LED ZEPPELIN


ale co ja niby mam mówić, skoro każdy dobrze wie. same banały mogę, słyszane tysiąc razy, no ale proszę bardzo:

- każdy rockowy styl zawierający w nazwie "hard", "heavy" albo "metal" ma swoje źródło w nich albo w black sabbath
- byli przejawem najbardziej kreatywnej adaptacji bluesa przez estetykę rockową jaka powstała
- w sensie formatu wydawnictw, są odpowiedzialni za rewolucję orientacji - z singlowej (fragmentarycznej) na albumową (całościową)
- wnieśli aspekt "epicki" do muzyki popularnej, w funkcji - w przeciwieństwie do swoich rówieśników blues-rockowców i prog-rockowców - nie onanistyczno-formalistycznej, ale dramaturgiczno-treściowej
- ich podniosłe ballady de facto ustawiły poprzeczkę dla tego typu utworów, i nikt jej do dziś nie przeskoczył (ewentualnie udawało się dorównywać, i też rzadko) - prawie każdy kto próbował po nich grać 7-minutowe, baśniowe opowieści wypadał kiczowato śmiesznie i nudziarsko

jako kwartet stanowili bodaj najcelniejszą definicję "mieszanki szczeniactwa z rutyną" i dopełniali się idealnie, bo mieli:
- wybitnego gitarzystę, jednego z niewielu w dziejach, który poświęcił całą pasję, wirtuozerskie umiejętności techniczne i nadprzyrodzony talent na nieustanne wdrażanie innowacji, a nie na łechtanie swojego ego instrumentalisty, z którego nie wynika nic dla sztuki (tak jest w 90% przypadków); przede wszystkim zaś przerażająco płodnego kompozytora-introwertyka o niezwykłej w skali historii wrażliwości oraz błyskotliwego aranżera/producenta o skłonnościach efektywnie eksperymentatorskich (nie muszę wspominać chyba patentów z rejestrowaniem bębnów nakładkami gitarowymi czy thereminem, etc)
- jednego z najoryginalniejszych i najbogatszych - w kategorii środków wyrazu, daru przekonywania ekspresji i zmysłu melodycznego - wokalistów jacy śpiewali rocka w ogóle, który fałszował bluesowe ozdobniki (na płytach!!) w tak cudowny i rasowy sposób, że te fałsze same w sobie stały się częścią kanonu
- przypuszczalnie najdzikszego i najbardziej nieludzkiego genialnego perkusistę ever, który trzymał pałki w połowie długości i napierdalał nimi tak mocno, że byłby chyba w stanie takimi uderzeniami zabijać ludzi. po nim rockowa perkusja już nigdy nie będzie taka sama
- cynicznego, trzymającego się z boku bassmana/klawiszowca o plastycznej czułości na dźwięki, którego chłód i dystans pozwoliły grupie przetrwać względnie długi czas, mimo wykańczającego trybu życia i, zwłaszcza, wariacko niebezpiecznego iskrzenia między pozostałymi członkami

poznałem ich dorobek w wieku 7 lat (wujek, fanatyk led zep, miał większość nagrań na kasetach), dziś posiadam (znaczy mój ojciec posiada, a ja z tego korzystam) wszystkie wydane płyty na kompaktach i ta muzyka jest tak bardzo częścią mnie, że sytuacja przedstawia się identycznie jak ze stonesami: nie potrafię krytykować niczego co zrobili przed rozpadem. (reunionom pod nazwą Page/Plant brakowało zdecydowanie tej magii - choć wypadały interesująco, a koncert duetu w spodku plasuje się u mnie, mało koncertowego słuchacza, na szczycie prywatnych doznań "live".)

śmieszy i żenuje mnie zarazem "ocenianie" dyskografii LZ jak każdego normalnego zespołu - na zasadzie "kilka pierwszych klasyczne, potem już znacznie słabiej", etc. osobiście mój ulubiony etap ich działalności to ten od III do Physical Graffiti i czepianie się przykładowo Houses że to "płyta z wieloma słabymi punktami" - hehe, sorry KURWA, ale to jakiś absurd. wrócić, posłuchać i załapać ich boskość proszę.

każdy hipster który uważa LZ za "dinozaury", "coś dla siwiejących wujków/tatusiów" albo "długowłose, przeterminowane granie z innej epoki" sam się oszukuje i dlatego jest ciotą/cipą/co tam chcecie, bo w rzeczywistości nigdy nie będzie tak "hip/cool" jak "wanton song", "heartbreaker", "babe I'm gonna leave you", "going to california", "the rain song", "immigrant song", "that's the way"...

także: zespół miał fundamentalny wkład w zbudowanie funkcjonującego obecnie, tradycyjnego wizerunku "rockowego bandu w trasie", puszczając w obieg na niespotykaną wcześniej skalę - alkohol, używki, orgiastyczny seks, burdy w hotelach i tak dalej. to może być fakt spoza sfery muzycznej, ale rozważając ich istotność, warto go wspomnieć.

oraz: K A Ż D A charakterystyczna/paradoksalna cecha formacji świadczy na korzyść jej boskości:
- u nikogo innego równie grafomańskie teksty (dziwny zlepek wulgarnego erotyzmu, prostackich rymów i tolkienowskich bzdur) nie przeszłyby, a tu brzmiały ponadczasowo jak jakieś hymny - wtf?
- żadna inna brytyjska kapela nie stała się tak "amerykańska" - w US ludzie często w ogóle rozpoznają LZ jako wykonawcę ze stanów i traktują podobnie jak typowych reprezentantów "narodowej" spuścizny (Doors, Beach Boys etc).
- żadna inna kapela posiadająca w składzie dwójkę tak prymitywnych wieśniaków nie zaszłaby dalej, niż przegląd międzyokręgowy dla debiutantów, hahaha
- wszelkie próby imitacji czy bezpośredniej inspiracji LZ kończą się farsą albo smutnym niepowodzeniem (włączając beznadziejne covery w rodzaju wspomnianego wyżej toola, ughhh) - NIKT nie odkrył recepty na te rolnicze riffy, chrypiące zawodzenie górą, naturalnie piękny patos i mocarną sekcję - po prostu NIE DA się tego powielić

biorąc pod uwagę powyższy wywód, zakładam, że w skali wszech czasów rywalizować z nimi może tylko garstka konkurentów. i kiedy narzekamy tu czasem na wyjałowienie/niski poziom bieżących artystów, to między innymi dlatego właśnie, że - ujmując metaforycznie - nie umieją "być jak led zeppelin".
(forum Porcys, 2006)

Takie luźne spostrzeżenie: zastanawia mnie jak to możliwe, że 95% środowiska indie/nowofalowego dissuje Led Zep za "bluesowość" i "ociężałość", jakby to był zespół TSA albo Dżem. Tymczasem jeśli odsłucha się ciurkiem ich wszystkie longplaye (co jako die-hard czynię raz na kilka miesięcy), to wyraźnie widać, że element bluesowo-ociężały (za którym osobiście w ich dorobku przepadam najmniej) stanowi tam znikomy procent całości i dominuje głównie na wczesnym etapie. Trochę drażni mnie bezrefleksyjne spłycanie grupy, która oferowała śmiałe, porywające wycieczki w stronę power-popu, folku, funku, soulu, nie-onanistycznego prog-rocka, orientalizmów, muzyki kościelnej, psychodelii, a nawet muzyki konkretnej, synth-popu czy reggae. I wszystko to naturalnie się klei, nic nie jest wymuszone, totalna spójność i organiczność. Rozumiem, że ktoś unika w muzyce pierwiastków blues/hard (ja przeważnie też), ale skreślając CAŁĄ dyskografię Zep (nie)świadomie omija mnóstwo doskonałych kawałków właściwie... pozbawionych tych pierwiastków. Co innego jak komuś nie podobają się te piosenki albo nie umie znieść stężenia wieśniactwa - taką krytykę przyjmuję do wiadomości (chociaż oczywiście zupełnie się z nią nie zgadzam). 
(2011)

* * *

Led Zeppelin (1969, rock) 8.9

Czy jest jeszcze coś do dodania o płycie omawianej średnio raz na miesiąc w jakimś polskim periodyku około-muzycznym? Może to, jak mało casualowych "fanów" zdaje sobie sprawę z "testowości", "efemeryczności" i "przejściowości" Led Zep na etapie debiutu. Poczytajcie o tym trochę kiedyś. Z faktograficznej perspektywy żaden to był jeszcze wtedy "zespół", lecz zaledwie wykalkulowany, autorski projekt Page'a, który dobierał sobie kolejnych "sidemenów" trochę na zasadzie rekrutacji z elementami rekomendacji "po znajomości". I każdy z czwórki prezentuje nieco inne podejście do materii "grania", co zresztą do końca pozostanie cechą IMMANENTNĄ – ba, kluczowym atutem – tego bandu. Lider i gospodarz sesji poza riffami które "ukonstytuowały heavy metal" wyjmuje też czasem z rękawa faktury a la space/kosmische. Plant – de facto "na okresie próbnym" (jest to udokumentowane, że podczas pierwszego tournee Page wciąż rozważał wymianę wokalisty) – świruje i popisuje się szerokim wachlarzem środków wyrazu, przy okazji ustanawiając rekord użycia słowa "babe" na minutę (który pobije dopiero Dulli na 1965). 

Bonham... Dziwię się, że nie poszedł do więzienia za zgwałcenie zestawu perkusyjnego w "Dazed and Confused" (4:55 – szczytowanie przed powrotem głównego riffu), przecież mamy to na taśmie :/ Jones, niby tajne muzyczne spoiwo tej genialnej zgrai, zapodaje jakiś weselny paździerz na organach :/ Album rzecz jasna nie wziął się z dupy – vide stonesowski refren "Your Time Is Gonna Come" (w ogóle obadajcie, że w zwrotce tam Jimmy gra to samo, co w "Babe..." – śmieszne), rebeliancki, proto-punkowy vibe garażowego "Communication Breakdown" czy wszechobecny wpływ gitarowo-basowych obiegów Cream. Nie wspominając, że 2/3 materiału to "co do zasady", według LITERY PRAWA, tzw. "opracowania" dokonane bez zgód oryginalnych twórców ("ingerencja w integralność utworów słowno-muzycznych", SHIT IS SERIOUS, namsayin' – teoretycznie "niesmak pozostanie" już na zawsze). Ale wiecie, te kwaśne bluesy jakoś się tak KLEJĄ, że nie wyobrażam ich sobie w innej konfiguracji, w innym miejscu, czasie i z innym PERSONELEM. Jeśli więc Page zwyczajnie realizował swój misterny masterplan, to znaczy że miał nosa przy selekcji współpracowników i ostatecznie – jak każdego prezesa zarządu – historia rozliczyła go z podjęcia słusznych "decyzji biznesowych". 
(2017)

II (1969, rock) 8.2

Przyznam, że nie podzielam tradycji tych idealnych, maksymalnych ocen dla "dwójki" Led Zep. Jasne, z historycznej perspektywy jej rozległe fragmenty z pewnością "wynalazły heavy metal", co może być szalenie istotne np. dla czytelników "Tylko Rocka". Ale jakbym miał na własny użytek oceniać track-by-track, to "dwójki" nie postrzegam w kategoriach jakiejś nietykalności i perfekcji. Ba, nie zmieściłaby się nawet w moim top 5 płyt Zeppelinów. I nie chodzi o to, że są tu jakieś "słabe" kawałki, tylko że w obrębie jednego kawałka można trafić i na iskrzące "wieśniactwo" wywołujące dreszcze, i na kompletnie zbędne, nudne jak flaki z olejem "wieśniactwo", które gotów byłbym polubownie uznać za pastisz, gdybym aż za dobrze nie wiedział, że na tym etapie oni robili to jeszcze absolutnie serio. Występuję tu więc z przedziwnej pozycji – objaśniam, dlaczego w moim rankingu dekady znalazła się płyta, którą uważam za "szóstą w kolejności, zaczynając od najlepszej" w dyskografii zespołu. Well... Well... C'mon, it's Led Zep. Bogowie. Że się powtórzę... W skali wszech czasów rywalizować z nimi może tylko garstka konkurentów. I kiedy narzekamy czasem na wyjałowienie i niski poziom bieżących artystów, to między innymi dlatego właśnie, że – ujmując metaforycznie – nie umieją "być jak Led Zeppelin"
(2017)

III (1970, rock) 8.3

Będę zwięzły, bo o Led Zep mógłbym GLĘDZIĆ bez końca, a jest cholera przed pierwszą. Gdy w wieku 8 lat SPROKUROWAŁEM swój pierwszy mini-artykulik o tym zespole, to zainspirowany lekturą dostępnych materiałów z "Tylko Rocka" akcentowałem zwłaszcza doniosły historycznie fakt prekursorstwa na polu "heavy metalu". Na co zaprotestowała moja mama: "synu, a ballady?". I miała rację – wtedy te hard-rocki się dla mnie głównie liczyły, a dziś liryzm OŁOWIANEGO STEROWCA stawiam jednak wyżej. I "trójkę" zaszufladkowano jako ten "folkowy" statement w pełnowymiarowym wydaniu. Cytując Witka Łukaszewskiego z biografii Schodami do nieba: "po kanonadzie z dwóch pierwszych płyt przyszedł czas na ukojenie, na muzykę, której można było słuchać wieczorem, siedząc z gitarą i kumplami przy ognisku, paląc trawkę i popijając JABCOKA" (caps mój). Aczkolwiek jak na reputację akustycznej, RURALNEJ kolekcji III startuje dość specyficznie – wszak opener "Immigrant Song" brzmi jak najazd Wikingów, którzy na swej drodze "ruchają wszystko oprócz kóz". Później, kiedy tracklista przebrnie przez ciemne orkiestracje i bluesy, stronę B rzeczywiście wypełniają "pieśni ludowe z twistem", których aranżacyjny oddech po 20 latach pomoże duetowi Page/Plant zdefiniować sens projektu No Quarter. Ich fenomen polega na tym, że kwartet brzmi tutaj tak swobodnie, jakby urodził się, żeby je wykonać. Jakby wymiatacze z I i II to były żarty dla napalonych dzieciaków, a teraz dopiero przyszła pora na prawdziwą sztukę. Ciąg dalszy miał nastąpić.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=Phd48YT18vY (evocative moment: bezcenne ciepło pierwszych dwudziestu sekund)
(2018)

IV (1971, rock) 9.8

Za przełomowe dla rocka płyty zwykło się uważać "jedynkę" i "dwójkę" Zeppelinów, ale to na "czwórce" znalazły się najlepsze kompozycje. Otwierający krążek "Black Dog" powala świeżym riffem i partią wokalną Planta, by pod koniec otworzyć drogę dla zwięzłego, wyśmienitego sola gitarowego Page’a. "Rock And Roll" zagrany z pasją, czy "Misty Montain Hop" to rzeczy ostrzejsze. Ale śliczne, folkowe, natchnione "The Battle Of Evermore" zaśpiewane przez Planta w duecie z Sandy Denny, wokalistką Fairport Convention, czy piękna ballada "Going To California" odsłaniają łagodniejszą stronę wybitnej formacji. Kombinowanie rytmiczne obecne jest w "Four Sticks", a "When The Levee Breaks" wprawia w trans dzięki słynnym bębnom, wielokrotnie potem loopowanym. No i jest tutaj oczywiście epickie "Stairway To Heaven", złożone z wielu oddzielnych fragmentów, prowadzących do fantastycznego zwieńczenia. Słowem: klasyka. Choć grupa miała na swoim koncie kilka interesujących krążków, właśnie tutaj brzmi esencjonalnie i ponadczasowo.
(Tylko Rock, 2002)

Relacja gitara-gary od 0:45 (drugi, trzeci i czwarty obieg) w "Black Dog" to muzyczny ekwiwalent niemożliwych figur Penrose'a. A potem nie jest normalniej.

Houses of the Holy (1973, rock) 9.2

Gdybym miał komuś objaśnić fenomen Led Zep za pomocą jednego albumu, wybrałbym Houses. Reszta disco jest po prostu mało reprezentatywna – debiut i "dwójka" zbyt blues-rockowe, "trójka" zbyt folkowo-akustyczna, "czwórka" zbyt doskonała formalnie, podwójne Graffiti za bardzo monumentalne i "od sasa do lasa", a Presence i In Through zanadto schyłkowe. Więc tylko Houses, bo mamy tu na pełnym luzaku po trochu każdego z obliczy grupy, którą przy okazji – taki drobiażdżek – materiał uchwycił w absolutnym peaku sił witalnych, kreatywnych i wykonawczych. Wielowątkowa epopeja z gitarowymi zawijasami – check. Łamiąca serce smutna ballada z genialnym użyciem melotronu – check. Classic rock o wzorcowej dynamice start/stop/quiet/loud – check. Porywająca trawestacja roots funky spod znaku Jamesa Browna – check. Progresywna pigułka z niepokojącymi, półtonowymi zmianami akordów – check. Żarty z reggae o sucharowym tytule – check. Alchemiczny art-rock o ciągotach fantastyzująco-klasycyzujących – check. Archetyp asymetrycznego, urywanego riffu (proto-Afghan Whigs i proto-RATM) – check. Mój boże, no co ja mam państwu powiedzieć.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=zDVnjCwCYCs (evocative moment: "It is the springtime of my loving...")
(2018)

Physical Graffiti (1975, rock) 9.0

Słusznie zauważył to już Jim Miller w "kontemporalnej" recce dla "Rolling Stone", że na "szóstce" pan producent i mówiąc z KORPORACYJNA "lider tego projektu" Jimmy osiągnął peak swoich zaawansowanych studiów nad gitarową sonorystyką. Romantyczny wirtuoz rasowo osadzonej artykulacji na swoich osobnych prawach, tym razem skupił się on niemal wyłącznie na "geologii warstw", doprowadzając fetysz overdubów i studyjnych manipulacji do poziomu regularnej "orkiestracji" (Page jako proto-Glenn Branca? 🤔). Masywne riffy, ekonomiczne sola i dogrywane w tle pentatoniki; slide'y, echa, wibrata, przestery, czyste tony... Na pewnym etapie nasze uszy przestają już rozpoznawać, ile indywidualnych ścieżek składa się na ścianę dźwięku – i właściwie nie ma to znaczenia. Liczy się potęga wielkiego obrazu i malarstwo brzmienia, dopalonego jeszcze czarodziejskimi klawiszami i symfonicznymi odjazdami (działka Johna Paula).

Stąd też chyba ostentacyjny eklektyzm, pozwalający na wykrzesanie z customowych, specjalnie składanych kawałków drewna, stalowych włókien + paru polimerowych dodatków oszałamiającej gamy barw – od metalu i surowego rocka, przez boogie, funk, orient i sofciarski popik, aż po folkowe miniatury. Więc oczywiście z całym szacunkiem dla skądinąd kapitalnych popisów pozostałej trójki (...emo-spowiedź Planta w progresywnym arcydziele "Ten Years Gone"... syntezatorowo-basowa maestria Jonesa w autorskim, równie pokomplikowanym "In the Light"... nieziemskie pioruny ciskane przez Bonhama w "In My Time of Dying"...), ten podwójny, monumentalny "łabędzi śpiew" (pierwsza pozycja w katalogu ich własnej oficyny) to jednak głównie Page'a osobiste porachunki z wieślarską materią i w tym świetle jedno z najważniejszych "świadectw rockowej gitary" w dziejach.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=kWbO9a1_Z3U (evocative moment: 3:42 – wjaaaazd gitary Page'a ucinający WYPLUTE Z TRZEWI "and you knew you would..." Planta – być może pojedyncza chwila definiująca niezrównaną, kosmiczną alchemię tego bandu)
(2018)

Presence (1976, rock) 7.7

In Through the Out Door (1979, rock) 7.0

Coda (1982, rock) 6.4


* * *

moje top 10:
1. The Santon Wong
2. Sour Fticks
3. The Sain Rong
4. What's the Tay
5. Gen Years Tone
6. The Eattle of Bvermore
7. Gaby I'm Lonna Beave You
8. Coing to Galifornia
9. Cazed and Donfused
10. Hairway to Steaven