LAIKA

 

Silver Apples of the Moon (1995)

Dziś młodzież wzruszyłaby pewnie ramionami, ale w połowie lat 90. to musiał być dość kłopotliwy misz-masz. Dreampopowe wokale na tle frenetycznych (basista to w końcu niejaki John Frenett) rytmów "Sugar Daddy", orientalny posmak "Marimba Song", manipulacje edycyjne (na przykład odtwarzanie ścieżek wspak) w "Coming Down Glass", jednostajny, ciemny bit jak z taśmy produkcyjnej i osadzone na nim odległe światełka dźwiękowe w "If You Miss", zapętlony jazzowy jam w "Spider Happy Hour"... Można dostać zawrotu głowy, tyle się dzieje. Ale dla słuchacza z horyzontami i głodem świeżości musiały to być zawroty bardzo przyjemne. Odwaga zespołu, który nazwę ukradł radzieckiemu psu-kosmonaucie, a swój debiut dość bezczelnie ochrzcił tak, jak brzmi tytuł najsłynniejszego dzieła Mortona Subotnicka, opłaciła się – Laika grała jak nikt przedtem i prawie nikt potem. Kto wie, czy elementem spajającym te wybryki nie jest głos Margaret Fiedler. Jej seksowny, nieokiełznany szept nieustannie podnieca, a w dodatku kiedy panna już pseudo-rapuje w przebojowo zadziornym "44 Robbers", to trochę nie ma co zbierać. W dalszej kolejności polecam krążek "Good Looking Blues" z 2000 roku, ale przygodę z Londyńczykami warto zacząć od srebrnych jabłek.
PS. Fakt istotny dla fanów My Bloody Valentine – aż dwie osoby pracujące przy "Silver Apples…" dołożyły wcześniej cegiełkę do powstania "Loveless" (lider bandu Guy Fixsen był w 1991 jednym z realizatorów, a Colm O'Ciosoig, na co dzień perkusista MBV, realizował dla Laiki).
(T-Mobile Music, 2012)

Good Looking Blues (2000)

Laika prawdopodobnie uprawia trudną do zdefiniowania część muzycznego poletka, która nie została jeszcze nazwana. Proponowane przez krytyków określenia w stylu "avant pop", chociaż atrakcyjnie brzmiące, nie oznaczają na dobrą sprawę nic. Good Looking Blues to płyta wyjątkowo jednorodna. Praktycznie od otwierającego ją "Black Cat Bone" po kończący "Knowing To Little" słyszymy jeden długi utwór, którego poszczególnych dziesięć części przedzielonych jest krótkimi przerwami. To, co zazwyczaj jest wadą, tu pozostaje jedną z głównych zalet wydawnictwa. Podobieństwo kolejnych fragmentów nie nuży, lecz dodaje albumowi spójności. Good Looking Blues powinno się więc raczej traktować w kategorii integralnej całości, niż tylko zbioru piosenek.

Każda z tych impresji polega na prostym schemacie. Pulsujące, jednostajnie zrytmizowane linie perkusji i basu są stopniowo obudowywane przez minimalistyczne partie instrumentów klawiszowych. Co ciekawe, zespół całkowicie zrezygnował z gitar; w tej sytuacji rożne barwy klawiszy są w dominującym stopniu odpowiedzialne za koloryzację przestrzeni dźwiękowej. Wtedy pojawia się głos Margaret, wokalistki Laiki. Z jednej strony zmysłowy i ciepły, z drugiej beznamiętny i jakby niezaangażowany. Efekt końcowy stanowi mieszanka z pogranicza improwizowanego jazzu (czemu przysłużył się fakt sporadycznej obecności dęciaków: klarnetu basowego oraz fletu) i nowoczesnej sceny elektronicznej, mimo braku stricte syntetycznych brzmień.

Omawianie poszczególnych tracków właściwie mija się z celem. Ale warto wymienić kilka szczytowych momentów. Weźmy sekwencję trzech sąsiadujących fragmentów. Nagranie tytułowe hipnotyzuje pętlą bębnów i nałożonymi nań, niepokojącymi odgłosami z oddali. Głos Margaret wtapia się w klimat, dopełniając tego mistycznego obrzędu. Najlepszy w zestawie "Widows' Weed" zniewala transem stłumionej gitary basowej, by przeistoczyć się, dzięki kombinacji elektrycznego pianina i klarnetu, w intrygującą, unikatową mozaikę. Wokalistka raczej melorecytuje, niż śpiewa. Oparty na trzech nutach basu "Glory Cloud" oferuje z kolei popisy Margaret, wzbogacającej teksturę o pomysłowe pasaże. I tak, z grubsza, by się to przedstawiało. Aha, jeszcze ciekawostka. Laika to nic innego jak imię słynnego radzieckiego psa-kosmonauty pisane po angielsku. Okładkę albumu zdobi jego podobizna, zaś literki stylizowane są na rosyjski alfabet.
(Porcys, 2001)