KYLIE MINOGUE

 

Light Years (2000, dance-pop) 6.4

"Spinning Around"
Odkładając na bok złote "hot pants" z teledysku, szczerze wzruszającą melodię zwrotki i stadionowych rozmiarów refren, spójrzmy jak same słowa komentują ówczesną sytuację K i zapowiadają jej rynkową przyszłość. "You like it like this" – "nareszcie złapałam wizerunek idealny i już go nie wypuszczę z rąk". "Threw away my old clothes / Got myself a better wardrobe" – chyba nie muszę nic dodawać, pamiętacie jej klipy i fotosesje z 00s. "I got something to say" – meta-wtręt o profetyczności. "Did I forget to mention that I found a new direction" – z perspektywy dekady nie ma wątpliwości, że lead single z niedocenionego Light Years antycypował unikatową fuzję disco, dance, electro i popu obecną na Fever. "Do you like what you see" – przeczucie swojego statusu seksbomby w showbizie lat dwutysięcznych. "You like it like this" – skuteczne pranie mózgów mas, które zaowocowało szczytem kariery wokalistki w minionej dekadzie. Nigdy więcej nie mówcie, że teksty komercyjnych przebojów gówno znaczą... Chociaż, zaraz, autorką jest Paula Abdul – ten numer miał być jej wielkim comebackiem. To w takim razie ja cofam to, co cofnąłem i wracam do "hot pants", hi hi...
(Porcys, 2010)

Fever (2001, dance-pop) 8.7

Tym razem nie zamierzam być nudny – jeśli chcecie dowiedzieć się, co sądzę o płycie Fever oraz o postaci Minogue generalnie, to zróbcie rundkę po naszym archiwum, bo pisałem o niej między innymi tutaj, tutaj i tutaj, a dodatkowo inni członkowie staffu dołożyli trzy grosze tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. Ograniczę się tylko do stwierdzenia, że nie przypominam sobie takiego growera wśród albumów jakie poznałem w życiu – skok w ciągu paru lat z pułapu 6-kowego za seksapil do 40-tki wydawnictw pół-dekady (wyżej u mnie niż Mass Romantic, Echoes czy Michigan, między innymi) jawi mi się istnym fenomenem. By the way, Fever – perfekcyjne, pozbawione jednej odstającej sekundy, bezkonkurencyjne dzieło komercyjnego popu XXI wieku – spełnia chyba najbliższą ideału analogię muzycznej zawartości krążka do wyglądu wykonawczyni: piosenki Kylie błyszczą tu melodiami ślicznymi niczym jej buźka, a ich produkcja charakteryzuje się jędrnością i krągłością niczym jej pupa. Życzmy więc australijskiej dance-divie pełni zdrowia i oby te proporcje (co najmniej) nigdy nie zostały zachwiane.
(Porcys, 2006)

Tu nie chodzi o słynne przeboje. Zapomnijcie o nich na chwilę. I skoncentrujcie się na tak zwanych wypełniaczach. "More More More" grywam na imprezach – parkiet płonie. "Give It to Me" i "Dancefloor" mogłyby promować ten album i sprzedałby się niewiele gorzej. "Burning Up" i numer tytułowy to łakocie, które każda stacja z muzyką dance wrzuciłaby na rotację z pocałowaniem ręki. I nawet w najdelikatniejszych tu "Fragile" czy "Your Love" nie mija klimat tanecznego klubu, a Kylie myśli tylko o jednym. O czym? JAK ZAPAŚĆ CI W PAMIĘĆ. Najbardziej chwytliwy longplay minionej dekady.
(Era Music Garden, 2011)

Jak pisałem przy okazji felietonu o albumach przypominających składanki "best of", Fever to tracklista kompletna, pozbawiona choćby jednego wypełniacza. Praktycznie każdy z tych numerów to rasowy klubowy zapełniacz parkietu – dominuje nieco toporne, ale niepowstrzymane metrum 4/4 i właściwie przy odrobinie pomysłowości dałoby się z Fever zrobić jeden długi miks, gdzie segmenty przechodziłby w siebie płynnie i z gracją. Dresiarską skłonność do miarowego baunsu urokliwie równoważy romantyczna nastrojowość (zwłaszcza w "Your Love", "Love Affair", "Fragile", "In Your Eyes") i zawsze triumfalna melodyka. Nie tylko muzycznie był to dla Kylie skok jakościowy (poprzednik Light Years, choć udany, opierał się na zasadzie single + zapchajdziury). Także wizerunkowo Australijka wynalazła się tu na nowo (nadal trwają spory, czy przy pomocy chirurgów) i wykreowała postać nienasyconej, trzydziestoparoletniej seksbomby, która rozpala chłopców czasem dwukrotnie młodszych od siebie. Fotki w książeczce (na przykład ta) pytają o granice przyzwoitości obyczajowej i z pewnością ta kampania promocyjna należała do najagresywniej wykorzystujących najniższe męskie odruchy. Z drugiej strony zdaje się, że przy tym co dziś wyprawiają Janet Jackson na scenie i Rihanna w teledyskach, to sesje zdjęciowe Kylie sprzed dziesięciu lat były szczytem dobrego smaku. Cóż, czasy się zmieniają – już Dylan to zauważył w takiej fajnej piosence.
(T-Mobile Music, 2011)

"Come Into My World"
Na tym etapie pewnie już wszyscy wiedzą o mojej fascynacji Fever, lecz raczej niewiele osób uwierzy jak powiem, iż posiadam krążek w oryginale. Ech, dziwna sprawa. Po jakiejś imprezie wybraliśmy się rankiem razem z Jackiem do Media Markt. Byłem strasznie zmarnowany i niewyspany, ale zdołałem dostrzec zlepionymi, przekrwionymi oczyma obniżkę na Fever do 39 złotych. Instynktownie wrzuciłem płytkę do koszyka. Hahahah, no i co? No i nic! Akurat miałem wypłatę. Jacek spoglądał na mnie wzrokiem ordynatora dokonującego obchodu pacjentów w szpitalu dla umysłowo chorych. Potem sam bounce'ował do "More More More" na Mazurach. Ponieważ Fever rzeczywiście wymiata, przeplatając electro-pop późnego Kraftwerk, disco lat 70-tych z którego kradli Avalanches, synth-clash wczesnej Madonny i inteligentną houserkę. Sama Kylie też jak wiadomo jest dość, ehm, charyzmatyczną wokalistką, idealnie wtapiając się w zmysłową rozkosz podkładów. Nie pamiętam kiedy ostatni raz wykonawca z kręgu komercyjnego popu dysponował tak mocnym materiałem.

Oczywiście sporo z tego kojarzyłem przed kupnem, i ma się rozumieć, że na decyzję wpłynęło coś więcej niż zdjęcie z okładki. Mianowicie kilka singli znałem już ze środków masowego rażenia. "Can't Get You Out Of My Head" to klasyk, "Love At First Sight" wspomaga śliczny clip, ale najbardziej mnie powala "Come Into My World", przewyższający resztę repertuaru iście piorunującą inwencją. Jeśli zastanowić się na spokojnie, to w sumie absolut: Cathy Dennis i Rob Davis stworzyli dziesiątkę. Wsłuchując się w kolejne warstwy syntezatorowej magmy łatwo wyczuć linearność narracji, ale to normalna piosenka o normalnych podziałach formalnych. "Take these lips that were made for kissing" zaskakuje kreatywnością melodii, a intro i następnie mostek "I need your love" łączą świetlistym pomostem głębię eksperymentalnego 2step z barwnie zmodyfikowanymi pochodami akordów. W refrenie Kylie sprytnie przekształca wulgarne "Cum, cum, cum to my sweet melody" Roisin z Moloko w nieco bardziej przyzwoite "Cum, cum cum into my world", co nie zmienia jednak faktu jej bezwstydności. Da się to zagrać na gitarze bez problemu. Jeden z najbardziej nowatorskich tanecznych przebojów ostatnich lat.
(Porcys, 2003)

ósmy longplay filigranowej Australijki, jej największy sukces komercyjny (wielokrotne platyny w różnych miejscach globu), kończy dziś 15 lat. tracklista:

1. DFA-owski "numer o basie", na imprezach zawsze miksowałem z "Sexy Results (MSTRKRFT Edition)"
2. poptymistyczny hymn stadionowych rozmiarów czyli "Stardust w szpilkach i bojówkach"
3. istne kulturowe ŚWIADECTWO, zainspirowało Paula Morleya do napisania całej książki (true story)
4. bogaty harmonicznie, start/stopowy dance-pop o zmaganiach z objawami przeziębienia
5. wulgarny quasi-electro-banger, dźwiękowo i dynamicznie odpowiedź na "Red Alert" Jaxxów
6. deep-chill-outowe interludium, przy okazji motywiczna zapowiedź nr 7 w linii basu
7. słynny "zapętlony" techno-pop (utwór w utworze) ze słynnym "zapętlonym" klipem (Kylie w Kylie)
8. kolejny hicior, triumfalna rekapitulacja jej milenijnego (euro)disco z poprzednika
9. jazzujący w smaku classic Chicago house ożeniony z późno-90s-ową "estetyką MTV"
10. kontynuacja sekwencji stricte klubowej w futurystycznym zwierciadle (pogłosy, efekty)
11. najczulszy w zestawie jam, zawsze pobrzmiewa mi zagubionym remixem Eitzela z The Invisible Man
12. wybuchowy hołd dla korzennego French Touch typu surowy sampling Cassiusa
(2016)

Body Language (2003, dance-pop/r&b) 9.1

Mam wam mówić o Kylie? Uuuu, spoko. Dla początkujących: czy wy wiecie w ogóle kim jest dla nas Kylie? Jej postać swobodnie przekracza typowy standard pięknej divy emanującej erotyzmem. Bo Kylie wyzwala regularnie męskie reakcje w rodzaju: "aaaaaa", "ja pierdoleeee" i "oh maaaaaan". I nie wydaje mi się, by obecnie którakolwiek celebrity z kolorowych magazynów lub telewizji sięgała podobnego poziomu w kategorii rozpalania kolesi. Media mogą sobie kreować nowe gwiazdki co miesiąc, ale Kylie pozostaje numero uno. Oglądaliśmy kiedyś całym klanem dokument traktujący o przebiegu kariery cudnej Australijki i tam grono ekspertów próbowało znaleźć źródła tego nadrealnego oddziaływania. Doszli do kilku wniosków. Że Kylie, przy całej swej drobnej sylwetce, ma idealną figurę, zaspokajającą najskrytsze łóżkowe wyobrażenia. Że jej twarz w absolutny sposób łączy dziewczęcy wdzięk z wyzywającą agresją. Wreszcie, że jej feeling operuje bezczelnością i pewnością siebie, które sprawiają, iż faceci wariują. Racja. Spójrzcie jeszcze na wiek: to weteranka wśród natrętnie promowanych siks! Ooooch. My wszyscy, mniej lub bardziej, otwarcie lub nie wprost, pragniemy Kylie, ponieważ, zwyczajnie, Kylie spełnia dla naszego pokolenia funkcję symbolu seksu.

Teraz, istnieje pewien super aspekt toposu Kylie, patrząc z punktu widzenia słuchaczy uzależnionych od muzyki pop. Mianowicie, kobieta śpiewa, odnosząc na tym polu, zwłaszcza ostatnio, duże zwycięstwa! Aczkolwiek historia ścieżki na sam szczyt to długa epopeja. Każdy pewnie kojarzy debiutancki singiel (i teledysk) koleżanki, "I Should Be So Lucky". Cóż, była wtedy nastolatką i z dala od "klasy". Raczej mizdrząca się panienka, i to pośledniego sortu, nijaka, bez krzty charyzmy. Ta charyzma nadeszła dzięki dojrzewaniu wspaniałej urody (Kylie to panna naturalnie wyglądająca niezwykle młodo, zawsze młodziej o dziesięć lat niż ma naprawdę) i w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wokalistka stopniowo atakowała listy przebojów, balansując między dance-popem a retro-disco. Pamiętam fajowe videa do "Breathe" (rozbierane), "You Did It Again" czy "Some Kind Of Bliss". Light Years z 2000 stanowiło już wielki hit i znaczący krok naprzód. Ale nasza bohaterka musiała dopiero spotkać pokrewną duszę, producentkę Cathy Dennis. Ta niespełniona dama kilku tanecznych przebojów, a następnie architekt sukcesów S Club 7, napisała z miejsca lukrowaną piosenkę-landrynkę "Can't Get You Out Of My Head" i wyniosła artystkę na inną orbitę.

Panie chyba znalazły wspólny język (dogadały się, kobity, na zakupy se poszły, pogrzały się w saunie) i razem wyczesały pod koniec 2001 niewiarygodny album-cukiereczek, dystansujący nie tylko przeszłe dokonania K (to "K" wiszące na jej uchu w obrazku "Love At First Sight", słuchajta, to świadectwo respektu i sympatii wobec klanu), ale i literalnie całą bieżącą konkurencję spod znaku komercji MTV. O Fever kiedyś już pisałem dość entuzjastycznie, więc możliwie pominę podjarkę. Na co chcę wyjątkowo zwrócić uwagę, to totalnie rzadko spotykane w tych rejonach skupienie na songwritingu. Gdy bowiem startowałem z inauguracyjnym odtworzeniem krążka, przewidywałem kilka cool singli i resztę wrażeń z cyklu "coś się unosi". Zaskoczenie: zostawiając z boku znane wcześniej, małe perełki ("Come Into My World", "In Your Eyes", "Love At First Sight"), pozostała część materiału serio przekonywała. Niesamowicie mocne melodie śmigały uwodząco. Jedna nawet, dokładnie w zakończeniu refrenu "Your Love", pochodziła bezpośrednio z finału "The Boy With The Hammer" Eitzela. Tak! Fever to, zachowując proporcje, Like A Virgin lat dwutysięcznych. Mike świruje że jestem nieobiektywny, wszyscy świrują że jestem nieobiektywny, ale ja wam mówię że jestem obiektywny i Kylie wymiata po maksie! Bez kitu.

Stąd przysięgam: ja czekałem na Body Language. Lecz Body Language, niestety, to ledwie popłuczyny po błyskotliwości poprzednika. Posunięcie z ponownym zatrudnieniem Cathy Dennis w roli muzycznej mastermindki projektu wydawało się bezpieczne, ale o ile na Fever pani kompozytor zasługiwała na odimienny przydomek "catchy", o tyle tu pogrąża materiał w detalach brzmieniowych, pchnąwszy estetykę Kylie od parkietowego 4/4 w stronę nieco pokombinowanych klimatów. Szkoda, że za subtelną metamorfozą nie podąża jakość piosenek. (W sumie zadanie Dennis ograniczyło się do aranżowania, ale nie wierzę, iż nie miała świadomego wyboru tracków.) Promujący wydawnictwo "Slow" eksponuje archaiczny posmak electro tekstur i nawarstwione bity, tymczasem w efekcie wypada blado i monotonnie. Brak nośnego hooka zżera te eksperymenty. Odchyłki trip-hopowe też mierne, bo smyki "Loving Days" przeklejono w CoolEdicie prosto ze "Sly" Massive'u: dziesięć lat delaya. Trop dodatkowy, i pozytywny, to przesunięcie ciężaru podkładów z zimnego, mechanicznego clubbingu na deczko rozbujane r&b, bliższe temu co Timberlake'owi robią Neptunes. Akurat trafiona idea: soulujące "After Dark", pogodne "Promises" i biodrowe "Obsession" udanie spełniają tę formułę.

Gorzej, iż podstawowa broń solistki, sex appeal, dominuje przesadnie, chwilami aż karykaturalnie. Ktoś skomentował artwork Body Language określeniem "Brigitte Bardot jako tirówka" i ma zupełną słuszność. A głos Kylie zahacza uszy inwazyjnie, z premedytacją, siląc się na "seeeex". Zaiste, Fever eksplorowało wątki seksualnego nienasycenia i to zwykle obrazowo, lecz zdania z serii "I just can't get enough / So give me more, more, more, more, more", "I need a shot of love / Cause I got a bad bad habit / Can't seem to get enough / Give it to me cause I gotta have it" (!!) lub "I've been watching you lately / I want to make it with you" K podawała delikatnie i (umiarkowanie) niewinnie. Obecnie tak samo pikantne teksty przekazywane są ostrym, ingerującym flowem, co gubi ich kontradykcyjną moc. Kylie zmusza nas do orgazmu, a nie tędy droga, kochana. Męczą spogłosowane nakładki nocnego szeptu w "Chocolate". Męczy słodki, nachalny sposób interpretacji wersów i aktorskie wykręcanie ust w każdej zgłosce. Więc paradoksalnie doszło do tego, że Kylie najbardziej pobudza tam, gdzie nuci bez słów: końcówka "Red Blooded Woman", z siedmiokrotnie powtórzonym westchnięciem "ah / ah / ah / ah / ah ah ah", musi być najseksowniejszym momentem 2004, nie ma innej opcji.

Podejrzewam, że spore rozczarowanie przy pierwszym zetknięciu z Body Language mogło wynikać ze zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki. Później zorientowałem się: motywy są trochę bardziej zapętlone i ciężej je przyswoić niż dawniej (choć oczywiście żadna konstrukcja nie jest "zapętlona" w dosłownym znaczeniu, jak genialny "Come Into My World", gdzie ulokowano jakby utwór w utworze). W sensie czysto realizatorskim, płytkę dopracowano szczegółowo, fachowo. Dywersyfikacja gatunkowa to wartość na własnych prawach: sprytnie wypadają rapowanki w prawie-IDM-owym, intrygującym "Secret (Take You Home)", rozwala funkowa próbka gitar w dyskotekowym "I Feel For U" (!!! się wkradają!). Wiecie, na Wyspach Kylie nagrywa dla tej samej wytwórni co Radiohead. Natomiast olejcie słabo zorientowanych w temacie dziennikarzy, nazywających Body Language życiowym osiągnięciem Minogue. Opus magnum w jej dorobku pozostanie wyjebiste Fever, które przy obranym kryterium przyjemności słuchania ma szansę trafić do mojej setki dekady (loool). Ale dopóki laska dostarcza clipów tak podniecających, jak "Red Blooded Woman" chociażby (gdzie "w momencie gdy jest w dżinsach, po wyjściu z taxi przed czymś chyba tańczy, to chyba jakiś zbiornik"), dopóty daleko mi do narzekania.
(Porcys, 2004)

Diametralnie zmieniłem zdanie o tej płycie przez siedem lat. I wciąż bardzo mi wstyd, jak ją zlekceważyłem przy premierze. Wtedy wystawiłem jej czwórkę w skali od zera do dziesięciu i sądziłem, że głównie bronią się pierwsze dwa single (kraftwerkowe "Slow" i euro-r'n'b "Red Blooded Woman"). Obecnie "Slow" i "Woman" skipuję (choć oba bardzo lubię), a reszta tracklisty sprawia, że leżę i kwiczę. Niektórzy (jak Panda Bear) widzą, że to jest równie wybitna płyta co kanonizowane już tu i ówdzie Fever, inni wciąż tkwią tam, gdzie ja w 2004 – w ogromnym błędzie. Cóż, zagram tak – nie było drugiej tak awangardowej płyty w komercyjnym popie (i przez "komercyjny" mam na myśli wydawnictwa z kręgu tych największych gwiazd, a nie anonimowych solistów/solistek). Ani Jacko, ani Madge, ani Justin, ani niedawno Britney – nikomu z nich żaden majors nie pozwolił na takie nagromadzenie microhouse'owych smaczków, wielopłaszczyznowych faktur i pokomplikowanych przebiegów piosenek. Spadek sprzedaży po bestsellerze Fever był więc wyraźny i z marketingowej perspektywy podjęcie ryzyka przez Parlophone nadal wydaje mi się szaleństwem. Na szczęście oglądanie pod mikroskopem tych piętrowych miksów to rozkosz dla wprawnego analityka. Weźmy takie "Still Standing" – asymetryczne syntezatory w zwrotce budują niejako pomost między samplowanym maksymalizmem Basement Jaxx i post-IDM-owymi hitami Yasutaki Nakaty, magika japońskiego popu. Ale dodana w refrenie kowbojska gitara przypomina balearic szwedzkiego duetu Studio, który pełnometrażowo miał zadebiutować dopiero trzy lata później (i zresztą remiksował Minogue przy następnej płycie). A te interludia, kiedy znika bit? To jest drugi kawałek na płycie Kylie Minogue? Gdzie bezpośredniość, którą łyknie ciemny lud?

Eksperymenty czają się tu co krok, ale są tak idealnie powtykane w struktury nieskazitelnie pięknych piosenek, że jak dla mnie – miast przeszkadzać – pomagają. "Secret" interpoluje refren "I Wonder If I Take You Home" Lisy Lisy z 1985 roku. "I Feel For You" to ekscytująca antycypacja jazzowo-elektronicznej w smaku płyty Ruby Blue Roisin Murphy i Matthew Herberta. Niewiele słyszałem tak dziwnych mainstreamowych ballad jak "Someday" i "Loving Days". A finałowe "After Dark" rzuca wyzwanie Timberlake'owi i Neptunes – sprawdźmy kto umie wywinąć bardziej stylowy, elegancki funk-pop w hołdzie Jacksonowi. Biorąc pod uwagę, że nad zawartością Body Language pracował sztab wielu producentów, a nie jedna osobowość, która zdominowała album swoją wizją, trudno nie docenić gustu Kylie – bez jej chęci lub przynajmniej akceptacji, takie numery by nie przeszły. A ona sama ani wcześniej, ani później nie brylowała tak szerokim spektrum środków wokalnych – od boskiego rapu w "Secret", przez imitowanie wczesnej ("Still Standing"), środkowej ("Obsession") i późnej Madonny ("Loving Days") oraz kreskówkowe wygłupy á la Britney (refreny "After Dark" i "I Feel For You"), po wieczorny szept w "Chocolate". Owszem, jest to jedna z najseksowniejszych płyt na świecie, mimo, że w dość nachalny sposób. Ale ciężko nie ulec, bo jak to mawiała Kylie: "I'm not trying to be sexy, I AM sexy".
(T-Mobile Music, 2011)

Ultimate Kylie (2004, pop) 5.5

Kiedy piszę te słowa, kilka razy na minutę odwracam głowę za siebie w lewo, w stronę ściany, na której wisi Kylie 2005 Official Calendar. Nie mam pojęcia, czy to ekskluzywny gadżet, ile kosztuje i czy w ogóle jest do kupienia, ale z góry oddalam wszelkie zarzuty o snobizm: let's face it, jeśli ktokolwiek miałby sobie powiesić nad łóżkiem podobne cacko, sorry, ale, wybaczcie, yy, jestem to ja. Od razu przypomina mi się, jak wiele lat temu deklarowałem publicznie, że nigdy, przenigdy, nie upadnę tak nisko, żeby budzić się z widokiem plakatu roznegliżowanej laski: to taka żenua. I w sumie obstaję przy tym oświadczeniu do dziś, ale od reguły są wyjątki. Tu konkretnie stanowi go Kylie Minogue, współczesna bogini seksu z Australii. Na przykładzie powyższego odstępstwa wytłumaczę fenomen tej postaci. Otóż najwyraźniej cokolwiek ta kobieta zrobi wyjdzie zajebiście. Somehow, she "gets it". Przecież przy innych gwiazdkach showbizu wybryki w rodzaju firmowania własnej linii bielizny (promowanej zresztą wulgarną reklamówką z "Main Offender" Hives w tle) lub regularnych kalendarzy-rozkładówek, uznalibyśmy za skuchę, lecz widocznie K swoją charyzmą i klasą potrafi je na luzingu uwiarygodnić. Plus – czy już mówiłem? – ma ogromne jedynki.

Ciężko mi się z tą świadomością oswoić, ale gdyby K jako nastoletnia panna szczególnie wcześnie straciła cnotę i nieostrożnie "wpadła" ze swoim chłopcem, mogłaby dziś od biedy być moją matką. Fakt ów składnia mnie do zastanowienia, czy aby nie jestem pederastą w ojcu i synie, ale, co ważniejsze, każe się pogłowić nad niespodziewanie długim stażem Minogue w muzycznym światku i wynikającym zeń ogromem jej piosenkowego dorobku (serialowa rola w Sąsiadach, by the way bezpośrednia przyczyna startu w kategorii wokalnej, to osobna, i sięgająca dalej w przeszłość historyjka). Właściwie wytwórnia uczyniła to już za nią i w efekcie refleksji wypuściła na rynek, akurat w okresie świątecznym, dwupłytową kolekcję retrospektywną, zbierającą "same hity!" jakich dochrapała się solistka w ciągu siedemnastoletniej kariery. Śliczna książeczka zawiera nie tylko kilkustronicowy kolaż fotek z różnych etapów szlaku po koronę królowej pop, ale także informatywny rys biograficzny oraz detale produkcyjne odnośnie każdego spośród trzydziestu trzech umieszczonych tu kawałków. Dla fanatyka, Ultimate Kylie, podzielone sprytnie na dwie "kolorowe" części, to jazda obowiązkowa, zwłaszcza patrząc przez pryzmat ceny wydawnictwa!

Dysk pierwszy, "zielony", obejmuje single z epoki od debiutu w 1987 do 1992, wymieszane a-chronologicznie, pod kątem zgrabnego miksu na nostalgiczną prywatkę "z tamtych lat" tudzież "Wideoteki Dorosłego Człowieka". Generalnie, jego zawartość średnio zniosła przeobrażenia stylistycznych mód i trendów brzmieniowych, choć pomiędzy bladymi według obecnych standardów, błahymi odbitkami wzoru młodzieżowego tune'a 80s można odnaleźć relatywnie zajmujące momenty. "I Should Be So Lucky" broni się a priori legendarnym, mózgo-pralnym refrenem, natomiast zwrotka uderza silniej, podejrzanie zaskakując repetytywną linią od strony "I Am The Walrus", kapitalnie zdublowaną. "Step Back In Time" wyprzedza o pół dekady mainstreamowy dance: feeling przynależy raczej do przełomu dyskotekowego mid-90s, a słodziutki głos K wyśpiewuje zaczepne hooki godne Impossible Princess co najmniej. Pod kiczowatymi "skreczami" na frazie w "Wouldn't Change A Thing" kryją się melodyczne zawijasy. Och, ponadto znajdziecie tu duet z Jasonem Donovanem, "Especially For You". Jason Donovan, what the fuck.

Ok, dosyć dorabiania ideologii do ładnej buzi. Bo "fioletowy" dysk drugi w przewadze ostro miecie. Obfituje w highlighty od self-titled comebacku, którym "wynalazła się ponownie" z 1994, po chwilę teraźniejszą, też pomieszane według klucza klimatycznego. Pamiętacie te wszystkie przeboje i odpowiednie teledyski do nich, zakład. Którą męską kolaborację wolicie? Nicka Cave'a w kończącym kompilację smyczkowym smęcie "Where The Wild Roses Grow" (brr, trupie ciało w wodzie) czy Robbie Williamsa w licealnym, wagarowym "Kids" (wystrzał z szampana na koniec, co to było)? Macie Kylie zwielokrotnioną ("Did It Again", "Come Into My World"), nagą w kosmosie ("Breathe"), osamotnioną w futurystycznych sceneriach ("Can't Get You Out Of My Head", "Love At First Sight") i, naturalnie, otoczoną tancerzami ("On A Night Like This", "In Your Eyes", "Spinning Around", "Slow", "Red Blooded Woman", "Chocolate"). Materiał z Fever roztrząsałem wystarczająco, a nawet fragmenty Body Langauge sprawiają mi przyjemność, lecz re-odkryciem składanki uznałbym pełen blichtru, triumfujący parkietowy hymn "Spinning Around", gdzie najbardziej wyzywająca laska globu pyta prowokująco w rozkosznej harmonii "do you like what you see?". A jak sądzisz, niunia. Bezczelna.

I właśnie, temat erotyzmu zawsze będzie przy okazji dyskusji o K powracał niczym, hehe, bumerang, ponieważ, jak ktoś celnie zauważył, ona zrobiła wszystko co w jej, i designerów, mocy, by jednoznacznie się kojarzyć. Biedny Cave uległ powabowi drobnej panienki i potem pytany o to, czy z nią spał, odparł dyplomatycznie: "Nieee. Prawie.. nie". Niezłe. Albo znacie to? "Co zrobiłbyś, gdybyś mógł przez dobę być Kylie Minogue?". "Siadłbym naprzeciwko lustra i wpatrywałbym się przez okrągłą dobę w pupę". Szczęśliwie, ja akurat nie muszę prosić złotej rybki o spełnianie trzech życzeń. Dostałem oryginalny kalendarz w prezencie (no dobra, trochę im "pomogłem") od ludzi z którymi robię interesy i strasznie mnie to rajcuje. Dlaczego? Zgadnijcie, he: sporo tu super zdjęć. Obwoluta przedstawia ujęcie z okładki singla "I Believe In You" (otwierającego dysk "fioletowy"). Styczeń to K jako pokojówka, tyłem w obcasach. Dziś jest 28 lutego, ostatni dzień przestępnego miesiąca, i za chwilkę zmienię kartę z lutego na marzec. Niby szkoda, bo Luty to figura naszej bohaterki w kostiumie, oparta po skosie na drzewie. Chociaż, w sumie, Marzec też nie jest zły: w samych rajstopach, zakrywa rękoma biust...
(Porcys, 2005)

X (2007, urban pop) 5.4

"Heart Beat Rock" - Okazuje się, że "czkawka" rapowa jaką uskutecznia Fergie jest wbrew pozorom ważnym środkiem wyrazowym naszej epoki. Sexy, futurystyczny i wściekle melodyjny rodzynek na średniawej płycie X. A właściwie jeden z dwóch rodzynków.

"Wow" - Uwodzicielskia parkietowa bestia rozwijająca tradycję "Love At First Sight". Dopisać do najwspanialszych kawałków Australijki w całej jej karierze.

2 Hearts (Studio remix) - Ściema z "remixem", bo to po prostu jest kolejny utwór Studio. Znów interesujący.
(Offensywa, 2008)

"Wow" - Greg i Kylie, zakochana para, równa się wielka nieskończona miłość etc. Przynajmniej tak to brzmi. Właśnie, a propos soundu. Kolega zwrócił mi kiedyś uwagę, jak zostały ZAREJESTROWANE tu wokale. Mamy do czynienia z perfekcją. Krystaliczność.
(Musicspot, 2011)

Aphrodite (2010, euro/dance) 5.8

Mimo miałkiego zwiastuna (singiel "All the Lovers" z żenującym klipem) jest względny sukces! Mniej eklektyczne toto, ale chyba równiejsze od X. Klubowo-parkietowa, homogeniczna w stylu, monotonna wręcz, choć nieodparcie solidna łupanka. Odrzuty z Fever, rzekłbym, gdybym ich nie znał jak rządzą. Ale na zakończenie kariery w sam raz, bo mówimy o świadomym, nostalgicznym hołdzie preferowanej estetyce, a nie o strachu przed eksperymentem znanym z poprzednika. Zaś "Put Your Hands Up", "Everything Is Beautiful", "Too Much" i refren "Better than Today" to kolejne klasyki w dorobku K. Tylko żal myśleć jak kobieta będzie wyglądać za 20 lat. Oh well.

The Abbey Road Sessions (2012, chamber pop) 6.0

Gdzieś przed laty przepowiedziałem tego typu wydawnictwo i chociaż wyobrażałem je sobie nieco wystawniej, to w sumie nie jestem zawiedziony. Pomysłowe nowe wersje oscylują między piano-jazzową balladą ("Come Into My World"), przez trip-hop ("Slow"), po orkiestrowy pop ("Can't Get You Out of My Head") czy amerykański country/folk-rock środka ("Love At First Sight"). I wszystkie co najmniej udowadniają, że to znakomicie nabazgrane wałki.

Kiss Me Once (2014, pop) 4.9

Jak zawsze chce być "na czasie", niestety czasy są chujowe, tytuły typu "Sexercize" czy "Les Sex" w tym wieku też ✂ "Sexy Love", "Fine"

* * *

Kylie of course. Jej czerwcowy występ w berlińskim Welodromie to spełnienie moich marzeń – gigantyczny show z kilkudziesięcioma tancerzami, wielokrotnie zmienianą scenografią i istnym "greatest hits" w setliście. "Babcia Kylie", jak ochrzcił ją żartobliwie kolega, rozpoczęła od wystudiowanych ruchów, od chłodnych gestów, od zimnych póz. W miarę przedzielonego (niczym spektakl teatralny) kwadransem przerwy koncertu jednak się rozkręciła, a w finale dała ostro czadu, by wręcz wzruszyć się (i nas widzów) na samo zakończenie, prosząc realizatorów, już po serii bisów, o dodatkową szansę na wykonanie pieśni z samą gitarą akustyczną. Co uczyniła. Dodam może anegdotycznie, iż połowę pierwszych kilkunastu rzędów stanowiła zwarta i gotowa reprezentacja ekshibicjonistycznych gejów. Mity o tym, że Kylie jest też ikoną środowisk homoseksualnych – potwierdziły się. W sumie "Your Disco" to jej "YMCA".
(Offensywa, 2008)

Kylie Minogue
22 czerwca, Berlin

Jak już gdzieś pisałem, spełniło się moje wielkie marzenie. Ta pani "trzymana w formalinie" i gigantyczny show z wizualizacjami, kilkudziesięcioma tancerzami/statystami, teatralnymi scenkami i takie tam. Pure commercial mainstream pop. Doświadczyć tego z bliska to super radocha. Podobnież dużo gejów, wszelako aniżeli jakkolwiek stanowiących nadal główny target piosenkarki. TS: 40-letnia Kylie VS jakakolwiek nastolatka na Ziemi.
(Porcys, 2009)


ZOBACZ TAKŻE:

Z CZYM TO SIĘ JE: KYLIE MINOGUE

A tak, o Kylie mogę długo i w nieskończoność. O jej zębach z wielkimi jedynkami, o jej pupie, wyzywających kreacjach i poruszających wyobraźnię teledyskach… Bo dla mnie ciężko po prostu znaleźć ikonę kobiety atrakcyjniejszej fizycznie i wizerunkowo. Tak się jednak składa, że mamy tu regularną rubrykę o muzyce, więc przyjrzymy się, do czego kompozytorzy i producenci małej Australijki odnosili się stylistycznie. A przykład to w naszym cyklu dość szczególny – skojarzeń jest mnóstwo, sporo z nich wcale nie tak oczywistych, a część deczko naciąganych. I na tym polega zabawa. Ktoś inny wskazałby pewnie dychę zupełnie różnych typów. Ale to ja piszę ten artykulik i co mi pan zrobi.

1. "Got to Be Certain" – Pet Shop Boys
Tu należy mówić o zjawisku równoległym do działań podejmowanych przez legendarny team producencki Stock Aitken Waterman (w skrócie SOW). Ci goście, inspirując się kontynentalnymi trendami w rozrywce (szczególnie południowymi, superszczególnie włoskimi) wynaleźli coś, co potem ochrzczono mianem "eurobeat". Dorobek Kylie z lat osiemdziesiątych podpada mniej lub bardziej pod tę kategorię, co automatycznie ustawia ją w jednym szeregu z aktywnymi wtedy na tym samym polu meta-popowcami Pet Shop Boys. Celowo pomijam dokładniejsze przeszukiwanie niniejszego etapu, bo generalnie w tych rejonach (z domieszką odrobiny Dee-Lite'owego transu, Madchesterskiego szaleństwa i romantycznych ballad dla fanek Jasona Donovana) oscylował wówczas styl siksy, jaką była Minogue.

2. "What Do I Have to Do" – Madonna
Ach, wzajemne inspirowanie się Kylie i Madonny... Tomy można by pisać. Ale kłamać nie zamierzam – mimo, że (zwłaszcza w latach dziewięćdziesiątych) Madge często wprost czerpała z wizerunku Kylie i nawet nosiła koszulkę z jej nazwiskiem, to jednak zaczęło się od byłej gwiazdy Sąsiadów kopiującej Madonnę. Weźmy ten na przykład numer. So Madonna, it hurts.

3. "Did It Again" – Alanis Morrissette
A tu z kolei Kylie tak bardzo brzmi jak Alanis na wydanym dwa lata wcześniej, hiper-giga-masakrycznie sprzedanym Jagged Little Pill, że aż się czuję nieswojo.

4. "Disco Down" – ABBA
Może nikt nie forsował nigdy tej tezy zbyt namiętnie, ale temat zapożyczeń od ABBY przewija się przez całą karierę Kylie i wciąż powraca niczym, nomen omen, bumerang. Usunąć stąd ten twardy bit "stopa-werbel" i mamy po prostu przebój ABBY; wnikliwi wskazywali na łudzące podobieństwo do riffu z "Does Your Mother Know".

5. "Can't Get You Out of My Head" – Kraftwerk
Ryan Schreiber, założyciel i wieloletni naczelny (a obecnie prezes honorowy) serwisu Pitchfork porównywał niegdyś ten hymn do "Xanadu" Olivii Newton-John i Electric Light Orchestra. Nie zauważył jednak istotnej różnicy – nagrania Jeffa Lynne'a zawsze były "ciepłe" w sensie palety instrumentów i ogólnego nastroju. Zaś to jest zimna muzyka, co potwierdza klip zrealizowany w chłodnej, futurystycznej manierze. Słuchając wstępu, czekam, aż lada chwila jakiś Niemiaszek zacznie gadać: "Ich bin der Musikant". Zresztą, dług Australijki u Kraftwerk jest nawet większy – wiodący singel z następnej płyty, "Slow", też się kwalifikuje.

6. "Love at First Sight" – Stardust
"Music Sounds Better With You" = jeden z najważniejszych popowych singli ostatniego piętnastolecia, bardziej jeszcze wpływowy niż hity Daft Punk. Ponieważ ten podcięty groove "raz-raz-dwa... raz-raz-dwa..." próbowano potem naśladować dziesiątki, jeśli nie setki razy. Kto wie, czy "Love at First Sight" to nie najlepsza poza/obok (niepotrzebne skreślić) "All For You" Kate Ryan adaptacja tego wątku rytmicznego, jaka powstała.

7. "I Feel For You" – Herbert
Body Language z 2004 roku był najbardziej eklektyczną i ambitną artystycznie pozycją w dorobku naszej bohaterki. Pośród mnogich inspiracji dało się też wyłuskać specyficzny rodzaj klikających, mało nachalnych, tanecznych bitów. Zahipnotyzowani promocyjnymi fotkami Kylie stylizowanymi na wyzywający image a la Briggite Bardot, co odważniejsi recenzenci przebąkiwali o analogiach z eksperymentalnym nurtem zwanym "micro-house", który wykiełkował na przełomie milleniów. Oto, co widok seksownej kobiety potrafi uczynić z szanowanymi dziennikarzami muzycznymi płci męskiej! Chociaż istotnie, w podkładzie nie brzmi to zbyt odlegle od takiego 100 Lbs.

8. "I Believe In You" – Saint Etienne
Brytyjska formacja programowo inkrustuje wspomniany wyżej "eurobeat" hojną dawką MWR (Melodyjnego Wyspiarskiego Retro). Nie wolno wszakże zapominać, iż relacja K-SE jest obustronna. Cracknell i Minogue mają podobne barwy głosu, a tegoroczny (wyśmienity) singiel "Methods of Modern Love" Londyńczyków to efektowna imitacja stylu Kylie, a konkretnie ich wariacja na motywach "The One". Zresztą, artykuł o piosenkach zainspirowanych Kylie też mógłby być interesujący. Może rednacz Jonczyk się kiedyś pokwapi? Tak? To niniejszym nominuję "Can't Cook", a co mi tam.

9. "Heart Beat Rock" – Fergie
Chodzi naturalnie o ten czkający, zacinający się styl anty-rapowania tudzież kokietującej wyliczanko-deklamacji, który – bądźmy uczciwi przed Bogiem i historią – wprowadziła do powszechnego obiegu (poprzez dokonania tak ekipy Black Eyed Peas, jak i swoje solowe) totalnie znienawidzona przez środowiska niezależne niejaka Stacy Ferguson. Bo kiedy Kylie nawija prędkie "I can make your heart beat rock / I can make your heart beat rock", to skojarzenie z takim "My Humps" nie jest zbyt odległe. Zwłaszcza, że i tematyka zbliżona: miast krągłości, Minogue wspomina swoją najlepszą sukienkę, ale rozchodzi się o to samo – wzbudzenie u facetów stanu znanego w terminologii medycznej jako "erekcja".

10. "2 Hearts" – T. Rex
Charakterystyczne, rozkołysane, "niegrzeczne", spowolnione boogie to estetyka glam jak się patrzy. Tyle, że upgrejdowana do epoki, w której electro dyktuje warunki. Linia wokalna też całkiem Bolanowa (hello wers "I'm in love"). Aczkolwiek przyznam się: wynajdywanie w komercyjnej papce podobieństw do wielkiej muzyki to moje hobby. Ja słyszę ślady XTC w "Małej Chince Czikulince". Nie, tym razem jeszcze nie zdradzę numeru dilera.

("PULP", 2009)