MAX TUNDRA

 

#58
BEN JACOBS
Max Tundra to zabawny gość. Od lat siedzi na Twitterze i niczym Zbigniew Hołdys bezwstydnie zagaduje do amerykańskich gwiazd mainstreamowego popu – tyle że oferując im napisanie czy wyprodukowanie kolejnego singla. Wyszukuje jakieś chore memy, sam je zresztą generuje, poluje na kuriozalne filmiki, seriale i zdarzenia. Jest w tym bardzo pozytywny, uśmiechnięty i nieuchronnie ironiczny. Die-hard fani niestety wiedzą, że zamiast tego Jacobs mógłby rocznie siekać kilka płytek wypełnionych kawałkami, które – według deklaracji samego zainteresowanego – "kończą się inaczej, niż zaczynają". Przy czym Ben jako jedna z niewielu osobistości alternatywnego środowiska muzycznego ostatnich lat przez taką metaforę nie rozumie brzmienia czy formy, lecz... tonację. Na swoich trzech longplayach wymieszał zamiłowanie do prog-rocka, gier video, IDM, Prince'a, Zappy, sophisti-popu, etc etc etc – i wyszło mu coś na kształt zwariowanego dźwiękowego komiksu, który zachwyca unikalną wirtuozerią kreski. Zaś nieliczne zawarte tam regularne "piosenki" są w sensie kwitów dokładnie takie: równie naiwne i infantylne, co "kurewsko posrane". Ben czasem twierdzi, że pracuje nad czwartym albumem. Trzymam kciuki.
(100 Songwriterów Wszech Czasów, 2015)

* * *

Mastered by Guy at the Exchange (2002)

To była karkołomna metamorfoza – na swojej drugiej płycie Ben Jacobs przeniósł akcent z chaotycznych, maksymalistycznych instrumentali na... pop. Oczywiście nadal słychać, że stoi za tym gość, który przesłuchał miliard płyt z tysiąca przegródek i zwykle chce zawrzeć te wpływy w obrębie jednego kawałka... Ale zaczyna śpiewać, zaprasza do mikrofonu siostrę Becky i serwuje serię takich hooków, że, za przeproszeniem, gacie spadają. Żartowano, że gdyby Prince grał taką muzykę w 2002, to nadal dostawałby najwyższe oceny od recenzentów. Ja tam myślę, że gdyby Prince grał taką muzykę w 2002, to oznaczałoby, że jest ufoludkiem.
(T-Mobile Music, 2011)

To nas Ben Jacobs zaskoczył. W dwa lata po zadziwiająco świeżym, pełnym zwariowanych pomysłów debiucie, gość zaproponował coś, na co nie liczyli nawet najwięksi optymiści. Mastered By Guy jest wszystkim i niczym, płytą popową i eksperymentalną, instrumentalną i piosenkową, żywą i techniczną. A co najważniejsze, jest płytą zajebistą. Stylistyczne pomieszanie z poplątaniem rzadko brzmiało tak przekonująco. Czerpiąc z całej historii easy-listening, Jacobs ostatecznie udowodnił swą unikatowość. Ślady takich artystów, jak Manhattan Transfer ("Merman"), Prince ("Lysine", "Lights"), Kraftwerk ("Fuerte"), późny Elvis Costello ("Hilted") i Dntel ("Acorns") są zauważalne podczas trwania albumu, lecz sposób komplikacji, poskładania i produkcji tak rozległego materiału jest właściwy tylko Benowi. Dodatkowo, jego siostra Becky użycza swego cudnie niewinnego głosu w kilku numerach, nadając całej koncepcji zwiewności i uroku. Zaś na szczycie urzęduje niejaki kawałek "Mbgate", jeden z najwspanialszych przykładów dekonstrukcji w ostatnich latach. Neurotyczny motyw i śpiew, przywołujące na myśl Fire Show, zostają nagle ożenione z dyskotekowym beatem a la Discovery Daft Punk. Śpiew powraca, a my spostrzegamy, że słuchamy normalnej piosenki. Możemy teraz tańczyć do funkujących ścinków wokalu w świetle futurystycznych stroboskopów.
(Porcys, 2003)

"So Long, Farewell"

Przeserdeczny, uwielbiany przez nas Ben Jacobs umila fanom oczekiwanie na swój trzeci longplay (ponoć premiera w 2007) częstymi remiksami i coverami. Tu bierze na warsztat pieśń ze słynnego musicalu The Sound Of Music, każąc swojej siostrze Becky śpiewać melodię pod rytm riffu "61over", do przyśpieszonego akordu z "Lysine" w tonacji "Labial". Niepostrzeżenie pocięty, zdekonstruowany bit prowadzi do transowego, electro-jamu, by powrócić ku przewodniemu motywowi w finale. Cały ten postmodernistyczny miszmasz brzmi więc jak brakujący skrawek Mastered By Guy At The Exchange i rzeczywiście mamy tu to, co najlepsze, a czego nie brakowało i na drugim albumie Tundry – zabawowe podejście do muzyki połączone z przyjemnym, skomplikowanym, ale uporządkowanym w wyobraźni szaleństwem i umiejętnością zrobienia czegoś ze wszystkiego. 
(Porcys, 2005)

Parallax Error Beheads You (2008)

Ben Jacobs – chodząca encyklopedia muzyki niedocenionej i mało wypromowanej – przekopał się przez morze płyt. A co gorsza znaczną ich część lubi, więc warto docenić, że jego własnej muzyki, przy takim bogactwie inspiracji, w ogóle da się słuchać. Ale chociaż na trzecim longplayu próbuje organizować chaos, ugładzić wybuchy i poskromić chęć siania zamętu – przez co chwilami zbliża się do ejtisowego sophisti-popu – to nadal obcujemy z kompozytorem progresywnym, dla którego skończyć piosenkę tak, jak się zaczęła, to blamaż. Z tych szaleństw wyróżniłbym "Number Our Days", "Until We Die" i oczywiście klasyczny od chwili opublikowania singel "Which Song". Szkoda, że – jak zarzeka się autor – ma to być jego finalne dzieło.
(T-Mobile Music, 2011)

"Which Song"

TS: "MBGATE" vs. "Which Song"

Poll Closing Date: Thursday, 31 December 2009 23:59

mbgate.jpg

MBGATE
Which Song
Vote

(Porcys, 2009)

Nadal nie wierzę, że to nie jest cover obskurnego hitu jakichś rumuńskich Papsów czy coś. Dziś już nie układa się tak RASOWYCH hooków. Póki co wyśledziłem tu skrzyżowanie Scritti circa Provision, "I Love Your Smile" Shanice i Prince'a z przełomu 80s i 90s, ale... kto wie. Jednocześnie paradoksalnie jest to PURE MAX TUNDRA, bo przecież brzmieniowo "Which Song" = "Cabasa". W każdym razie piosenka tak krzyczy ci w twarz "singiel roku", że można tylko podnieść ręce do góry.
(Musicspot, 2011)

***

Koncert Maxa Tundry
20 maja 2006, Warszawa
O tym już sie wypowiadałem na gorąco, więc tylko powtórzę zwięźle. Chodzi o to, że do mnie raczej koncerty nie przemawiają zwykle, ale im dłużej się zastanawiam, tym wyraźniej do mnie dochodzi, że ten występ artysty w ramach Projektu Praga był najlepszym (do tej pory) na jaki trafiłem w życiu. Nie da się opowiedzieć co tam się działo, a ponoć następne polskie wizyty Jacobsa już nie były tak piorunujące, więc może nie da się też nigdy tamtego czegoś odtworzyć. I się popłakałem i w ogóle. Dobranoc.
(Porcys, 2006)

* * *

najsympatyczniejszy klawiszowiec świata ("Lady Madonna", pamiętamy). emerytowany król muzycznego twittera. zagadywał do wszystkich gwiazd mainstreamu z ofertą produkcji i był w tym skuteczniejszy niż Zbigniew Hołdys. wyzywał chillwave'owców na songwriterskie pojedynki bez reverbu. żywy pomost między komercyjnymi hitami, a prog-rockowymi orgiami i elektronicznym origami.

gdy w maju 2006 na początku występu w warszawskiej Przetwórni Dźwięku wszedł na stół i zaczął śpiewać "Merman", jednocześnie gwałcąc kilka instrumentów naraz – popłakałem się ze wzruszenia. ponieważ przed laty publicznie chwalił Lake & Flames (zwłaszcza "North by Northwest"), to kiedyś odważyłem się wysłać mu linka do "Szanowni Państwo..." Manhattanu. co odpisał? "groovy track! it's ace".

groovy track. it's ace.

groovy track.

it's ace.

równo 15 lat temu Ben Jacobs wydał Mastered by Guy at the Exchange – nagrane z wokalną pomocą siostry Becky arcydzieło sophisti-IDM-popu. ale warto dodać, iż dwa pozostałe longplaye, wrzucane luzem tracki i remixy oraz śmieszkowe JUWENILIA (Selected Amiga/BBC Micro Works! With Love to Mummy!) też są pyszne i unikalne.

z tejże okazji, oto jego debeściaki według mnie + prywatne top 10:

1. MBGATE
2. Which Song
3. Lysine
4. Number Our Days
5. A Truce
6. Lights
7. Merman
8. Acorns
9. Lamplite On a One Horse Shoe
10. Hilted