LUSH

 

Split (1994)

Uwaga, jeśli kogoś w hałaśliwej, przygniatającej przesterami muzyce My Bloody Valentine najbardziej kręcą te szmaragdowo-delikatne wibracje á la Cocteau Twins, to ma tu idealny punkt przecięcia obu estetyk. "Split" to według mnie najrówniejszy album tej fantastycznej kapeli, na którym wydobyła się ona spod przesadnej inspiracji Robinem Guthriem (produkował ich regularny debiut "Spooky") i uchwyciła swój szczytowy moment kreatywności, zanim przepoczwarzyła się w co najwyżej poprawny, rzetelny britpopowy band na trzecim i ostatnim krążku "Lovelife". Przewaga Lush nad konkurencją polegała na obecności w składzie dwóch dziewczyn. Miki Berenyi i Emma Anderson grały na gitarach, śpiewały i co najważniejsze, układały perliste alternatywne hity. Dwie zdolne songwriterki, więc zakres klimatów godny podziwu – dostajemy i punk rock (ale taki bliższy estetyce Stereolab) w "Blackout", i slowcore w "Desire Lines", i transowy rock "Undertow", i wreszcie najładniejszą tu winietkę na modłę The Sundays w postaci "Lit Up". Reasumując: ABBA shoegaze'u!
(T-Mobile Music, 2012)