MASSIVE ATTACK

 

Blue Lines (1991)

Pisano kiedyś w magazynie "Q", że to płyta, która uratowała zjawisko brytyjskiego hip-hopu. Interesujący punkt widzenia. Przyznam, że tytułowe "Blue Lines" to jeden z moich ulubionych hip-hopowych numerów, a to między innymi z tego powodu, że nie przypomina żadnego innego hip-hopu na świecie. Dyskretnie kołyszący, pieszczotliwie jazzowy, oddychający podkład zakoszony od Toma Scotta swoją drogą, ale rozplanowanie rapu w "Blue Lines" to majstersztyk. Tricky nie brzmiał jeszcze wtedy jak paranoiczny heroinowiec. Jego naszpikowane syczącymi aliteracjami wejście ("Can be with the one you love..."), podane z charakterystycznie bristolskim akcentem, muska sitko mikrofonu jakby koleś urwał się z krainy łagodności. Nieco mocniej tnie powietrze timbre 3D – wiecznie zaczajonego, twardo stąpającego po ziemi filozofa pół-włoskiego pochodzenia ("Mi chiamo 3D si sono Inglese" – cóż za chytry rym!). Obdarzony najgrubszą barwą głosu Daddy G dorzuca zaklęcia w rodzaju "Massive in the area, murderer...". Podobnie unikalny klimat mają "Five Man Army" i "Daydreaming". Tyle co do rapu. A są tu przecież dziwne, niepowtarzalne piosenki – "One Love", "Lately", "Safe from Harm" tudzież taki jeden patetyczny hymn trip-hopowy, może słyszeliście...

Protection (1994)

Szkolnych reminiscencji ciąg dalszy – tym razem z liceum. W 1998 roku kumpel z klasy pokazał mi królestwo trip-hopu i zniknąłem na jakieś trzy semestry. Wyemigrowałem wewnętrznie w oparach muzy Massive'u, Tricky'ego, Portishead, Nightmares On Wax i tym podobnych. Po wydaniu "Mezzanine" to był dla mnie najważniejszy zespół świata. Napisałem sobie srebrną farbą MASSIVE ATTACK z tyłu czarnego plecaka, w którym nosiłem zeszyty. Łykałem całą dyskografię Bristolczyków włącznie z remiksami, a "Protection" szczególnie łączyło w sobie cechy składanki typu "best of" i odstresowującego soundtracku. Ulubione fragmenty? Tytułowa ballada z wokalem Tracey Thorn, popisowe rapy Tricky'ego w orientalnym reggae "Karmacoma" i miejskim dramacie "Eurochild", zagadkowy śpiew Nicolette w "Three" i "Sly", ilustracyjne downtempo "Heat Miser"... Tylko ten cover Doorsów mogli sobie darować. Ale Horace Andy miał jeszcze udowodnić, że spisywanie go na straty było przedwczesne.

Mezzanine (1998)

Tyle wspomnień, tyle sentymentów... W 1998 roku namalowałem sobie srebrną farbą MASSIVE ATTACK z tyłu czarnego plecaka, w którym nosiłem zeszyty. W czerwcu fragment futurystycznego (ach ten klaustrofobiczny bas) utworu "Angel" ozdabiał jedną z najmroczniejszych reklam sprzętu sportowego w dziejach telewizji podczas Mistrzostw Świata we Francji. "Mezzanine" nabyłem wkrótce w nieistniejącym już sklepie Planet Music na placu Zbawiciela w Warszawie. Po wejściu do środka oczom klientów ukazywała się wielka plansza z logiem grupy i wystylizowanym, odrażającym, czarno-białym zdjęciem żuka. W czasach przedinternetowych takie niekonwencjonalne metody promocji ze strony majorsa potrafiły rozbudzić wyobraźnię i przełożyć się na realny wzrost sprzedaży albumu. Ba, bez łatwego dostępu do sieci szczegółowe rozszyfrowanie wszystkich linijek, jakie zapodają wokaliści na "Mezzanine" było ogromnym wyzwaniem i rozwijającym zajęciem na długie tygodnie. Na swoim trzecim longplayu Bristolczycy uciekli od korzennych wibracji "Blue Lines" i popołudniowej nostalgii "Protection" w stronę zimnej, odhumanizowanej, tajemniczej atmosfery, która zdradza więcej pokrewieństw z gotykiem, industrialem czy (duchowo rzecz jasna, a nie brzmieniowo) black metalem, niż z kawiarnianą odmianą trip-hopu. Grupa jest w stanie swobodnie przemienić dynamiczne bzyczenie otwierające nowofalową płytę "Ha! Ha! Ha!" Ultravox w rytualną mantrę bulgoczącą w sercu "Inertia Creeps" (nagranie to ktoś słusznie zestawił z etno-wibracjami "My Life In the Bush of Ghosts" Briana Eno i Davida Byrne'a). Na trójwymiarowym bicie "Risingson" rozgrywa się fascynująca gra wokalnych cieni, nieodparcie przywołująca wielkomiejski spleen. Niepokojąca dekontekstualizacja głosu reggae-śpiewaka Horace'a Andy'ego w "Angel" uosabia zachwyt i zarazem przerażenie wobec zurbanizowanej przestrzeni nocnej. Liz Fraser wnosi w te ciemne rewiry łyk światła swoim pozbawionym grawitacji, anielskim głosem. Dzięki niej klawesynowy poemat "Teardrop", stonowany romans "Black Milk" i orientalizujący, nawarstwiony fresk "Group Four" nabierają pozorów mistyki. Z kolei przesterowane gitary uzupełniają tę epopeję o element złowrogi, prowokujący, okrutny. Lecz wspomniany Andy dwukrotnie daje nam iskierkę nadziei w postaci dwóch odsłon interludium "Exchange". Że się powtórzę – to dzieła pokroju "Mezzanine" dezawuują w moich oczach talent twórców takich jak Burial. Ja wtedy miałem swoją betonową dystopię, przez kilka miesięcy chodziłem po mieście chowając w discmanie "Mezzanine" i dziś świat musiałby się bardzo, ale to bardzo zmienić, żeby ta płyta się dla mnie zdezaktualizowała.
(T-Mobile Music, 2012)

* * *

równo 25 lat temu ukazał się debiutancki longplay Massive Attack (wtedy akurat jako Massive). mam do tej grupy naprawdę duży sentyment. przychodząc do liceum słuchałem Nirvany, Radiohead i grunge'u. ale potem pewien permanentnie zjarany kolega pokazał mi trip-hop i to smakowało trochę jak podróż przez nieodkryty ląd. nagle niemal wszystko czemu fanowałem wcześniej wydało mi się dziecinne. ta muzyka wykreowała idealny soundtrack dla wielkomiejskiego "przedmilenijnego napięcia". pod koniec 90s literalnie zdarłem kasety, na które zgrałem 3 albumy Massive i których regularnie słuchałem z walkmana poruszając się po stołecznej "betonowej dżungli".

MA mieli w sobie magnetyzującą tajemnicę, obietnicę czegoś "więcej" - jakby znali odpowiedzi na większość pytań, ale zamiast je werbalizować, woleli porozumiewawcze spojrzenia. imponował mi nawet sposób w jaki ci kolesie mówili, ubierali się, zachowywali (przez lata 3D był dla mnie synonimem nienachalnego, eleganckiego, choć bezkompromisowego bossostwa), no i jak redefiniowali (w moich oczach) ideę "zespołu". od tej pory "zespół" nie musiał oznaczać "grania na żywych instrumentach" - jego istotą była kreatywna interakcja z użyciem innych narzędzi. dziś takie refleksje to oczywistość, ale wówczas były dla mojej nastoletniej świadomości muzycznej wręcz formatywne i utorowały drogę do "właściwego" odbioru takich wolt jak chociażby skok z "OK Comp" na "Kid A".

(kiedy 3D reaktywował nazwę jako swój solowy projekt - byłem już muzycznie gdzie indziej i kompletnie straciłem zainteresowanie jego poczynaniami. ale później sprawdziłem - nic nie straciłem.)

osobiste top 10:
1. Group Four
2. Angel
3. Blue Lines
4. Inertia Creeps
5. Risingson
6. Black Milk
7. Eurochild
8. Teardrop
9. What Your Soul Sings
10. Unfinished Sympathy
(2016)