M. WARD

 

Transfiguration Of Vincent (2003)

Trzeci album uduchowionego, pogrążonego w kontemplacji alt-country'owca. Od sielskiego instrumentalnego wstępu w Transfiguration #1, przez bardziej przyswajalne, pełne ciepła piosenki w rodzaju Sad Sad Song i Outta My Head, po gorzkie zakończenie Transfiguration #2 dzieje się tu naprawdę wiele. Ward ma talent i potrafi przyciągnąć, zatrzymać na dłużej słuchacza. Weźmy pięknie budowany nocny klimacik w Involuntary, lub ascetyczną przeróbkę hitu Let’s Dance Bowiego, gdzie z oryginału zostały właściwie słowa i metrum. Momentami brzmi to jak wyluzowany Neil Young, nieuniknione są też porównania do Giant Sand. Należy pamiętać, że Howie Gelb, lider tej zasłużonej dla alt-country grupy, jest dla Warda mistrzem i artystycznym przewodnikiem. (W małej firmie Gelba, Ow Om, Ward wydawał swój pierwszy album.) Całość układa się w rodzaj niejasnej historyjki o prawdopodobnie fikcyjnej postaci Vincenta O’Briena (której nazwisko padło już notabene na drugim krążku artysty, End Of Amnesia). To zaś wywołuje skojarzenia z Tomem Waitsem i jego opowieścią o Franku na trzech słynnych płytach z lat osiemdziesiątych, ale muzycznie bliżej Wardowi do Waitsa z Closing Time (choćby w barowym Poor Boy, Minor Key).
(Clubber.pl, 2003)

Hold Time (2009, folk) !3.5


 

MAANAM

 

z Maanamem miałem styczność od najmłodszych lat – w domu były winyle, kasety, jakieś książki o Korze. potem już wracałem do tej muzyki raczej okazjonalnie. i właśnie taka smutna okazja zdarzyła się tydzień temu – stąd też best of.

trochę przytłacza mnie w tej plejce to, że zdecydowaną większość wybranych pieśni opublikowano w przeciągu zaledwie 5 lat (od debiutanckiego singla do Mental Cut). wychodzi szokująca średnia po kilka evergreenów rocznie.

i osobiste top 10:

1. Lucciola
2. Boskie Buenos
3. Ta noc do innych jest niepodobna
4. Stoję, stoję...
5. 40 stopni w cieniu *
6. Hamlet
7. Krakowski spleen
8. Tea for One **
9. O! Nie rób tyle hałasu
10. Oprócz

* "dla wszystkich którzy spędzają lato w mieście... nareszcie..."

** no nie mówcie, że nie
(2018)

 

MADISON AVENUE

 

"Don't Call Me Baby"
Za wiele dekad ten szczególny moment (dokładnie na przecięciu 90s i 00s – ów wałek jak żaden inny "przynależy" właśnie do Sylwestra 1999 i Nowego Roku 2000 zarazem, stojąc jedną nogą tam, a drugą już tu), kiedy French Touch stał się elementem użytkowej muzyki tła, parkietowych pląsów, wychynął z elitarnego podziemia, przestał być w powszechnym mniemaniu "dziwny" i zarządził wśród nieświadomej rewolucji dresiarni – będzie określany mianem "wczesne lata dwutysięczne" – i to wystarczy. Nie ma wielu różnic między takimi klasykami jak "Groovejet", "Sing It Back (Boris Musical Mix)" lub "Lady (Hear Me Tonight)", a tym tu wymiataczem. Natomiast wspólny mianownik aż nadto słyszalny – baslinia zpróbkowana swawolnie z disco, chamsko podbita stopa, jazzujące zawijasy wokalne i hipnotyzujące video. To jeden z tych kawałków, które wszyscy słyszeliśmy milion razy – tuż przed wyjściem na imprezę poszedł w MTV, ale nie zdążyliśmy zerknąć na podpis szykując "peeling, maseczkę, paznokcie" (pozdro Kuba); potem w klubie wszyscy znali słowa tańcząc ,więc wstydziliśmy się spytać "ich" jaki jest tytuł; wreszcie wracając nad ranem do domu taksówką byliśmy już zbyt "wstawieni" żeby zbudować w miarę poprawną wypowiedź i poprosić taksówkarza o podgłośnienie radia, gdzie właśnie to leciało. Odpowiedź jak wyżej – może nie jest jakoś super ekscytująca ("słucham Madison Avenue", e?), aczkolwiek samej zawartości po prostu nie da się zanegować.
(Porcys, 2010)

 

MAFIA

 

"Noce całe"
Where were u in '95? Pamiętam to wyraźnie: włączam TV, leci "Muzyczna Jedynka, kto się tam pokazuje, tego ja nie szanuję". A ja siedzę zahipnotyzowany dźwiękami utworu, w którym jakiś długowłosy goguś śpiewa "każdej nocy całe noce" i nikt nie wie, co dokładnie ma na myśli. 20 lat później mam to samo, choć "krytyczna część mnie" sprawia, że potrafię się do tej hipnozy jakoś odnieść. Pomijam taki detal, że intro antycypuje Z SIEDMIOLETNIM WYPRZEDZENIEM ducha wstępu do "Specialist" Interpola. Pomijam taki drobiazg, że JUŻ W PIERWSZEJ LINIJCE wokalu Piasek sypie mi w uszy dysonansem ("do-TRZYY-mam słowa"), jakiego nie uświadczyłem w żadnym innym polskim przeboju. Ale naprawdę, chodzi głównie o to, że tej piosenki nie ma jak sklasyfikować. Jest w równej mierze kameralnym noir-jazz-popem a la "Harry" Firebirds, co przyczajonym Alice In Chains, 12 Rods, Blurem, Afghan Whigsem…

Ciekawostka: w Mafii circa Gabinety grało dwóch piekielnie zdolnych gitarzystów. Osiągnięcie jednego z nich już na tej liście dyskutowaliśmy: niejaki BANAN skomponował czołówkowego hiciora ze Złotopolskich. Z kolei Zdzisław Zioło odstawił majstersztyk, który po dziś dzień niektórym wtajemniczonym śni się noce całe. Mówimy tu o "wyrafinowanym rozpiździe" kompozycyjnym, ale kunsztowne dodatki też zgarniają pulę. Sam wspomniany pochód basu to fundament; deszczowy Rhodes dyskutuje namiętnie z wybuchami gitary elektrycznej, które brzmią tak, jak wyglądają fajerwerki na nocnym niebie; w drugiej zwrotce w lewym kanale na moment odzywa się solowy akustyk. No i głos. Kariera Piasecznego to w ogóle cud, że talent o tak aksamitnym timbre i często niemanierycznej interpretacji nie został zmarnowany i miał okazję zaśpiewać takie diamenty. Bo wcale nie musiało tak być.
(Porcys, 2015)

MAGAZINE

Real Life

Dwa spośród kamieni milowych post-punka zostały popełnione przez projekty dosłownie uosabiające termin "post-punk" – mowa o grupach PiL i właśnie Magazine? Dlaczego? Ano dlatego, że założyli je TYPIARZE, którzy wcześniej NAKURWIALI w czołowych drużynach stricte punkowych. A potem kopnęli ten cały punk w dupę, bo im się znudziło ("rżnąłem ją... miałem ją jak chciałem..."). To takie proste. Aczkolwiek fascynująco wygląda rozjazd wizji Lydona i Devoto. Pierwszy po Sex Pistols zanurkował w style nie-rokendrolowe – dub, transowy kraut, awangarda, slam poetycki, teatr okrucieństwa. Drugi zaś odwrotnie – "zostawiając Buzzcocks w dobrych rękach" i zakładając se nowy skład (tak jak spodzień) pragnął chyba ideologicznego i HISTORIOZOFICZNEGO <palacz> ekumenizmu, jakiejś KONCYLIACJI, pogodzenia może nie z rodzicami, ale co najmniej ze starszym (mentalnie) o pół pokolenia rodzeństwem. Stąd ich debiut Real Life ewokuje do pewnego stopnia art-rock sprzed punkowej rewolty – adaptuje bowiem pierwiastki progresywne do upgrade'owanej rytmiki (nowofalowy nerw) i metody aranżacyjnej (inne sposoby wykorzystania klawiszy). To zresztą główny zarzut stawiany tej płycie – że recykling classic rockowych klisz w modnych wtedy ciuszkach. Z czym zgodzić się nie mogę, bo dostrzegam tu własny, odkrywczy język na gruncie skądinąd wyjątkowo mi bliskim – tzw. "progresywnego popu". Dodawszy inteligentne szpilki w tekstach mamy modernizm jak się patrzy, a przy okazji – ciekawostka – pierwszy naprawdę wybitny album wyprodukowany przez Johna Leckiego.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=TPPWWkhRT8I (evocative moment: uświadomienie sobie gdzieś po minucie słuchania, że jeszcze nie wszedł wokal, a już było tyle różnych nastrojów – CO MAJSTERSZTYK)
(2018)

 

MAGISTRATES

 

"Heartbreak"
Czterech gości z Essex, podpisani przez XL, grają "indi rok". Nuuda, ziew, nic się nie dzieje... A jednak nie. "Heartbreak" zatrudnia rozchwytywaną ostatnio rytmikę "Running Up That Hill", ale wielogłosy w refrenie przypominają mi o czasach, gdy melodyjna, złożona harmocznie muza była "na porządku dziennym", jeszcze w mitycznej pre-Strokesowej erze, którą w Polsce reprezentował nieodżałowany "Trójkowy Ekspres". Aż się prosi zejść nieco pod koniec na zapowiedzi pana Pawła.
(Porcys, 2009)

MAGMA

Live (1975)

"Aicha, Aicha, t'en vas pas". Dobra, to obligatoryjnego suchara mamy z głowy. Co jeszcze? Szokujące, jak słowo "magma" doskonale oddaje istotę tej muzycznej mazi, zawiesiny, mieszaniny. Metodą założycielską stylu ZEUHL był bowiem kontrolowany chaos – w gorącym tyglu przechodzą smakami pierwiastki jazzowe, progresywne, poważkowe, operowe, teatralne, starożytne, transowe i awangardowe. Do tego dochodzi własny, fonetyczno-sonorystyczny język absurdu KOBAJAŃSKI, fantastyka w librettach i ogólne sekciarstwo, z którym lepiej nie zadzierać, gdy napotkacie szalikowca. Chociaż warto poznać studyjne dzieła w rodzaju Mëkanïk Dëstruktïẁ Kömmandöh, Ẁurdah Ïtah czy Köhntarkösz, to jednak ta kolekcja koncertowa ujawnia całe szaleństwo w pełnej krasie i nie bez przyczyny utarty konsensus wskazuje ją jako opus magnum projektu. Dla ludzi którzy "wszystko już słyszeli co potrzebne" są to przerażające "bachanalia" pozbawione wytchnienia i niewątpliwie jedno z najważniejszych osiągnięć muzycznego maksymalizmu, bez którego bandy typu Boredoms raczej "nie miałyby czego robić". Aha, ktoś prychnie, że faszyzm Vandera. A Bowie? "A panel? Właśnie...".

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=nZvDkakLrtc (evocative moment: mozolne budowanie tematu na 5/4 od 2:48)
(2018)

 

MAJESTICONS

 

"Prom Night Party"
Idea pociachania kipiącej zagrywki gitarowej w niewymiarowe plasterki i ułożenia ich w niespodziewanej sekwencji napędza "1 Thing" Amerie. Hej, sprawdźcie że Mike Ladd wymyślił to już dwa lata wstecz. No, prawie. "Prom Night Party" było jednym z najzajebistszych balangowych numerów minionej pięciolatki: kołysało (biodrami) za pomocą ścisłego bitu, rzucało (na kolana) rzeczonymi samplami wiosłopodobnymi i kleistymi bleepami, a panna na micu ciągnęła (..yy...) ten cały cyrk ochoczo wersami w typie "The feeling was surreal / She had that sex appeal / From her head down to her toes / The music starts to groove / That's when I start to move / Down between her legs" (ee?) i majacząco-dochodzącymi jękami w chorusie. SPOKENS. I byłoby Beauty Party szlagierem wyzudanych szkolnych zabaw, zagubionym soundtrackiem do SG Fijesty, "dobry melanż się szykuje", prawdziwym przebojem wymalowanych suk i zamulonych ABSów*, gdyby szafujący tęsknymi akordami mostek "Prom Night" nie wskrzeszał refleksyjnego feelu, a następujące wkrótce "Brains Party" i "Luv Thief Party" nie kontynuowały sennej, utopijnej nuty. I cała koncepcja writera jebut na ziemię. Ehh, fuck the Majesticons, Mr. Ladd, indeed.
(Porcys, 2005)

 

MAKOWIECKI BAND

 

"Spełni się"
W jednym z niewielu pewnie poważnych wywiadów, jakich dotąd udzielił, Tomek pochwalił się, że słucha bardzo, bardzo, ale to bardzo dużo muzyki. Podał nawet konkretną ilość: "w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przesłuchałem około pięciuset płyt". Hm. Hm. Uhm. Nietrudno obliczyć, że wypada to po osiem płyt na dzień. Hm. Co więc mają powiedzieć w takiej sytuacji redaktorzy Porcys, absolutni psychole na punkcie kontaktu ucha z nagranym dźwiękiem? To chyba w formie takiego żartu Tomek rzucił. A czemu umieściłem Tomka na liście? Bo uważam, że "Spełni Się" ma absolutnie znakomity refren. Zwrotka to owszem chłam ("Chcę naprawiać świat"). Ale refren jest genialny. "Wierzę w moje sny / Tu du du du duuu" – piękny motyw. Progresja akordowa kojarzy mi się z "The Bad Arts" Destroyera ("You've got the spirit / Don't lose your feeling"). Może zresztą Tomek zna Streethawk: A Seduction, skoro przesłuchał niedawno pół tysiąca płyt...
(Porcys, 2003)

 

MALA

 

"Alicia"
Bywają takie sytuacje, gdy lepiej czegoś nie wiedzieć, lepiej ominąć faktografię i detale. Nie mam pojęcia kim jest Mala, ale też nie chcę żeby mi ktoś mówił. Zamiast biografii, hajpu i gotowej wykładni, wolę zwyczajnie zanurzyć się w rezonansie tego delikatnego quasi-remixu – półświadomie, mimowolnie, bez spinki. Sampel z Alicii Keys służy tu za oś bliżej nienazywalnej magii. W tak niewielu gestach udaje się zawrzeć esencję – coś, co pociąga mnie chyba ostatnio najbardziej. Zapętlona fraza elektrycznego pianina, lekko podcięty bit, skrzęczący ambiens i dobiegający z oddali głos. Wszystko ciche, skromne, zrezygnowane, pęknięte emocjonalnie, ale bez wybuchu. Stonowane studium malutkiej, przygaszonej melancholii. Nocny powrót do domu pustą ciemną uliczką, gdzie już nic się nie wydarzy – nic złego, lecz (i to słychać chyba mocniej) także nic dobrego. Szczypta zachwytu, łyk cierpienia. Jeden z jaskrawszych przykładów muzycznej reinterpretacji w ostatnich latach, wydaje mie się. "I might consider getting into dubstep after hearing this song", napisał ktoś w internecie. I jakże bardzo się myli, bo jakimże gównem jest "dubstep" przy głębi i czystym dźwiękowym uroku tego kawałka.
(Porcys, 2009)

 

MAŁE INSTRUMENTY

 

Antonisz (2009, film) 5.1

Antonisz kojarzy mi się z melanżem YouTube'owym sprzed roku, kiedy po serii efektownych klipów moja dziewczyna zapuściła "Jak działa jamniczek" i mniej więcej w połowie filmiku mieliśmy już dosyć, bo ciężkie to było (żarcik). Tę skromną kolekcję nowych opracowań muzycznych utworów Mistrza traktowałbym jako uroczą osobliwość, ważny zapis intrygującej nieraz odmienności (tak kompozytora, jak i zespołu) w sferze sonicznej.

 

MANIX

 

"Living In The Past"
Po co ten Suplement? Czym będzie Suplement? O kim i o czym będzie Suplement? Cóż, na Porcys był już kiedyś dział zwany Suplementem. O ile pamięć mnie nie myli, idea wykiełkowała na przełomie 2006 i 2007 roku. W owych czasach byliśmy z MZ bardzo przywiązani do rocznego cyklu recenzji premierowych wydawnictw – cyklu zwieńczonego zwyczajowym podsumowaniem najlepszych albumów, tradycyjnie publikowanym w pierwszej połowie stycznia roku kolejnego. Zresztą ta praktyka przetrwała do teraz. Suplement w założeniu był osobnym działem serwisu, w którym zbieraliśmy płyty z jakiegoś powodu pominięte w rankingu top 10 roku. Były wśród nich pozycje poznane przez nas już po publikacji "topu"; były również te godne naszym zdaniem wyróżnienia, które jednak nie zaskarbiły sobie sympatii całej redakcji i które my "zarząd" drogą arbitralnej decyzji włączaliśmy niniejszym do porcysowego kanonu. Czyli w typowej dla nas manierze: ambicje sporego kalibru, ale "rzeczywistość brutalnie zweryfikowała" i tak dalej. Dziś poza może paroma maniakami nikt nie pamięta o koncepcji oryginalnego Suplementu, bo rubryka dość szybko przestała być aktualizowana na bieżąco i wkrótce obrosła kurzem. Kolejna szczytna inicjatywa w Porcys dla której zabrakło nam adekwatnego zapału, regularności, dyscypliny, no i "ze względu na mały czas czasu" umarła śmiercią naturalną. Została rozmontowana, rozebrana niczym stary budynek, w którym nie pomieszkiwał nikt od wielu wiosen.

W międzyczasie zrozumiałem jednak drugie dno pierwotnej potrzeby. "Głęboko w środku gdzieś" zależało nam z Michałem na "ocaleniu od zapomnienia" pewnych efemerycznych, acz sugestywnych i wartościowych nagrań, ale nie tylko. Podobnież intuicyjnie pragnęliśmy uzupełnić kłujące w oczy luki w archiwum serwisu. Chcecie tego lub nie, niniejsza strona przez ostatnich prawie 15 lat ogarnęła szerokim gestem krajobraz nadto aż hojny stylistycznie, w przeciwieństwie do konkurencji od samego początku sięgający "od sasa do lasa" począwszy od indie, alt-rocka, hc/punk, singer/sonwgriterów, folku, "elektroniki" (wtf) i hip-hopu, a ostatecznie na metalu, jazzie, poważce, ambiencie, noisie, muzyce tanecznej i komercyjnym popie kończąc. Jeśli przez półtorej dekady gromadzisz (w modelu "zmian hokejowych") ekipę kilkudziesięciu writerów-pasjonatów o wprawdzie wspólnym mianowniku (de facto definicja "serwisu" vs. platforma blogowa), ale zarazem o indywidualnie hermetycznych horyzontach, to spektrum, skala, OPTYKA twojego outputu zdaje się nie żartować, co potwierdzi google search z parametrem "tylko język polski". Tym niemniej frontline nie odzwierciedlał tego, co w wieżowcu działo się "od kuchni": "dziwki, basen i machanie kutasem" oraz dziesiątki, setki materiałów, o których nigdy nawet nie zająknięto się "na łamach". Cytując klasyka Engela: "Teraz czas dla debiutantów, dla tych którzy grali mniej, dla tych którzy są z nami tylko dlatego tutaj, że ten awans został wywalczony. Teraz my oddajmy im to, co oni wam dali. Oddajcie im to na boisku".

Całe przedsięwzięcie miałoby też posiadać pewien wymiar ideologiczny, koncepcyjny i "moralno-etyczny". Albowiem bezpośrednim impulsem do podjęcia starań o wskrzeszenie Suplementu w nowoczesnej formule była też gorzka konstatacja na temat postępującego braku poszanowania dla dorobku artystów, którzy kiedyś coś fajnego zrobili, a potem zniknęli z radaru, bo już pojawiły się nowe, fajniejsze zajawki. You know what I mean. Pogoń za nowym, świeżym – ja to rozumiem, ja się tym często jaram i jestem za, zwłaszcza jeśli te przebrzmiałe gwiazdy niezalu zaczynają przynudzać. Lecz są też takie przypadki, gdy w natłoku nowości umyka nam np. to, że Steve Mason z Beta Band miał jakąś owocną artystycznie karierę po rozpadzie zespołu, wysmażył jakieś sympatyczne szóstkowe płyty i to nam umknęło gdzieś, przemknęło bokiem praktycznie wszędzie, bo wszyscy wtedy już słuchali Animal Collective i Ariela Pinka czy Toro Y Moi. Co ciekawe kilka sezonów później mało komu chciało się sięgnąć po solowe dokonania Avey Tare'a, bo na tym już etapie gorące było Odd Future, gorący był vaporwave, gorący był juke czy inna (nie wątpię zajebista) moda na jeden-dwa sezony. Jakby nie chcę zanudzać, ale włączam podejście "humanistyczne", z dużym respektem dla kogoś, kim się kiedyś ekscytowaliśmy, a kto dziś publikuje sobie dobrą muzykę z mniejszym wsparciem promocyjnym – oczywiście bez punktów za pochodzenie, z surowymi kryteriami, ale chodzi mi o podejście metodologiczne, badawcze.

W konkluzji oświeciło mnie potem, że nazwa "Suplement" to także wspaniały pretekst, aby w tej kolumnie niezobowiązująco sprawdzać co tam słychać u wielu Porcys darlings sprzed paru lub nawet kilkunastu lat. Bo zdarzało nam się porzucać fajne projekty i nie śledziliśmy ich dalej, a ja – typ melancholijny, pielęgnujący wątki wspomnieniowe ("panie pośle" – Borowski) – często wracam do muzyki z czasu formowania się mojego gustu i zerkam, co tam się dalej wydarzyło. W ten właśnie sposób odkryłem rok temu, że Sciflyer wydają swoje SMiLE i w ogóle nie macie pojęcia, co się przez te lata stało z Shalabi Effect, Justusem Koehncke czy grupą Pinback… Zresztą w tym miejscu warto nadmienić, jak dramatycznie skompromitowaną, chyba najbardziej aktualnie obnażoną i zdezawuowaną kategorią w kulturze jest "nostalgia" – uczucie już z samego brzmienia słowa skrajnie tandetne, miałkie, coelhowskie. Obła mantra pt. "kiedyś to była muzyka" tudzież "kiedy miałem 20 lat, to mówię ci…" już na starcie pozbawia argumentów emocji tak przecież kruchych, wsobnych i wycieniowanych. Odwrotnie, spróbujmy przywrócić wspomnieniom ich kluczowy wkład w teraźniejszość – czyli zdolność reinterpretacji, rekontekstualizacji, rekonstrukcji obowiązującej narracji poprzez dotarcie do jej źródeł, wreszcie (parafrazując z pamięci redaktora Matiego) "ontologiczny remontaż" zastanych realiów za pomocą środków zaczerpniętych z tej niesprawiedliwie demaskowanej przeszłości. Nic się nie bierze z niczego i jeśli "trzeba być z nami, robić to żeby wiedzieć", to bądźmy, róbmy.

Po skonsultowaniu powyższych założeń z Wojtkiem i Michałem postanowiłem zaadaptować instytucję przebudzonego Suplementu i porwać się na rubrykę autorską z krwi i kości. Jako "kustosz pamięci serwisu" mam zamiar filtrować swoje osobiste peregrynacje wstecz przez biegnącą równolegle, niczym tory kolejowe obok wiejskiej drogi uczęszczanej przez rowerzystów, opowieść o serwisie muzycznym, ze wszystkimi zakrętami, wzlotami i upadkami, a konkretniej konfrontować swoje urojenia z faktami przez pryzmat kondycji przepastnego archiwum Porcys względem rzeczywistych potrzeb, czynów i planów ludzi, którzy tę redakcję tworzyli. Przeszukując niezgłębioną studnię twardego dysku (a niestety jestem osobą archiwizującą każdy drobiazg, począwszy od pierwszego maila ever, jakiego dostałem) zorientowałem się, jak wiele przez tych kilkanaście lat pozaczynałem projektów, mini–tekstów, reynoldsowskich "niedopieczonych myśli". Ile niezrealizowanych planów, nieukończonych pracek, strach się bać: gargantualny folder z writingiem jawi się dziurawym niczym szwajcarski ser. Jeśli więc w Porcys głównym, bieżącym, dwatysiącepiętnastym rządzą futuryści, modernisci, terminatorzy, dominatorzy ("gdy nasi płynęli po złoto, Szpakowski komentował w rytm wioseł", lol) – co absolutnie popieram – to ta nostalgia posłuży nam jako druga noga dla równowagi, uzupełni braki czekające na ciąg dalszy od kilkudziesięciu, stu kilkudziesięciu miesięcy, spełni nadzieje, które dogasały już we mnie niczym ogniska blask.

Postanowiłem ubrać tę rubrykę w formę serialu, gdzie co tydzień wjeżdża nowy odcinek. A "w każdym odcinku wyrywam jakieś dupy" i razem tworzą one (życzeniowo) wszechstronną, hybrydową narrację obejmującą zarówno kolektywne przeoczenia, jak i odległe epoką prywatne fascynacje o których "nijak nie dało się" u nas napisać ze względów technicznych, przepisowych, nieprzepisowych. Chociaż trochę to mi zajmie, finalnie puzzle nareszcie odnajdą swój kształt, w segmentacji zgasną puste formaty, odsłonięte zostaną wszystkie literki na tyłku Magdy Masny. Chciałbym. I dlatego rozpoczniemy od kejsu flagowego wręcz dla całej afery, nie tylko z powodu znamiennego tytułu. Oto Marc Clair (nie Marc Leclair), znany też jako Marc Mac, połowa fundamentalnego dla klimaciarskiego drum'n'bassu duetu 4Hero, tych od longplaya Parallel Universe, który omsknął się o moją listę 200 płyt 90s. Człowiek mnogiej ilości projektów, solowych, kooperacji i pobocznych (jeden wariant nazywał się nawet Tom and Jerry!). Tu reaktywujący swój alias Manix, znany z serii singli i epek z początku 90s, na reminiscyjnym długograju sprzed prawie 2 lat, prowokującym dosłownie garstkę wiernych followerów do pytań o zasadność i faktyczność "revivalu jungle". Pozostawię je bez odpowiedzi, jednakowoż moja marginalizowana przez lata miłość do tego nurtu budzi się w takich chwilach z letargu i zakwita na miętowo. Nikt nie zginął, zagadka pozostała nierozwiązana? No to słyszymy się za tydzień.
(Porcys, 2015)

 

MARGO & WARREN G.

 

"Hypnotizing Me"
Tu akurat (jak rzadko kiedy) nie chodzi o muzykę. Zwyczajnie nie ogarniam, że jakaś polska wokalistka nagrała pięć lat temu numer w duecie z WARRENEM G. I, że była to "jedna z najczęściej ściąganych piosenek w internecie" (!). Zaraz się jeszcze dowiem, że Doda szykuje album z 2Pakiem... Niby po tym, jak Zosia z Pana Tadeusza ma dziecko z Colinem Farrellem, nic mnie już nie powinno zdziwić, ale jednak Małgorzata Gadzińska-Kobiałko "zrobiła to" pierwsza. Ktoś powie – ale co, Ramonę Rey remixował Villalobos. W sumie spoko, może rzeczywiście dobijamy do świata? Sęk w tym, że właśnie nie, bo jak autor kultowego "Regulate" wchodzi na początku z tym "what's up baby girl, Warren G, y'know what I'm sayin'", to po allenowsku podpisałbym tę wypowiedź: "osz kurwa, ciężkie czasy nastały, jestem Warren G i muszę kurwa na starość nagrywać jakieś gówno z pierdolonymi jędzami z Syberii; brrr, zimno". A później wcale nie jest lepiej, bo właściwie każde wydawane z siebie słowo Warren podaje tak apatycznie, że jest mi smutno (w gatunku, w którym bardziej niż o "apatyczność" chodzi o "komfort" i palenie lolków). I a propos lolków, nie mogę się przestać śmiać kiedy słyszę ten, swoją drogą całkiem przyzwoity joint. (Z trzeciej strony na dobrą sprawę mamy tu sam refren, więc o co cho.) Skoro jednak na zawsze (mam nadzieję) upadła w Porcys żelazna kurtyna między "doznaję bo dobre" a "doznaję bo doznaję", to co mi pan zrobi.
(Porcys, 2010)

 

MARNIE STERN

 

Dojście tam z przeciwległego bieguna festiwalu zajmowało około dziesięciu minut. Scena Ray-Ban ("mam na sobie swoje Ray-Bany / jestem najebany") znajdowała się w wyżłobionej dolince na skraju festiwalowego terenu. W największym stopniu przypominała to, co znamy z polskich festiwali – wyboista ziemia (a nie asfalt, jak w przypadku pozostałych scen) i nieduża objętość. Blondwłosa wirtuoz gitary Stern wyraźnie podkreślała swoim zachowaniem, że twarda z niej sztuka i doskonale daje sobie radę w życiu bez pomocnej dłoni facetów, zaś jej basistka za wszelką cenę chciała udowodnić swoją "suczość" i seksualną atrakcyjność (i fakt, miała ku temu jakieś tam powody). Osamotniony i nieco spłoszony, zdominowany w tym damskim towarzystwie bębniarz schował więc uszy po sobie i grał, co miał do zagrania. Nieco wysilone "niegrzeczne" poczucie humoru dziewcząt (rozmowy do mikrofonu typu "co dziewczyno będziesz robić po koncercie?" – "jak to co, będę się dobrze bawić, czekam na gorących chłopaków z widowni") sprawiło, że dosłownie po dziesięciu minutach pobiegliśmy na rozpoczynający się właśnie nieopodal Lightning Bolt. Taka zagrywka z naszej strony powtórzyła się jeszcze wielokrotnie w ciągu festiwalu – czasem warto po prostu zerknąć z ciekawości przez kwadrans na danego wykonawcę, wyrobić sobie najogólniejsze pojęcie o tym, co sobą reprezentuje tego dnia – i śpieszyć dalej, bo zwykle interesujące rzeczy działy się tam niemal symultanicznie. (Kapitalnie skwitował to mój ziom jeszcze gdy w Warszawie układałem sobie grafik – "dobrze, że koncerty MBV się nie pokrywają!". Ehehehe.)
(Porcys, 2009)

MARVIN GAYE



I Want You

"I got a little wine, some Marvin Gaye..." (Greg Dulli)

"She said she want some Marvin Gaye..." (Jamie Foxx)

Yup, ballady Marvina to co najmniej w USA wieczny "soundtrack of seduction" – niezależnie, czy jesteś biały, czy czarny, czy grasz rocka, czy rap i soul. W tego typu podsumowaniach politycznie i społecznie zaangażowane What's Going On jest jego albumem pierwszego wyboru, ale osobiście znajduję I Want You bardziej dziwacznym z bardziej cool okładką (Camp Lo – patrzę na Was). Tytułowy opener to klasyk na własnych prawach, ale zaryzykuję stwierdzenie, że to "najnormalniejszy" wałek w zestawie. Konstrukcyjnie bliski "maksisinglowej" formule Trans Europa Express czy From Here to Eternity, CZTERNASTY studyjny album GEJA pozornie obfituje w wypełniacze – rozmaite interludia, REPRYZY, SIURPRYZY <palacz> W konfrontacji ze współczesnym wyobrażeniem "seksowności" w muzyce pop zostałyby one wzięte za mdłe, romantyczno-tęskne SNUJE. Tymczasem prawda jest taka, że mimo totalnie "cheesy" pościelowych westchneń i jęknięć oraz gładkiej, jedwabistej powłoki soundowej, w RDZENIU daleko tym motywom i motywikom do konfekcji – to raczej jakiś ospały thriller. Każdy temacik kłuje niepokojem, obawą, troską – zgodnie z terminem "quiet storm" emanuje "ciszą przed burzą". W rezultacie paradoksalnie żaden inny longplay KSIĘCIA SOULU nie trzyma w tak ogromnym napięciu od deski do deski. Głowię się, na ile miało na to wpływ podzielenie się sferą kompozycyjną z Hilliard ("Come With Me Angel" – ...), Rossem ("I Wanna Be Where You Are" – ...) i zwłaszcza producentem Leonem Ware'em (większość reszty), który magicznym dotknięciem dał też materiałowi nowoczesne wtedy brzmienie, zapowiadające już estetykę disco, a nawet neo-soulu (Maxwell FAMOUSLY zaprosił go potem do zrealizowania "Sumthin' Sumthin'"). A, no i śpiew. Spoko śpiewał gościu. Spoko śpiewał.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=zQkF0g6WMEY (evocative moment: wokalna dyskrecja wyznania)
(2018)

 

MATEUSZ BIEŃ

 

Sinfony II (2002)

Dla złośliwego, cynicznego fana "przygód we współczesnej muzyce" hasła, którymi opisywał doktor Mateusz Bień ze Studia Muzyki Elektroakustycznej w Akademii Muzycznej swoje Sinfony II mogą wydać się co najmniej "niczym odkrywczym", jeśli wręcz nie komicznym – skoro równolegle Books wydawali Thought For Food osiągając sukces na wielu polach jednocześnie, a Fennesz miał już za sobą głęboko emocjonalne Endless Summer (żarcik). Kompozytor twierdził bowiem, że w utworze próbował przeciwstawić (a nie "zestawić" czy połączyć! różnica!) dwie odrębne warstwy materiału dźwiękowego – pierwszą pochodzenia akustycznego i drugą, generowaną elektronicznie. Hm, brzmi znajomo – Stock, anyone? Na tym jednak żarty się kończą, ponieważ ten dysonans teksturowy, który ma na celu postawić przed słuchaczem wyzwanie percepcyjne (jak rozumiem dotyczące "sposobu organizacji" tego materiału dźwiękowego – bardzo moja drużyna), został tu przeprowadzony w sposób kapitalnie efektywny i efektowny – a to już spory sukces w "muzyce do czytania", jaką stołeczna Jesionka jest, wedle częstych narzekań, od wielu lat. Najważniejsze zaś, że ta w wolnym tłumaczeniu "Druga Symfonia Grzechu" (hehe) przechodzi na naszych uszach kilka zupełnie innych faz instrumentacyjnych, zachowując spójność swojej koncepcji: od złowrogiego wstępu zwiastującego wybuch (który rzecz jasna nie następuje), przez atonalne piszczenie przywodzące mi na myśl coś z rejonów Supersilent ("6.1"?) bądź Exceptera, cichy fragment nasycony konkretnymi szumami, borowanie zębów jak u Florka Heckera, po zdeformowane połacie wirującej materii fonicznej. Co ciekawe dwukrotnie rockistowskie analogie biegną ku 70s-owemu KC: najpierw gdzieś zaraz po drugiej minucie wizualizuje się słynne nabicie Frippa pełniące rolę wstępu do "niepiosenkowego" modułu "Starless", a potem w okolicach ósmej minuty zostajemy jakby sami z Jamie Muirem, enigmatyczną postacią buddysty obsługującego orientalne dzwoneczki niczym w intro do pierwszej części "Larks' Tongues". A wszystko w dziesięć minut – trochę jak EP-ka albo wręcz maksisingiel. Ale ani nie kręci, ani nie piękny sound. I ta kukułka na koniec + rozsypane garnki. Po co? O co chodzi? Nie wiem. Ale na pewno – wciąga.
(Porcys, 2010)

 

MATTHEW DEAR

 

Black City (2010, avant-pop/techno) !5.2

Przebąkuje się, że to brzmi jak berliński Bowie na house'owych bitach. No ja uważam, że berliński Bowie na house'owych bitach byłby znacznie lepszy. Ale i tak intrygujące.

 

 

MEHICO

 

"Brazil"
Młoda scena bydgoska to istotny punkt na najnowszej mapie krajowej alternatywy, ale chociaż cenię zapał niezwykle serdecznych ludzi z George Dorn Screams i uznaję Lo-Fi Festival za pozytywną inicjatywę, to jednak do tej pory nie miałem żadnego powodu żeby się do niej jakoś bliżej "przytulić" – tamtejsza definicja "emo" niestety nie pokrywa się z moją, z 3Moonboys nic nie pamiętam, a longplej Dżordżów, poza tym jednym niesamowitym zaśpiewem wokalistki "My trousers are gone!", nie wydał mi się specjalnie interesujący. Kiedy więc ponad pół roku temu ktoś wręczył mi niepozorny digipack opatrzony wątpliwą nazwą "Mehico" i powiedział, że to side-project Jerzego Dorna – było dla mnie oczywiste, że jedno przesłuchanie w moim przypadku wystarczy. Na szczęście (w przeciwieństwie do niektórych recenzentów) nie podjąłem werdyktu *przed* zapoznaniem się z krążkiem. Zetknięcie zaowocowało małą fascynacją i okazało się, że do albumu Filu Filu wracałem wyjątkowo często. A teraz, patrząc na różne zestawienia najlepszych polskich płyt mijającego roku, wszędzie brakuje mi tego tytułu.

Szczególnie to zaskakujące, skoro w teorii Mehico zagospodarowali teren nasuwający sporo znaków zapytania. Ta "supergrupa" dwójki dziewcząt i trzech chłopców (nie każcie mi przybliżać zawiłości składu, kto skąd i na czym grał, a gra teraz – parę kliknięć i po problemie) uprawia bowiem skrzyżowanie chicagowsko-post-rockowej matematyki aranżacyjnej z demonstracyjnie pretensjonalnym stylem śpiewania wokalistki imieniem Małgorzata, której timbre głosu, teksty i angielska wymowa przywołują Novikę i też powinny być co najmniej przedmiotem dyskusji dla native speakerów. Ale na tych pozornie chwiejnych fundamentach formacja Mehico buduje niespodziewaną magię, operując przejrzystymi kontrastami między gęstą sekcją i rozłożonymi, błyszczącymi od echa akordami lub arpeggiami gitar, nad którymi króluje snujący niestrudzenie opowieść głos wspomnianej frontwomanki. Kawałki są do siebie niby podobne, ale każdy z nich ma szalenie inteligentny, choć lekki i przyswajalny przebieg. Balans między progresywnością, uczuciowością i piosenkowym konkretem sprawia, że nagle budzi się tu istna baśń.

Filu Filu to pozbawiona odstającego momentu całość i warto ją po prostu sobie kupić, ale otwierający track "Brazil" stanowi świetny przykład możliwości tej nowej, sensacyjnej siły w rodzimym "indie". Z początku obcujemy z regularną, choć odrobinę pociętą figurą rytmiczną. Lecz Mehico za nic mają schemat zwrotka-refren; wolą subtelnie rozwijać narrację, oplatając rozłożysty quasi-riff dwiema różnymi liniami melodycznymi wyjątkowo cicho jak na siebie skradającej się tutaj panny na mikrofonie. Dezorientujące zawieszenie pełni rolę pomostu, którym przedostajemy się do drugiej, epickiej odsłony utworu. Nostalgiczne pasaże gitar, porządkowane przez doskonały, zapętlony, dziwnie bujający hook basu, prowadzą do mini-zwieńczenia, ani przez chwilę nie wymykającego się spod kontroli wykonawczej czy koncepcyjnej. Gdyby Drivealone nie przesterowywał tak grubo wioseł i trochę jaśniej masterował swoje nagrania – mógłby zabrzmieć w ten sposób. I, och Boże, chyba nigdy wcześniej nie słyszałem bandu znad Wisły, którego tnący hook gitary skojarzyłby mi się z drugą częścią "Stars Are Projectors". To musi być znak.
(Porcys, 2008)

 

MEIC STEVENS

 

Ghost Town (1997)

Za górami, za lasami, żył sobie w Walii pewien bard. Jeśli hasło "muzyka z Cymru" kojarzy wam się z Super Furry Animals czy Gorky's Zygotic Mynci, to prawidłowo. Natomiast dla obydwu tych kapelek omawiany tu gościu jest kimś w rodzaju guru nieformalnej wspólnoty i w sumie trudno im się dziwić. Pilnie strzeżony skarb tamtejszej sceny, nazywany w różnych sytuacjach "walijskim Bobem Dylanem", w rzeczywistości muzyk wypracował własny styl z pogranicza folku i rozmytej psychodelii, prowokując porównania do Drake'a, Buckleya, Barretta. Artysta otarł się o Johna Paula Jonesa, ale jego kariera nie była usłana pasmem sukcesów, a obfitowała niestety w liczne załamania nerwowe i niepowodzenia komercyjne. Ghost Town to zbiór nagrań z lat 1968-1969, opublikowany dopiero niemal trzydzieści lat później. Raczej zapomniana, nie jest to kolekcja specjalnie łatwo dostępna. Meic śpiewa tu po angielsku i po walijsku. Każdy kraj ma swojego freaka z akustyczną gitarą, snującego wieczną opowieść. Kanada ma Skipa Spence'a. Polska ma Janusza Laskowskiego. Walia – Meica Stevensa.
(Porcys, 2010)

 

MELISSA AUF DER MAUR

 

Auf der Maur (2005, alt-rock) 4.1

Bogini seksu alt-rocka, hm, że co? Przyznam, że z lekką konsternacją odnoszę się do artykułów dziennikarzy z całego świata, poważnie traktujących ten solowy debiut niejakiej Melissy Auf Der Maur, w dodatku chrzczących ją mianem "najlepszej laski alternatywnego rocka". Może uwolnijmy się na chwilę od marketingowych sloganów i wyjaśnijmy sobie skąd ten hałas. Melissa była basistką w późnej inkarnacji Smashing Pumpkins (z przeciętnego okresu Machiny). A wcześniej grała też w grupie Hole, co akurat specjalnym powodem do dumy nie jest, bo grupa ta przy braku medialnego rozgłosu wokół kontrowersyjnej osoby liderki przepadłaby z kretesem. Wreszcie nadeszła pora na zrobienie czegoś na własny rachunek i oczywiście firmowanie tej wątpliwej jakościowo twórczości pikantnym, drapieżnym wizerunkiem "ostrej dziewczyny z gitarą w ręku".

Płyta Melissy to kolejna po projekcie Zwan autorstwa Billy'ego Corgana próba wskrzeszenia alt-rocka (czyli tego, co można było normalnie zobaczyć w MTV, ale miało ostre gitary) z połowy lat dziewięćdziesiątych. I kolejna niezbyt udana. Owszem, zdarza się pannie zaciekawić w warstwie melodycznej i sporadycznie lirycznej (prawie wszystkie utwory napisała sama, za co akurat należy się spora pochwała). Piosenki w rodzaju "Taste You", "Head Unbound" czy zdecydowany szczyt zestawu "Would If I Could" mogą się podobać. Ba, imponuje stawka doborowych gości: artystkę wspomagają takie sławy, jak Mark Lanegan, Josh Homme, Nick Oliveri, James Iha i Paz Lenchantin (w sumie, dla fanów to sami dobrzy znajomi, prawda?). Problemem Auf Der Maur jest to, że przez skądinąd chwytliwe numery przebija ciężkawy, metalowy posmak, ściągający do ziemi cokolwiek się tu unosi w górę. Ostatecznie Melissa nagrała solidny, kompetentny rockowy krążek, o którym niestety w ciągu paru miesięcy wszyscy zapomną.
(Clubber.pl, 2004)

Out of Our Minds (2010, alt-rock) !3.6

Nie wiem, to jest tak bardzo nie moja muzyka, że sam się sobie dziwię z tym słuchaniem. Jakiś alt-rock 90s z werblem na reverbie a la Tool, gdzie "urozmaicenie nastroju" oznacza duet z Glennem Danzigiem. I nie, żebym nie szanował gościa ("Twist Of Cain" czy "Dirty Black Summer" = czad), ale w 2010, litości no.

 

MELVINS

 

Trudno być pewnym czegokolwiek w tej kwestii, ale wychodziło by na to, że pierwszą grunge’ową formacją byli właśnie The Melvins. O tym, że był to grunge, decydowałoby w tym przypadku kilka niezaprzeczalnych faktów. Po pierwsze: grupa zaczynała w Aberdeen, a co za tym idzie, była w momencie stawiania pierwszych kroków jedyną formacją z prawdziwego zdarzenia w całym stanie Waszyngton. Po drugie, wśród jej inspiracji znaleźli się zarówno wykonawcy z kręgu metalu, jak i punk-rocka; w sumie wszyscy ci, do których fascynacji przyznawała się później większość grunge’owych tuzów. Po trzecie wreszcie, utrzymywała bezpośredni kontakt z muzykami, którzy już niedługo mieli stanowić o sile seattle’owskiej inwazji.

Początki działalności zespołu datuje się na wczesne lata osiemdziesiąte. Wtedy członkowie The Melvins, czyli Buzz Osbourne, Matt Lukin i Dale Crover, byli pod wielkim wrażeniem Kiss i Black Sabbath. I to właśnie do tych wykonawców najchętniej ich porównywano. Stopniowo jednak grupa poszerzała granice swojego stylu, nawiązując do brzmień punkowych i hardcore’owych. Mieszanka ta zaowocowała czymś, co stało się esencją grunge’u. Agresywne, potężne czady w wykonaniu The Melvins zwiastowały nadejście nowego nurtu w ciężkim rocku. Nic więc dziwnego, że formacja miała zapewniony status lokalnej gwiazdy i cieszyła się uznaniem „młodych gniewnych” słuchaczy całego stanu Waszyngton.

Należał do nich również niejaki Kurt Cobain, nastolatek z Aberdeen, który widział w The Melvins swoich idoli. Starał się być jak najbliżej zespołu, pomagał więc przy noszeniu sprzętu i szukał każdej okazji na zamienienie kilku słów z Buzzem, Mattem i Dave’m. Ci ostatni mieli bezdyskusyjny wpływ na świadomość Kurta – w dużej mierze właśnie dzięki nim postanowił założyć własną kapelę, oni też odkrywali przed młodym Cobainem muzyczne horyzonty. Po latach, gdy Nirvana stała się rewelacją światowego formatu, zależność ta zadziałała odwrotnie. To popularność Nirvany zwróciła uwagę fanów na The Melvins, wcześniej znanych tylko w wąskich kręgach.

Sam Cobain wsparł potem The Melvins (w roli producenta i gitarzysty) przy nagrywaniu albumu Houdini (Atlantic, 1993), choć rezultat końcowy nie oczarował rockowego świata. Zresztą, Osbourne i spółka nigdy nie mieli szczęścia do dużych płyt. Właściwie żadna z nich nie odzwierciedla znaczenia zespołu dla ewolucji grunge’owej stylistyki. Żadna nie była na tyle udana, by zapewnić The Melvins, zasłużoną przecież, szeroką sławę. Co nie znaczy oczywiście, że brakuje w ich dorobku krążków interesujących.

Już sam debiut zatytułowany Gluey Porch Treatments (Alchemy, 1986) wymieniany jest wśród ważniejszych dokumentów rozwoju rockowego podziemia Seattle lat osiemdziesiątych. W roku 1987 The Melvins przenieśli się do San Francisco, w wyniku czego Lukina (dopełnił składu powstającego wówczas Mudhoney) zastąpiła niejaka Lorax. Drugi album Ozma (Boner, 1989) był kontynuacją pierwszego, ale w latach następnych grupa często eksperymentowała ze stylem, prezentując się zarówno w łatwiej przyswajalnym (Stag, Atlantic, 1996), jak i kompletnie odjechanym (Colossus Of Destiny,

Ipecac, 2001) repertuarze. Trylogia The Maggott (Ipecac, 1999), The Bootlicker (Ipecac, 1999) i The Crybaby (Ipecac, 2000) zaskakiwała eklektyzmem; na jej ostatniej części wystąpiło wielu znamienitych gości, w tym Mike Patton i zespół Tool.
(Tylko Rock, 2002)

 

MEROZ

 

"Your Lover"
Meroz stosuje jeden z najstarszych zabiegów świata, szczególnie wyświechtanych w środowiskach French Touch via Nile Rodgers. Otóż gościu najpierw wyłożył mocarny hook basu – podwinięty jak podkolanówki u gorącej gimnazjalistki na WF, zaraźliwy jak krowia/ptasia/świńska/krecia/żabia/kacza [niepotrzebne skreślić] grypa, gęsty jak zaprawa murarska etc. A dopiero potem, stopniowo, odsłonił resztę kart. Ale były to same asy (podręcznikowy wzorzec funkującej gitarki, świeża bryza morskich akordów piana, dziwaczne plamki piszczących spadających kropel kibordu), w których kontekście nasz motyw basu rozkwitł, dojrzał, opowiedział opowieść. Teraz rozkoszujemy się pełnym obrazem i gapimy na okładkę singla, myśląc "huh".
(Porcys, 2010)

 

MERZ

 

"Lotus"

Oto jedna z najbardziej bezpretensjonalnych pieśni dekady. Siedzi gość przy pianinie i mędzi "Your beautiful name / Is always the same / I'll bring you chalk / So you can write it on a wall" z taką zatratą w głosie, z takim rozczarowaniem i jednocześnie głęboko skrytą nadzieją, że łabędzie w stawie zaczynają pływać w pasującym tempie. Czy co tam pływa zwykle. Po prostu some British guy you'll never meet, z odrobiną sentymentalu na karku. Lecz tajemnica niezwykłości "Lotusa" tkwi w pastelowo wykwintnych detalach miksu: cieniującej natężenie sekcji dętej, elektronicznych flipach, mignięciach i arpeggiach w tle oraz przyjazno-jungle-popowym bicie. Conrad Lambert nie zrobił kariery ze swoim jednoosobowym projektem. Raz znalazłem reckę self-titled longplaya w jakimś kolorowym wyspiarskim magazynie, dostał 3 na 5 gwiazdek. I nic więcej nie wiem. Aha, kiedyś tygodniami prosiłem o odtworzenie "Lotusa" w pewnej audycji radiowej, żeby sobie go wreszcie zgrać na kasetę. Kiedy w końcu poszło specjalnie dla mnie, okazało się, że to bardziej tykający, taneczny remix, też skądinąd miły; mam go do dziś. I jeśli nie byliście pięć lat temu stałymi odbiorcami tej audycji, to może to być w sumie the best track you've never heard from the 2000s thus far.
(Porcys, 2005)

 

METOPE

 

Kobol (2005)

Zosiu, twój koncept przedstawiony w tekście – dotyczący ucieczki od człowieczeństwa w stronę zlodowaciałych krajobrazów gdzie ludzie się już nie ostali – jest interesujący, ale chyba zbyt hojnie dookreśla osiągnięcia Schwanena. Sceptycznie patrząc, płyta z pingwinem na obwolucie to tylko nagromadzenie i zagęszczenie nudnawych repetycji elektro-bitów, bez szerszej idei co z nimi zrobić dalej. Poza frapującym 7 trackiem aż żal się robi widząc, jak usilnie stara się Michael rozwinąć swoje eksploracje w coś barwniejszego, ale nie styka mu – ja wiem, chęci? A może zdolności. Wspominana jako kontekst Ada miała (chwilami) świetne melodie chociaż. Cykanie i brzęczenie w takt jednej podziałki tempa metronomu to specjalność Metope, fakt, lecz czy godne jest windowania na tron anty-estetyzmu? Nawet jeśli uznamy, że jarają nas ekstremalne przykłady dehumanizacji w fonografii, to sądzę, iż podobne założenia dałoby się zrealizować w bardziej kreatywny sposób. Zakrocki da nam namiary jak go poprosimy. Gdy wrażliwi, żądni głębszych przeżyć odbiorcy stosują pojęcie "minimalnej, monotonnej techno-rypanki", wykrzywiając twarz w grymasie degustacji – właśnie takie kwiatki jak Kobol mają zapewne na myśli.
(Porcys, 2006)

 

MFC x VVALTZ

 

"Kasia Cichopek"
MC Błażej jest "wychowany na Porcys" i powraca śpiewająco z nienagannym wyczuciem duchologicznego early 90s i estetycznego "marginesu". Gitarowe solo onieśmiela.
(2017)

 

MI AMI

 

Steal Your Face (2010, post-punk) !6.6

Sądziłem, że ten nurt wściekłego, inteligentnego (nie "wściekle inteligentnego", note the difference) hc/punku z korzeniami w Dischord dawno wyginął. A tu coś się jednak rusza, coś żyje. A niech se żyje, skoro dobre.

 

MICHAEL NYMAN

 

Doskonały, czarujący set w wykonaniu tego czołowego pop-minimalisty i jego kameralnego ansamblu. Gracja, klasa, wzruszenie. Wiekowy już pan udowodnił, że wszelkie sztuczne etykietki, podziały, klasyfikacje gatunkowe etc. – nie mają sensu, jeśli sam przedmiot dyskusji wymiata. A jego kompozycje tego wieczoru – przetasowane szlagiery filmowe i parę mocniej wciągających, nawet hipnotyzujących, repetycyjnych utworów – pozostawiały w zachwycie. Ja nie wiem czy to jest korzenne, czy truskul, czy wyśmiewane przez spięte autorytety akademickie bądź zacietrzewionych undergroundowców, ale wiem, że to było autentycznie najwyższej urody i zaprezentowane w całej okazałości. Tym razem siedziałem "z tyłu po prawej stronie" i doceniłem świetną akustykę całej sali. Miodzio.
(Porcys, 2009)

 

MICHELLE WILLIAMS

 

"Just Like You"
Miast smyrać się po pupciach, chciałbym dla odmiany coś kontrowersyjnego. Ustalmy wpierw, że nie musicie przekonywać mnie do postaci Beyonce. Nie mam wątpliwości, że to jedna z najbardziej ikonicznych wokalistek w dziejach popu. I to od każdej możliwej strony. Kobieta jest utalentowana muzycznie i w dodatku obdarzona fantastycznym głosem, którym operuje z pełną maestrią. Ma śliczną buźkę, wspaniałe kobiece kształty i bije od niej jakaś doza autentyzmu, naturalności. Co oczywiście jest rockistowską bzdurą, ale znam dziewczyny, które obrażone na sztuczność i plastikowość wyglądu/image'u większości muzycznych celebrytek traktują B jako rodzaj ostatniego bastionu "prawdy" i "człowieczeństwa". W sumie nietrudno to zrozumieć, nawet zakładając sceptycznie, że telewizja kłamie, a ideały nie istnieją. Polecam relację z występu solistki na drugiej inauguracji Obamy, gdzie na przykład chwalono jej "perfekcyjne nozdrza". OCH DOBRZE.

I teraz w tym świetle chciałbym zgłosić dwa paradoksy. Po pierwsze, przy całej fascynacji Knowles jej ostatni >>HIT<<, który mnie jakoś szczególnie, emocjonalnie poruszył, został wydany… Yyy… Yyy… Tak z 9 lat temu. Zresztą było to "Deja Vu", które zgodnie z tytułem bardziej jechało na nostalgii za duetem mąż-żona w "Crazy In Love" niż wnosiło coś własnego. W tym sensie, że, jak wiecie, są te wszystkie blockbustery typu "Drunk In Love", "Single Ladies", numer z Shakirą czy "Ring the Alarm", w których promocję wpompowano miliony dolarów, zrobiono do nich ikoniczne, definiujące pewną erę w popkulturze wideoklipy i w efekcie tłumy szaleją na imprezie, kiedy tylko je odpalisz. Niestety żadnego z nich nigdy nie zostawiłem na repeacie, przeboje Beyonce wolę z etapu zespołowego, a solowo głównie cenię ją za to, że na B'Day, 4 i tej późnogrudniowej płycie z różowym napisem na czarnym tle nie bała się relatywnie eksperymentalnych ruchów produkcyjnych/bitowych, jak na swój gwiazdorski status.

Aczkolwiek jeszcze większy paradoks polega na tym, że podczas gdy Beyonce, jako się rzekło, spełnia się bardziej w muzyce hardkoru niż w szlagierach, jakich chciałbym słuchać w nieskończoność z błogością w oczach, w tej kategorii sukcesywnie wyręczają ją byłe koleżanki z chyba najbardziej rozpoznawalnego, definitywnego składu Destiny's Child. Najpierw rok temu Kelly Rowland pod opieką Mike'a Willa błysnęła uzależniającym lamentem o uzależnieniu od wkładania języka w cipkę, który zasłużenie otwierał naszą dychę singli za 2013. A teraz zaatakowała Michelle Williams, z pomocą kumpla i wyłącznego producenta swojej czwartej płyty Journey to Freedom, Harmony'ego Samuelsa, którego warsztat możecie kojarzyć z ubiegłorocznego cukiereczka Ariany Grande, "The Way", bo to przede wszystkim on stał za tym mariahcareyowskim sztosidłem.

Na papierze to nawet nie SINGEL, a zwykły album track ze środka longplaya, okraszony mizerną, wymuszoną wstawką niejakiego Chiefa Wakila ("good kid from a mad city, I ain't Kendrick" – słabe to było, ziom). W praktyce jednak "Just Like You" to porcja septymowego downtempo-synth-r&b, wręcz nieskazitelnie skrojonego pod uśrednione porcysowe gusta. Cholera, należałoby zapytać twórcę fanpage'a Znacie to z Vivy i MTV, skąd mam takie skojarzenia, ale kiedy Michelle po słowach "I really wanna live inside…" schodzi z linią wokalu w dół na "…of your heart where love resides" (inteligencja tego zejścia!) to czuję się, jakby był rok 2005, 2006, może 2007, a ja siedziałbym w podwarszawskim domu nieopodal lasu i edytował komentarze do podsumowania roku na Porcys. Jeśli już współczesne piosenki muszą tak sztywno trzymać się sekwencji czterech powtarzanych do znudzenia akordów, to niech to zawsze będzie TAK ŁADNA sekwencja, a przestanę narzekać.

PS: Na koniec ciekawostka: w closerze rzeczonego albumu Michelle niepostrzeżenie spotkały się wszystkie trzy główne bohaterki tego komencika i zaśpiewały nowoczesne quasi-gospel między innymi o tym, że, z grubsza ujmując, "there's hope, it's in Jesus". Niestety nie jest to reunion na miarę Pharrellowskiego "Nuclear" sprzed 2 lat, wyszło coś generycznego, czym nie powinniście sobie zawracać głowy.
(Porcys, 2015)

 

MIDORI TAKADA

 

Through the Looking Glass

Reedycja albumu japońskiej kompozytorki pierwotnie wydanego w 1983 roku i uznawanego za zagubiony skarb minimalizmu azjatyckiego. Obok fragmentów przywołujących Reicha z pierwszej połowy 70s są tu również bardziej new age'owe, sielskie, kontemplacyjne dźwięki a la Eno circa Discreet Music.
(2017)

MIKE OLDFIELD

Tubular Bells

Pamiętam jak dziś, gdy koło roku '92 w sklepie DIGITAL drżącymi rękoma odbierałem grafitową kasetę ("MCR") ze zgranymi z kompaktu DZWONAMI RUROWYMI – po jednej części na jedną stronę taśmy. Wielokrotnie powtarzane STORY za tym wydawnictwem zawsze oscylowało wokół zawziętości i nieustępliwości dziewiętnastoletniego WUNDERKINDA, któremu wszystkie wytwórnie odmawiały i dopiero narodziny Virgin Records pozwoliły albumowi ujrzeć światło dzienne. Jednak mnie frapuje mało wyeksponowana część opowieści – o tym, że w sumie nie powinno to zaskakiwać, bo sam materiał (który potem odniósł ogromny sukces) nie miał żadnej referencji, na której A&R-zy mogliby się oprzeć. Pierwiastki konstytuujące efekt końcowy są tu bowiem mocno zdekontekstualizowane – na folk jest to muzyka zbyt mechaniczna i wyprodukowana; na minimal music zbyt otwarcie popowa i skacząca z kwiatka na kwiatek (konstrukcyjnie bardziej maksymalizm?); na typowego prog-rocka niewystarczająco chyba nawiedzona i teatralna. Ideowo najbliżej Tubular Bells do Canterbury (o czym jeszcze się tutaj przekonamy), ale w wymiarze stricte instrumentalnego przepychu i studyjnego artefaktu ("jak wyliczył Tygodnik Kibica" na płycie artysta OBSŁUŻYŁ dwadzieścia osiem instrumentów i POPEŁNIŁ około dwóch tysięcy nakładek w TRYBIE rejestracji ścieżkowej – co w epoce pre-digitalnej musiało budzić podziw) – takiego jakby Endtroducing czy Since I Left You, tylko że zamiast sampli facet z niewielką pomocą wyrzeźbił to "od zera". PS: Wiele lat później ZAOPATRZYŁEM się w te wszystkie Hergest Ridge'e, Ommadawny i Incantationsy – ale to już właśnie były bardziej takie Private Pressy, Outsidery i Wildflowery tego świata.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=ZJkNsWCay4c (evocative moment: PRZECUDNEJ URODY temacik od 14:42 – nie dość, że wypływa WTEM i bez uprzedzenia, to dźwiga też wielką odpowiedzialność historyczną, bo jeszcze na tej liście powróci)
(2018)

 

MIKOŁAJ BUGAJAK

 

Strange Sounds and Inconceivable Deeds (2010, modern classical) 3.7

Noona nie tyle szanuję, co podziwiam - tak za solówki, jak i za podkłady hh. Człowiek ów = piękna karta polskiej muzy, nie tylko z kręgu bitowego. Bardzo chciałem pokochać nowe wcielenie artysty. Super nazwa labela, ładna okładka, szczytna idea wydania własnym sumptem, odważna zmiana stylu i ciekawy wywiad w CGM z tym jakże sympatycznym i świadomym twórcą. Takich inicjatyw nam potrzeba! Niestety, przykro mi, ale ten quasi-filmowy minialbum to jakaś farsa. Sorry - dla mnie w tych sześciu banalnych szkicach nie zadziało się NIC. Zero. Null. "Poruszające melodie" your ass. "Czaruje niezwykłością" your ass. Takie "komponowanie" to może każda gospodyni domowa uprawiać. Albo kucharka ze stołówki szkolnej, nikogo rzecz jasna nie obrażając. To plumkanie nie jest wcale "brzydkie" czy "złe", ale obchodzi mnie tyle, co płyn do spryskiwania przedniej szyby w wozie dopiero co zmyty wycieraczkami. Ocenę wystawiam za przyzwoitą jakość rejestracji dźwięku. Ale jak widzę zachwyty w reckach, to mam wrażenie że jestem Jimem Carrey w Truman Show. Zbiorowa hipnoza normalnie. Afera jak z Jacaszkiem, tylko na znacznie większą skalę absurdu. Takich beztreściowych miniaturek na smyki i pianinko można wydawać miesięcznie piętnaście, pracując na etat i zajmując się dziećmi. Kolega na Porcys porównuje do Feldmana, a kolega na Screen do Hollisa... Proponuję jeszcze Bayer Full zestawić z Kraftwerk, a formację Blue Cafe z Arethą Franklin. Poza użytymi środkami istnieje jeszcze coś takiego jak KOMPOZYCJA. Dziwna i niepojęta jest recepcja tej EP-ki, zaiste. Niech mnie ktoś uszczypnie. Już? Żartowaliście, prawda?

 

MILLENNIUM

 

Begin

Przedwczoraj minęło równo trzydzieści lat od śmierci Curta Boettchera. Ciekawe, czy ktoś w ogóle zapalił symboliczną "świeczkę pamięci" i "nastawił" jedną z płyt, przy których Curt maczał palce producencko, kompozytorsko i wykonawczo. Postać wciąż niszowa i niedoceniana, Boettcher miał kluczowe znaczenie dla rozwoju sunshine popu, a w jego bogatym portfolio są nagrania takich AKTÓW jak choćby Association, Sagittarius, Beach Boys czy Byrds (dwa ostatnie grupowo i solowo). No i jego projekt "macierzysty". Jeśli o Zombies mówi się czasem, że brzmią cholernie współcześnie, aktualnie – to co dopiero rzec o Millennium? Na Begin, jedynym longplayu pozostawionym przez nich "za życia", Boettcher napisał prawie połowę materiału i wyprodukował całość. Poza podejrzanie modernistycznym intro, w którym bit antycypuje BOOM BAP, są to kawałki zapowiadające specyficzną atmosferę "cuteness" z indie popu przełomu (nomen omen) milleniów. To, co "z pewną taką nieśmiałością" grali i śpiewali wtedy Elliott Smith, Ben Gibbard, James Mercer czy w UK niejaki Alasdair MacLean (zwrotka "Some Sunny Day" to jakby praprzodek zamglonej melodyki Suburban Light), Boettcher i spółka de facto wynaleźli w 1968 roku. I wciąż wchodzi jak w masło, potwierdzam.
(2017)

MINNIE RIPERTON

Perfect Angel

W krytyce filmowej funkcjonuje takie powiedzonko, że wielki film to trzy wybitne sceny i żadnej słabej. Abstrahując od tego, że od wielu lat nie przepadam za tak bzdurnym językiem opisu rzeczywistości jak "wybitny" czy "słaby", to CZĘSTOKROĆ próbowałem przełożyć ową maksymę na język recenzji płytowych – i jakoś ZA CHINY to nie działa. Dlatego sofomora Minnie wcale nie postrzegam w kategorii "wielkiego" (whatevs) albumu. Ale siła jego przyciągania polega właśnie na tym, że są tu trzy brylanty i sześć nie tyle fillerów, co wałków "poprawnych w porywach do uroczych". Kogo zresztą obchodzi tracklista w dobie zaawansowanego streamingu – każdy i tak sam zdecyduje, czy skipuje prosto do delicji, czy akurat da szansę razowym przystawkom. Niemniej właśnie dla delicji sięgam po Perfect Angel regularnie.

Za kompletnie POSRANE kluczenie harmonii w "Take a Little Trip", jak i tytułową "piosenkę o basie" odpowiada skryty tu za parawanem nicku El Toro Negro niejaki STEFAN CUDO (#38 w moim rankingu songwriterów ever), współprodukujący całość i pomykający tu na pianie oraz perkusjonaliach. Zaś największy przebój "Lovin' You", BEZBĘBNOWY popis wirtuozerskiego ćwierkania wokalem, Riperton sieknęła z Richardem Rudolphem, 1/2 producenckiego teamu Scorbu (który tworzył z Wonderem). Pamiętam, jak na studiach w ramach analizy dzieła filmowego prezentowałem Patrzę Na Ciebie Marysiu i jedna z koleżanek prychnęła: "o boże, jak ja nienawidzę tej piosenki". Cóż, rockizm to ciężka choroba, która nieleczona prowadzi do śmierci ze złego gustu. Jak dobrze, że pan Carpigiani konsekwentnie edukuje nowe pokolenia w kwestii popkutulturowego uświadomienia i estetycznej przytomności.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=GPxr7ULFCKY (evocative moment: bas w refrenie wiadomo podstawa, ale co gra bas w zwrotkach... śmieszne jakby... jak wsłuchałem uważnie, to parę razy solidnie zaśmiałem... polecam basistom do poćwiczenia)
(2018)

 

MIRACLE CHOSUKE

 

The 7/8 Wonders Of The Universe (2003)

Końcówka roku. To szaleństwo. W wyniku licznych zawirowań, opóźnień i krzyżujących wykonanie założonego deadline'u przeszkód zostaje raptem kilka dni na objęcie stosu krążków z bieżącego roku. Wczoraj przytargałem do domu dwie torby i plecak napakowane foliowanymi kopertami pełnymi płyt, które krążyły w koalicyjnej dystrybucji od miesięcy. Ujmę to tak: w moim Jansporcie rozjebały się suwaki. Katalogowanie napływających w zatrważająco chorym tempie albumów zajmuje prawie tyle samo czasu, co ich poznanie. Och, i większość z nich idzie do recenzji. Siedzimy nocami trzaskając te artykuły jak w manufakturze, dbając by nie zahaczały o masowy, pospolity sznyt. Sen jest dla lamerów; jak nawija Emigie: "Wyśpisz się po śmierci". W takich okolicznościach moja aktywność przypomina ekwilibrystycznego multi-instrumentalistę obsługującego piętnaście klawiatur wszystkimi możliwymi częściami ciała. Zwykle mam otwartych sto różnych okienek w kompie (to cud, że ten grat godny "Atari na węgiel" nie pada), słucham dziesięciu różnych płyt naraz z różnych odtwarzaczy, wstukuję znaki z prędkością zawodowej stenotypistki i generalnie chodzę po ścianach. Sporadycznie znieczulam nadwątlenie świeżości umysłu przy głupawych zabawach w podpisy, drąc się do rozkręconego na full regulator "Hey Ya!", oraz dzięki rozmowom na gg z pewną koleżanką, której odmówić się raczej nie da. Mpphh. Definicja "podzielności uwagi" ulega przeobrażeniu.

W tym ledwo ogarnialnym chaosie wydarzeń wygarniam z szafy debiutancką EP-kę Miracle Chosuke, The 7/8 Wonders Of The World. Atak sucho rzężących, odhumanizowanych gitar drażni wyalienowaniem. Maniacka maniera kolesi zagania oddech. Ich zbliżenie ("karta zbliżeniowa") do nowofalowej materii zdradza potężne uzależnienie od mechanicznego plastik-punku Devo. Podobnie jak ci osławieni prekursorzy, sekstet z Costa Mesa w Kalifornii konstruuje pogięty, wyszpachlowany, lecz zadziwiająco przyswajalny spazz-core. Surowe, wartko rozrysowane, wykonane bezbłędnie ćwiczenia stylistyczne z pogranicza najtrudniejszych technicznie zakątków new-new-wave brną w pogmatwanie. Wszystko brzmi jak na przyśpieszeniu, nie pozwalając zrezygnowanemu, poczciwemu gnojkowi w słuchawkach na reakcję w czasie rzeczywistym.

Żartobliwie (w kontekście nietypowych metrów) zatytułowane The 7/8 Wonders Of The World zawiera dziewięć indeksów i trwa tylko czternaście minut. "Gonk" transformuje matematyczne układy gitar w zapętlony post-core in the vein of Polysics ze szczyptą luzu brudnego Pixies. (Panika wokalna Blacka obecna jest w głosie Jasona Silena dość regularnie.) "Do What You Pay Me For" z tym zimnym syntezatorem wygląda jak hiciorski hołd dla Devo. "Clifton" to czysty spazz-rock odarty ze zbędnego tłuszczu. "Clap" ignoruje brak przewodniego zaczepienia harmonii, chwiejąc się pędzącymi na oślep obiegami wiosła. "4-3-3" skacze z miejsca na miejsce, operując limesami dynamiki. "Vallejo", i uwaga, pierwszy widomy znak czerpania z King Crimson, gdzieś z okolic Vrooom o skręconym na piecu przesterze, by powrócić do keyboardowej, futurystycznej plazmy i gnębiących ostinat basowych. Rytmika środkowego Brainiaca ogarnia "Francine", zanim Gerchik i Miller nie wycinają jednego z najbardziej kretyńsko podniecających, debilnych mostków. Genialne! Industrialny background "Loop" ociera się znów o punk na proszkach na rozwolnienie. Wreszcie, ślicznie ukuty closer "Nemesis" na 5/4 składa otwarte podziękowanie tytułowemu nagraniu z Discipline, co mówi znacznie więcej niż tysiąc słów użytych do opisania tej muzyki.

Tych dziewięć króciutkich zasraniutkich schizofrenicznych szkiców: one świetnie oddają stan roztargnienia w paranoicznym natłoku zajęć. Podczas gdy inni ubierają choinkę, ja doznaję przy Miracle Chosuke.
(Porcys, 2003)

 

MŁODY OSA

 

"Chcę umrzeć hipisem"
Jeśli szukacie w życiu oryginalnej muzyki, to ja na przykład nie umiem tego sklasyfikować ani porównać do praktycznie niczego. Redaktor ŁŁ podpowiada: "Młody Dron x Durutti Column x Róże Europy". Owszem, jeszcze na radar dorzuciłbym "Weeping" Throbbing Gristle. Ale to na tyle.
(2017)

 

MOBY

 

"That's When I Reach For My Revolver"
Moby zrobił wiele dla promocji swojej muzyki. Pozwolił się przedymać wielkim korporacjom, które wykorzystały całą zawartość jego bestsellera, Play, do własnych, niecnych celów. O 18 nie wspominając. Ale w takich sytuacjach wtrącają się zawsze "żelaźni" fani danego wykonawcy i bronią jego wczesnego materiału. "Przynajmniej jego wczesne płyty były niezal!". Tak? Fajnie. Na Animal Rights jest kawałek "That's When I Reach For My Revolver". Ten cover bądź co bądź klasycznego hymnu post-punkowej legendy Mission Of Burma (do odszukania na ich EP-ce Signals, Calls & Marches) nadaje się, tak samo jak większość płyty, do śmietnika. Brzmi jak kolaboracja środkowego Pearl Jam (zwrotka) z grupą gotyckich artystów wyrzuconych z sesji przez Trenta Reznora (równe power-chords z refrenu). Pasja, żar i zaangażowanie zawarte w tych czterech minutach prezentują się równie okazale, jak czupryna na głowie Moby'ego. Dodatkowo, jest to znakomity przykład na udawanie eksperta od niezal-muzyki. Wiecie, coverowałem Mission Of Burma, jestem ktoś. Uhm, nobody listen to techno.
(Porcys, 2003)

 

MOKIRA
 

Persona (2009, ambient) !6.0

Głęboko poruszająca okładka, która cudem unika profanacji. A zawartość krążka (mroczny ambient z dalekim echem Basic Channelowskich, nocnych kałuż w metropolii) stara się ten efekt osiągnąć dźwiękiem i legnie, choć za samo staranie rispekt.

 

MOLOKO

 

"Sing It Back (Boris Musical Mix)"
Nieraz słyszy się takie określenia, jak "one hit wonder". Do Moloko pasuje to jak ulał. Prywatnie nie zauważyłbym w ogóle istnienia żadnego Moloko, gdyby nie ten funkująco-dyskotekowy zaraźliwy hit. Inicjalnie, atmosferyczna, niemal new-age'owa wersja, odśpiewana przez Roisin Murphy z towarzyszeniem plemiennych kotłów oraz ambientowych teł znalazła się na I Am Not A Doctor. Wtedy owiewała zimowym chłodem i zdecydowanie brakowało jej odrobiny wariactwa. Za to już klubowy, dziewięciominutowy remix zamykający Things To Make And Do gets things right, żeglując odważnie po wodach house'u przy jednoczesnym zachowaniu wyrazistości melodycznej i progresywnego oblicza. Już sama nazwa mixu zdradzałaby powód mojego uwielbienia, choć ją akurat poznałem na długo po pierwszym wyłapaniu w telewizji tego pierwotnego groove'u. To rodzaj typowo parkietowej konstrukcji, począwszy od beatu 2/4, przez niestrudzoną jazzującą gitarkę, aż po płynne keyboardowe wstawki, ale flow zwykłej piosenki, ze zwrotką i refrenem, został tu zachowany, implikując cudowne złączenie. Gdy wsłuchać się w słowa, wyjdzie na jaw zboczenie Roisin. "Cum, cum, cum to my sweet melody", uhh, what the fuck just happened? Widziałem kiedyś zapis koncertowego wykonania, gdzie pod koniec Roisin wkładała sobie mikrofon w krocze i tarmosiła do rytmu.
(Porcys, 2003)

 

MONIKA BRODKA

 

"Miałeś być"
Z Brodką i tym bezustannie zajeżdżanym w radiu i telewizji zwycięzcą konkursu opolskich premier AD 2005 sprawa jest prosta. Potrzebujemy popu. Regularnego, komercyjnego popu. W Polsce. Serio. Spędziłem godziny na wykłócaniu się o rolę "Miałeś Być" w naszej kulturze. I wciąż obstaję przy opinii, że taki soczysty, rasowy commercial smash był zbawieniem dla rodzimych muzycznych środków masowego przekazu. Po raz pierwszy od lat miałem błogie uczucie komfortu, że "wszystko jest tak, jak powinno", gdy znienacka nieśmiertelny refren atakował moje uszy po raz setny. Czemu? Bo ten refren jest śliczny i wielopoziomowy: nie tylko operuje zawiniętą jak wstążka na wietrze, kruchą linią ("Głęboko w środku gdzieś..."), ale konstruuje ją w specyficznie przyjazny otoczeniu sposób, pozwalając na aplauz z każdej strony zhierarchizowanego pod względem gustów społeczeństwa. I Monika zapodaje go w tak kruchej manierze, jak by zaraz miał się rozlecieć na kawałeczki, co wzmaga dramaturgię. A jednocześnie balansuje sprytnie na granicy pozy wyniosłej młodej damy i zagubionej nastolatki, dodatkowo angażując taki uwodzicielski, "beztroski" akcent. A więc – kontynuując myśl – dawno nie zauważyłem u siebie reakcji na zasadzie "o, i to jest to, tak mają się realizować ci laureaci 'Idola', super". Dobrze, a aspekt "shitowy" przedsięwzięcia – spytacie? Hm, widzieliście teledysk? To już raz. Dwa, że poezja Cygana. Bez komentarza oraz wreszcie postać "gwiazdy" Brodki. Ktoś oglądał kiedyś jakiś wywiad z tą dziewczyną? W sensie – to nie jest wykonawczyni, na której temat warto by się obszernie rozpisywać.
(Porcys, 2006)

Bardzo możliwe, że za mój chłodny odbiór Grandy odpowiedzialni są sąsiedzi z lokalu obok. Najwyraźniej posiadają w domu tylko jeden album i od paru miesięcy katują go na cały regulator, głównie późnym wieczorem. Trudno w tej sytuacji oczekiwać, żebyśmy byli z moją dziewczyną szczególnymi fanami tej płyty. A jeżeli ktoś w ten sposób próbuje nas do niej przekonać, to niestety, ale osiągnął odwrotny efekt. W jakim stopniu zawiniły same kawałki - ciężko stwierdzić.
(2011)

 

MONKEES

 

Head

Fajnie że w latach 60. grało sporo ostro przećpanych, "odlotowych" psych/garage bandów, ale imho czymś o wiele ciekawszym było np. to, że sfabrykowany, konfekcjonowany boysband – symbol fikcji i teatrzyku branży fonograficznej – zaliczył w oficjalnej dyskografii tak "posraną" płytę. Czysto piosenkowo ich skromny peak to Pisces, Aquarius, Capricorn & Jones Ltd., lecz soundtrack do surrealistycznego filmu Boba Rafelsona i Jacka Nicholsona (współscenarzysty) to heca jakich mało w dziejach mainstreamu: minialbum składający się w połowie z dialogowych urywków, co owocuje nieco dadaistycznym słuchowiskiem z przecięcia muzyki konkretnej i majorsowych prowokacji a la Zaireeka. Poza kozackimi songami (autorskimi i cudzymi – np. Carole King czy Harry Nilsson), intryguje mnie, jak wiele chłopaki przewidzieli: głupawa rymowanka "Ditty Diego-War Chant" to pra-przodek "I Love Kanye", zapętlone kwestie typu "supernatural – perhaps, baloney – perhaps not..." brzmią całkiem proto-Avalanches, a cała narracja wymyśla w locie klimat Enter the Wu-Tang.
(2017)

 

MOONEY SUZUKI

 

Electric Sweat (2002)

A więc obrócił się przeciwko mnie niemal cały świat, po tym, jak napisałem krytyczną recenzję Is This It The Strokes. Heh, cóż za ironia: byłem chyba jedyną osobą w tym kraju, która powiedziała o Casablancasie i spółce złe słowo. Kiedy ja nic nie mam przeciwko Strokes! Zabawne, ale ich krążek wydał mi się sympatyczny. Trudno jednak, żebym zawyżał wbrew sobie ocenę albumu tylko z powodu wielkiej popularności grupy w Wielkiej Brytanii i Stanach. Autorka jednego z hate-maili, jakie otrzymałem w tej sprawie, stwierdziła, że się zupełnie skompromitowałem, bo tak utalentowanych zespołów jak Strokes było w historii rocka najwyżej pięć. (Serio! Tak napisała, nie zmyślam!)

Strokes wykonali fajną robotę kopiując brzmienie Wielkich sprzed lat. Szkoda tylko, że 90% ludzi nie słyszało o Bee Thousand, Liz Phair, czy Black Foliage, by nie wymieniać więcej. Jak to często bywa, z niewiedzy biorą się komiczne wypowiedzi (jak ta powyższa), których komentowanie jest zbędne. Lubię także White Stripes, a jakże. W ogóle bardzo lubię takie powroty do przeszłości rockowej, wskrzeszanie tradycji, przypominanie o starych patentach. Jednak powód był zawsze ten sam: muzyka musi być dobra. Dobra, nie byle jaka! Nie wystarczy koncepcja i image, trzeba jeszcze mieć dar. Piosenek takich jak "Last Nite" zawsze będzie dużo. Ale małe arcydzieła pokroju "Tractor Rape Chain" powstają nieczęsto. Widzicie?

Co ma wiele wspólnego z The Mooney Suzuki. Czterej goście z Detroit też grają surowy gitarowy czad, też noszą skóry i ciemne okulary. Co jednak odróżnia ich od Strokes (poza tym, że byli pierwsi: kiedy wydawali debiut People Get Ready, o Strokes nikt jeszcze nie słyszał) to szczerość i entuzjazm. Oni po prostu mają "to coś", porywają swym garażowym brzdąkaniem, niczego nie udają. Aha, i nie potrzebują żadnego tatusia-milionera, który zapewniłby im świetne recenzje w prasie. Polegają tylko na sobie. Właśnie wydali drugą płytę, Electric Sweat. Płytę, przy której Is This It wydaje się śmieszna i ciotowska. Przykro mi.

Choć nazwani na cześć dwóch słynnych wokalistów jednej z najwybitniejszych grup w historii rocka, Mooney Suzuki nie składają jej hołdu muzycznego. Głównie czerpią z dorobku prostego rock and rolla. Ich styl to mieszanka takich tuzów, jak The Yardbirds, The Who, The Kinks, The Rolling Stones, Cream, MC5 i The Stooges. Nieźle brzmi, wiem, że wymienianie takich legend pod rząd w jednej linijce zakrawa na profanację, ale jakoś się temu kwartetowi udało połączyć elementy klasycznego rocka sześćdziesiątych w jedno i ze zdumieniem stwierdzam, że jest to połączenie pasjonujące. Na okładce panowie uchwyceni są w koncertowej ekstazie i taką ekstazę słychać przez cały Electric Sweat.

Mooney Suzuki nie przesuwają historii rocka ani o centymetr, ale słuchanie ich daje taką radochę, tak nieprawdopodobnie nakręca, że aż strach pomyśleć: przecież właśnie o to w rocku chodzi. Spróbuję teraz nakreślić zawartość Electric Sweat, ale zastrzegam, iż pełne zrozumienie siły grupy możliwe jest jedynie w bezpośrednim kontakcie z błyszczącym lusterkiem, inaczej cała energia jest zaledwie domyślna. Podczas, gdy oni kipią, gotują się, buzują! Tego nie sposób właściwie odebrać za pomocą tekstu, chyba, że zaczniecie recenzję skandować, wtedy, kto wie.

Tytułowy strzęp mięsistego riffu otwiera tę jazdę w absolutnym amoku. "Get ready / Get set / What you get is electric sweat", krzyczy do mikrofonu Sammy James Jr. A jego kumpel, Graham Tyler, wycina krwiste solo, które trzyma całą piosenkę za gacie. "In A Young Man's Mind" jest krzyżówką Hendrixa i punku, ze swoim dwuakordowym mostkiem pod koniec, reminiscencją ostrzejszych momentów Never Mind The Bollocks. Może trochę zbyt prosta jest to kompozycja, jakich też znamy wiele, ale podoba mi się to zespolenie inspiracji w elegancki, doskonale skrojony rock.

Prawdziwym odlotem na Electric Sweat jest "Oh Sweet Susanna", rzecz pozornie też zerżnięta, choć po prawdzie zdradzająca najwięcej inwencji i własnego wkładu. Równy, jak z bicza strzelił, rytm, który łatwo zaraz poczuć w kościach, oraz zajebista jeżdżąca gitarka kojarzą się wprost z The Rolling Stones ery Aftermath. Lecz harmonijny refren na głosy ("Oh sweet Susanna / Can you remember?") dodaje do tego suchego grania wiele piękna, zachowując przy tym całkowicie czad! Wiem, że porównywanie jakiegoś Mooney Suzuki do Stonesów, Bogów Rockowego Wymiatania, wygląda śmiesznie, ale nie mogłem się powstrzymać, chyba dlatego, że to takie dobre jest.

A co w takim razie powiecie na wspomnienie Fab Four, z okresu hamburskiego, w uroczym "A Little Bit Of Love"? Znów przesadzam, choć niech mi ktoś powie, że taki zajadły rock z opadającym motywem chorusu jest dziś czymś zwyczajnym. Niech już będzie: wstęp do "I Woke Up This Mornin'" odsyła do "My Generation", a śpiew Jamesa Juniora w "Natural Fact" do wczesnego Led Zep. Mogę tylko zapewnić, że mnogość odniesień działa na korzyść Mooney Suzuki. Czekam, aż przyjadą do naszego chorego kraju i zagrają taki wykop, że Spodek trząsł się będzie w posadach. Tak, to jest sen, natomiast potęga uderzenia i szczerość Electric Sweat to rzeczywistość. Śmiejcie się z mojego podjarania, zarzucajcie im (z czym się zgadzam) wtórność i trywialność, a ja was olewam, bo właśnie odpalam ponownie czerwone kółko.
(Porcys, 2002)

MORT GARSON


Mother Earth's Plantasia

Jeśli lubicie ogrody, naturę, przyrodę ("...urodę, modę, wygodę") albo na przykład followujecie @Warsaw Jungle, to ta wydawnicza ciekawostka z 1976 roku może Was zaintrygować. Kanadyjski pionier elektroniki był już po pięćdziesiątce i legitymował się imponującym CV zarówno w zakresie easy-listeningowych aranży w popie, jak i eksperymentów z syntezatorami, gdy postanowił se SIEKNĄĆ półgodzinny muzak dla roślinek. Tracklista PLANTAZJI obfituje więc w takie KWIATKI jak "Symfonia dla zielistki", "Zielona rapsodia", "Koncert dla filodendrona i stopłata" albo "Oda do sępolii". Garson bezwstydnie wykorzystuje egzotykę lat 50., space age kicz lat 60. i aktualne wtedy patenty minimalizmu i progresywnej elektroniki złamanej (zwłaszcza niemieckiej – mógł słyszeć Ralfa & Floriana). Z tych nasion wykiełkował mu urodziwy okaz, nieodległy od ówczesnych soundtracków dokumentalnych, a kompozycyjnie i produkcyjnie zapowiadający choćby lounge wczesnego oblicza duetu Air.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=I50pIntvVuE (evocative moment: solóweczki od 1:22 i 2:22 – co ja słucham, Premiers Symptomes?)
(2018)

 

MOSQITOO

 

Synthlove (2010, electro-pop) !5.6

Wysmakowany dance-pop ze świadomością kolońską (Superpitcher, anyone) i zapatrzeniem w Junior Boys. Highlighty: "Always Together" (odrzut z Begone Dull Care) i "Too Fast" (zagubiony numer z debiutu Plastic). A refren "Getting Closer" to plagiat z "Wow" Kylie (następstwo akordów identyczne, można śpiewać "The way you walk / The rhythm when you're dancing" etc.), przy czym zwrotka nieco mniej wprost sięga po Roisin z Overpowered. Czy aprobuję? A mam wybór, skoro poza paroma singlami Kamp! nikt nie penetruje u nas w miarę pokrewnych zaułków?

 

MR. LIF

 

I Phantom (2002)

Na co dzień nie interesuję się polityką. Jasne, mądrale zaraz powiedzą, że "polityka interesuje się tobą", "nie można żyć w próżni", oraz "bardzo łatwo zrzucać tak z siebie obywatelską odpowiedzialność, smarkaczu". Ale nie, serio, te sprawy obrzydły mi na zawsze chyba. W ciągu swojej dwunastoletniej przygody z tematem (pierwszym świadomym jej ogniwem były wybory prezydenckie w 1990 roku) zdołałem nabrać dostatecznego dystansu do wszelkich jego przejawów, by prawdopodobnie już nigdy nie pojawić się przed urną ze złożoną karteczką. "Głosujesz?", pyta się mnie ostatnio koleżanka. "Nie". "Ależ dlaczego? Toż to sama przyjemność". Cóż, nie dla mnie. Wybierać między złodziejami a złodziejami – nie mam do tego głowy. Ci kradną elegancko, tamci się nie opieprzają. Też mi różnica. Także: w lokalach wyborczych się raczej nie spotkamy. Komiczne postaci naszej sceny traktuję w kategoriach dobrego kabaretu. Weźmy ostatnie wyniesienie posła Janowskiego z sali obrad Sejmu (poeta Zagroba coś o tym wie). Śmieszne, śmieszne.

Co innego, gdy mówimy o jakichś doniosłych wydarzeniach na świecie, zdolnych wpłynąć na los nas wszystkich. Nie należę do tych, którzy ze zdziwieniem mówią: "Benladen? Jaki Benladen?". Albo jakaś akcja Czeczenów w moskiewskim teatrze. To są rzeczy o skali "welthistorische", jak powiedziałby Hegel. Wczoraj równie istotna sprawa wyniknęła w Stanach. Republikanie wygrali wybory do Kongresu. Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat mają jednocześnie przewagę w izbie i prezydenta. Z jednej strony oznacza to ich absolutne zwycięstwo. Z drugiej (nieoceniony Tomasz Lis: "skąd ci biedni ludzie mają to kurwa zrozumieć!"), Bushowi ciężko będzie wygrać drugą kadencję, bo ma odcięty manewr pod tytułem "zrzucanie winy na kongres", który stosował kiedyś Clinton. Po wtóre, nie ma przeciwwagi dla republikanów. Nikt już teraz nie będzie w stanie zatrzymać Busha w kwestii wojny z Irakiem, czy z kimkolwiek zresztą. A w ogóle te wybory stały pod znakiem demonstracji poparcia dla globalnych zamiarów George'a W. Czyli większość Amerykanów stoi za nim.

Mr. Lif najwyraźniej się do większości nie zalicza, bo od początku deklaruje niechęć względem Busha i całej jego administracji. A jego pierwszy studyjny longplay (dotychczas Lif raczył nas jedynie EP-kami, singlami i – uwaga! – płytą koncertową Live At The Middle East sprzed roku), pod tytułem I Phantom, poświęcony jest również bieżącym problemom politycznym. Taka orientacja liryczna została parę miesięcy wcześniej zapowiedziana na czwórce Emergency Rations. Teraz Lif wplata bombową krytykę systemu w misternie ułożoną, czteroczęściową historię o samym sobie. Pierwsza odsłona dotyczy snu (o śmierci i zmartwychwstaniu), druga przebudzenia (w domyśle: świadomości), trzecia sukcesu (który jednak okazuje się duchową porażką) i czwarta fantastycznie przedstawionej apokalipsy. Całkiem ambitne i osobiste zamierzenia, he?

Muzycznie, jest to z pewnością rzecz bardzo solidna i, momentami, bardzo świeża. Podkłady nie kombinują, oparte na jednostajnych, lecz bardzo wciągających beatach. "The Now" posiada żywy sample z okrzyku "yeah", podobnie, jak "Friends And Neighbours", gdzie próbka pojawia się na zakończenie frazy co drugi wers. "Return Of The B-Boy" trwa aż siedem i pół minuty i nie nudzi. Gościnnie rapują między innymi El-P i Aesop Rock. Tryska ten krążek energią, niewątpliwie. Zarzuty? Podkreśleniu politycznego zaangażowania miało służyć użycie komputerowego głosu, który kiedyś na pewnej płycie mówił: "Fitter, happier, and more productive". Wiem, Lif twierdzi, że go Radiohead inspirują, ale zastosowanie tego głosiku ("yo, yo, once again rapping for Lif") jako przerywnika między kolejnymi kawałkami to dla mnie lekkie nadużycie. No i chwilami monotonia. Podobno koncerty Lif daje wspaniałe. Może powinien nagrywać na żywo? Ogólnie fajne.
(Porcys, 2002)

I oto następny powód do dumy dla hip-hopowego Def Juxa. Wytwórnia ta to obecnie główna siła na rynku alternatywnego hip-hopu. El-P, Rjd2 i właśnie Mr. Lif wstrząsnęli rapowym światem i przesunęli zainteresowanie gatunkiem o kilka kroków dalej. Propozycja Bostończyka Lifa, który kilka miesięcy wcześniej wydał przesyconą polityczną tematyką (kac moralny po 11 września) EP-kę Emergency Rations, jest z pewnością jedną z najbardziej dziwacznych, jakie fani podziemnego hip-hopu otrzymali ostatnimi czasu. Oto mamy album koncepcyjny, opowiadający czteroczęściową historię o samym MC. Naznaczone alegorycznymi odniesieniami kolejne odsłony fabuły (sen, przebudzenie, sukces, apokalipsa) będą bez wątpienia nowością dla przeciętnego sympatyka czarnej muzyki. Taka konstrukcja przywodzi na myśl dokonania rocka progresywnego! Ale muzycznie I Phantom jest oczywiście solidną porcją twardego beatu i świetnego flow Lifa. Eklektyzm gatunkowy nie sprzyja wprawdzie spójności, ale uwydatnia wszechstronność artysty. Ogólnie: dla wszystkich, którzy chcą orientować się w pierwszej linii nowego rapu, lektura obowiązkowa. I jeszcze ciekawostka dla fanów Radiohead: funkcję łącznika między kolejnymi kawałkami pełni komputerowy głosik, ten sam, który znacie z Fitter, Happier.
(Clubber.pl, 2002)

 

MS. JOHN SODA

 

No P. Or D. (2002)

Co za dużo, to niezdrowo. Będąc siódmoklasistą zaznałem rozkoszy posiadania własnego telewizora w pokoju. Oszalałem. Nareszcie mogłem oglądać co chciałem i kiedy chciałem. Co przekładało się głównie na skróty z meczów ligi angielskiej, piłkarskie magazyny na Eurosporcie, oraz nocne relacje olimpijskie z Atlanty. (Grek, to był właśnie czas, kiedy się jeszcze interesowałem sportem.) Z biegiem miesięcy telewizja mi obrzydła. Tamten przesyt odczuwam chyba do dzisiaj. I choć ten sam JVC stoi teraz metr ode mnie, to rzadko go odpalam. Telewizja mnie nudzi. Jeśli ją oglądam, to też z nudów. Przeskakuję wtedy po kanałach jak zgorzkniały cynik. "To co widzę w telewizji, to dno". Coraz więcej rzeczy to dno, moi mili.

Dwa lata temu niemieckie nowoczesne brzmienia rozpoczęły ekspansję i podbój świata. Tridecoder Lali Puny, potem Couch i kilka innych. Tegoroczne Neon Golden The Notwist było swoistym ukoronowaniem tego zjawiska. Oto jednak ci sami z grubsza artyści próbują raz jeszcze zawładnąć waszymi uszami. Ms. John Soda to kolejny projekt na omawianej scenie, w skład którego wchodzą Micha Acher (Notwist) i wokalistka Stefanie Boehm (Couch), a na żywo jeszcze dwóch innych kolesi z bliskich okolic geograficzno-stylistycznych. Efektem wspólnych sesji jest płyta No P. Or D. Gdybym ją usłyszał przed nagraniami wyżej wymienionych nazw, pewnie byłbym zachwycony. Niestety, podobnie jak z telewizją: co za dużo, to niezdrowo. Na dzień dzisiejszy Ms. John Soda zupełnie po mnie spływa.

Bez przesady, nie zakończę tak egoistycznie. Bo nie dość, że No P. Or D. nie wnosi do avant-popu ani krzty świeżości, to jeszcze pod względem czysto muzycznym nie wytrzymuje porównania z takim Scary World Theory. Piosenki są średniakami, aranżacje nie wykraczają poza (zgoda, przez nich samych wytyczony) standard. Setny numer oparty na pastelowych klawiszach, szczebioczących klikach i syntetycznych śpiących basach nie jest czymś, czego potrzebuję. Zimny, beznamiętny śpiew Stefanie Boehm, będący kolejną naiwną namiastką Nico, nie pozostawia po sobie zbyt dużo. Operacje na wokalu (cięcia, przetworniki, pętle) są teraz na porządku dziennym na co drugim technicznym krążku. Dodatkowo w "Elusive" Stefanie bezczelnie naśladuje... no, nie powiem kogo. Po prostu nie powiem.

Wciąż, No P. Or D. jest znośnym tłem dla codziennych zajęć – śniadania, mycia zębów, czy, hm, pisania recenzji. Album posiada swoje momenty. Weźmy "Go Check" z gitarowym crunchem wtopionym w ogólną teksturę. Albo ciekawe refreny "Unsleeping" czy "Elusive". Generalnie tam, gdzie słychać wiosła, jest spoko. Ale, jak mówię, nie znajdziecie tu nawet jednego dźwięku, którego nie zagrali Notwist, czy Lali Puna. W tej sytuacji – a zwłaszcza, jeśli tamte płyty wciąż na was czekają – nie ma sensu, byście wydawali kasę na Ms. John Soda. Chyba, że po latach regularnego gapienia się w telewizor nie mierzi was popołudniowy teleturniej dla całej rodziny. Tego nie przewidziałem.
(Porcys, 2002)

 

MUDHONEY

 

Mimo że Mudhoney nigdy nie zaznali takiej popularności, jaka stała się udziałem Nirvany, czy Soundgarden, często to właśnie ich uważa się za zespół najlepiej definiujący pojęcie grunge. Dlaczego? Potrafili grać ostro, ciężko, energetycznie i pomysłowo, byli bardziej wiarygodni, niż niejeden przedstawiciel sceny Seattle. Widocznie jednak nie było im pisane odnieść sukcesu komercyjnego; w umysłach szerokiej publiczności na zawsze pozostaną w cieniu największych gwiazd grunge’u, co jest wyraźną niesprawiedliwością.

Od momentu powstania w 1988 roku, Mark Arm, Steve Turner (wcześniej w Green River), Matt Lukin (z The Melvins) i Dan Peters (poprzednio w Bundle Of Hiss) porywali słuchaczy zgiełkliwą, pełną hałasu i pasji muzyką, której korzenie można odnaleźć zarówno w pre-punku The Stooges, czy gitarowych jazdach Hendrixa, jak i potędze brzmienia Black Sabbath. Do tego dochodził ten specyficzny, desperacki klimat, którego nie sposób wyczarować nigdzie indziej, niż w wietrzno-deszczowej scenerii stanu Waszyngton. Oraz bliska znajomość z muzykami Sonic Youth, też pewnie nie bez znaczenia. Całe to zamieszanie dawało w efekcie szczery, esencjonalny grunge.

Rzadko kiedy się zdarza, że dorobek wykonawcy kojarzy się tak bardzo z jednym utworem. W przypadku Mudhoney już zawsze nasze myśli będą biegły w stronę nagrania Touch Me I’m Sick. Odbierane jako pokoleniowy hymn zagubionej młodzieży amerykańskiej, stanowi jeden z symboli całego grunge’owego nurtu. Poraża prostym, ale zagranym z ogromną werwą i zacięciem riffem, na tle którego Arm z histeryczną manierą wykrzykuje tekst. Ktoś powiedział kiedyś nawet, że Mudhoney mają w repertuarze jedną piosenkę – właśnie Touch Me I’m Sick – wciąż przerabianą i odczytywaną na nowo. Jedno jest pewne: utwór ten, wydany na singlu, a potem na czwórce Superfuzz Bigmuff (Sub Pop, 1988), jest najdoskonalszą wizytówką zespołu.

Ale dobrych rzeczy udało się Mudhoney zrobić dużo więcej. Dwa pierwsze albumy formacji, Mudhoney (Sub Pop, 1989) i Every Good Boy Deserves Fudge (Sub Pop, 1991) należą do najlepszych, jakie ukazały się z nalepką Sub Popu. Dziś uznaje się je za najbardziej przekonujące wśród wszystkich dokonań zespołu. W 1992 roku muzycy podpisali umowę z dużą wytwórnią (co przez niektórych było dowodem na zdradę ideałów sceny alternatywnej) i nagrali krążek Piece Of Cake (Reprise, 1992). Tym razem zdania były podzielone, od zachwytów po zarzuty o komercjalizację. Podobnie zresztą, jak w przypadku następnych dzieł grupy. Chyba najmniej te dylematy dotykały samych muzyków, którzy rok po roku po prostu grali swoje. Co najlepiej udowadnia dwupłytowy, zbiór March The Fuzz (Sub Pop, 1999), zawierający zarówno najsłynniejsze, jak i niepublikowane wcześniej piosenki Mudhoney.
(Tylko Rock, 2002)

 

MUNK

 

"Down In L.A. (Shazam Remix)"
Mój prywatny soundtrack lata, katuję to po dziesięć razy dziennie. Oryginał z 2008, ale to opracowanie ze stycznia 2009. Niesłychanie zaraźliwy dyskotekowy banger dla mas, a przy tym pełna detali wysublimowana konstrukcja dla koneserów (minimalne modyfikacje ślicznej linii wokalu w zwrotce i chorusie, mnóstwo drobiazgów w miksie etc.). Ta uniwersalność sprawia, że samo nasuwa się porównanie z "The Weekend" Michaela Graya, choć w pewnym sensie to odwrotności – "The Weekend" był zapowiedzią nadchodzących szaleństw po ciężkim tygodniu pracy, fantazją, projekcją, podczas gdy "Down In L.A." to wspomnienie, impresja, melancholijna podróż wstecz. Poza tym wszystko można pod to zaśpiewać – wspomniane "The Weekend", większość hitów Kylie, nawet ten klawiszowy hook z "Usłyszeć śpiew", hehe. Pasuje, wszystko pasuje. Do zobaczenia na liście singli 2009.
(Offensywa, 2009)

 

MUSE

 

Origin Of Symmetry (2001)
Za recenzję tej płyty powinno praktycznie posłużyć jedno zdanie. Jakie to zdanie? A takie: "I wanna be wanna be wanna be Jeff Buckley". I to już koniec recenzji. Tak, wiem, dziękuję za oklaski. Było mi miło, do widzenia państwu.

Ale jednak się poznęcam nad tym Muse. Co mi szkodzi! Od tego jest w końcu recenzent, żeby się o płycie wypowiedział, nie? Dobra, powiem wam, co myślę. Powiem to tu i teraz. Myślę, że Muse to trzech skurczybyków, których jak bym dorwał, to ja bym się już z nimi policzył! Nie rozumiem (mało powiedziane: to mnie oburza) całej wrzawy wokół tej bandy oszustów. Tak, oszustów. Bo muzyka Muse to jedno wielkie oszustwo. Robią kolesie kasę na mniej zorientowanych słuchaczach – na mnie nie zarobią ani centa. Ale po kolei.

"I wanna be wanna be wanna be Jeff Buckley". Ta genialna parafraza przyszła mi do głowy zupełnie przypadkowo, ale doskonale określa muzykę Muse. Tak, szmondak, który nazywa się Matt Bellamy, jest wrednym naśladowcą dwóch Wielkich Artystów, Thoma Yorke'a i świętej pamięci Jeffa Buckleya. Koleś dosłownie jest nimi, nie tylko śpiewa, ale i wygląda jak skrzyżowanie wyżej wymienionej dwójki. Bellamy postanowił wyprzedzić erę klonowania jednego człowieka i sklonował (pod swoją postacią) dwóch wokalistów naraz, tak, żeby pozyskać więcej fanów. Sprytne! Jednak nie z nami te numery. Dla mnie jest to po prostu obrzydliwe.

Ale żeby chodziło tu tylko o ten słynny egzaltowany wdech przed frazą, charakterystyczny i dla Thoma, i dla Jeffa! Jest o wiele, wiele gorzej! (Tak, choć wydawało się, że gorzej już być nie może.) Na tej płycie nie ma chyba ani jednej dobrej piosenki. Pacjenci z Muse robią wrażenie zacofanych słuchowo – ich kompozycje są albo przerażająco nudne i beznadziejne, albo kopiują utwory innych wykonawców. Że puste słowa? No to proszę. Wielki przebój, szaleństwo, wspaniały rock przyszłości. "Plug In Baby". Czy bawiliście się kiedyś w rozkładanie progresji akordowych? No więc jest to ta sama sekwencja co w "Creep", tyle, że bez jednego chwytu kończącego. Sprawdźcie sami. Poznajcie wielkość Muse.

Ale to wcale nie koniec! Wyobraźcie sobie, że utwory z Origin Of Symmetry są tak żałosne, że po prostu nie można wytrzymać! Nie wiem, jak mam to lepiej wytłumaczyć. Sposób budowania melodii, harmonii, rytmu, to wszystko sprawia wrażenie przypadku lub – bardziej prawdopodobne – braku jakiejkolwiek inwencji na tym polu. To po co zakładali zespół i pchają się z nim na szczyt, skoro ani krzty w nich talentu? No przysięgam, dawno nie słyszałem już serii tak topornych i na siłę konstruowanych kompozycji. Słuchanie tego albumu to męczarnia! (No proszę, skończ się wreszcie, skończ...) To sztuka, by nie zainteresować mnie prawie niczym podczas pięćdziesięciu dwóch minut i szesnastu sekund. A tak się starałem!

I jeszcze jedno. Muse grają ze strasznym podnieceniem, Bellamy udaje natchnionego i tak dalej. Tyle, że te "emocje" są sztuczne i na odległość śmierdzą kiczem! Dlatego pomyślałem, że przesłuchanie tej płytki byłoby wspaniałym testem na potencjalną wrażliwość słuchacza muzyki rozrywkowej. Jeśli przy słuchaniu Origin Of Symmetry poczujecie ciarki, względnie wzruszycie się, to nie mamy o czym rozmawiać – najlepiej wyjdźcie sobie z Porcys.com na świeże powietrze. Jeśli zaś dopadnie was wstręt wobec oszukanej uczuciowości wokalisty, bezczelnie sprzedawanej za ciężkie pieniądze "fanów", to znaczy, że zachowaliście w sobie resztki jakiegokolwiek człowieczeństwa. I chwała wam za to.

Kończę, bo zaczyna mnie wnerwiać pisanie o tym zespole. Mówiłem na wstępie o oszustwie. Tak, bo coraz częściej słyszę od wielu osób, w tym dziennikarzy, jaki to Muse jest świeży, odkrywczy i w ogóle. No więc obiecajcie mi, że wy się nie nabierzecie na ten numer z Muse. Obiecujecie?
(Porcys, 2001)

"United States of Eurasia (Collateral Damage)"
Tak jak u Mars Volty nadal nie kumam, dlaczego goście obdarzeni taką wyobraźnią i panowaniem nad instrumentami robią tak słabą muzykę, tak u Muse nadal nie kumam dlaczego koleś legitymujący się taką teoretyczną wiedzą o muzyce (inspiracje poważką, wyraźna świadomość harmonii etc.) robi tak słabą muzykę. Być może do odpowiedzi na to fascynujące pytanie przybliżałaby nas odpowiedź na pytanie – dlaczego Radiohead nigdy nie nagrali tak słabego kawałka? Czy chodzi o wyczucie? Że nad riffem X warto pracować i potem go wydać na płycie, a z Y wypada tylko uczynić temat do próby dźwięku przed koncertem? Pewnie tak. Speaking of wyczucie – co to było od 3:46? How lame is that? Moja mama uczyła mnie Chopina od dziecka, dla mnie to profanacja panie Bellamy.
(Porcys, 2009)

 

MUSIC

 

Music (2002)

- A teraz pokażę ci, na czym polega muzyka. Dobra muzyka. Dlaczego jedne płyty są lepsze od drugich. Co sprawia, że coś bardziej, lub mniej lubimy. Oraz, jako jasny wniosek, powiem ci, o co chodzi w zawodzie recenzenta. Gotowa?
- Kontynuuj, proszę.
- With pleasure. Widzisz, baby. Dawno, dawno temu, człowiek wynalazł muzykę. Muzyka towarzyszyła jego życiu, była jak nieodłączny element jego relacji ze światem. Słyszał muzykę w naturze. Zaadaptował ją do celów religijnych, obrzędowych. Muzyka wyrażała otaczającą go, tajemniczą przestrzeń, która, choć niezgłębiona, teraz była już mu bliższa, bardziej zrozumiała. Z czasem muzyka została przyswojona przez człowieka na tyle, że mógł sam ją tworzyć – świadomie i konsekwentnie. Od tamtej chwili rozpoczął się najbardziej fascynujący okres w dziejach. Zamiast kopiować dźwięki przyrody, ludzie sięgnęli do samych siebie i wydobyli na światło dzienne pokłady wrażliwości, za pomocą których udało się stworzyć tę abstrakcyjną, unikatową wartość. Rozumiesz, baby?
- Tak. Mów dalej.
- Ok. Na jakimś etapie rozwoju tej dziwacznej formy ekspresji, pojawili się geniusze, których dzieła przewyższały dzieła innych. Nagle kompetentni gogusie zaczęli rozróżniać wielką muzykę od przeciętnej i słabej. Zgadnij, na jakiej zasadzie.
- Uhm, cóż. Może po teledyskach? Liczbie nagród MTV?
- Well, nie do końca skarbie. Zauważ, że w czasach takiego Vivaldiego MTV nie istniało, o samych klipach nie wspominając. Ale Antonio jakoś stał się legendą, a co najważniejsze, słuchamy jego kawałków do dziś, i to z satysfakcją. No więc?
- No więc biorę encyklopedię muzyczną. Słuchaj: "Indywidualny styl Vivaldiego przejawia się najpełniej w jego dziełach instrumentalnych, a zwłaszcza w koncertach na instrumenty smyczkowe. Będąc wybitnym skrzypkiem-wirtuozem wzbogacił on znacznie technikę gry na tym instrumencie, wprowadzając nowe sposoby artykulacji, wykorzystując wysokie rejestry, wprowadzając właściwe skrzypcom figury techniczne, używając scordatury".
- Scordatury? Spójrz, wszystkie wymienione przez ciebie atuty Mistrza są też właściwe Joe Satrianiemu, który jednak nie nagrał dotąd ani jednej płyty powyżej 2.0, co o tym powiesz?
- Cicho, czytam dalej. "Wyrazistość rytmiczna tematów i przewaga faktury homofonicznej dzieł Vivaldiego sprzyjały oddziaływaniu harmoniki funkcyjnej".
- Brednie, kotku. Zauważ, że wyrazistość rytmiczna jest zwykle domeną dance'owego chłamu, zaś faktura homofoniczna to cecha większości mainstreamowych gówien znanych z telewizji.
- To posłuchaj tego. "W zakresie formy Vivaldi był współtwórcą 3-częściowego koncertu solowego".
- Nie, nie. Liczba części nie ma znaczenia. Progresywni nudziarze sięgali nieraz nawet kilkunastu, co nie przeszkadzało, a raczej pomagało im nudzić.
- Ok, poddaję się. W czym tkwi według ciebie fenomen Vivaldiego?
- Nie wiem, nie znam się na muzyce poważnej. Heh, żartowałem. Otóż urok muzyki tkwi w niej samej. Po prostu. Żadne teledyski, żadne umiejętności techniczne, ani faktura, struktura, powierzchnia, czy co tam chcesz. Liczą się same motywy. Znawcy będą ci mącić o homofonicznej fakturze, lecz to nie ona decyduje o tym, że lubimy Vivaldiego. Koleś miał dar do pisania dobrych tematów muzycznych, ot co. Weźmy Cztery Pory Roku. Otwierające to opus magnum artysty Allegro z Wiosny to rzecz genialna. Lub inne Allegro, tym razem z Jesieni. Zajebiste. Albo Allegro Non Molto z Zimy. Coś przepięknego. Wszystkie te melodie powstały w główce Antonia. Brawo, brawo.
- To ciekawe. A produkcja? Aranżacje? Smaczki? Nie liczą się?
- Jasne, że liczą. Tyle, że samymi smaczkami dobrej muzy nie zrobisz. Mając do dyspozycji najlepszych producentów, studia i instrumenty, nie nagrasz dobrego albumu bez dobrych kompozycji.
- Nie wierzę, że to reguła. Podaj przykład.
- Dobra. Ukazał się debiut zespołu The Music. Tacy smarkacze z Wielkiej Brytanii. Mają wszystko: dużą wytwórnię, kładącą kasę na nagrania, uznanych realizatorów i solidny sprzęt. Mają wokalistę podrabiającego Perry Farrella, gitarzystów sprytnie rzężących i udających zbuntowanych The Verve, twardego perkusistę i mnóstwo młodzieńczego zacięcia. Mają za sobą prasę, która pragnie z nich uczynić kolejne rockowe gwiazdy na Wyspach. Słowem: mają niemal wszystko. Oprócz najważniejszego: muzyki. Dziwne, w kontekście nazwy zespołu.
- To co tam jest na tej płytce, cisza?
- Nie, ale ciszę bym wolał od tych wysilonych, kalekich piosenek. Każda z nich to rock, na oko rock ostry i bezkompromisowy. Jednak z każdej wieje taką nudą i beztalenciem pisarskim, że się przykro robi. Ten krążek to paradoks. Jest na nim cała otoczka, o której wspomniałem. Lecz nie ma czego słuchać, chyba, że kogoś interesuje słuchanie otoczki.
- Cholera, straszne.
- Tak. I teraz: w jakim położeniu znajdują się biedni recenzenci, zobligowani do skomentowania takich wydrążonych utworów, jak te The Music? Co mają napisać? Zawód recenzenta jest jednym z najśmieszniejszych. Oto piszesz, co ci się podoba, a co nie. A potem ubierasz to w okrągłe słowa.
- Jak to?
- Normalnie. Nigdy nie ufaj zdaniom typu: "Opłacało się wokaliście odejść od ostrych gitarowych brzmień w stronę synth-popu – efekt jest porażający". Oznacza to ni mniej, ni więcej, że na tej nowej płytce znajdują się świetne kompozycje. Gdyby były słabe, ten sam dziennikarz skrytykowałby ów zwrot do synth-popu.
- A mnie się wydaje, jak czytam gazety, że to jest utopia. Tak winno być, ale niestety nie jest.
- Hm, kto wie, baby.
(Porcys, 2002)

Anglicy mają kolejną nadzieję na rockowe objawienie. Nie da się ukryć, że brytyjskie gitarowe granie przechodzi właśnie pewnego rodzaju kryzys. Jest to kryzys przewrotny – wciąż przecież powstają na Wyspach zespoły, część z nich cieszy się sporą popularnością, a kolorowe magazyny umieszczają nawet na okładkach zdjęcia ich liderów. Prawda jednak jest taka, że żaden nowy przedstawiciel rocka z tamtych stron nie zaprezentował w ostatnich kilkunastu miesiącach czegoś wybitnego. Mimo to, dziennikarze za wszelką cenę chcą wykreować następnych idoli. Czy staną się nimi The Music?

Tym razem idzie o namiastkę psychodelii The Verve, o przypomnienie jazgotu gitarowego przełomu dwóch poprzednich dekad, oraz sprawne posługiwanie się prostym riffem. Wśród wielu podobnych grup The Music wyróżnia głos wokalisty, jej główny atut i mankament zarazem. Barwa przywołuje na myśl Perry Farrella, przyjemnie wiercąc w uszach, ale na dłuższą metę zaczyna być monotonna i denerwująca. Zarzut ten dotyczy również samych piosenek, z których prawie żadna nie zapada wyraźnie w pamięć, choć wszystkie są zgrabnie obmyślonymi kawałkami, wykonanymi z werwą i wyczuciem.

Ciekawym otwarciem jest The Dance, przechodzący od stałych tonów gitar do przestrzennego hałasu. Znany z pierwszego singla grupy Take The Long Road And Walk It to z kolei nudna próba mariażu hipnotycznego rockowania z bluesowymi zagrywkami gitarowymi. Sporo dzieje się w Human (fajny pogłos na wokalu), Float (kakofoniczna kulminacja) i Getaway (bodaj najlepsza kompozycja w zestawie). Lecz zbyt dużo tu przeciętności i trywialności, niestety wysuwającej się na plan pierwszy, jak w The Truth Is No Words, The People, czy Too High.

Trochę smutno, że dziś emocje wiąże się z tak zwykłymi płytami. Obiecywać sobie po The Music wiele w przyszłości, to duże ryzyko, ale ja życzę im jak najlepiej z całego serca.
(Tylko Rock, 2002)