MADONNA

 

#96
STEVE BRAY
Spory o realny wkład Madonny w jej piosenkową spuściznę to wciąż "sprawa, która się toczy". Artystka zwykle upierała się, że "napisała" wiele swoich utworów, ale raczej unikała konkretów i równie dobrze mogła po prostu mówić o tekstach. Z kolei jej KOLABORANCI przedstawiają to jasno: nierzadko komponowali całe, gotowe numery, po czym Madge robiła final touch – poprawiała drobiazgi, ewentualnie sugerowała jakiś bridge. W tym świetle wokalistka może być popowym odpowiednikiem Milesa Davisa, który bez poczucia żenady przypisywał sobie kwity autorstwa innych muzyków (np. Joe Zawinula), co później w bólach weryfikowano.

Ze wszystkich współpracowników Ciccone niejaki Stephen Bray jest mi zdecydowanie najbliższy. Jego metoda – o której już kiedyś gdzieś wspominałem – w sumie sytuuje go na obrzeżach tego zestawienia. W sferze harmonicznej przestrzegał zasady "trafiony zatopiony", celując w proste, acz ładniutkie ciążenia w duchu funku, dance-popu czy nawet raczkującego wówczas house'u. Na ucho przyjemna, acz banalna muzyczka. Dopiero patenty melodyczne zmieniają perspektywę. Bray był bowiem specem od ozdabiania jednej akordowej pętli wieloma przecudnej urody, chwytliwymi liniami wokalnymi. Słowem – przez moment miał najlepsze hooki w branży. Styknie.
(100 Songwriterów Wszech Czasów, 2015)

***

Madonna (1983)

"Physical Attraction"

Chciałem sprawdzić, czy na En.Wiki ten utwór posiada osobne hasło, ale znalazłem tylko "physical attraction" jako takie, po czym wylądowałem na wersji polskiej i ostatecznie zamiast zanudzać tanią muzykologią, postanowiłem zacytować 5 fragmentów tegoż hasła na Pl.Wiki:

5. Media, reklamy promują pewien "modny" typ urody, który jest szalenie trudny do osiągnięcia i wymaga wielu zabiegów pielęgnacyjnych (np. kobieta "musi" używać kosmetyków). Do jednego numeru Playboya wykonuje się ok. 6000 zdjęć. Jedynie kilkanaście zostaje opublikowanych. Mężczyźni oglądają więc najpiękniejsze kobiety w najlepszych ujęciach, wykonanych z użyciem nowoczesnych technik fotograficznych przez profesjonalnych fotografów, na ogół retuszowane. Obrazy te przedstawiają nierealne osoby w nierealnym otoczeniu. Konsekwencją oglądania takich obrazów przez mężczyzn jest zmniejszone zadowolenie ze związku z aktualną partnerką, ocenianie swojego zaangażowania w związek jako mniejszego, wzrost akceptacji dla przemocy seksualnej oraz podwyższenie skłonności do instrumentalnego traktowania kobiet[50].

4. Osobom atrakcyjnym przypisuje się także pewne negatywne cechy: większą próżność, zarozumiałość i niewierność partnerom[45]. Są one także o wiele surowiej oceniane (np. w sądzie), jeśli w przestępstwie wykorzystywały swoją urodę (np. w celu oszustwa matrymonialnego) niż osoby o przeciętnej powierzchowności.

3. Generalnie kobiety poszukują u mężczyzny raczej zasobów materialnych oraz skłonności do dzielenia się tymi zasobami niż urody i młodości. To sprawia, że związek między atrakcyjnością mężczyzny a jego wyglądem jest zdecydowanie słabszy niż w przypadku kobiet. Mężczyzna atrakcyjny to niekoniecznie mężczyzna atrakcyjny fizycznie. Potwierdza to bardzo wiele badań – kobiety zainteresowane są zwłaszcza mężczyznami zasobnymi i tym, co może sprawić, że będą zasobni (ambicja, pracowitość, siła, inteligencja itp.).

2. W wielu kulturach (także zachodniej) dochodzi do celowego deformowania ciała w taki sposób, aby pasowało do obowiązujących wzorców urody – opalanie, piercing, gorsety, tatuaże, odsysanie tłuszczu, operacje plastyczne, wstrzykiwanie substancji porażających mięśnie (np. jad kiełbasiany), co prowadzi do czasowego ukrycia zmarszczek, itp. Chińczycy krępowali dziewczynkom stopy w specjalny sposób (zobacz: krępowanie stóp), Majowie deformowali czaszki i wywoływali zeza, Aborygeni australijscy łamali sobie nosy, liczne plemiona afrykańskie deformują ciało, dzięki czemu staje się ono "piękniejsze". W ubogich społeczeństwach, gdzie większość ludzi jest chuda lub szczupła, krągłe kształty spostrzegane są jako atrakcyjne. W kulturach sytych jako atrakcyjne są spostrzegane raczej szczupłe sylwetki.

1. Eksperyment. W pewnym eksperymencie naturalnym z lat 80. XX wieku[39] obserwowano osoby, które po raz pierwszy spotkały się na randce. Badacze wiedzieli, jakie cechy osobowości posiadają obie strony, oceniano także ich wygląd. W wyniku eksperymentu okazało się, że jedynym czynnikiem skorelowanym z wyrażeniem zainteresowania ponownym spotkaniem był wygląd. Jeśli osoba była atrakcyjna, druga strona chciała się ponownie spotkać. Żadne inne cechy osobowości (np. inteligencja, ekstrawersja, otwartość, dobre przystosowanie, kobiecość, męskość, szczerość, dominacja, uległość, zależność, niezależność, itp.) nie korelowały z ochotą do ponownych spotkań. Zastanawiające było także to, że gdy badani byli proszeni o uzasadnienie swojego pragnienia, to wymieniali zwykle poczucie humoru, inteligencję, przyjacielskość, dobre zrozumienie itp., ale nie wymieniali atrakcyjności. Ten wynik interpretuje się jako niechęć do przyznania, iż wygląd zewnętrzny ma istotny wpływ na nasz stosunek do drugiej osoby.
(Porcys, 2013)

Like A Virgin (1984)

Debiut Madonny odpada, bo zawiera wprawdzie genialne, ale rozciągnięte czasowo, parkietowe mixy piosenek. Z kolei nigdy później już nigdy Madge nie miała tak przebojowej artylerii, jak tu. Nawet mniej znane szerokiemu odbiorcy "Over and Over", "Pretender" i "Stay" porywają do tańca, a z początku ckliwa ballada "Shoo-Bee-Doo" przeradza się w wyrazistą pieśń w sam raz do rytmicznego kołysania się w tłumie.
(Era Music Garden, 2011)

True Blue (1986)

"True Blue"
Tu spodziewam się tego samego zarzutu. Madonna? Walentynki? Madonna, która na debiucie chwaliła się że "Unlike the others I'd do anything / I'm not the same / I have no shame", a potem między innymi sygnowała "Justify My Love" i Eroticę? Tak, tak, tak. Znacie "True Blue"? Stawiam 50 zeta że to ten najbardziej naiwny, niewinny i radosny song w całej karierze. Zero pozy, zero prowokacji, zero wyuzdania. Czyste zaślepienie uczuciem.
(Porcys, 2006)

Like A Prayer (1989)

"Express Yourself"

Ciężko nie zazdrościć ludziom, których beztroskie czasy imprezowania przypadały na późne lata 80-te. Serio, sprawdźmy największe amerykańskie hity roku ubiegłego. LMFAO. Katy Perry. Gotye. Maroon 5. Bruno Mars. "Diamonds". A teraz 1989. Madonna. Bangles. Phil Collins. Roxette. Paula Abdul. Janet Jackson. "Love Shack". Rozumiecie, o co mi chodzi. Madonna, Janet, Paula. "Express Yourself" to jedno z moich pierwszych tak wyraźnych wspomnień chartsowych. Najwyraźniej piosenka ta przez wiele miesięcy czy nawet lat po premierze śmigała non stop w krajowym eterze na rozmaitych rotacjach, ale co ciekawe, odtwarzano ją w wersji albumowej, pewnie z cedeka Like A Prayer, a nie na przykład z The Immaculate Collection. Tym lepiej, bo album version, w którym Stephen Bray rozwinął skrzydła kompozycyjno-aranżacyjne, bije na głowę mniej urywający łeb, nieco zachowawczy edit singlowy. Jak na ironię buńczuczne hasło "second best is never enough" nie zostało zrealizowane, bo w USA "Express…" musiało zadowolić się #2. Tym niemniej z jakiegoś powodu Lady Gaga zerżnęła właśnie ten, a nie inny wałek z bogatej talii szlagierów Madge. Dlaczego akurat ten? Bo widocznie uznała, że paradoksalnie najprecyzyjniej reprezentuje on podświadomie zakorzenione w zbiorowej popkulturowej percepcji mimowolne wyobrażenie o tym, jak muzycznie zdefiniować Madonnę. I miała rację.
(Porcys, 2013)

Bedtime Stories (1994)

Mistrzyni komfortowego odnajdywania się w nowych okolicznościach muzycznych i specjalistka od przebiegłego wykorzystywania aktualnych trendów postanowiła po etapie post-dyskotekowym, synthpopowym, dance'owym, swingowym i house'owym zaczerpnąć inspirację z trip-hopu, r'n'b i chilloutu, a chwilami nawet hip-hopu. Same piosenki doskonale korespondowały z jej ówczesnym wizerunkiem, który zapisał się w popkulturze jako klasyk klasyków – czyli z tą ponętną pozą wyniosłej i niedawno jeszcze skandalizującej, ale teraz znużonej wszystkim, zmanierowanej, obrzydliwie bogatej megagwiazdy, miewającej jednak swoje wstydliwe słabości, rozterki i romanse. Sztab najdroższych producentów w branży (Nellee Hooper, Dallas Austin, Dave Hall i Babyface) ubrał te luksusowe romanse w szykowne, pełne przepychu podkłady i po raz kolejny – choć niestety ostatni w karierze – Madge zarządziła po całości. Gustowne, wielkobudżetowe downtempo "Don't Stop", "Inside of Me", "Human Nature" czy "Love Tried to Welcome Me" jest reprezentatywne dla ciepłej, leniwej, atłasowej aury całości, ale zdarzają się też niespodzianki. Na przykład mroczne "Sanctuary" zawiera sample z kompozycji "Watermelon Man" Herbie Hancocka, a chłodny techno-pop "Bedtime Story" brzmi jak skrzyżowanie płyty "Debut" Björk (zresztą współautorki utworu) i grupy Underworld, co na płycie mainstreamowej ikony wcale nie musiało się wydarzyć.
(T-Mobile Music, 2012)

American Life (2003) 0.7

Yup, dobrze widzicie. To jest recenzja Madonny, jej nowej płyty, i to jest nadal Porcys. Proszę nie regulować odbiorników. Madonna była jedną z najważniejszych postaci w historii pop-kultury. Jej prowokacyjny, wyzywający image antycypował – wtedy gdy zaszczyciła medialny świat swoją obecnością w 1983 roku – całe dwie dekady female celebrities. Może to się wydawać niepojęte po dwudziestu latach, ale wcześniej nikt nie operował seksualizmem w sposób tak wymowny, nadając mu rangę marketingowego argumentu numer jeden, nieodłącznego elementu artystycznej kreacji, bezczelnej i bezwzględnej. Wciąż każda startująca wielką karierę dziewczyna z show-businessu chce być nią. Oczywiste, że Britney, Christina, Jennifer, Spice Girls, All Saints, ale też i pomniejsze gwiazdki jednego sezonu, są tylko współczesnymi nędznymi namiastkami Madonny. Haczyk polega na tym, że Madonna nie miała na kim się wzorować dosłownie: stworzyła swój ponadczasowy wizerunek od podstaw, sukcesywnie go modyfikując, od niegrzecznej, rozchełstanej panienki z sąsiedztwa, przez wyfiokowaną luksusową damę i ekstremalną dewiantkę, aż po modną, trendotwórczą osobistość salonów. Strukturalnie więc oceniając, jej znaczenie dla "kobiecego elementu" w masowej kulturze dwudziestego wieku jest niepodważalne.

Obiegowa krytyczna opinia na temat Madonny powątpiewa złośliwie: jak ktoś tak mało utalentowany wokalnie, muzycznie i aktorsko, ani nie powalający urodą, ani sylwetką, właściwie bez iskry geniuszu, osiągnął tak wiele? I choć wiele z tych zastrzeżeń mógłbym odrzucić, odpowiedź na pozostałe wydaje się prosta. W ciągu kolejnych wiosen swej intensywnej działalności, Madonna miała niewiarygodne wprost wyczucie do współpracowników: profesjonalnego sztabu specjalistów od PR, reżyserów legendarnych teledysków (idealnie uzupełniających całościowe oblicze) i producentów muzycznych. Ci ostatni zapewniali jej absolutnie perfekcyjną realizację, której, przyznajmy, nikt oprócz może Prince'a i Michaela Jacksona (Quincy Jones) nie przebił w komercyjnym popie aż do dziś; cztery albumy z lat osiemdziesiątych lśnią jako wzór studyjnej obróbki dźwięku, nowatorskiej, wyprzedzającej ówczesną szarzyznę; przy nich nawet mnóstwo obecnych hitów z MTV czy Radia Zet brzmi jak zacofane w rozwoju gówno. Jednak można się kłócić, że ogromnie ważną rolę odegrała sama Madonna, zawsze spadająca na cztery łapy, odnajdująca się tak w dyskotekowych, jak i balladowych klimatach, obdarzona cholernie plastycznym głosem, na pograniczu "słodkości" i "pikantności".

No i były konkretne piosenki, definiujące epokę w najdrobniejszych szczegółach, powleczone słynnym spogłosowanym echem, funkcjonujące dziś jako niedościgniony synonim kiczowatości. Dla kogoś opętanego wszakże obsesją melodii obcowanie z beztroskimi, słonecznymi hookami to rozkosz. Zczekautujcie niemożliwie kręcący pierwszy super singiel, plażowy "Holiday", gdzie drugi głos "It would be so nice" wydaje się być zdjęty z tęczy. Zakochajcie się w czymkolwiek z opus magnum wokalistki, pozbawionego wypełniaczy studium synth-popu Like A Virgin. Dajcie szansę dramatycznej, wcale nieoczywistej progresji "Papa Don't Preach". Rozmarzcie się przy latynoskim "La Isla Bonita" i zgadnijcie od kogo wasza ulubiona Geri Halliwell ściągnęła "Mi Chico Latino". A propos "girl power", rzućcie uchem na skądinąd wymiatający "Express Yourself" (linia "What you need is a big strong hand"!) i wniosek gotowy. Bez Madonny nie istniałoby żadne "girl power". Niech was zmiażdży zabójczy harmonicznie, oparty na jazzowych akordach "Vogue"; skojarzcie czarno-biały clip. Większość z tych klasyków zbiera The Immaculate Collection, choć i tam zdarzyły się ominięcia, jak brak wybornego teenage-popu "True Blue". To nic, że wszystkie z tych przebojów znacie doskonale z dzieciństwa; czasem mała kropla reminiscencji potrafi sprawić sporą satysfakcję, tym bardziej, że bieżący mainstream pop może się pocałować w dupę zestawiony z czymkolwiek opisanym powyżej.

Era błyskotliwości muzycznej niestety zakończyła się dla Madonny bardzo dawno. Praktycznie całe lata dziewięćdziesiąte stanowiły dla niej zmagania z ustaloną artystyczną wizją oraz próby zahaczenia o maksymalną liczbę konwencji. I z żadnej nie wyszła zwycięsko. Filmowy zestaw I'm Breathless nawiązywał do poetyki lat trzydziestych, ale najlepszy i tak był taneczny "Vogue". Siedemdziesięciopięciominutową, zimną, mechaniczną Eroticę uznawano za porażkę. Jej "ciepłe" dopełnienie Bedtime Stories wyglądało jak zwykła próba odzyskania słuchaczy, którzy odpadli przy poprzedniku. Trzyletnie milczenie i powrót w tytułowej roli musicalu Evita to nieporozumienie, wystarczy "Don't Cry For Me Argentina". I skomponował to Andrew Lloyd-Webber! Flirt z trip-hopem i nową elektroniką na Ray Of Light, zrozumiały dla tych, co wiedzieli o niegdysiejszej współpracy z Massive Attack, ponownie triumfował w sprzedaży, ale nawet William Orbit nie zdołał uchronić dziełka od przeciętności. Music zaledwie wykorzystywało popyt na nowoczesność Ray Of Light, lecz pseudo-klubowy beat kawałka tytułowego odstręczał od reszty na dobre. Żadna z piosenek promujących te płyty nie dorastała do pięt swoim przeszłym odpowiednikom. Fakt, że całą dekadę Madonna wyglądała zadziwiająco młodo, zupełnie do mnie nie przemawia.

Co przenosi nas do American Life, pierwszego krążka Madonny w nowym wieku. Refleksja nachodzi, że tak, jak po wieloletnich zawirowaniach z mężczyznami, po związkach z Seanem Pennem, Warrenem Beatty, Tonym Wardem, znalazła ona wreszcie domowe szczęście z Guyem Ritchie (zauważcie krąg filmowców), tak po godnych kameleona metamorfozach i upartej walce o komercyjny szczyt ostatecznie poczuła się spełniona, celebrując przy nektarze i ambrozji swoje supergwiazdorstwo i wspominany tu często "amerykański sen". Jednak ta poza rozpartej w zaciszu pieleszy królowej popu blednie przy akompaniamencie muzyki. American Life jest przypuszczalnie jej najsłabszą płytą w dorobku. Mogę ją spokojnie nazwać jedną z najżałośniejszych płyt autorstwa uprzednio respektowanego wykonawcy jakie znam. Wprawdzie już od Erotiki górę nad jakością muzyki brały skandale, otoczka i żądza popularności. Ale Ray Of Light i Music przynajmniej imitowały eksperymentację. Odpowiedzialny za Music francuski technowiec Mirwais winny jest połowicznie, w końcu Madonna sprawuje nad swoją twórczością całkowitą kontrolę? Każdy kawałek American Life jest identycznie nudny i jałowy. Więcej, każdy w tej jałowości jest identyczny, odkąd Mirwais nie potrafi zróżnicować monotonnego schematu aranżacyjnego. Pamiętając eklektyzm brzmieniowy True Blue i Like A Prayer łatwo dojrzeć w tym klęskę.

Artystkę pokroju Madonny powinno się dekodować na zasadzie singli: jej wybitne płyty dostarczały na tym polu ekscytujących atrakcji. Zerknijmy zatem na pierwszy, tytułowy singiel z American Life. Parkietowy, zgrzytliwy podkład syntezatora i nieregularny, irytujący start/stop beat ustępują po minucie miejsca akustycznej gitarze; po drugim refrenie oboje zrastają się w ohydnie trywialną konstrukcję. Ten patent miksowania żywego, "ciepłego" brzmienia akustyka z ordynarnymi, "brudnymi" rytmami nadaje ton całemu albumowi, jest jego lejtmotywem i zarazem główną pomyłką. Głos Madonny, zepchnięty gdzieś na dalszy plan, rozczarowuje zwłaszcza banałem melodycznym. Minimalizm linii w zwrotce, rzekomo podyktowany house'owymi okolicznościami, zawodzi stopniowo, aż do punktu nieznośności. Tym punktem jest rapowana wstawka przy 3:11. Jeśli nawijkę Solex z openera Low Kick And Hard Bop uznać za porcję najbardziej kreatywnego żeńskiego rapu w historii, to słowa "I got a lawyer / And a manager / An agent / And a chef / Three nannies / And a sister / And a driver / And a jet" swobodnie plasują się na szczycie odwróconej klasyfikacji: trudno o denniejszy przykład samozadowolenia w złym guście. Po stokroć wolę "They had style / They had grace / Rita Hayworth gave good face" z "Vogue". Tak fatalna Madonna może się spodobać chyba tylko czołowemu fanatykowi Madonny w Polsce, Markowi Niedźwieckiemu ("Niedźwiedź broni anteny"), notabene bossowi nad bossy.

Koincydentalnie wpadłem na Elizabeth i zmiękły mi kolana, więc będę się streszczał, bo mam chcicę na Low Kick. "Hollywood" eksploatuje już wypalony wzór akustycznego arpeggio pod prostym, wąskim bitem i płynnym basem; "piosenka" jako taka okupuje dolne rejony całej singlowej historii Madonny, choć w gronie beznadziejnie słabych towarzyszy z American Life prezentuje się całkiem przyswajalnie. Bondowski, smyczkowy "Die Another Day" przygnębia nieporadnością w zakresie tak fundamentalnym, jak prowadzenie kompozycji, wiecie, takie podstawy. Sporadyczne cięcia, ale nie w guście Prefuse'a, tylko raczej "zacięcia", "potknięcia" wokalu wydają się przypadkowe i niewskazane. Skoro fragmenty wybrane do pilotowania w radiu i telewizji są zapominalne, to jak skomentować resztę materiału? Przy całkiem pozytywnym nastawieniu znalezienie zajmującego hooku graniczy tu z niemożliwością; równie próżno szukać "groove'u". Naciągane smęty "I'm So Stupid" czy "Nothing Fails" kontynuują niemoc singli. I wszystkie zbudowano na zasadzie kamuflowania tej niemocy serią programowanych beatów. Jedną z umiejętności zdolnych producentów mainstreamu jest uwiarygodnianie przekazu za pomocą atmosfery nagrań. Mirwais (zresztą kontrybuujący Mark 'Spike' Stent też) w tej kategorii poległ; Nile Rodgers lub Patrick Leonard he ain't.

Ostatni zarzut: American Life nie jest nawet sexy! Wytyczanie kierunków w popie finito, czemu więc nie zapodać wtórnej, skrzącej, podniecającej, funkowo bujającej jazdy? Ktoś powie, że wiek nie pozwala, ale załóżmy się, czy za dziesięć lat Kylie będzie pobudzać? Mój typ: tak. Naprawdę, zamiast przeprodukowanej, męczącej American Life polecam wydaną niedawno reedycję Like A Virgin z bonusami.
(Porcys, 2003)

Madonna – 30 x 30

Przegląd diamentów w koronie królowej.

Parę dni temu Madonna wydała swój dwunasty regularny album (były też soundtracki, kolekcje remiksów i masa składanek). Nie słyszałem go jeszcze w całości, ale... jakoś mi się nie śpieszy. Po kontakcie z dwoma singlami promocyjnymi ("Give Me All Your Luvin'" i "Girl Gone Wild") przestało mnie ciekawić, czy ten longplay jest bardzo słaby, czy po prostu słaby, czy może przeciętny. Kiedy widzę wysilony featuring Nicky Minaj i M.I.A. w wysilonym numerze wysilonej pięćdziesięciotrzyletniej Madonny, to nawet mój bezpiecznik sztuczności i majorsowskiego cynizmu ulega przegrzaniu. To zwyczajnie tak bardzo nie ma sensu i tak bardzo nie daje rady pod żadnym względem (muzycznym, wizerunkowym, tekstowym, jakimkolwiek), że nie umiem "MDNA" traktować na serio. "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym, wśród tandety lśniąc jak diament", jak śpiewał Grzegorz Markowski (nie żeby on akurat wiedział). Jako koneser fantastycznego dorobku Madonny ignoruję więc jej obecne wcielenie i życzę jak najszybszego oprzytomnienia (czytaj: zejścia ze sceny). A następnie odpływam we wspomnienia. I delektuję się bogactwem, ilością, jakością osiągnięć Madonny na polu piosenkowym.

Postanowiłem te dokonania uporządkować i usystematyzować. Okazja wyborna – w tym roku minie równe 30 lat od premiery debiutanckiego singla wokalistki, "Everybody". Nie lubię, gdy Madonnę spłyca się do roli "artystki singlowej" – zaprzecza temu chociażby jej bardzo poważne, niemal konceptualne podejście do formatu albumu (w pewnym sensie każdy z jej longplayów był świadomą i spójną popkulturowo-stylistyczną tezą – czasem przygotowywaną wyjątkowo starannie). Ale też nie da się ukryć, że to piosenka była medium, za pomocą którego Madonna komunikowała się ze światem. Wobec tego uznałem, że zestawienie ulubionych kawałków powie o tej mojej fascynacji więcej, niż przegląd dyskografii.

30 lat to sporo, a na dodatek wielkich utworów natrzaskała ta pani co niemiara... Wybór był więc wyjątkowo trudny, ale ostateczna trzydziestka na pewno udowadnia jedno. Nawet jeśli autorski udział Madonny w tych hitach przeważnie ograniczał się do wymyślenia refrenu i napisania słów, a całą kompozycyjną resztę dorabiali jej znakomici producenci, to i tak świadczy to na jej korzyść. Po pierwsze brawa za kapitalne wyczucie współpracowników (niektórzy wyzłośliwiają się, że podobnie jak Miles Davis czy David Bowie, Madonna osiągnęła ogromny sukces, bo wiedziała z kim i kiedy należy nagrywać – ale to też trzeba umieć!). Po drugie szacunek za tak zwane "ucho do bitów", za tę niezwykłą muzykalność, która dosłownie wylewa się z jej repertuaru. Dzisiejsze gwiazdy pop w rodzaju Lady Gagi, Rihanny czy Katy Perry zdają się być muzykalne w znaczeniu stricte "użytkowym" – potrafią sprawnie bądź rewelacyjnie odśpiewać to, co im kazano lub to, co uważają w danym miejscu za stosowne. I nic z tego nie wynika dla muzyki. Toporne toto, kanciaste, ziewam. Za to evergreeny Madonny... Zresztą przypomnijcie sobie sami.

(Uwaga: narzuciłem sobie dwa ścisłe kryteria. Raz, że brałem pod uwagę tylko oficjalnie wydane kawałki, w których Madonna była główną wokalistką. Dwa, że w opisach celowo unikam odniesień do teledysków. Uważam bowiem, że wideografia Madonny to temat-rzeka, za pomocą którego można by bez problemu opowiedzieć jej historię. Ale to może kiedy indziej i kto inny.)

* * *

30. "Drowned World/Substitute for Love" (singel z "Ray of Light" LP, 1998) (http://www.youtube.com/watch?v=jneIPmhUk0k)
Chyba najpełniejsze wyrażenie osobistej odysei światopoglądowo-religijnej, z którą obnosiła się wtedy artystka. Nie kupuję przesłania całego albumu, ale tutaj ambientowe tła Williama Orbita pomagają jej wyznaniu nabrać adekwatnego majestatu.

29. "Music" (singel z "Music" LP, 2000) (http://www.youtube.com/watch?v=MGUeS_iZ-gw)
Pamiętam, że w trzeciej klasie liceum (a było to dla nas u progu ery internetowej) wiele tygodni głowiliśmy się z kolegą, co też za dziwne słowo pada w drugim wersie refrenu. Chodziło oczywiście o francuskie "bourgeoisie". Przez lata uważałem frazę "hey mister DJ" za dość obciachową, ale dziś przyznaję jej moc klubowego hymnu.

28. "Get Together" (singel z "Confessions on a Dance Floor" LP, 2005) (http://www.youtube.com/watch?v=_bg-hw-_QeE)
Najzacniejszy wyimek z przyzwoitego didżejskiego miksu jakim de facto są "Confessions". Mechanika powtarzanych słów i zabawa z przesunięciem akcentu (z "raz" na "i") w refrenie zgrabnie uzupełniają chłodną feerię grubych syntezatorów.

27. "Stay 1981" (demo z 1981) (http://www.youtube.com/watch?v=RO2RQBDN0v0)
Ta odważna szkicowa wersja wskazuje na zaskakująco hipnotyczny, psychodeliczny wręcz rodowód kawałka. Później przeredagowana (po sklejeniu z inną intrygującą demówką tego czasu, "Don't You Know"), stała się dopiero tym właściwym "Stay" znanym z albumu "Like a Virgin".

26. "Oh Father" (singel z "Like a Prayer" LP, 1989) (http://www.youtube.com/watch?v=vvmL7XkLRBQ)
Cenię "Live to Tell", ale po namyśle "Oh Father" wygrywa chorą melodią w refrenie ("you can't hurt me now"), której trochę na przekór odpowiada śpiew w niskim rejestrze ("I got away from you..."). Julianna Barwick chciałaby mieć tak nawiedzone partie wokalu. Może niech zadzwoni do Patricka Leonarda?

25. "Ain't No Big Deal" (utwór z kompilacji "Revenge of the Killer B's Vol. 2", 1984) (http://www.youtube.com/watch?v=tK74xOLKM4o)
I tak rozpoczynamy kilkuodcinkowy portret kompozycyjny Stephena Braya, człowieka bez którego złotej ręki materiał Madonny z lat osiemdziesiątych byłby znacznie, znacznie uboższy. Bray specjalizował się w przystępnym, zautomatyzowanym synth-popie, doprawionym lekko "dżezawą" nutą (ale tak, żeby mniej zorientowany słuchacz tego nie zauważał) i posypanym szczyptą schłodzonych patentów ze szkoły disco. W praktyce oznaczało to napisanie od nowa reguł tak zwanego dance-popu.

24. "Shoo-Bee-Doo" ("Like a Virgin, 1984) (http://www.youtube.com/watch?v=J_FAtIvdf7w)
Nie dajcie się zwieść nieco zamulającemu wstępowi. Od czterdziestej sekundy mamy pyszne białe r&b. To urocze jak dziewczę zbiera się do najładniejszej tu melodii ("Well I... / Can't... / Take it anymore / Baby") i odpowiada jej takie figlarne pacnięcie w organki. Mnie to rajcuje. I Madonna sama to ułożyła, a przecież Prince by się nie powstydził jakoś strasznie.

23. "Don't Stop" ("Bedtime Stories", LP 1994) (http://www.youtube.com/watch?v=IBQtGno-gCM)
Nic dziwnego, że wytwórnia chciała to na singel – potencjał był ogromny, co najmniej na chartsy dedykowane r&b i hip-hopowi. Perfekcjonizm Madge "powoli doprowadzał słabych MC do szału", jakby to ujął Duże Pe. Brała się taka za obowiązującą mainstreamową modę i odsadzała większość konkurencji precyzją groove'u oraz niepohamowanym refrenem. Mawiają na to "pure 90s".

22. "Cherish" (singel z "Like a Prayer" LP, 1989) (http://www.youtube.com/watch?v=c2ZKluJa-mQ)
Z dwóch jej hitów w duchu zwulgaryzowanego (stylistycznie) doo-wop ostatecznie odrzuciłem "True Blue", którego naiwność mnie uwodzi, ale też nieco nudzi. "Cherish" kusi melodycznymi skokami (vide "so don't underestimate my point of view") i zgrabnymi mostkami po drugiej i trzeciej minucie. Pozornie bezpretensjonalne wcielenie królowej, choć sceptycy i tak węszą podstęp i zimną kalkulację.

21. "La Isla Bonita" (singel z "True Blue" LP, 1986) (http://www.youtube.com/watch?v=KMVougGT7xI)
Przebój tak sponiewierany wszelkiej maści parodiami, że aż zapominamy o jego naturalnym uroku melodycznym. Basik też nie pomyka w jakiś szczególnie oczywisty, banalny sposób. Patrick Leonard napisał to z myślą o Michaelu Jacksonie, ale ten odrzucił propozycję. Coś takiego jak wyspa San Pedro nie istnieje – to wymysł Madge. PS: Swoją drogą przed laty w radiowej audycji Zbigniew Hołdys chwalił grę na perkusji Jeffa Porcaro i jako przykład puścił właśnie "La Isla Bonita". Sprawdziłem i jednak nie – Porcaro owszem grał na albumie "Like a Prayer", ale nie w tym numerze.

20. "Material Girl" (singel z "Like a Virgin" LP, 1984) (http://www.youtube.com/watch?v=R0FXPqYpt0g)
Najbardziej "nowofalowy" z jej hitów? Kiedy poznałem płytę "The Moon & Antarctica" Modest Mouse, to główny riff z "A Different City" skojarzył mi się nieodparcie z tym motywem, który w "Material Girl" wchodzi w piętnastej sekundzie. Wpadłem w obłęd. Nocami śniłem, że Isaac Brock ułożył taki numer pod inny bas. A nawet sam próbowałem to uczynić, choć efekty nigdy mnie finalnie nie zadowalały. Kto wie, może kiedyś wrócę do tematu... Swoją drogą – nowa fala, indie rock... A kto to zagrał? No jak to kto – zespół Chic. Producent płyty Nile Rodgers na gitarze i syntezatorze, Bernard Edwards na basie i "sideman z duszą" czyli kultowy bębniarz Tony Thompson. Takie to właśnie indie.

19. "Love Tried to Welcome Me" ("Bedtime Stories" LP, 1994) (http://www.youtube.com/watch?v=t33p48770To)
Nie chcę kruszyć kopii o to intymne wyznanie ma modłę Sade. Ktoś powie, że konfekcja i winda – spoooko. Niech każdy słyszy, co tam chce. Dla mnie dopasowanie tego podkładu do przekazu jest tak spójne, że natychmiast wizualizuję sobie zmęczoną życiem, zmanierowaną, trzydziestoparoletnią damę w luksusowym hotelu, pochyloną nad piątym drinkiem i rozpamiętującą nieudane miłostki w poczuciu bycia "guilty of lust and sin". Szansa zajrzenia jej przez ramię to coś wyjątkowego.

18. "Dress You Up" (singel z "Like a Virgin" LP, 1984) (http://www.youtube.com/watch?v=Dt2Bcn6aY9E)
Od zawsze bawiły mnie seksualno-tekstylne metafory w rodzaju "mój jedwabny dotyk", "pokryję cię aksamitnymi buziakami" albo "przebiorę cię w moją miłość". Ale tu się przede wszystkim rozchodzi o ekstatyczny refren – wbrew pozorom nie tak łatwo ułożyć hook, który to podniecenie wyraziłby dźwiękami. A solówka a la Steve Rothery też czaruje. Odrobinę przeszkadzają mi za to intonacyjne usterki w linijce "let me cover you with velvet kisses" (głos wyraźnie "nad dźwiękiem"), ale przymykam oko z powodu ogólnej sympatii względem M.

17. "Bad Girl" (singel z "Erotica" LP, 1992) (http://www.youtube.com/watch?v=vnCwe7KU6x4)
Paradoksalnie z płyty wypełnionej po brzegi house'owymi bitami, nowoczesną produkcją i dość mrocznym klimatem, do zestawienia trafia tradycyjna ballada. Ale za to jaka. Epicka, reprezentująca gatunkową wagę ciężką i obdarzona dwoma refrenami. Pierwszy rozbraja szlachetnością ("Don't want to cause you any pain") i wzrusza pięknym górnym wykończeniem ("And you'll always be my baby"). Drugi przypomina o bezwzględnej, tylko chwilowo uśpionej bestii, jaką w istocie jest Madonna ("Bad girl drunk by six / Kissing someone else's lips").

16. "Papa Don't Preach" (singel z "True Blue" LP, 1986) (http://www.youtube.com/watch?v=JTnxOzgXAYQ)
Posądzana zwykle o wyrachowanie i przebiegłą manipulację odbiorcą, Madge serwuje tu wykon godny każdej nagrody w kategorii "emocjonalna interpretacja". Ciarki mam zwłaszcza przy dwóch wykrzyczanych wersach – "Saying I'm too young, I ought to live it up" (drugi pre-chorus) i słynnym refrenowym "But I made up my mind / I'm keeping my baby". O Brayu jeszcze się rozpiszę niżej.

15. "Take a Bow" (singel z "Bedtime Stories" LP, 1994) (http://www.youtube.com/watch?v=kBuN4rkgImU)
Wielkie osiągnięcie Babyface'a, ninetiesowego mistrza pościelówek. Ikoniczny romantyzm naszej bohaterki podchwycony przez sekcję smyczkową i chórki pana producenta. Od dnia premiery archetyp ballady adult contemporary.

14. "Lucky Star" (singel z "Madonna" LP, 1983) (http://www.youtube.com/watch?v=PLWef37ajVY)
Ciekawe czy to z tego "musującego" arpeggiatora ściągnął intro do "Stanu Pogody" Krzesimir Dębski... Jedna z niewielu piosenekw tym rankingu, które Madonna napisała bez niczyjej pomocy. Producent Reggie Lucas sprytnie podkreśla jej dziewczęcy, prostolinijny entuzjazm przy mikrofonie. Zapętlona w nieskończoność funkująca gitarka to czasem najlepsze rozwiązanie aranżacyjne – szkoda, że dziś mało kto tak uważa.

13. "Who's That Girl" (singel z soundtracku "Who's That Girl", 1987) (http://www.youtube.com/watch?v=DnIowV8N0kQ)
Na papierze zaledwie kopia iberyjskiej, zrelaksowanej liryki "La Isla Bonita" (tak muzycznie, jak i tekstowo), ale prywatnie wolę "Who's That Girl", bo od zawsze nurtuje mnie jaki jest pierwszy (i najważniejszy, bo ciągnący refren) akord w tym kawałku. Dziwna sprawa – ten niepozorny akord jest jak kameleon, który zmienia się w zależności od tego, co sobie wyobrażę. Nominalnie grany jest A-moll, ale nie wiedzieć czemu zawsze doszukuję się tam dźwięku F w podstawie basowej, co zmieniałoby funkcję na F-dur z septymą. Albo jedna ze składowych w padzie klawisza ma ledwo słyszalne F (?), albo poniosła mnie fantazja. To F wydawałoby się takie naturalne i piękne... Dla mnie to sztandarowy przypadek "dźwięków, które słyszysz, a których nie zagrano". Lecz ten moment zawahania, ta niepewność, te rozterki de facto "robią dla mnie numer", że pojadę branżowym żargonem. A poza tym Leonard splagiatował siebie samego tak udanie, że aż wygrał. PS: Według dzisiejszych standardów Madonna wygląda w tym filmie dość okropnie – to ciekawe, jak na przestrzeni dekad zmienia się nasze intersubiektywne wyczucie estetyki.

12. "Pretender" ("Like a Virgin" LP, 1984) (http://www.youtube.com/watch?v=t1bA1V6BXdo)
Jednym z ulubionych tricków Braya było oplatanie jednej prostej (acz "pojemnej harmonicznie") sekwencji akordów całą serią różnych melodyjek w hierarchii od najbezpieczniejszej do najryzykowniejszej. To skuteczny sposób na wygenerowanie dramaturgii. Zaczynamy od "It was so strange, the way he held my hand..." - jest dość normalnie. Potem skok do "I know that I should take my friend's advice" – proszę, zaczyna się coś dziać. I wreszcie "If there's a chance then I KNOW I've got to try" – rozumiemy, że panna mówi serio. Refren jest już kulminacją. PS: Biorąc pod uwagę image Madonny z tego okresu – deklarowanie się jako cynicznej "boy toy" – śmieszna jest jej urażona duma, że spotkała (tytułowego) pozera większego od niej ("You lied, you lied... / I know all about your kind"). Trafiła kosa na kamień, co?

11. "Think of Me" ("Madonna" LP, 1983) (http://www.youtube.com/watch?v=tvDWaS3d2CI)
Znów Madonna jako jedyna autorka muzyki. Choć to pewnie zasługa Lucasa, że rozpoczyna od jednego dźwięku klawisza, na zasadzie zwiastuna zaostrzającego apetyt, po czym serwuje goły bit i dopiero wjeżdża z pełnym pasmem. Filozofia "less is more" w oszczędności aranżu zawsze przywodziła mi na myśl założenia programowe punkowców – tych bardziej konceptualnych, z prefiksem "art". Daleko to leży od debiutu Television? Gdyby zamienić jedną z gitar na syntezator (i w solówce na saksofon), żywe bębny na automat, a blues-rocka na disco – to wcale niedaleko. Matematyczna przejrzystość konstrukcji ta sama. Zresztą zanim podpisała kontrakt i stała się gwiazdą, Madonna grała punk-rocka – no, powiedzmy coś w stylu Patti Smith lub Blondie. Ale to zupełnie inna historia.

10. "Human Nature" (singel z "Bedtime Stories" LP, 1994) (http://www.youtube.com/watch?v=984mT4KyBL8)
Na bazie subtelnie gangsta-funkowego bitu Dave'a Halla (bas skradziony z "What You Need" grupy Main Source), Madonna odgryza się swoim prześladowcom za bezpardonową krytykę kontrowersji towarzyszących albumowi "Erotica". Co ciekawe, odgryza się na dwóch poziomach wokalnych – regularnego śpiewu i szeptanej melodeklamacji (mantra "Express yourself, don't repress yourself"). I właśnie te gadki uzupełniające świetne notabene linie wokalne tworzą niepowtarzalny klimat. Są niczym innym, jak intuicyjną adaptacją rytmicznych patentów hip-hopu. Madonna droczy się z nami – chcielibyśmy żeby naprawdę zarapowała, ale ona pozostawia boski niedosyt. W pojedynku z dziewiczym i grzecznym "Human Nature" Jacksona – porażka jedną bramką po dogrywce i czerwonej kartce za złe zachowanie na boisku.

9. "Everybody" (singel z "Madonna" LP, 1982) (http://www.youtube.com/watch?v=fCCOVI7tPAc)
Klasyczny pierwszy singel, wyprzedzający premierę długogrającej płyty o ponad pół roku. Pomnikowy loop basu to już legenda, choć jak na ironię siedemnaście lat później wymyślono do niego jeszcze lepsze melodie – zrobił to świętej pamięci Tore Kroknes w kawałku "The Greatest Hit" Annie. Zaś wersja zremiksowana przez Braya w 1997 roku na potrzeby pamiątkowego wydawnictwa "Pre-Madonna" (zbierającego część demówek sprzed oficjalnego debiutu solistki), sugeruje, że źródłem tego utworu mogła być pulsacja... reggae.

8. "Sidewalk Talk" (1984, singel z albumu "Wotupski" Jellybeana) (http://www.youtube.com/watch?v=xrr9mJ2AVwY)
Jedyny na liście track gdzie głównym wykonawcą nominalnie nie jest Madonna, a jej ówczesny chłopak czyli John "Jellybean" Benitez, który notabene poznał ją przez jej byłego chłopaka... Stephena Braya. Ach ta Madonna. Choć napisała piosenkę, śpiewa tylko w refrenach (w zwrotkach nawija niejaka Catt Buchanan). Ale czyż nie brzmi to jak typowa Madonna z etapu między debiutem, a "Like a Virgin"? Czyż nie przynależy do ścisłego panteonu jej tanecznych szlagierów? Czyż nie jest stałym punktem imprez z melodyjną muzyką do zabawy? Dla mnie 3 x tak.

7. "What It Feels Like For a Girl" (singel z "Music" LP, 2000) (http://www.youtube.com/watch?v=VxIw-kPfxio)
Od razu zastrzegam, że mam na myśli wersję albumową, a nie tę znaną z teledysku, której nie lubię. To ostatni raz, kiedy brzmieniowo nasza bohaterka była trendy. Niby leci kawiarniany trip-hop, a jednak nie do końca. Rozmyty, organiczny drugi plan miksu koresponduje z metodą rozkosznego przetwarzania dźwięków spod znaku niemieckiej wytwórni Morr (mógłby to przecież wyprodukować duński Manual). Z kolei powtarzany w kółko obieg basu przypomina wydane równolegle seksowne downtempo z albumu "Suzuki" austriackiego duetu Tosca. Czyżby to sam Mark "Spike" Stent tak nadążał? W tych okolicznościach przyrody Madge podejmuje podobny wątek, co niedawno Afrojax w "Niemęskim graniu" – tyle, że a rebours. "Wewnątrz jesteśmy silne, ale ty o tym nie wiesz, bo potulne dziewczynki nigdy tego po sobie nie pokażą. Wiesz, jak to jest być dziewczyną na tym świecie?", zapytuje czterdziestodwuletnia wtedy wokalistka w pieśni, która piękną klamrą domyka jej całą karierę naszpikowaną mnóstwem tez o roli kobiety w popkulturze. Szkoda, że po tym jeszcze coś nagrywała.

6. "Vogue" (singel z soundtracku "I'm Breathless", 1990) (http://www.youtube.com/watch?v=8w5FsbD9dF8)
Wejście w lata dziewięćdziesiąte nasza gwiazda miała mocarne. Tym jednym strzałem wyznaczyła sobie muzyczną drogę na najbliższych parę lat – drogę polegającą na bezwstydnej adaptacji house'owej dynamiki. Majstrujący za konsoletą Shep Pettitbone spisał się na medal. Jazzowy smak partii fortepianu stawia tę perełkę w jednym rzędzie z (niezwyciężonym rzecz jasna kompozycyjnie, acz rok młodszym) "Gypsy Woman" Crystal Waters.

5. "Holiday" (singel z "Madonna" LP, 1983) (http://www.youtube.com/watch?v=2HtsDHsBvGw)
Tak jak nie objaśnia się dobrych żartów, tak i nie powinno objaśniać się dobrych imprezowych jamów. "Holiday" to jedna z najbardziej optymistycznych piosenek w dziejach. Co roku kolejne tysiące nastolatków odkrywają moc jej zaraźliwości i bawią się do upadłego, zapominając o codziennych troskach. Miarą "Holiday" weryfikuje się inne dyskotekowe "floor fillers". Madonna gra tu na cowbellu. Aha, wspomniałem g-funk? Dlaczego tak bardzo kojarzą mi się te plastikowe smyki z "Nuthin' But a G Thang" Doktora Dre (sprawdźcie tam około 2:30)?

4. "Physical Attraction" ("Madonna" LP, 1983) (http://www.youtube.com/watch?v=nsoziRmhetY)
Najwyżej notowany nie-singel na niniejszej liście to dzieło Reggie Lucasa, choć Madonna dorzuca od siebie pełne pasji wykonanie wokalne – zwłaszcza po czwartej minucie wchodzi w niezły trans. Nie jest łatwo mówić o utworach tak kompletnych, w których każde najmniejsze cyknięcie hi-hatu tak się zgadza z resztą układanki. Sądzę, że w kategorii eleganckiego żeńskiego hedonizmu dopiero Kylie na "Fever" sięgnęła podobnych wyżyn.

3. "Angel" (singel z "Like a Virgin" LP, 1984) (http://www.youtube.com/watch?v=X7Zabwalsn4)
Rozpoczynamy podium. Stephen Bray po raz pierwszy. Co pisałem przy "Pretender" o sztuczkach Braya z konstruowaniem coraz to trudniejszych melodii na tym samym przebiegu akordowym? Tu apogeum jest przejście od gardłowo niskiego "I can see it in your eyes" do krzykliwego wykończenia na tych samych słowach. Dalej – co mówiłem o mojej paranoi z "Material Girl" i Modest Mouse? Tu mamy jej kontynuację – hej, fani Built to Spill, znajdźcie riff otwierający "Angel" w "Big Dipper". Co jeszcze? Ten jej bezczelny śmiech niegdyś drażnił mnie okrutnie – dziś tylko cieszy. A patent z cichutko funkującą gitarką w prawym kanale, która pod koniec zostaje na wierzchu, to pewnie pomysł Nile'a Rodgersa, producenta albumu.

2. "Express Yourself" (singel z "Like a Prayer" LP, 1989) (http://www.youtube.com/watch?v=4yazRx1N0fI)
Stephen Bray po raz drugi. Uwaga, mowa o wersji albumowej, bogatszej harmonicznie i z żywymi bębnami. Akurat dla mnie to spora różnica, bo choć refren uwielbiam, to o całej mityczności tej piosenki przesądza dla mnie narastanie napięcia w zwrotce. Bray znowu buduje wokale "schodkowo", ale dopiero wersja płytowa z partią Rhodesa wyzyskuje ich magię. "You don't need diamond ring..." - dość zachowawcza linia. "Fancy cars that go very fast..." - jest cieplej, ale to jeszcze nie to. I wtedy wkracza jeden z najbardziej rasowych w moim mniemaniu hooków popowych ukrytych w zwrotce, czyli "What you need is a big strong hand...". Rhodes gra pod tym septymę i robi się kosmos. Co ciekawe, już na zakończeniu zwrotki ("Make you feel like a queen...") Rhodes przestawia się na coś, co w efekcie daje zwykły akord durowy. W rezultacie tylko trzeci wers zwrotki emanuje tą niesamowitą energią. Bray już nigdy nie współpracował z Madge i trochę jakby to przeczuwał, bo dał tutaj z siebie wszystko. Zrekapitulował patenty z "Like a Virgin" albo z tego, co dałem na miejscu pierwszym; nawiązał też do motoryki własnego "Where's the Party" z "True Blue" i – jak to mawiali młodzi ludzie piętnaście lat temu – straszliwie wymiótł.

1. "Into the Groove" (singel, 1985) (http://www.youtube.com/watch?v=hKPfMOabKBo)
I Stephen Bray po raz trzeci. Sprzedane... Jestem fanatykiem tej piosenki. To jedyny singel Madonny, który posiadam w winylowym oryginale. Rzecz być może w top 3 najczęściej słuchanych przeze mnie kawałków na przestrzeni całego życia. Ale też hymn dość niespodziewanie włączony przez smutnych panów w okularkach z magazynu "The Wire" do puli 100 najważniejszych wydawnictw w dziejach fonografii. Respekt. Bray nie tylko osiągnął tu swoje melodyczne apogeum w rozpisywaniu wokali na zadane dwie podstawy harmoniczne, ale i starannie zróżnicował ich tempo i zagęszczenie sylabiczne. Pod ten sam bit mamy zarówno frazę "get into the groove", jak i dwa razy gęstszą "music can be such a revelation", jak i jeszcze dwukrotnie gęstszą "only when I'm dancing can I feel this free". I te natchnione melodie wprost prześcigają się w błyskotliwości – jedna lepsza od drugiej, rzekłbym. Sama Madonna dorzuciła do nich mostek ("Live out your fantasy here with me"). Jest jeszcze kwestia ślicznego, górnego "someone else", którego nie wyciągała potem na żywo. Oraz tekst wyrażający wiarę w porozumienie między ludźmi za pomocą muzyki i tańca. I nie interesuje mnie, czy Madonna była autentyczna, kiedy go śpiewała. Widzicie, w genialnej muzyce pop wystarczy, żeby szczery był słuchacz. Jeśli poczuje wibracje generowane przez piosenkę, to wtedy piosenka też zaczyna fruwać. I staje się pomostem do innego, lepszego świata.
(T-Mobile Music, 2012)