LILYS

 

#20
KURT HEASLEY
Gdyby songwriting mierzyć w IQ, to wiecznie podróżujący po Stanach i zmieniający członków swojego bandu jak rękawiczki Heasley osobiście zakładałby oddział Mensy w amerykańskim indie. Nazywany czasem "chodzącym słownikiem riffowo-harmonicznym", teoretycznie poświęcił karierę wiernemu naśladowaniu (z pietyzmem godnym wytwórców takich miniaturowych modeli pojazdów, gdzie zgadza się każdy detal podpatrzony w pierwowzorze) swoich muzycznych herosów. Zaczynał jako kopista MBV (miał taki kawałek "February Fourteenth"!), potem wyśnił sobie halucynogenny dream pop, który brzmiał jakby David Gilmour za długo wdychał zapachową bombę z perfumerii. Następnie wzniecił dość konfundujący "mod revival" – papugował Kinks, Small Faces, nawet Monkees, ale z domieszką Sunshine Popu spod znaku Association i psych-jazz-rocka a la wspominani tu wcześniej Graffiti. Ktoś na tę okoliczność palnął hasło BUBBLEFUZZ i nie mijał się z prawdą.

W XXI wieku Heasley nie wymiękał – zmieszał wszystkie powyższe tropy w blenderze i wychodziły mu koktajle budzące np. skojarzenia z późnym Andre 3000 na LSD (kultowe "A Diana's Diana"). Ale huśtawki stylistyczne i aranżacyjno-produkcyjna MIMIKRA to jedno, a inteligencja kompozycyjna typa to drugie. Macie czasem coś takiego, że słuchacie sobie nominalnie "spoko kawałka" i już po chwili zaczynają się dziać dziwne rzeczy – "maniakalne" zmiany akordów wirują jak przy tornado, "fraza" staje się kategorią względną, a "drzewa zaczynają chodzić"? Z Lilys to są wrażenia na porządku dziennym. Szczęka opada, trzeba się poddać i "zgłosić nieprzygotowanie do zajęć". Zawsze wtedy dochodzę do tego samego wniosku, że brawo Kurt, po raz kolejny wykonałeś kawał kapitalnej, nikomu niepotrzebnej roboty. Znów doceni cię tylko garstka redaktorów Porcys, Max Tundra i Roman Coppola.
(100 Songwriterów Wszech Czasów, 2015)

* * *

Eccsame the Photon Band (1994)

Kolega piszący niedawno o "Eccsame..." na portalu Porcys.com wyczerpał temat następującym zdaniem: "coś fajnego mi się śniło, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć...". I to jest właśnie meritum drugiego longplaya Kurta Heasleya. Widzicie, istnieje pewna niezauważalna różnica między melodiami, które są tylko senne (na tym atrybucie polega niemal cały dream-pop) i melodiami, które przy okazji jeszcze brzmią tak, jakby się słuchaczowi śniły. Te pierwsze jedynie usypiają, a te drugie dodatkowo kierują się logiką snu. Zajęło mi wiele lat przyswojenie ospałych, snujących się melodii z "Eccsame...", choć w przeciwieństwie do większości dokonań slocore'owców, są to przeważnie motywy bardzo sugestywne. Tyle, że zarazem rozłażą się w uszach, że tak powiem. Nawet gdy Kurt postanawia zamaszyściej przygrzmocić w arcypięknym shoegaze'owym ćwiczeniu "The Hermit Crab", rezultat jest, jak to mawiają w anglojęzycznych recenzjach, "impenetrable" – czyli nieprzenikniony. Jeśli na debiucie Heasley kłaniał się My Bloody Valentine, a pod koniec lat 90. składał hołd The Kinks, to na "Eccsame..." jego głos jak nigdy wcześniej i nigdy później przypomina Davida Gilmoura z letargicznych, opiatowych ballad, jakie znajdziemy na "Meddle" albo na soundtracku "Obscured By Clouds". Posłuchajcie pierwszych wersów w "High Writer at Home" – toż to Gilmour w czystej postaci.
(T-Mobile Music, 2012)

Better Can't Make Your Life Better (1996)

Do najczęściej chwalonych płyt Kurta Heasleya należą kosmiczno-dream-popowe "Eccsame the Photon Band" i grubo zakrojona, sixtiesowa parafraza "The 3 Way". Ja natomiast chciałbym zaalarmować, że w przeciwieństwie do względnie schematycznego (choć zadbanego) shoegaze'u "In the Presence of Nothing", "Better..." wcale nie odstaje jakoś w dorobku wybitnego waszyngtońskiego songwritera. Utwory z "Better..." może nie są natychmiast tak chwytliwe, jak niektóre z tysiąca hooków "The 3 Way", ale są równie powyginane, a może i bardziej majestatyczne w swojej nieprzewidywalności. Argumenty na poparcie tezy? Króciutki singel "A Nanny In Manhattan" streszcza melodykę Beatlesów i Kraftwerk (otwierająca fraza zakoszona z syntezatora w "Neonlicht") i zapowiada aurę "Midnite Vultures" Becka. "Can't Make Your Life Better" antycypuje nieskończone melodie Kevina Barnesa na "Satanic Panic In the Attic". Swoboda z jaką gość stosuje modulacje w takim "The Tennis System (and Its Stars)" przypomina, że Kenny Gilmore, który notabene grał kiedyś w Lilys, nie wziął się przecie z księżyca...
(T-Mobile Music, 2012)

The 3 Way (1999)

Kurt Heasley z okresu "The 3 Way" bywa niesłusznie sprowadzany do niewdzięcznej roli sprawnego, wiernego imitatora Raya Daviesa. Inna sprawa, że koleś wcale nie pomaga marudzącym sceptykom, bo rozpoczyna względnie krótką płytę dwiema minutami niczego. "Dimes Make Dollars" to nudna próba dźwięku, rzecz przeźroczysta i to w niefajny sposób – jeden męczony w kółko, mierny post-kinksowski riff, który nie ma szans zachęcić przypadkowego odbiorcy do dalszego odsłuchu. I wtedy zaczyna się zabawa – w przeciągu następnej pół godziny Kurt przedstawia się parokrotnie jako prawdziwy Autor, który za nic ma obowiązujące reguły układania nośnych, radiowych piosenek. Schematu zwrotka-refren-mostek się tu nie spodziewajcie, bo poszatkowane przebiegi progresywno-popowych kompozycji Heasleya są równie nieprzewidywalne, co jazda po autodromie w wesołym miasteczku – nigdy nie wiesz kiedy i z której strony nadejdzie kraksa. I przy całym szacunku dla tak wybitnej osobowości jak Ray Davies, tym właśnie różni się od niego Heasley. Mówiąc wprost, z czysto muzycznego punktu widzenia w takich "Socs Hip", "Accepting Applications at University" czy "The Spirits Merchant" dzieje się z pięć razy więcej niż w kawałkach Kinks z "Village Green Preservation Society" (które uwielbiam, ale tylko stwierdzam fakt). I jeszcze jedno – nic dziwnego, że to ulubiona płyta Bena Jacobsa. Zauważcie, że w "Leo Ryan" Heasley antycypuje milutki śpiew Jacobsa, który stanął przed mikrofonem dopiero trzy lata później.
(T-Mobile Music, 2012)

Everything Wrong Is Imaginary (2006)

Kurt Heasley to następny iluzjonista indie-światka, który podąża specyficzną, hermetyczną ścieżką i ma w nosie jak ta ścieżka konweniuje z kimkolwiek i czymkolwiek. W latach dziewięćdziesiątych z gracją balansujący między frapującymi namiastkami shoegaze'u a hołdami dla Kinks, na "Everything..." obiera autorski kurs na pop-rock, zahaczając o funk/r&b w duchu późnego Outkastu (Andre 3000 mógłby stać za fenomenalnym "A Diana's Diana"), klasyczny amerykański college-pop (niemal Pavementowe "The Night Sun Over San Juan"), motorykę Neu! (nagranie tytułowe) albo wczesnego Mercury Rev (patrz "Still in All the Glitter").
(T-Mobile Music, 2011)