LUOMO

 

Vocalcity (2000, microhouse) 8.9

Słynny debiut fińskiego wizjonera technicznej muzyki, sklasyfikowany jako jeden z manifestów microhouse'u, często kamufluje stricte popowe instynkty za pomocą rozległych, poszerzonych editów. "Tessio" to kwintesencja smutnej tanecznej pieśni. Otwierający całość "Market" to ponad cztery minuty hipnotyzującego rytmu, po którym do głosu dochodzi zmysłowe frazowanie wokalistki, żywcem wyjęte z najszlachetniejszych komercyjnych przebojów – przez kolejnych kilka minut bit opada i w końcu wygasa. Podobny schemat w nieco innych proporcjach zauważamy w "Class" i "Synkro". Wyłamują się tylko milczący trans "The Right Wing" oraz inkrustowany strzępkami, drobinkami, ścinkami popowych zaśpiewów "She-Center". Przymiotnik "micro" odnosi się do skali, w której modyfikowane są bity – ale tych mikro-zmian jest tak wiele i są na siebie tak misternie ponakładane, że każdy odsłuch przynosi nowe zaskakujące odkrycia. Przestrzeń w takim "Synkro" budzi skojarzenia z fauną i florą innej planety – owszem jesteśmy na łonie natury, wokoło zwierzęta i rośliny żyją w idealnej symbiozie, ale nic nie przypomina tego, co zobaczymy w swoim życiu.
(T-Mobile Music, 2011)

The Present Lover (2003, microhouse) 7.8

To party było kompletnie chybionym pomysłem. To znaczy dla ciebie. Po co tu w ogóle przychodziłeś. Żeby pooglądać z bliska zgraję wyfiokowanych snobów w drogich garniturach wymieniających spostrzeżenia odnośnie drobnych różnic między obrazowaniem w poematach Cecki i Lipszyca? Wal się na ryj! Żeby podoznawać przenegatywnie wobec debilnych pseudouśmieszków wyniosłych modelek klasy C paradujących w najmodniejszych ciuchach sezonu? Jedna z nich jest cholernie ładna, ale kiedy zaczyna przeciągać wyrazy we wsiowej manierze, odechciewa się reagować. W końcu się przyznała że jest z małego miasta. O, właśnie, i jeszcze ta jej pewność że może mieć każdego. Czy te laski są rzeczywiście przekonane, że sensem życia jest seks? Głupia cioto w podartej sukience z drinkiem w dłoni: fuck you! Whether or not we have sex? Ale co to? Zastęp aspirujących intelektualistów wybywa z rezonem. Jak zjawy znikają kolejne grupki mamroczących niedobitków. Sala opustoszała. Kameralny wystrój nagle zapachniał tęskną melancholią. Gdzie się podziali? Gdzie jest barman, gdzie jest gospodarz wieczoru? Nic. Pustka. Ale czekaj. Tam w rogu. Siedzi ona. Ją też jakiś niezwykle wpływowy projektant odział w topową kreację. Lecz ona wydaje się inna. Miła. Znienacka podchodzi. Sami we dwoje. Bez słowa. Z głośników sączy się cicho The Present Lover Luomo i żebyś zryżał, jeśli nie jest cudownie.

Fiński producent techno Sasu Ripatti w ciągu z górą sześciu lat zdołał wyrobić sobie niepodważalną pozycję czołowego manipulatora neo-elektroniki. Pod sygnaturą Vladislav Delay toczy rozległe, ambientowe obrazy dźwięku, używając technik click+cuts w digitalnym pejzażu sonicznej natury. Ktokolwiek słyszał chociażby długaśną żywą improwizację Naima wie, że abstrahując od ambicji i transowych właściwości, efekty tych metod pozostają zwykle ciężkostrawne. (Na marginesie zwróćcie uwagę na jazzowe akcenty eksponowane już w samych tytułach krążków, bo z kolei debiutancka EP-ka kolesia to The Kind Of Blue.) Ale Luomo jest tanecznym, przyswajalnym projektem Delaya – tym, który pozwala wyciągnąć zza stolików nawet totalnie zmanierowane "gwiazdy" ku parkietowej hipnozie i rozkoszy wtapiania się w srebrzyste odbicia klubowych luster obijających ściany. Bazując na sprytnie modyfikowanym, ostrożnie rozwijanym bicie 4/4, który bezapelacyjnie pochodzi prosto od house'u, Luomo operuje jedwabistymi plamkami syntezatorów, przestrzennymi echami aksamitnych sampli i zwłaszcza uroczo wyedytowanymi wprawkami wokalnymi – ciepłymi, zwiewnymi, sexy, ale ewokującymi refleksyjny klimacik nostalgii za romantycznymi imprezami w oku cyklonu kiczu.

Uznając bowiem za realny nawrót trendu na płaskie, plastikowe odsłuchy rodem z lat osiemdziesiątych, można by z powodzeniem wpisać weń Luomo, dajmy na to ramię w ramię z Junior Boys. Natomiast jeżeli Birthday użyjemy za idealny soundtrack do marazmu i zmrożenia przed-imprezowego, to The Present Lover funkcjonuje perfekcyjnie w po-melanżowym paraliżu, gdy myśli wracają do normalnego toku i automatycznie wkrada się uczucie zatraty. Umiejętne rozprowadzanie miniaturowych hooków to naczelny atut Fina. Utwory konstruuje z wiodących, zapamiętywalnych wersów wokalnych rozmytych w planie stopniowo ewoluującej, musującej tkanki instrumentalnej. Uwertura "Visitor" dopiero zapowiada tę kalkę, obchodząc się bez pętli drumów, a malarsko wijąc partię para-natchnionego śpiewu w płynie rozwodnionych dzwonków i pianina. Ale wkrótce formuła zadomawia się na dobre. Highlight "Body Speaking" uwodzi damskim "Can you feel my body speaking" na tle kontrolowanego chłodnego groove'u key-basu. "I ain't here to disappoint you, girl" mknie "Talk In Danger", gdy lekkie warstwy electro aranżów zmieniają superpozycje. Zaś "Could Be Like This" polega już głównie na podkładzie, okazjonalnie inkrustując go ścinkami vocal reverbu.

Owszem, inicjalnie ten siedemdziesięciopięciominutowy krążek odrzuca monotonią i znacznie przesadzonymi rozmiarami, tak całości, jak i poszczególnych tracków (siedem, osiem minut to tu normalka). Nieliczne fragmenty (barokowo ornamentowy "So You", fake-soul-disco "Shelter", niby-blady kawałek tytułowy) poprzez swą oniryczną repetycję wyglądają, jak by "musiały" być wypełniaczami. Sęk w tym, że nimi nie są. Są efektywnie progresującymi, minimalistycznymi kompozycjami, podążającymi wedle własnych arytmetycznych wyznaczników. Luomo potrafi z interakcji wycinka głosu i keyboardowego riffu uczynić przewodni wątek pasjonujacej narracji. To wybitna umiejętność. I ostatecznie formalne dopracowanie wprawia w całkiem niemały podziw. Niby nic ponad nowoczesny exclusive dance-pop, tudzież easy-listening-house, tudzież micro-hop, ale przeprowadzony z taką pewnością, elegancją i zmysłowością, że przysiadłem z aprecyjencji. To, drugie po Vocalcity z 2000, dokonanie Luomo wwiewa świeżość na salony mistrzów cykających rytmów. Damn good.

PS: Ach, raz jeszcze kłania się zasysanie płyt z netu. Panie Kellman, bądź pan przynajmniej porządnym człowiekiem. Na front-cover nie figuruje wcale Bridget Fonda. Widzisz pan, a ja kupiłem sobie ten album w sklepie. I dzięki opisowi wewnątrz wiem, że ta laska ze zdjęcia to modelka Ananda z renomowanej agencji Elite (starzy czytelnicy kojarzą, mojej ulubionej). I to ona jest tajemniczą nieznajomą z pierwszego akapitu.
(Porcys, 2004)

Okładka tej płyty to perfekcyjne wprowadzenie. Hologram wyniosłej chłodnej modelki z uciętą ręką reprezentuje wizualną ułudę wielkiego świata. Jeśli "Vocalcity" medytuje nad zagubionymi cywilizacjami, to "Present Lover" błąka się po ekskluzywnych nocnych klubach, w których stali bywalcy – modelki, aktorzy, celebryci – udają, pozują, grają, a ostatecznie i tak są rozczarowani. Blichtr i melancholia jako dwie strony tego samego medalu. Nieopisywalny klimat – after po imprezie dla VIPów, ty przysypiasz, dostałeś wejściówkę, przyglądasz się zmanierowanym, zmęczonym lansem gwiazdom. Masz rozmyte wizje – wszystko jakieś odrealnione... Sasu Ripatti nie tylko produkuje dźwiękowe ilustracje takich chwil, ale i umiejętnie nazywa je słowami. W "Visitor", bodaj najpiękniejszym nagraniu Fina, słyszymy rozkoszny damski śpiew, ale padają takie zdania jak: "I'm boiling in your cold" i "When i visit you I miss you".
(T-Mobile Music, 2011)

Paper Tigers (2006, microhouse) 6.8

✂ "Really Don't Mind", "The Tease Is Over", "Wanna Tell"

Convivial (2008, microhouse) 5.6

Rozpocznę od pewnej anegdoty. Mój kolega z klasy w liceum pożyczył mi kiedyś kasetę (było to w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych) ze swoimi "osiągnięciami" na gruncie muzyki techno – efektem niezobowiązującej zabawy z najprostszym dostępnym programem komputerowym do układania loopów na podstawie ubogiej biblioteki sampli. Oczywiście ta "twórczość" miała charakter kabaretowy i skończyło się na śmiechu gdy usłyszałem komediowo plastikowe bity w połączeniu z maksymalnie sztucznie brzmiącymi motywami keyboardu, które były automatycznie generowane przez programik, więc pod względem kompozycyjnej błyskotliwości i elementu zaskoczenia rywalizowały z gigantami disco-polo.

Mniej natomiast śmieszne jest to, że kilka utworów na nowej płycie fińskiego guru wysmakowanej elektroniki, Luomo, przypomniało mi tamte szkolne wygłupy kumpla. O tyle to niepokojące, że Sasu Ripatti ma w dotychczasowym dorobku wiele nagrań będących synonimem najszlachetniejszych produkcji w świecie muzyki tanecznej. Jego albumy Vocalcity i Present Lover ustawiły wręcz standard dla eksluzywnego soundu współczesnej muzyki house. Chwilowa obniżka formy na płycie Paper Tigers z 2006 sygnalizowała wyczerpanie się uprawianej przez Luomo formuły. Ripatti, który równocześnie działa pod kilkoma innymi pseudonimami, powrócił właśnie do nazwy Luomo i wątpliwości pojawiły się ponownie. Czy idea, która zrewolucjonizowała świat house'u w 2000 roku, nadal może wnieść coś ciekawego do tej stylistyki?

W kilku miejscach krążka Convivial odpowiedź na to pytanie brzmi wyraźnie "nie". Mimo upartego poszukiwania nowych rozwiązań rytmicznych wewnątrz swojej estetyki, Sasu pozostaje niewolnikiem pewnego schematu, który chyba się już wypalił. Jakkolwiek by nie formował pętli bitu, basu i syntezatorów, to zawsze kończy na dość przewidywalnej, chłodnej konstrukcji, którą słyszeliśmy wiele razy. A zwłaszcza już rozczarowujące jest to, że teoretycznie każdy z zaprezentowanych tu kawałków nosi znamiona "piosenki" – co zagwarantować mają gościnnie występujący wokaliści. Szkoda tylko, że brakuje im nośności i, nazywajmy rzeczy po imieniu, poruszających melodii (którymi dawniej sypał Fin jak z rękawa). Na szczęście co jak co, ale Luomo, mimo że nie ma już tej siły co przedtem, nadal potrafi porządnie zahipnotyzować słuchacza. I przynajmniej w jednym tracku, zatytułowanym Robert's Reason (z gościnnym udziałem Roberta Owensa, słynnego wokalisty pamiętającego złotą erę chicagowskiego house'u w późnych latach osiemdziesiątych) nawiązać poziomem do swoich klasycznych nagrań. Zawsze coś.
(Clubber.pl, 2008)

Plus (2011, microhouse) 5.5

✂ "How You Look", "Form In Void", "Spy"

* * *

moje top 5:
1. Visitor
2. Synkro
3. Market
4. Body Speaking
5. Robert's Reason