LÔ BORGES

 

#7
LÔ BORGES
Poczciwemu SALOMAO poświęciłem już kiedyś obszerny felieton "biograficzno-recenzencki", więc w tym przypadku też ograniczę się do esencji – oto "w żołnierskich słowach" siedem powodów (refleksje, cytaty, zdarzenia) dla których warto było cztery lata temu trafić na dokonania tego artysty:
1. Odkrycie Borgesa ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że żaden kanon, nawet osobisty, nigdy nie jest zamknięty na kłódkę – że zamiast osiadać na laurach, pielęgnować i międlić własną strefę komfortu, warto w nieskończoność *szukać*, mimo złudnego wrażenia "ogarniania muzyki", bo zawsze można znaleźć coś, co nie będzie tylko przelotną ciekawostką do podlinkowania koledze, tylko naprawdę pozostanie w twoim sercu na całe życie;
2. Ponadto muzyk z Belo Horizonte udowodnił mi, że dorobek emerycki wcale nie musi być dziadowski, że po czterdziestce czy nawet pięćdziesiątce wciąż można nagrywać rzeczy kozackie i robić to z gościnnym Johnem McEntire (!) na wibrafonie i, uwaga, SYNCLAVIERZE.
3. Wreszcie, Lô dał mi "Todo Prazer", najpiękniejszy numer w stylistyce "gitarowego reggae" (umownie, według kryterium rytmicznego podcięcia "na i"), jaki słyszałem (tytuł w obrębie "klawiszowego reggae" rezerwuję dla "The Word Girl" Scritti Politti) – to zawsze surrealistyczne doświadczenie słyszeć prywatnie znienawidzony "rodzaj" muzyki, który działa jak balsam na duszę;
4. "Ty, oni mają jakieś lepsze akordy..." (klasyk for all time);
5. "Ej emigrujemy do Minas Gerais? Może tam jest jakiś fluor w wodzie rozwijający neurony odpowiedzialne za songwriting?";
6. "Wybieram sobie na boku najlepsze kawałki z dyskografii Lô Borgesa... I mam wrażenie, jakbym wybierał pierwszą piątkę z dream teamu USA w "92";
7. ... + Ten bezcenny moment kiedy twoja żona wychodzi spod prysznica nucąc refren "Vento de Maio", ot tak.
(100 Songwriterów Wszech Czasów, 2015)

* * *

Meu Filme (1996)

Szykując ten ranking z pewną taką nieśmiałością wróciłem do jedynego albumu Salomão z lat 90. i wybaczcie, ale skłamałbym mówiąc, że nie mieści się on na mojej liście dekady. Wyśmienity songwriter sieknął to dziełko w wieku 44 lat, choć możliwe, że sięgał też po starsze szkice, bo takie "Vai Vai Vai" zaprezentował w nowej wersji – jak to już nieraz miał w zwyczaju. Ale nie ma mowy o żadnym spadku formy z wiekiem – to wciąż koronkowo przybrany bukiet akustycznych, dżezawych serenad o niespotykanym uroku melodii. W miarę trwania "Mój film" czule wciąga też komplikacjami harmonicznymi ("A Cara do Sol"), rytmicznymi ("Alô") i aranżacyjnym kolorytem (marimba, sitar i flet w "Solto no Mundo"). Łącznie: nieoceniony typ na popołudniowy relaks, gdy "Nuvem Cigana", "Sonho Real" czy "A Via Láctea" błagają już o chwilę oddechu.
(T-Mobile Music, 2012)

Boski Salomao

Dziś będzie o wyrwanych kartkach z leksykonu muzyki brazylijskiej.


Na niektórych artystów ciężko jest wpaść centralnie, na zasadzie zderzenia czołowego, chociaż pozornie od dawna są gdzieś obok, istnieją w naszej świadomości. Jeszcze rok temu moja znajomość muzyki brazylijskiej nie wykraczała poza obowiązkowy schemat – mimo, że zawsze bardzo ją lubiłem i nawet regularnie inkorporowałem jej elementy (charakterystyczna "podcięta", zachwiana rytmika i "pojemna" harmonia) do własnych kawałków. A więc – kilka płyt Joao i Astrud, Caetano Veloso i Os Mutantes, parę utworów Gal Costy, Toma Ze i Jobima, kilka przypadkowo poznanych niszowych perełek, jakieś składanki bossa novy z różnymi wersjami "Aguas De Marco" i oczywiście ze trzy kasety Sepultury, przegrane z ciekawości od kolegi, fana metalu, w 1999 roku (nigdy do nich nie wracałem, choć jako miłośnik szkoły Sabbathowskiej cenię niektóre riffy z "Roots"). Czyli standardowa formułka "all of Brazil, including Caetano Veloso" znana z serwisu Pitchfork – cała gadka o polityczno-społecznym tle ruchu tropicalii, doszukiwanie się kontekstów kulturowych, odnoszenie "sceny" do "kraju" i tak dalej. Owszem, fascynujące to, ale nie miałem pojęcia, że to zaledwie liźnięcie tematu. Dopiero gdy parę osób zwróciło mi uwagę na brazylijsko-popowy klimat niektórych fragmentów powstającego albumu "Newest Zealand", razem z Afrojaxem zanurkowaliśmy w świat Miltona Nascimento, odkrywając przy okazji, że pierwsza część dyptyku "Clube Da Esquina" z 1972 roku, choć kapitalna, wyraźnie ustępuje "dwójce" z 1978 roku – zupełnie na odwrót "kanonicznej" hierarchii lansowanej w niemal każdym rankingu. Kto nie wgryzał się w temat, to polecam – mówimy tu o sytuacji typu wyższość "Ojca Chrzestnego 2" nad "Ojcem Chrzestnym" – rzadkość, a jednak wyjątek potwierdzający regułę, że sequel może być lepszy. Tak czy siak zauroczył mnie na maksa Nascimento i żyłem w przeświadczeniu, że to jest ten "mój" artysta brazylijski, taki prywatny faworyt. Lo Borges? No tak, facet do spółki z Miltonem stworzył "Clube Da Esquina" – to czołowa postać tego tygla z Belo Horizonte, wydał też parę solowych rzeczy... I tak żyłbym w błogiej niewiedzy, gdyby któregoś dnia Afro nie zaprezentował mi pierwszych czterech albumów faceta. Odpadłem.

Salomao Borges Filho (pełne nazwisko) to w brazylijskiej muzyce postać drugoplanowa i cholernie niedoceniana – przynajmniej z perspektywy Zachodniej. Może dlatego, że nie miał tak charakterystycznego głosu jak Milton, nie stworzył żadnego stylu, nie walczył z systemem i nie był więźniem sumienia, jak Caetano? W każdym razie gdyby traktować na serio powszechnie uznawane pomoce naukowe, to dotarcie do pełnej spuścizny Borgesa zajęłoby parę dekad. Nikt niby nie traktuje już poważnie magazynu "Rolling Stone", ale na ich liście 100 najważniejszych brazylijskich muzyków, Lo uplasował się na zaszczytnej 71. lokacie. Na analogicznej liście najlepszych brazylijskich albumów wszech czasów znalazło się tylko miejsce dla pierwszej części "Clube Da Esquina". Próżno szukać tam jakichkolwiek solowych dokonań Borgesa. W dziale "Musica Popular Brasileira" na Allmusic wśród "top artists" nie ma oczywiście Borgesa. Może dlatego, że Lo nigdy nie był postacią emblematyczną dla żadnego nurtu i działał nieco na uboczu. Zresztą a propos Allmusic – zadziwia traktowanie tam po macoszemu płyt Borgesa z lat osiemdziesiątych. Recenzent, niejaki Philip Jandovsky, przyznaje, że dopiero w latach dwutysięcznych udało się Borgesowi odzyskać formę. Ten schyłkowy etap w karierze Lo, choć najeżony paroma niespodziewanymi perełkami, należy jednak traktować bardziej jako emeryturę z klasą. Jego apogeum rozegrało się właśnie w latach osiemdziesiątych, choć nie spotkałem się z taką interpretacją – może dlatego, że w sieci w ogóle brak sensownych recenzji dzieł solisty z tego okresu (pomijam parę przypadkowych fanowskich wpisów na forach). Zresztą, co tu mówić o recenzjach, skoro na I Love Music pan Lo Borges nie ma własnego wątku! I nawet w niezwykle zacnych, przydatnych i potrzebnych bliźniaczych artykułach na Screenagers poświęconych muzyce brazylijskiej Borges szerzej nie zaistniał – choć tam przynajmniej autor nazywa go najzdolniejszym i niedocenionym (brawo!) songwriterem swojego pokolenia, a w komentarzach pod tekstem poleca jako "lekturę uzupełniającą" jego dwa pierwsze solowe albumy. Generalnie jednak zwykło sprowadzać się Lo do roli giermka Nascimento przy pierwszej części "Clube", do ikonicznych butów z okładki pierwszej solowej płyty i ewentualnie do utworu "Para Lennon E McCartney", chyba z powodu tytułu, bo ten skądinąd sympatyczny rockowy numer nie ma żadnego startu do kluczowych osiągnięć Lo, czyli dwóch arcydzieł – "Nuvem Cigana" z 1981 (a może z 1982, bo w internecie są sprzeczne źródła) i "Sonho Real" z 1984 roku.

Nie będę rozwodził się zbytnio nad stylem songwriterskim Borgesa i o tym, dlaczego moim zdaniem rozkwitł szczególnie w latach osiemdziesiątych – niech muzyka przemówi sama. Ale jak zwykle chodzi tu o niesamowitą kunsztowność melodyczną, barwne i sensacyjne modulacje, lekkość feelingu i elegancki, pełny sound, porzucający folkowo-psychodeliczno-rockowe inklinacje na rzecz czystej jazz-smooth-popowej rozkoszy. Tyle, że Lo Borges doprowadza te wszystkie elementy do maksimum – jego utwory pękają w szwach od harmonicznych komplikacji, nad którymi głowić się mogą absolwenci Akademii Muzycznej, a jednocześnie są do bólu wręcz słodkie i kreują paralelną, cukierkową rzeczywistość, otoczoną baśniową mgiełką współbrzmień. Aż można dostać mdłości i jest w tym coś chorego – słuchanie Borgesa często przypomina nagłe wejście do salonu z perfumami – stężenie pięknych aromatów jest zbyt intensywne, ale poddajemy się jego zniewalającej mocy i zostajemy. Co ciekawe, wyraźnie zarysowany jest proces szlifowania tej metody do perfekcji na przestrzeni lat, a najlepiej obrazuje ten rozwój porównanie dwóch wersji "Eu Sou Como Voce E":

Oto pierwsza, z roku 1972 – zmuszające do refleksji, skromne folkowe wyznanie:
http://www.youtube.com/watch?v=xDfMQK5d5mQ

A to już wariant z 1980 (ukazał się na rodzinnym albumie "Os Borges") – paraliżujący alchemicznymi harmoniami spod znaku "Victorialand" Cocteau Twins:
http://www.youtube.com/watch?v=zkjaOOxgbSE

Boję się trochę tej całej historii z wniknięciem na głębszy poziom muzycznych studiów brazylijskich. Już teraz wiem, że "Nuvem Cigana" to jedna z moich płyt dekady. Kto następny? Z jednej strony kraj ten wydaje się być studnią bez dna – tamtejsza niesamowicie prężna kultura muzyczna gwarantuje mnóstwo doznań. Z drugiej strony podekscytowany takim scenariuszem sprawdzam sobie od wczoraj różnych artystów brazylijskich, o których nie miałem pojęcia albo znałem tylko z nazwiska i... świetne, fajne, podoba się, ale nikt na razie nie dorasta do pięt Lo Borgesowi. A może powinienem grzebać w rejonie Minas Gerais, gdzie najwyraźniej, jak podpowiada Afro, "jest jakiś fluor w wodzie rozwijający neurony odpowiedzialne za songwriting"? Ciekawie i obiecująco zapowiadają się muzyczne skłonności całej rodziny Borgesów. Wystarczy poszukać w creditsach – każdy tam albo komponuje, albo pisze teksty, a dochodzą jeszcze "przyjaciele rodziny". Szokujące. Fantastyczny kawałek "Ritata" z "Nuvem Cigana" (wstęp polecam fanom Ariela Pinka) ułożył na przykład młodszy brat Lo, niejaki Telo Borges. Aż kusi, żeby sprawdzić, co jeszcze Borgesowie wyczyniali na boku.

* * *

Wszystkim polecam zapoznać się z czterema pierwszym solowymi krążkami Lo Borgesa, a dla tych, którzy w dwudziestym pierwszym wieku idą z duchem technologii, nie wierzą już w albumy i lubią kompilować sobie playlisty, przygotowałem spontaniczne top 20 kompozycji artysty. Zaznaczam, że pominąłem nagrania wykonywane przez Lo autorstwa kogoś innego – a wśród nich nie brakuje cudeniek, weźmy chociażby dwa przykłady z mojego ukochanego "Nuvem Cigana" – "A Forca Do Vento" Rogerio Freitasa albo wspomniane "Ritata".

20. "Clube Da Esquina No. 2" (1972)
Przez niektórych amerykańskich "hipsterów" nazywana "najpiękniejszą pieśnią na świecie". Aczkolwiek obawiam się, że ci hipsterzy z dorobku Borgesa słyszeli tylko pierwsze "Clube".

19. "Vida Nova" (1981)
Niesłychana mądrość bije z tych płynnych, akordowych metamorfoz. 

18. "Solto No Mundo" (1996)
Egzotyczny aranż (ach te ksylofony) i chwilami dziwne interwały układają się w tajemnicze zaklęcia.

17. "Tempestade" (1984)
To, co dzieje się od 1:10 to dla mnie kwintesencja "ładności" w songwritingu.

16. "O Trem Azul" (1972)
Melancholijny lament mknący jak wyluzowana, zwiewna, jazzująca adaptacja ballad Grega Lake'a z wczesnego King Crimson.

15. "Ela" (1979)
Ach te niepewne zawieszenia na koniec frazy...

14. "Ruas Da Cidade" (1978)
Hipnotyzująca latynoska quasi-raga.

13. "Qualquer Lugar" (2003)
Relatywnie prostsze, przystępniejsze dla szerszej publiki wcielenie Salomao. Motyw otwierający przywodzi na myśl wczesną inkarnację Twilight Singers.

12. "Calibre" (1972)
Dżezawa instrumentalna miniatura przyozdobiona paroma nutkami fletu.

11. "Arma Branca" (1984)
Syntezatorowo-pianistyczne faktury antycypują Ariela Pinka w dowolnej wersji (lo-fi czy nie).

10. "Vai Vai Vai" (1981)
Są takie sytuacje, że w trakcie jakiegoś reportażu czy filmu dokumentalnego wjeżdża znienacka teoretycznie anonimowy soundtrack, który potem miesiącami nie chce was opuścić, a wy nie wiecie, co to było. No to już wiecie.

09. "Tudo O Que Você Podia Ser" (1972)
Ikoniczna pieśń z "Clube Da Esquina" z niezapomnianym riffem akustyka "w poprzek".

08. "Todo Prazer" (1981)
Mój kandydat do najlepszej kompozycji opartej na pulsacji reggae, jaką znam – kontrkandydatem jest chyba tylko "The Word 'Girl'" Scritti Politti. Tak grałby wczesny Maanam, gdyby był tak dobry, jak niektórzy mówią.

07. "Eu Sou Como Voce E" (1980)
Pisałem wyżej.

06. "Chuva Na Montanha" (1979)
Ach te romantyczne skoki basu gdy Lo ogrywa akordami delikatny, acz rytmicznie podbity zaśpiew przewodni. Poezja.

05. "Um Raio Del Sol" (1984)
Znów powraca Ariel Pink i to nawet dosłownie – patrz ten kultowy sssssyyyyk ("sssszzzz"), jakby gościnnie naprawdę generował go paszczą Rosenberg.

04. "Fios D'Agua" (1984)
Wieńcząca "Sonho Real" (czyli "prawdziwy sen"), odrealniona impresja na dwie gitary. Dla miłośników kameralnego wcielenia Pata Metheny to może być objawienie.

03. "Nuvem Cigana" (1981)
Nowa wersja utworu znanego z "Clube Da Esquina", śpiewanego wówczas przez Miltona. Niczego nie ujmując tamtej wersji, wykonanie i opracowanie Lo z 1981 roku ociera się moim zdaniem o niebo, do czego w znacznej mierze przyczynia się harmonizacja klawiszy.

02. "Vagas Estrelas" (1984)
Soczystość partii gitarowej w niemym chorusie zachwyca, a powtórzenie go oktawę wyżej tylko wzmaga efekt. Boskie.

01. "Vento De Maio" (1979)
Najdoskonalszy hook wokalny, jaki Lo wymyślił i zharmonizował. O takich kawałkach się śni, że się kiedyś wydarzą. I oto jest.

* * *

To wielka przyjemność rekomendować tak wspaniałą muzykę. Zapewniam, że pisanie o czarodzieju Lo Borgesie sprawia mi znacznie większą radość, niż dywagowanie o snobizmie, zawodowstwie czy szczerości. Problem w tym, że taki Lo Borges trafia się raz na przysłowiowe milion lat. Na finał zachowane wykonanie "Todo Prazer" sprzed lat:

http://www.youtube.com/watch?v=Rp1oJuG2GWY

Pozdrawiam,
BORINHO
(T-Mobile Music, 2011)