LILY ALLEN

 

Alright, Still (2006, pop) 6.7

Allen to panna "na dzień", if y'know what I'mean... Do kina z nią pójść, na spacer, kawę wypić... Cheryl Tweedy (laska, o której Lily śpiewa, że chciałaby wyglądać jak ona) za dnia znudziłaby totalnie, a Lily wyszczekana - tu przeklnie, tam kogoś obrazi i od razu coś się dzieje. Zaś piosenki też się bronią - prostolinijna historyjka post-breakupowa "Smile" to rzadki przypadek singla reggae który nie nuży, "Everything's Just Wonderful" sygnalizuje kunszt Grega Kurstina (zapowiedź stylu Bird and the Bee), a od reszty bije luzacka, słoneczna aura. Soundtrack lata 2006, ziooom.

It's Not Me, It's You (2009, pop) 6.2

Wygląda na to, że Kurstin użył odrzutów z Ray Guns (chociaż refrenu "Never Gonna Happen" bym tak nie obrażał), ale paradoksalnie to chyba najlepsza rekomendacja dla bezpretensjonalnych, miejskich piosenek. Plus dziewczyna uśmiecha się uroczo, ma niewymuszoną charyzmę jak na 23 lata i zapodaje wersy typu "Fuck you / Fuck you very very much" pod cytat z "Close to You" Bacharacha. Nadal popieram.

Sheezus (2014, pop) 6.6

Biorąc pod uwagę jak rzadko Lilka wydaje płyty i jak wyśmenity producent robi jej muzykę, to ten Sheezus powinien być kurwa trochę lepszy. Zabawny tytuł, jeden wyborny (anty-)hymn i trzy kolejne fajne kawałki - naprawdę, to wszystko? Ten album miał rozpierdalać, a nie. Tym smutniejsze, że i tak uplasuje się w mainstreamym topie roku. Takie czasy. ✂ "Insincerely Yours", "Close Your Eyes", "URL Badman", "Hard Out Here"