jako Ronaldinho) – tak, w przyszłości popularny "hamburger". Kiedy przyszło do karnych, wszyscy podświadomie wiedzieli, że Puchar należy się najrówniejszej i obiektywnie najlepszej drużynie imprezy – Brazylii. I człowiek, który dosłownie wprowadził Włochów do finału – autor zapierających dech w piersiach końcówek z Nigerią i Hiszpanią oraz zwycięstwa nad Bułgarami – przerzucił karnego nad poprzeczką. Tak musiało być – sprawiedliwości stało się zadość, harmonia we wszechświecie, dobro zwyciężyło. Canarinhos zabrali Puchar po raz pierwszy od 1970. Nigdy wcześniej nie było finału bez bramek w regulaminowym czasie, ale emocji nie brakowało. Rok później Brazylia w całkiem podobnym składzie przegra w finale na karne Copa America z gospodarzami, Urugwajem, gdzie łabędzi śpiew odstawi 35-letni Enzo Francescoli. Ale to już materiał na inny felieton.
(Porcys Media, 2010)