KRAFTWERK

 

Kraftwerk – początek

Zanim stali się robotami...

W zeszłym tygodniu kultowa niemiecka grupa zapowiedziała niezwykły cykl występów. Między dziesiątym a siedemnastym kwietnia Kraftwerk zamierzają wykonać w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku osiem swoich albumów w całości – po jednym na wieczór. Ten retrospektywny przegląd obejmie stricte elektroniczny etap działalności zespołu – poczynając od płyty "Autobahn" z 1974 roku, a kończąc na ich ostatnim studyjnym dziele czyli "Tour de France Soundtracks" z 2003. Taki wybór zupełnie nie dziwi, bo dość wyraźnie dzieli dorobek Kraftwerk na dwa rozdziały. Grupę zwykle kojarzy się z tym drugim – przedstawiającym ją jako ojców chrzestnych electro-popu, techno i Daft Punk. Lecz śmiem twierdzić, że ten pierwszy, choć mniej znany, jest równie frapujący. Ponoć panowie nie przepadają za nagraniami z tego okresu – cóż, ja odwrotnie, od dawna miałem do nich słabość. Dlaczego? Krótka odpowiedź poniżej.

Tone Float (Organisation) (1970)

Z technicznego punktu widzenia to nie jest płyta Kraftwerk. Obok Ralfa Huttera i Floriana Schneidera, od zawsze liderów formacji (ten drugi opuścił ją w 2008 roku), w Organisation grało jeszcze trzech innych muzyków. Ale zarówno obecność Ralfa i Floriana, jak i uprawiana na "Tone Float" stylistyka każą traktować ten krążek jako wstęp, prolog, preludium do dyskografii sygnowanej nazwą Kraftwerk. Materiał opublikowany tylko w Wielkiej Brytanii przez oficynę RCA można sklasyfikować jako krautrock – to dość luźne formalnie, eksperymentalne, psychodeliczne jamy z awangardowym posmakiem. Tytułowa, dwudziestominutowa suita zdradza pokrewieństwo z hipnotyzującą estetyką "A Saucerful of Secrets" Pink Floyd. Plemienne bębnienie, statyczne dźwięki organów, kluczące nuty basu i budzące skojarzenia z orientem partie fletu generują dość obrzędowy klimat. Więcej konkretu znajdziemy w "Milk Rock" – opartym na repetycyjnym riffie basu, a nastrojem korespondującym z zapętlonymi improwizacjami Can. Z kolei tajemnicza impresja "Silver Forest" zapowiada słynne "Weissensee" z debiutu Neu! "Rhythm Salad" to czterominutowa rozgrzewka perkusjonaliów, a "Noitasinagro" znowu odsyła do milczących Floydów z końcówki lat sześćdziesiątych, przywodząc też na myśl wczesne dokonania Amon Duul II (patrz – "wyzwolona" partia skrzypiec). Po paru zawirowaniach personalnych Organisation się rozpadło.
(T-Mobile Music, 2012)

Kraftwerk (1970)

Powstał natomiast Kraftwerk. Skład i nazwa się zmieniły, ale pozostali Hutter ze Schneiderem, mityczny Conny Plank za konsoletą, no i oczywiście wyeksponowany tutaj, ikoniczny drogowy pachołek w oprawie graficznej. Muzycznie panowie penetrują rejony wcale nieodległe od Organisation, choć poszukiwania te cechuje większa dyscyplina i staranniejsza selekcja pomysłów. Otwierający tracklistę "Ruckzuck" to w ogóle jedna z najznakomitszych rzeczy w dorobku Niemców. Zauważmy jak fletowe intro antycypuje sławny późniejszy riff przewodni "Trans Europe Express" z 1977 roku. Powiadają też, że rytm to sprawa wybitnie germańska – w tym kontekście "Ruckzuck" to pradziadek utworu "Bib" Mouse on Mars (płyta "Iaora Tahiti", 1995). Ale ciągle zmieniające tempo (ach te przyśpieszenia i zwolnienia) "Ruckzuck" to głównie mistrzowskie operowanie polimotywicznością – niestrudzone melodyjki przeplatają się, ujawniają i znikają, powtarzają i zmieniają swój kształt. Dług zaciągnięty u minimalistów jest tu ewidentny, a owładnięte ADHD staccatto fletu kojarzy mi się z art-rockiem Jethro Tull, gdyby Ian Anderson nie był tak pretensjonalny i przestał śpiewać. Posłuchajmy:

http://www.youtube.com/watch?v=jsArgRhO9MU

Reszta debiutu zachwyca nieco mniej. "Stratovarius" z początku akcentuje zainteresowanie muzyków fakturowymi zabawami z elektroakustyką spod znaku Stockhausena, by nagle rzucić się w wir "prymitywistycznego" free-rocka a la Can z płyty "Monster Movie". "Megahertz" składa się jakby z trzech części – pierwsza to przerażające wyładowania przesterowanych organów (świetny soundtrack do surrealistycznego horroru), druga to kojąca impresyjka na organy i flet, a po jej powolnym wygaśnięciu wkracza monumentalna część trzecia, wzbogacona kaskadą dźwięków konkretnych, przypominających kosmiczne trzaski. Piszczałki w tej ostatniej musiały bardzo podobać się Nowojorczykom z Black Dice, którzy niemal zacytowali je w nagraniu "Endless Happiness" z albumu "Beaches & Canyons" (rok 2002). I wreszcie "Vom Himmel Hoch", jedyny fragment, w którym w studyjnej wersji gra na perkusji Klaus Dinger – później jedna druga Neu! Zanim jednak usłyszymy bębny, obcujemy ze zdezelowanym post-industrialnym pejzażem albo z opuszczonym polem minowym (czasem nawet słychać wybuch). Jak na wszech-prekursorów przystało, tu Schneider i Hutter dokładają swoją cegiełkę do wynalezienia stylistyki abstract-noise'u.
(T-Mobile Music, 2012)

2 (1972)

Omawiane wydawnictwa Kraftwerk nigdy nie doczekały się oficjalnych wznowień kompaktowych (choć chodzą pogłoski, że za niedługo należy się spodziewać takiego boxu). Ja nabyłem kiedyś bootleg zawierający dwie pierwsze płyty Kraftwerk na jednym CD. Jak na razie to najlepsza inwestycja w temacie – polecam, bo "jedynka" i "dwójka" kapitalnie się dopełniają. Nowością jest wykorzystanie bitmaszyny, która wyłania się dostojnie w trzeciej minucie siedemnastominutowego "Kling Klang", zaraz po pachnącej dalekim wschodem introdukcji na ksylofonach. Ta epicka kompozycja składa się z trzech movementów. Pierwszy to leniwie rozprowadzony groove basu, zwiewne przygrywki fletu i pulsujące płynnie pianino (znów mrugają do nas minimaliści). Niby nieco sielska atmosfera (muzyczna ilustracja weekendowego wypadu na łono natury?), ale ta sielskość jest bez cienia wątpliwości podszyta halucynacjami (ach te przyśpieszenia i zwolnienia taśmy). Narracja zwalnia maksymalnie w movemencie drugim, gdzie na tle przyjemnych ambientowych pejzaży słyszymy miarowe, fabryczne stukanie i niemal fizycznie odczuwalne (polecam słuchawki) podmuchy fletu. Zaś w trzeciej odsłonie jesteśmy świadkami interesującej konwersacji dwóch gitar (jednej rzężącej, drugiej na czystym brzmieniu) i zawodzenia skrzypiec. To również kandydat do opus magnum grupy:

http://www.youtube.com/watch?v=50M7RLgipNc

Niestety potem poziom spada – trochę jakby weny starczyło tym razem tylko na jedno "Kling Klang". Stronę A winyla "dwójki" zamyka "Atem" czyli osobliwa rejestracja czegoś, co brzmi jak przetworzone oddechy pacjenta w śpiączce. Strona B to cztery dziwne miniatury. "Strom" łączy cechy testu gitary podłączonej do wzmacniacza i prostej gitarowej ragi. "Spule 4" i "Wellenlange" również nie stronią od inspiracji indiańskich, w znacznym stopniu będąc zarazem esejami o szumie i ciszy. A "Harmonika" to po prostu próba dźwięku tegoż instrumentu, choć chyba wcale nie nadinterpretuję wyczuwając w niej źródło natchnienia takich mistrzów współczesnego ambientu, jak Keith Fullerton Whitman czy Christian Fennesz.
(T-Mobile Music, 2012)

Ralf und Florian (1973)

Trzeci longplay Kraftwerk to bodaj najbardziej relaksująca, wyluzowana, wręcz "lounge'owa" pozycja w ich katalogu. Oczywiście należy wziąć poprawkę, że mówimy o muzykach z zapleczem awangardowym. Ale "Ralf und Florian" rzeczywiście portretuje obu dżentelmenów w dość specyficznym momencie. Tuż po intelektualnych eksploracjach "jedynki" i "dwójki", a jeszcze przed fazą elektroniczną, naznaczoną wszechobecnymi bitami, manierą robotów i paneuropejską dekadencją. Rezultat? Najbardziej niewymuszenie piękny fragment muzyki, jaki pozostawili po sobie ci dwaj wizjonerzy. Są tacy, co uważają "Ralf und Florian" za pomost prowadzący już do albumu "Autobahn". Ja jednak zawsze uważałem tę płytę za osobne zjawisko, piekielnie trudne do sklasyfikowania. Ambient przed ambientem? Psychodelia po psychodelii? Najsłynniejszy tu utwór, "Ananas Symphonie", młodszym fanom indie znany zapewne jako źródło jednego z sampli na "Person Pitch" Pandy Beara, to czternastominutowy dźwiękowy malunek, nienachalnie relacjonujący wrażenia z rozkosznej podróży do wnętrza siebie po zażyciu LSD. Gdyby udało nam się wejść do głowy Briana Wilsona w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, to być może to właśnie byśmy usłyszeli (przynajmniej do takich wniosków skłania mnie ta hawajska gitara). Z drugiej strony niech mi ktoś powie, że motywik z dwunastej minuty nie zainspirował Tortoise (a przynajmniej Jeffa Parkera) przy pracy nad kawałkiem "It's All Around You". Oto "Ananasowa Symfonia" w pełnej krasie:

http://www.youtube.com/watch?v=9G4yvEKN7r8

Na szczęście reszta utworów wcale nie odstaje. Ba, sądzę, że na "Ralf und Florian" wszystkie indeksy zasługują na gromkie brawa. Islandczycy z Mum mogli (choć nie musieli) skopiować pomysł na swoje "Random Summer" z otwarcia najostrzejszego w zestawie, toczonego minimalistycznym staccatto-rockiem "Elektrisches Roulette". "Tongebirge" to kompletnie abstrakcyjna, choć urodziwa fantazja na flety i syntezator. Wyraźnie pokrewne z patentami duetu Cluster "Kristallo" i "Tanzmusik" sugerują, że wkrótce Kraftwerk przeniosą akcent z przestrzeni i pogłosu na ścisłe figury rytmiczne. A "Heimatklange"? Właśnie z takich fortepianowych pejzaży Brian Eno wziął kilka lat później konceptualny ambient. "Ralf und Florian" to longplay wyśmienity w każdym calu – a przynajmniej ja nie skróciłbym go nawet o minutę.

A potem, jak głosi legenda, Ralf i Florian doznali olśnienia. Wtem zrozumieli, że najlepszym sposobem na wyrażanie muzycznymi środkami otaczającego ich przemysłowego środowiska Zagłębia Ruhry będzie programowanie bitów, aranżowanie ich na syntezatory i śpiewanie mechanicznym głosem lapidarnych tekstów o podróżowaniu, robotach i komputeryzacji życia. Ale to już temat na zupełnie inną i chyba znacznie lepiej znaną opowieść...
(T-Mobile Music, 2012)

"Ananas Symphonie"
O całym dorobku Kraftwerk można trochę "na autopilocie" pisać właściwie wymieniając po kolei, co poprzedzali, odkryli, antycypowali. Ta analityczna metoda pozwala umiejscowić wizjonerstwo grupy na osi czasu, zrozumieć ich absolutnie kluczową rolę w ewolucji muzyki rozrywkowej, doszukać się ich wpływu w rzeczach, które na co dzień bierzemy za oczywistości "znikąd". Podobnie i o tej niemal 14-minutowej impresji zamykającej przygotowany w duecie longplay Ralf und Florian mógłbym mówić długo i namiętnie: że proto-ambient, że post-psychodelia, że malownicze pejzaże Tortoise, w końcu że sample użyty na jednej z głośniejszych płyt indie-światka w XXI wieku. Z tym, że mogę też powiedzieć jak Wielki Szu do podrajcowanego swoim widowiskowym tasowaniem kart Jurka: "no.. no.. dobre.. dobre.. TYLKO PO CO?". Mało jest muzyki, która traci na merytorycznych analogiach, ale w przypadku "Ananas Symphonie" to akurat lekki nietakt. Dźwięki dosłownie przelewają się, naturalnie dryfują spokojną wodą, chwilami wprost lewitują, równie zrelaksowane, co przećpane, równie łatwe do zdekodowania, co nieodgadnione, równie znajome, co zaklęte i magiczne. W tym pozbawionym tradycyjnie pojmowanych ram formalnych przepływie energii jakby budzi się ostateczne zrozumienie wszech-zagadki i, co najzabawniejsze, wściekle upragniony sekret okazuje się o wiele przejrzystszy, przystępniejszy i swobodny, niż sądzili filozofowie.
(Porcys, 2013)

Autobahn (1974)

Rewolucyjność całego materiału ŹDZIEBKO przeszacowana (strona B odstaje), aczkolwiek ten pre-stereolabowy groove w tytułowym istotnie ma wszelkie znamiona szokującego wizjonerstwa. Natomiast polecam singlowy edit "Kohoutek-Kometenmelodie" – urokliwe afterthought do Ralf & Florian i zarazem zapowiedź poszukiwań na tym LP.
(2018)

Radio-Aktivität (1975)

Kolejny na tej liście boleśnie niedoceniany i chyba wciąż często niezrozumiany KRĄŻEK. Konsensus dyktuje, że po bystrym, utopijnym futuryzmie Autobahn grupa przez chwilę dostała zadyszki i osiadła na mieliźnie, robiąc nawet krok w tył i rozczarowując swoim najmniej SFOKUSOWANYM dziełkiem w karierze. DŻIZAS, co za krótkowzroczna i schematyczna optyka. Dlatego celowo umieszczam Radioaktywność kilka oczek wyżej od TEE, bo chciałbym zaakcentować bezdyskusyjny fakt, iż dyskografia pod nazwą Kraftwerk skrywa kuchnię pełną niespodzianek, skrywa ryż rozmaitości i moc serdecznych życzeń, a nie zaledwie linearną autostradę od motorik Dingera do "Wir sind die Roboter".

Owszem, akurat tutaj obcujemy z Kraftwerkiem mniej wyeksploatowanym medialnie i kulturowo. To słuchowisko z pogranicza muzyki konkretnej, elektroakustyki studia kolońskiego i naszpikowanych odjazdowymi efektami dźwiękowymi piosenek, które literalnie wynalazły synth-pop lat 80. Układanka "nieprzenikniona", gdzie za każdym razem można "wysłyszeć" plumknięcia, które przy poprzednich odsłuchach umknęły. "Radioland" to faktycznie pierwowzór jednocześnie "Kid A" (tracku) i "Vienny", Dazzle Ships to totalne "nagrajmy swoje Radio Activity", różne Matmosy i inni glitchowcy ewidentnie wchłonęli te promieniotwórcze fluktuacje i oscylacje. Przy odpowiednim NOMEN OMEN dostrojeniu fal potrafią one solidnie wkręcić w rozważania o "pięknu tranzystorowych melodii i rozpadzie cząstek".

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=hrw8zZrTWio (evocative moment: stopniowa dekonstrukcja harmonii z przetworzonego nucenia – coraz dziwniejsze współbrzmienia i objawienie, że raptem "budzi się w nich świadomość")
(2018)

Trans Europa Express (1977)

Linia powszechnie obowiązująca to nieco jednowymiarowe upatrywanie w tej płycie wszech-przodka całej klubowej elektroniki. Królują nieśmiertelny opener (btw "po paru głębszych" mógłbym go w imprezowym rumorze pomylić z debiutem Kombi) i tytułowy (ten jak wiadomo przyczynił się do rozwoju rapu via AFRYKA BAMBATAAAAA), których puls nadaje ton aż sześciu z ośmiu (!) tracków. Mówimy więc raczej o "pełnometrażowym maksisinglu" niż tradycyjnie ułożonym longplayu. Historycy skupiają się zwykle na pierwiastkach futurystycznych – porywające wykorzystanie sekwencera Synthanorma, vako orchestron przetwarzający głosy i obfite "upopowienie" wokali. Jednak w tej paradoksalnej formule "electro-retro" zwykle marginalizowane są aspekty "retro". Kilka miesięcy później wyjdą "I Feel Love" i From Here to Eternity – raczej tam doszukiwałbym się bezpośredniego gruntu dla wykiełkowania house'u i techno. TEE to również nostalgia za bezpowrotnie utraconą, przedwojenną kulturą europejską – romantyzm, konserwatyzm, elegancja i dekadencja, Galeria Lustrzana w Wersalu i "Franz Schubert" oraz staromodna idea kwartetu (vide poddany retuszowi fotomontaż z okładki). O dziwo szczególnie aktualna wydaje mi się dziś ekspresjonistyczna zmora "Spiegelsaal" (aka "Hall of Mirrors") – brutalne obnażenie degradacji narcystycznej osobowości celebrytów, którzy z dala od "błyskających fleszy" już "nie lubią samych siebie". Temat aktualny jak nigdy przedtem, co znów dowodzi typowego dla grup(y) z Düsseldorfu zmysłu prognozowania przyszłości.

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=j_A1Y6fuYN0 (evocative moment: "Sogar die größten Stars... Entdecken sich selbst im Spiegelglas")
(2018)

Die Mensch-Maschine (1978)

"Neonlicht"
Bez tych miarowych klawiszków w wysokim rejestrze nie byłoby pewnie ani "Skóry" Aya RL, ani dokonań "Niemiaszków" w rodzaju Justusa Köhncke czy Jurgena Paape (dzięki za podpowiedź, Jacek), ani chyba wreszcie hitów formacji Milano. I właśnie z początku mamy tu precyzyjnie wychillowaną electro-piosenkę, zresztą jedną z najurokliwszych pod względem ciepła melodyki, jaką Hütter, Schneider und Bartos ułożyli w karierze. Ale jakoś w 1/3 trwania kawałka panowie obierają nowy kurs, kurs w nieznane. Dyskretnie zmieniają tonację, zapinają matematyczne delaye, nieco minimalistycznie przeplatają syntezatorowe wstęgi. Wtedy zaczyna się dziać coś niepozornego, co w gruncie rzeczy być może stanowi w ogóle najistotniejszy wynalazek zespołu SIŁOWNIA: lodowaty soundowo utwór o konstrukcyjnej aparycji języka C++ zaczyna znienacka brzmieć jak… improwizacja. Na bezpiecznej bazie głównego arpeggio odbywa się istne jam session robotów. Łatwo sobie wyobrazić jak rytmicznie kołyszą głowami stopniowo rozwijając motywiczne spektrum. Jest między nimi chemia, są czujni i słuchają się nawzajem, ale również opętani łagodnym transem i w tym ich zapomnieniu tkwi zalążek hipnozy techno, która w rezultacie przenosi finał "Neonlicht" w nieskończoność.
(Porcys, 2013)

Tour De France Soundtracks (2003)

Właśnie wróciłem z roweru. Dziś był piękny wiosenny dzień, słońce przypiekało wybornie. Więc wpadłem na rewelacyjny pomysł. Znaczy, dla mnie on jest rewelacyjny, siłą rzeczy, bo sam na niego wpadłem. Heh. Dla was może taki nie być. Ale słuchajcie.

Ciekawe, że nadal w wielu cywilizowanych skądinąd kręgach uznaje się Kraftwerk za ledwie "ważny", z historycznego punktu widzenia, zespół. Kraftwerk: wiadomo. Klimacik. Ale co powiecie na to, że ci kolesie wynaleźli elektronikę. W znaczeniu takim, jakie dziś przyjmuje się powszechnie najchętniej, czyli elektronikę w muzyce rozrywkowej. Zasięg influencji Kraftwerk rozciąga się przez pola, pagórki i lasy, wybiegając hen daleko poza horyzont przeciętnego konsumenta popu. Industrial, techno, house, synth-pop, disco czy electro, wraz ze wszelkimi pokrewnymi odmianami, zwyczajnie nie istniałyby bez istotnego wkładu odważnych eksperymentatorów z Düsseldorfu. Te ludzkie roboty de facto doprowadziły do roszady afroamerykańskich i europejskich smaków, zastępując żywą, pulsującą perkusję mechanicznym bitem z maszyny. Trans-Europe Express i Computerwelt pozostają dwoma spośród najwspanialszych elektronicznych albumów kiedykolwiek nagranych. He? Oto wasz "klimacik".

Dlatego ten powrót jest ważny. Każdy słyszał pewnie o paralelnym hobby Hüttera: kolarstwie. Przejawiającym się zarówno biernie (fascynacja profesjonalnymi wyścigami), jak i czynnie (rekreacyjnie, "z korzyścią dla mojego zdrowia"). Szkoda jedynie, iż zaciekłe i regularne uprawianie tego sportu przez Ralfa zmusiło fanów grupy do siedemnastoletniego oczekiwania na jej nowy długogrający album. Onegdaj w 1983 Kraftwerk wypuścił nawet singla w hołdzie słynnej kolarskiej imprezie. "Tour De France" miał pilotować krążek Technopop, który niefortunnie nigdy się nie ukazał: premierę wpierw przesunięto, by następnie ostatecznie odwołać. Teraz, dwie dekady po fakcie, idea piosenki rozkwitła w postaci pełnosformatowanego dziełka. Tour De France Soundtracks to niby tylko powielenie dawnych i dawno przebrzmiałych patentów, skoro pozornie żaden tu element nie odbiega od ustalonej, precyzyjnie określonej estetyki formacji. Lecz warto dostrzec: tkwi tu także coś teraźniejszego, zwłaszcza produkcyjnie.

Po drobnym prologu, już zdradzającym przestrzenny, baśniowy sznyt reverbu (rzecz na porządku dziennym u wielu współcześnych klubowych mieszaczy), wkracza trzyczęściowa suita "Tour De France", podzielona na "etapy" (odniesień do wiadomej nomenklatury spotykamy multum). Wąski, stopniowo narastający motyw syntezatorka stanowi tło dla charakterystycznego, wysokiego temaciku para-smykowego. Cykające cykadła nakręcają zaś tempo, podczas gdy automatyczny voice cedzi z różnym natężeniem słowa w stylu "transmission television". Niespodziewanie, brzmi to bliżej bieżących standardów micro-house'owych (postawić radzę kultowych Niemców obok fińskiego Luomo dla dowodu), niż zamierzchłych, weterańskich, zakurzonych pre-elektroników. Mistrzowie doganiają własnych uczniów, esencjonalnie pozostając jednak sobą. Jest to lekkie, łatwe i przyjemne, aczkolwiek nosi znamiona typowego kraftwerkowego progresywizmu. Utwór ewoluuje fazami parkietowych głębokich mixów: od wyrazistej kliszy, przez zamgloną kąpiel w efektach, aż do wieńczącego serię, najeżonego atonalnymi wirażami "Chrono".

"Vitamin" inauguruje drugą połówkę płyty na ciężkim, metalicznym brzdęku, by żwawo odnaleźć tradycyjny vibe rodem z Kraftwerku lat 80-tych. Powiązane "Aero Dynamik" i "Titanium" eksploatują mizerny i nudnawy break zdecydowanie za długo. Na tym etapie formuła gadanych zdanek pod imitujące sukcesywny przejazd toru podkłady chudnie. "Elektro Kardiogramm" to zawodnik w przerwie od jazdy: słyszymy jego bicie serca i na tym rytmie zasadzono dość niestety mierną w wyrazie, zatrącającą zbytnim banałem impresję. Niemrawe plumkania konstytuują wreszcie wykrywalną melodyjkę w "La Forme", ale wciąż jest to na tyle unfocused i ciągnie się osiem minut, że jakoś umyka uwadze. Same for wypływający zeń "Régéneration" (wiecie, już po wyścigu, czas odpocząć), rodzaj ambientowego relaksu na koniec cyklu (indyjskiego). Całość zamyka wszak podstawowy mix "Tour De France", przyswajalny i popowy, piosenkowy i komercyjny, wsparty miarowymi oddechami, solidnie pędzący.

Podsumowanie będzie takie, że dla fanatyków unikalnego, natychmiast rozpoznawalnego feelu Kraftwerk, Tour De France odegra rolę "nie lada gratki". Bo i to kawał porządalskiej, archaizująco-futurystycznej elektroniki. Fajnie, by każden jeden prawie-sześćdziesięciolatek unikał tak sprawnie kompromitacji. Dobrze. Oczywiście możecie się nie zgodzić. To tylko chwilowy przypływ wspaniałomyślności po przesłuchaniu Soundtracks. Ale w ostateczności zabierzcie Tour w walkmenie na rower i przy odrobinie fantazji, zatopieni w para-komentatorskich monologach wokalnych wyobraźcie siebie w roli zawodowych kolarzy. I wybrałbym się z chęcią, oraz z czystego podziwu dla legendy, na zbliżający się koncert Kraftwerk w Sali Kongresowej, gdyby nie jeden kurwa szczególik. Ceny biletów. Człowieku który ustalałeś te ceny, tak, do ciebie mówię. Czy ty naprawdę jesteś chory na umyśle? Kto ci przyjdzie przy tak wygórowanych stawkach? Chyba że barczyści sympatycy tanecznej muzy z "Quo Vadis", w końcu mają dwa kroki.

A ty, wybierasz się wkrótce na rower?
(Porcys, 2004)