MICROPHONES

 

It Was Hot, We Stayed in the Water (2000, lo-fi/indie) 8.0

Nałóż słuchawki, nastaw płytę; nie domyślisz się, co cię spotka. Nie wiesz, nie masz pojęcia dosłownie. I tak już do końca. Nie będziesz pewien ani jednej osobnej nuty.

Ponadminutowe otwarcie It Was Hot, We Stayed In The Water jest pewnie najoryginalniejszym otwarciem albumu, na jakie się natknąłem. Gdybym w tym momencie zdradził, na czym ta oryginalność polega, pozbawiłbym was wielkiej przygody, jaką niewątpliwie będzie pierwsze odsłuchanie "The Pull". Nie mam serca tego robić, nie chcę zepsuć niespodzianki. (Zepsułeś mi niespodziankę, Borys.) Zamiast wdawać się w dokładny opis, nadmienię tylko, że nikt wcześniej czegoś takiego nie wymyślił. A wszystko polega na tak prostym zabiegu. Jedynie Phil Elvrum mógł na to wpaść.

W ogóle, kto nagrałby taką płytę? Tylko Elvruma i jego szaloną kompanię stać na równie abstrakcyjne, co unikatowe pomysły. It Was Hot, We Stayed In The Water jest pracą teoretyczną na temat tego, co jest, a co nie jest muzyką popularną. Idea to maksymalne odwrócenie standardowych proporcji zwykle obowiązujących w rocku. Takie pojęcia, jak zwrotka, refren, mostek, solówka, riff, piosenka, utwór instrumentalny, rytm, rym i wiele innych już dawno zostały zdefiniowane; więcej: każdy, czy to przy ognisku z grupą przyjaciół, czy w profesjonalnym studiu nagraniowym posługuje się nimi swobodnie i pewnie. To są reguły, których ciężko nie przestrzegać, nawet, jeśli się bardzo chce. One są w nas zbyt głęboko zakorzenione.

Kiedy słyszycie fajny, nośny motyw na cztery, to wiecie, że takt następny będzie od poprzedniego w jakimś stopniu zależny. Albo się powtórzy, albo będzie jakaś progresja, albo pasujący akord. To super! Ja też to lubię, bo jeśli motyw jest naprawdę przyjemny, to czy trzeba czegoś więcej? Elvrum odpowiedziałby, że trzeba. Swą twórczością stara się jakby dowieść, że cały układ może działać na odwrót. Że muzykę rozrywkową można robić inaczej, niż się przyjęło. Że słuchacz potrzebuje zaskoczenia, niejednoznaczności, momentu zawahania. To jest wręcz rozprawa o istocie piękna, jego dostępnych odmianach. Mówię wam, cała akcja jest na poważnie. Elvrum wykracza swoim działaniem poza krańce muzyki pop. On rewolucjonizuje postrzeganie estetyki w jej ogólnym kontekście.

Słuchając It Was Hot niejednokrotnie doznaje się dziwnego wrażenia. Phil i jego współpracownicy (spora to grupa, w ślicznie rysunkowej wkładce do płyty pojawia się siedem nazwisk) najzwyczajniej sobie z nas drwią. Tak jest w owej słynnej sztuczce ze wspomnianego "The Pull". Tak, jak w całym "The Pull", tak i w pozostałych fragmentach albumu nigdy nie wiadomo, co się zaraz wydarzy. Weźmy "Ice" – zaczyna się jak rozpędzony do granic możliwości rock, ale po czterdziestu sekundach wypływa zeń czysta, dziewicza impresja z dzwonkami i delikatnym dialogiem wokalnym przy akompaniamencie akustycznej gitary; efekt końcowy jest już wprost zapożyczony od awangardowców. "(Something)" to cudna ballada, ale tak udziwniona, że nie łatwo to odkryć; później zmienia się w zupełną hipnozę. "Between Your Ear And The Other Ear" to też akustyczny trans, tak naturalny, że można nim oddychać.

Powiedzmy teraz o "The Glow", absolutnym opus magnum, nie tylko It Was Hot, ale całego dorobku Microphones. Zaczyna się niepozornym brzdąknięciem w nylony. Oddajmy głos mistrzowi ceremonii: "The blow came down from the hills / Followed by snow / The snowy blow". Sposób wypowiadania tych słów przez Phila odróżnia go od tysięcy innych wokalistów na świecie. Ale nagle, co to? Największy paraliż od miesięcy. Jak oni to zaśpiewali? Ile ich było? Nakładki, czy na setkę? O co chodzi? Twierdzę, że przed usłyszeniem tego chóru, oddającego całą głębie istoty człowieczeństwa, byłem osobą uboższą. Nie tylko o doznania stricte muzycznie. I teraz tak: jesteśmy na wysokości półtorej minuty. A "The Glow" trwa jedenaście. Co tam się dalej dzieje! No przecież nie zdradzę ani jednego szczegółu więcej. Dość, że jest to jedno z najważniejszych nagrań psychodelicznej muzyki rockowej ostatnich lat.

A cały sekret muzyki Microphones tkwi w tej specyficznej wrażliwości. W tym niewinnym, dziecięcym głosie Elvruma. W poczuciu wyjątkowego kolektywu między członkami zespołu. W charakterystycznym dla klimatu It Was Hot cieple. W redefinicji kategorii piękna. Tę płytę tworzy także, na równi z Elvrumem i jego przyjaciółmi, każdy, kto jej posłucha. Trzeba wiele wnieść od siebie, żeby odnaleźć się w surrealistycznym świecie Microphones. Ale gdy pozwolicie, by artyści za rękę poprowadzili was w pozornie niedostępne miejsce, okaże się, że nie ma tam nic strasznego. To tacy sami ludzie, jak wy, tylko, że mniej od was zakłamani, bardziej serdeczni. A na koniec będą na was czekać organy.
(Porcys, 2002)

The Glow, Pt. 2 (2001, lo-fi/folk) 9.4

Parę miesięcy temu, ogłaszając światu nasz skromny ranking najlepszych płyt roku 2001, poprzedziliśmy go wstępem, w którym znalazły się i te słowa:

Nie wiemy, czy to są najlepsze płyty, jakie w ogóle się w 2001 ukazały na całym świecie, natomiast na pewno najlepsze z tych, które znamy. Co chwila słyszy się teraz przecież o kolejnych rewelacjach! Kto wie, czy kilka z nich nie byłoby w stanie dużo w tym rankingu pozmieniać. Dlatego już za rok, lista ta mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

Ooh, you're damn right. Oczywiście, że wygląda inaczej. Formuje się na nowo z każdym dniem. Po pierwsze, w momencie publikacji tego podsumowania, byliśmy ledwo świadomi obecności na naszych półkach kilku wyzywających tytułów, nie wspominając o ich dobrej znajomości. Patrzę tak sobie na tę naszą dziesiątkę, patrzę i nie wiem. Gdzie, u diabła jest Solex? Gdzie Unwound z epicką psychodelią Leaves Turn Inside You? Prefuse 73 się otarło, ale też mi go brakuje. I tu tylko mówimy o naszym duecie. A co, gdyby do gry włączyli się inni redaktorzy? Myślę, że tacy wykonawcy, jak Herbert i Jelinek mieliby spore szanse na zagoszczenie w porcysowym panteonie. Może nawet Hood, może Cannibal Ox, lub O'Rourke. You never know. Z tym, że proces poznawania płyt z 2001 już po jego zakończeniu jest tylko jedną odsłoną układanki. Drugą stanowi zmiana dotychczasowych zapatrywań na jakość danego albumu. Niejednokroć zmiana przełomowa.

Zrozumieć Phila Elvruma. Naprawdę nie jest łatwo załapać, o co chodzi temu kolesiowi.

Cóż, łatwo nie jest. Kiedy przyszło olśnienie, było już trochę późno. Minęło parę dobrych tygodni od momentu, w którym razem z redaktorem Zagrobą rozprawialiśmy o The Glow, Pt. 2. Jasne, od początku kumaliśmy inność Microphones od reszty niezal-rocka, od początku się nią zachwycaliśmy. Ale jak piorun postrzeliło nas odkrycie sedna. Pozwólcie mi się kajać, drodzy czytelnicy, i mówię to także (na jego osobiste życzenie) w imieniu Michała. Tak naprawdę szokująca, przerażająca wizja The Glow, Pt. 2 uderzyła nas z pełną siłą całkiem niedawno. Fuck. Co z nas za recenzenci. Myślałem, że Elvrum zrobił intrygujący eksperyment, uczuciowy ekwiwalent intelektualnego spojrzenia na muzykę rozrywkową. Właściwie, to nie.

Wymiar nowatorstwa dzieła młodego twórcy ze stanu Waszyngton jest szokujący. Strach ogarnia, gdy pomyślimy, że kiedyś, za kilkadziesiąt lat, Elvrum będzie się wydawał tak tragicznie sam w tym, co robił. To ten szczególny moment, w którym wyprzedzenie swojego czasu w muzyce nie cieszy, lecz przeraża. Paradoksalnie, moment największego uznania dla tej płyty przeżyłem nie podczas jej słuchania, ale zupełnie kiedy indziej. Podczas zimnej analizy, którą przeprowadzałem sobie w głowie. (Gdzie jest napisane, że płyt należy tylko słuchać, a nie myśleć o nich?) Okazuje się, że Michał uczynił to samo. W jednej chwili nasz dotychczasowy stosunek do The Glow, Pt. 2 uległ przeobrażeniu.

Chodzi tu o metodę krytyki. Zgodzimy się, że muzykę popularną można (zasadniczo, upraszczając) oceniać dwojako. Po pierwsze, przeżywając. Po drugie, myśląc. Przykładowo, drugi, czy trzeci krążek Beatlesów, według metody pierwszej był zajebisty, choć według drugiej metody, nie miał, w momencie wydania (uhm, bo później, jak słusznie zauważył zastępca dowódcy wyprawy, tak) żadnego znaczenia dla rozwoju rocka. Nazwijmy pierwszy sposób metodą tradycyjną, a drugi – metodą strukturalną. Żadna z nich nie ma absolutnej racji. Żadna nie jest doskonała. Do pierwszej wystarczy jako taka orientacja w terenie i zdrowy słuch. Do drugiej potrzebna jest gruntowna wiedza. W Porcys w 99% sytuacji korzystamy oczywiście z metody tradycyjnej, głównie z tego powodu właśnie. (Choć i tak wiemy sporo, huh.) Zresztą, wszyscy, z jakimiś zupełnymi wyjątkami, tak robią.

Gdyby przyłożyć do The Glow, Pt. 2 miarę surową, bezwzględną, odartą z cholernego nawyku, jakim jest pieprzone easy-listening, to na pierwszy plan wysuwa się automatycznie innowacja, która w dramatyczny sposób odgranicza Microphones od całej reszty poszukujących artystów. Chodzi mi o teksturę, charakteryzującą wszystkie niemal zawarte na płycie utwory. O gitarę akustyczną z nylonowymi strunami, brzdękającą sobie cicho w tle. Brzdąkającą, bardzo często, bez jakiegokolwiek podziału rytmicznego. "The Mansion" nie ma żadnego rytmu. Jest to utwór całkowicie "free" w tym sensie, że nie ogranicza go żadna miara zewnętrzna, może się rozwijać w dowolny, właściwy sobie sposób. Teraz przejdźmy do wniosków. Ciekawe, czy ktoś zdaje sobie sprawę z doniosłości tego odkrycia. Rozluźniając więzy taktów w folkowym podkładzie, Elvrum jednym szusem wskoczył o jeden (o kilka?) stopień wyżej. Mogę to porównać do przełomu, jakiego w bluesie dokonał Captain Beefheart. Nawet genialny Tim Buckley eksperymentował we "wnętrzu", zachowując zwykle formalne podstawy kompozycji, choć jego wpływ na The Glow, Pt. 2 jest coraz wyraźniejszy.

Kolejne zagadnienie to kontekst samych piosenek. Abstrahując od owocnych eksperymentów, którymi zająć się raczej powinna profesura w Berklee, trzeba przyznać, że Phil jest obecnie jednym z największych songwriterów świata. Jego podejście do narracyjności jest równie rewolucyjne, co próby poszerzenia tkanki dźwiękowej. Używając brzmień jako komentarza do swoich intymnych opowiadań, Elvrum zabiera słuchacza w metafizyczną podróż, w wędrówkę po własnej podświadomości. Jego poezja, bo inaczej nazwać tego nie potrafię, dorównuje największym mistrzom, z jakimi miałem okazję się zetknąć, a ze względu na kierunek edukacji, którym podążam, nie było ich mało. Starając się maksymalnie rozdrobnić i przybliżyć swoją relację z nieodgadnionym, tajemniczym światem przyrody, Phil ukazuje – nagle jakże wyraźną i bijącą po oczach – istotę człowieczeństwa. I jeszcze ta opozycja: Phil / reszta. Dziś, gdy świat zmierza ku jakimś strasznym historiom, on dzieli się szczegółowo swoimi organicznymi reakcjami na powietrze, wodę, śnieg, ciszę, niebo. Nie można tego człowieka nie kochać – miłością, jaką darzymy zazwyczaj bliskich nam artystów.

Takie wersy, jak "The Thunderclouds broke up / The rain dried up, the lightning let up, the clacking shutters just shut up" dobitnie potwierdzają, że chodzi o głębokie, filozoficzne wręcz rozważania na gruncie tak bliskich nam doświadczeń. We wzruszającym "The Moon" Phil prowadzi pasjonujący monolog, dochodząc do ponadczasowej konkluzji: "We felt safe and discovered that our skin is soft / There's nothing left except certain death". Całkiem odkrywcze wyznanie, jak na wspólne obserwowanie księżyca z dziewczyną. Ciepło, jakie bije od tego utworu, to ciepło fizyczne, normalnie rozgrzewające od środka. Innym razem Phil znów bierze się za filozofię międzyludzką: "I'll not contain you / I won't look for you in my room / Through lengthy talks I'll not contain you". Albo znów powrót do empirycznej percepcji, która cieszy go jak małe dziecko (z "I Want To Be Cold"): "It's raining on me / I don't want it to stop". Aż po zakończenie albumu: "They know my red blood is warm still".

Dosyć tych analiz. The Glow, Pt. 2 zbyt wiele zawdzięcza swojemu wdziękowi i gracji, żeby roztrząsać je teraz w jakimś artykule. Chciałem tylko zaznaczyć, jak wielkie znaczenie dla naszej "świadomości słuchalnej" ma ta płyta. Jak powiedział niedawno Michał: "Cholera, to jednak jest arcydzieło". Tak. Gdybyśmy dziś oceniali, to poniżej 9.0 nie miałoby to prawa zejść! Lecz my i tak jesteśmy tylko słuchaczami. Tymczasem za sto lat okaże się, z pewnej perspektywy, że Microphones byli jedyną grupą swoich czasów, która naprawdę wyczyniała nowe rzeczy. Oto jest, pierwsze wielkie dzieło sztuki dwudziestego pierwszego wieku. Nie płyta, ale dzieło sztuki. I wciąż w nas rośnie, wciąż kiełkuje. Minął zaledwie rok od ukazania się The Glow, Pt. 2. Nie zamierzamy jakoś zaraz umierać, więc nie zdziwcie się, że kiedyś będzie to nasza płyta wszech czasów.
(Porcys, 2002)

Nie wiem czy jakikolwiek inny chłopiec z gitarą akustyczną potrafiłby doprowadzić mnie do łez po prostu trącając struny i mamrocząc coś pod nosem. Standardowe próby rzeszy alt-country'owców aspirujących do wypreparowania jakiejkolwiek metafizyki wydają się przy tych piosenkach toporne i nudne. Dowód na to, że folkowe mendzenie może być absolutnie odmienne, że potęga indywidualnego głosu nie zginęła, że o najistotniejszych, nieraz najtrudniejszych sprawach można mówić bez intelektualnego zadęcia i internetowej blazy. Tylko znajdźcie mi więcej takich Elverumów. No właśnie.
(T-Mobile Music, 2011)

Mount Eerie (2003, lo-fi/drama) 9.1

Na Wikipedii to dzieło jest zaliczone do krainy indie rocka – niezły żart. Dziesięciominutowy wstęp "The Sun" (manipulacje szumami w stereo, egzotyczne obrzędowe bębnienie i rytualne trąby – warto sprawdzić na słuchawkach) nie ma z indie rockiem nic wspólnego, a potem Phil brzmi jak natchniony folkowy freak, który sprawuje pełną kontrolę nad tym quasi-słuchowskiem o własnej śmierci i o tym, co stanie się dalej. Brzmi pretensjonalnie, ale to Phil Elverum – najmniej pretensjonalny muzyk jakiego można sobie wyobrazić – i dlatego zamiar się powodzi. A jak w tym koncepcie funkcjonuje "The Solar System" – chyba najbardziej bezbronna, naga, ostateczna w wymowie pieśń Elveruma, wykonana na głosy z przyjaciółką imieniem Mirah – nie mam pojęcia.
(T-Mobile Music, 2011)

* * *

Księżyc, żar i miecz samuraja

Niedawna wizyta Phila Elveruma w Polsce to był prawdopodobnie przypadek niewspółmiernie najmniejszego rozgłosu wokół wydarzenia muzycznego w kontekście jego realnej wartości artystycznej jaki pamiętam w naszym kraju. Projekt o nazwie Microphones, którego opus magnum The Glow, Pt. 2 z jesieni 2001 nie załapało się na obowiązującą od wakacji 2002 ogólnoświatową "modę na indie", wciąż funkcjonuje w głębokiej niszy. Stąd też kameralne występy dwudziestodziewięcioletniego Phila były gratką dla wąskiej grupki wtajemniczonych. Gdyby to jakiś Win Butler przyjechał do nas na solowe pogawędki z gitarą, media trąbiłyby o tym z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, a nadwiślańscy czytelnicy wyspiarskiej prasy muzycznej szczytowaliby kolektywnie w spazmach euforii, czyż nie?

Niestety, jedyna wzmianka o Microphones, jaką zauważyłem w brytyjskich magazynach rockowych, to krótka recenzja The Glow, Pt. 2, która ukazała się w "Q" z pewnym opóźnieniem względem amerykańskich serwisów internetowych, dopiero w roku 2002. Recenzent uhonorował album dwoma gwiazdkami (na pięć możliwych) i określił jego stylistykę mianem "gloomy folk". Wyższe noty w "Q" dostały w tym okresie Blink 182, Muse i Tricky za swój masterflop Blowback. Popularność wpływowych portali zza Wielkiej Wody przyszła wraz z amokiem wokół debiutu Interpola. I mimo, że przy wielu okazjach temat The Glow, Pt. 2 powracał w najbardziej poczytnych miejscach sieci, to szeroki nastoletni fan niezalu, stanowiący dziś siłę napędową całego ruchu kulturowego, nie zawracał sobie już głowy dyskografią Elveruma (chociaż każdy jego longplay – i Don't Wake Me Up, i It Was Hot, i The Glow, i Mount Eerie, i wreszcie No Flashlight – to przecież perełka na własnych prawach). Reszta jest historią, choć do tematu przyjdzie jeszcze kiedyś wrócić.

Natomiast z punktu widzenia mikro-środowiska, z którego ja się wywodzę i które w pewnym sensie nadal reprezentuję, perspektywa jest trochę inna. Dla garstki moich znajomych, którzy zakochali się w twórczości Elveruma od pierwszego usłyszenia na początku tej dekady, artysta ów był zawsze kimś wyjątkowym – nie tylko wybitnym autorem piosenek, nie tylko kreatywnym producentem zdolnym przenieść kategorię "lo-fi" na zupełnie nowy poziom jakościowy, nie tylko wizjonerem innowacyjnych form z pogranicza słuchowiska, teatru, filmu i dźwięku. Ale również pewnego rodzaju autorytetem, cudownym dzieckiem, potrafiącym w wieku ledwie dwudziestu dwóch lat udźwignąć w kruchych, poetyckich tekstach wagę całego istnienia ludzkiego. Kolejne sezony mijają, a dorobek Phila jedynie zyskuje: budowanie napięcia za pomocą skromnych gestów, umiejętne operowanie kontrastami (sporadyczne wykorzystywanie hałaśliwej orkiestracji obok naturalnej ciszy) i delikatność niuansów ekspresyjnych wciąż odsadzają egzaltowane formacje typu wspomnianego na wstępie Arcade Fire. Zamiast karykaturalnych, katastroficznych wrzasków o nadejściu trzeciej wojny światowej, u Elveruma (pięć lat wcześniej) mamy subtelnie wycedzone "the sound of cars, the smell of bars... THE AWFUL FEELING OF ELECTRIC HEAT". "To jest różnica między dobrym a złym piłkarzem", jak mawiał niegdyś Zbigniew Boniek.

Chyba więc dobrze się stało, że w gronie piętnastu osób, które zasiadły w roli publiczności na specjalnym, kameralnym performansie Phila w studiu imienia Agnieszki Osieckiej w piątek, 30 maja, zdecydowana większość znała dokonania amerykańskiego "piosenkarza" na wyrywki i to od dawien dawna. To był naprawdę typ występu "dla wybrańców", "dla maniaków" – chociaż całkiem możliwe że rejestracja tej radiowej sesji zostanie w przyszłości wydana na oddzielnej płycie kompaktowej. Ale zapis audio w żadnym wypadku nie odda magii chwili, uroczystej atmosfery i swoistego sacrum, z którymi wtedy obcowałem i które złożyły się na jeden z najważniejszych koncertów w jakich uczestniczyłem. W sumie warunki były po prostu idealne. Krąg krzeseł ustawionych na scenie wokół krzesła przygotowanego dla Phila. Dwa mikrofony – niżej ten do gitary, a wyżej zbierający głos. Przyciemnione światełko. Wymarzona sceneria na występ ulubionego wykonawcy. Gdybym mógł wybrać czyjego koncertu chciałbym wysłuchać w tak perfekcyjnych okolicznościach przyrody, to zdaje się, że tylko Kylie Minogue A.D. 2001 pokonałaby Phila w tym konkursie. Jednak filigranową Australijkę zobaczę na żywo dopiero za tydzień i to w ogromnej hali. You can't always get...

Elverum pojawił się na sali nieco zaskoczony odświętną aurą i grobową ciszą, w jakiej go oczekiwaliśmy. Ubrany w wyblakły, jasno-seledynowy podkoszulek, białe wakacyjne spodnie i letnie klapki wyglądał jak turysta zwiedzający ruiny starożytnej budowli w jakimś południowym kraju. Niespotykana niewinność, szlachetność, dobroć i ciepło biły z jego oblicza. Tak, w realu Elverum jest taki sam, jak na płytach. Zaczął od duetu swoich najważniejszych kompozycji: cytowanego wyżej "I Want Wind To Blow", płynnie przechodzącego w "The Glow, Pt. 2". Całość (włącznie ze słynnym przejściem, oryginalnie wyciętym na ostrych przesterach) została bezbłędnie odegrana przy akompaniamencie akustycznej gitary z nylonowymi strunami. Te pierwotne wersje z powodu awarii technicznej już nie istnieją; na bis artysta wykonał obie piosenki ponownie i tym razem zdarzyły się wpadki, bo parę razy palce omsknęły mu się po progach. Symptomatyczne, że to, co najpiękniejsze, utracono w wersji materialnej, ale pozostanie w naszych sercach. Resztę repertuaru stanowiły co chwytliwsze i bardziej znane kawałki z płyt młodego mistrza (sam zaśmiał się nawet: "I'm playing my greatest hits"), z urokliwym "I Felt Your Shape" na czele.

W podstawówce kupiłem sobie biografię formacji Genesis. Tam na stronie 190 relacjonowany jest przebieg jednorazowego reunionu najsłynniejszego składu zespołu. W październiku 1982 Gabriel, Hackett, Banks, Rutheford i Collins zagrali razem wielkie standardy, napisane wspólnie w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Autor książki komentuje te scenę dość obrazowo: "ten widok wielu ściskał za gardło, dorośli mężczyźni płakali, a kobiety mdlały". Niewiele bym przesadził starając się w podobny sposób opisać nastroje na rzeczonej offsesji. I sądzę, że niewiele przesadziłem, dziękując Elverumowi nie tylko za wspaniały występ tego popołudnia, ale i za wszystkie jego albumy, które zmieniły sporo w życiu nielicznej, ale za to wiernej garstki fanów. Możliwość bezpośredniego, osobistego przekazania tych podziękowań to uczucie niezwykłe. A jeszcze kilka miesięcy temu, gdy Jędrzej (pokłony za inicjatywę i jej realizację!) przedstawił pomysł sprowadzenia Phila do Polski, wątpiłem w szanse powodzenia tego przedsięwzięcia. Jakże się myliłem.

Wzruszeń nie brakowało też kilka dni później w Krakowie. Wprawdzie zainteresowanie koncertem "przeszło najśmielsze oczekiwania organizatorów" i w efekcie mała komnata klubu Kawiarnia Naukowa okazała się zbyt ciasna aby pomieścić całą publikę bez dyskomfortu ocierania się o siebie, deptania sobie po butach i ociekania potem wskutek braku przewiewu (a upał był letni, nie wiosenny). Na szczęście atrakcje muzyczne wynagrodziły te niewygody. W roli supportu wystąpiła Woelv, prywatnie żona Phila. Jej minimalistyczny, medytacyjny folk lokował się gdzieś na przecięciu estetyki męża i awangardy wokalnej (nasuwa się skojarzenie z, ja wiem, Meredith Monk?). Po czym wyszedł Elverum, który nieco pożartował, wyczekał widownię w napięciu, by w finale poczęstować istnym koncertem życzeń. Spełniał dosłownie każdą prośbę. Zagrał i "The Moon" ze zmienionym tekstem, i legendarne "The Pull" (które się nie chce zacząć przez ponad minutę), i nawet... Nawet tę modlitwę ze słowami "I know you're out there", choć nadal trudno mi w to uwierzyć. I znów można było dostrzec w tłumie załzawione oczy – także u tych, po których bym się nigdy tego nie spodziewał. Ale zgodnie z przewidywaniami: jeśli nie Elverum, to kto.

Rok temu były kolega z zespołu w luźnej rozmowie zagadnął mnie: "Borys, twój ulubiony zespół, Beach Boys, przy całym szacunku dla ich talentu, był na maksa kiczowaty". Zdziwiłem się tą diagnozą i spytałem: "a co w takim razie uważasz za synonim anty-kiczu, za absolutne przeciwieństwo kiczu?". Po krótkim zastanowieniu mój rozmówca odparł: "Joy Division". W naszej kulturze "kicz" oznacza najczęściej przerost formy nad treścią pociągnięty do punktu, w którym przekaz przeradza się w absurd, groteskę, komedię. Albo rażące niedostosowanie formy do wyrażanej treści, dysproporcję między "niskim" i "wysokim". Gdy przywołam w myślach natchniony niski głos oznajmiający w Doorsowskiej manierze "she's lost control agaaaaain", mam dokładnie takie wrażenie. Ale kiedy słucham Phila Elveruma, to wiem że dla mnie właśnie on definiuje anty-kicz. Jako bezpretensjonalny śpiewak, komunikujący przy użyciu ubogich środków niezwykły ciężar gatunkowy, pozostaje prawdopodobnie ostatnim artystą indie-rocka, któremu można ze spokojem wytknąć zapominaną powoli cnotę: przerost treści nad formą.
(Offensywa, 2008)

Phil Elverum
2 czerwca, Kraków

"Please play 'The Pull'". "Ok, I'm gonna play this one". "You know, the one that goes 'My body stopped movin' and quickly got cold...'". "Yeaaah, I KNOW this song, heh". "Ja żem to, nie chwaląc się, uczynił". I były łzy, naprawdę. Naprawdę, nie kantuję. Batalia uroniła łzę. Tak, TA Batalia. Widziałem z bliska. Ain't no jokes, ain't no jokes.
(Porcys, 2009)