KOMBI

 

Kombi: krótka rehabilitacja

Co z nas zostanie? Parę nut...

Kolega zwrócił mi ostatnio uwagę na sprawę z 2006 roku, którą przeoczyłem, bo tak jak Bayer Full nie mogą poznać wszystkich Chińczyków, tak jak nie mogę poznać na bieżąco wszystkich afer w polskim przemyśle muzycznym. Chodzi mianowicie o serię miażdżących wypowiedzi Tymona Tymańskiego na temat grupy Kombi (jedna z nich TUTAJ-1), okraszonych szyderczym coverem jednej z jej sztandarowych pieśni – "Królowie życia", przemianowanej na "Królowie gówna" (do odsłuchu TUTAJ-2). Kto mnie zna, ten wie, jak ogromnym szacunkiem darzę – czy wręcz otaczam kultem – artystę Tymańskiego (miałem przyjemność oficjalnie go kanonizować chociażby TUTAJ-3). Co więcej, podziwiam zarówno wnikliwy zmysł obserwacji autora "100 Lat Undergroundu", jak i jego mistrzowskie zdolności parodystyczne – przez co do pewnego stopnia "Królowie gówna" mnie bawią, bo przynajmniej pod względem czysto warsztatowym to udany pastisz. Nawet zgadzam się z takimi zarzutami jak "mijają mody, wtedy my zmieniamy styl" i "emerytury poczuliśmy słodki smak", a kreatywne szyderstwa w rodzaju "przetrwańcy popu" i "kombinujemy żeby przetrwać trudny czas" to kabaret najwyższej próby. Lecz niestety nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniami typu "całe życie gramy żenujący chłam" albo "nie nagraliśmy dobrych płyt". Dlatego z przykrością muszę uznać, że Tymon bardzo się pomylił obierając na cel akurat Kombi (w szykowanym latami musicalu "Polskie gówno" Tymańskiego zespół ten, jako kozioł ofiarny, został ponoć "ukrzyżowany") – i to co najmniej z trzech powodów.

Pierwszy powód jest dość obiektywny – niezależny od wartościowania dorobku Kombi i osobistych gustów. Otóż Tymon wydaje się stawiać znak równości między Kombi a osobami Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka, a co za tym idzie, między zespołem Kombi (działającym między 1976 a 1992 rokiem), a zespołem Kombii (istniejącym od 2003 roku do chwili obecnej). Tymczasem każde małe dziecko wie, że Kombii powstało bez udziału Sławomira Łosowskiego, który był główną siłą sprawczą Kombi – na pewno ilościowo, a w mojej opinii – jako wizjonerski aranżer i utalentowany kompozytor – także jakościowo. Pastwienie się nad Kombii popieram w stu procentach, bo abstrahując już od aspektów moralnych przedsięwzięcia (bezwzględne wykolegowanie Łosowskiego, który zwyczajnie nie chciał uczestniczyć w cynicznym skoku na kasę), formacja ta odpowiada za kilka spośród najokropniejszych koszmarków w dziejach polskiej fonografii. Zresztą "długo pianę by tu być" – a to jak irytujący jest fikcyjny klimat medialny i marketingowy wokół inicjatywy Kombii wytknął już kiedyś dobitnie Kuba Ambrożewski TUTAJ-4. Ale co ma Kombii do Kombi?

Po drugie – tu wprawdzie wkraczamy już w sferę ocen i bilansów, ale tego nie da się uniknąć – trudno zaprzeczyć, że mieszanka, jaką przygotował ten najznamienitszy reprezentant Muzyki Młodej Generacji była w Polsce absolutnie pionierska. Nazwa Kombi wzięła się z konceptu połączenia kilku stylistyk – klawiszowiec Łosowski przeszczepił na rodzimy grunt elektroniczne brzmienia w obrębie pop-rockowej piosenki, gitarzysta i wokalista Skawiński miał ciągoty hardrockowe, bluesowe i jazzowe, basista Tkaczyk ekscytował się funkiem, a bębniarz Jan Pluta po prostu grał rocka (vide jego prywatny "Moby Dick" czyli "Czy już koniec?"). Już na papierze wygląda to na mieszankę wybuchową, która w tym smutnym, bluesowo-progresywno-ociężałym kraju musiała tchnąć świeżość w zatęchłe salony polskiego rocka. Wreszcie po trzecie – i to jest argument najbardziej subiektywny – nie potrafię zrozumieć jak ktoś obdarzony wybitnym słuchem muzycznym i rozległą wiedzą na temat muzyki rozrywkowej dissuje piosenkowy potencjał repertuaru starego Kombi. Obawiam się, że w znacznej mierze decydują o tym przyczyny ideologiczne, które próbowałem jakiś czas temu demaskować na tych stronach w felietonach poświęconych zjawiskom rockizmu i gitarocentryzmu (zwracam uwagę na komentarz Tymona: "TSA – czysty testosteron").

O fenomenie Kombi można by pisać długo i namiętnie i mam nadzieję, że ktoś jeszcze to kiedyś zrobi – lepiej, obszerniej i bardziej wyczerpująco ode mnie – bo zespół na to zasługuje. Chciałem też zapewnić, że niniejszy artykuł nie ma absolutnie charakteru polemiki czy personalnego ataku. Za miesiąc stoję w przysłowiowym pierwszym rzędzie na koncertowym wykonaniu "Polovirusa" w ramach Off Festiwalu i chętnie dołożę parę groszy na budowę pomnika Tymona – bo to postać wielkiego formatu, o której nasze dzieci powinny czytać w podręcznikach. Ale debiut Kombi to jedna z niewielu płyt, które posiadam zarówno na winylu, jak i na kompakcie. I serce me krwawi, gdy ktoś poniewiera wspaniałą muzykę. A muzyka, jak zwykle, jest dla mnie najważniejsza. Konkrety niżej.

* * *

Oto sporządzone naprędce zestawienie dwudziestu moich ulubionych nagrań właściwego wcielenia Kombi. Jeśli młodzi czytelnicy nie znają pełnego dorobku grupy z lat 1979-1989 – niech sprawdzą to i sami ocenią, czy Kombi zasługuje na potępienie, czy może na spóźnioną rehabilitację i podziw.

20. Cyfrowa gra
Gdyby ktoś kazał Łosowskiemu nagrać jego odpowiednik "Discovery" Daft Punk, to tak pewnie by wyszedł. Wyczuwam posmak nurtu italo.

19. Nietykalni – skamieniałe zło
Wiodący przebój z łabędziego śpiewu oryginalnej inkarnacji kapeli, ich piątego albumu "Tabu" (rok 1989), to wyimaginowany rezultat współpracy Lady Pank (melodyka) ze Scritti Politti (produkcja).

18. Kombirock
Najlepsze w tym krótkim, instrumentalnym intro do pierwszego albumu grupy jest to, że wbrew tytułowi, wcale nie jest to rock. Raczej funkowo zabarwione disco ze szkoły Cerrone – i to też fascynuje, że jakby od samego początku, z definicji, ten ich "rock" był nieprzewidywalny, eklektyczny i niesamowicie barwny.

17. Karty śmierci
Dziwaczna hybryda, która aż kipi od zdarzeń: wczesno-Prince'owski groove, Police'owska akcentacja rytmiczna (charakterystyczne zacięcia gitary) oraz intrygująca linia wokalna z oktawowym skokiem na starcie.

16. Kochać cię – za późno
Coś jak biedniejszy kuzyn "Słodkiego miłego życia" – ale tylko trochę biedniejszy, więc i tak stać go na dwutygodniowe zagraniczne wakacje w czterogwiazdkowym hotelu (twoich snów).

15. Taniec w słońcu
W rytmie reggae pomyka ta kopalnia jingli do dowolnych audycji – z TV bądź radia.

14. Lawina – kamień do kamienia
Na tym etapie (czwarty longplay z 1985 roku) formacja brzmi już jak sprawna maszyneria w fabryce – nawet równo skrojone, lakoniczne solo Skawińskiego ma w sobie coś mechanicznego.

13. Smak Wina
Nostalgiczny bluesior – to antycypujący plażowe troski Chrisa Rea, to przywołujący syntezatorowe udręki Ricka Wrighta z "Shine On You Crazy Diamond" tudzież podwodne pejzaże z "The Whale" Electric Light Orchestra.

12. Też chciałbym tak
Udany kompromis między żarliwym riffem gitarowym, programowanym szesnastkowym bitem rodem z "Computerwelt" Kraftwerk i nośnym, potężnym zaśpiewem ("od jutra zmieniam się").

11. Nie ma zysku
Waldemar Tkaczyk o rok wyprzedził pierwsze single Papa Dance i o dwa lata ich pełnowymiarowy debiut na polu zgryźliwego społecznego komentarza w kanciastej synth-popowej oprawie. Fani Papsów – przyznajcie, że brzmi to niezwykle pokrewnie.

10. Leniwe Sny
Ta wysmakowana ballada to najlepszy dowód na to, że slogan "polskie Steely Dan" w przypadku debiutu Kombi nie jest tylko hermetycznym żartem. Nadwiślański soft-rock chyba nie miał bardziej przekonującej wizytówki.

9. Słodkiego miłego życia
Chyba największy hit zespołu, stały bywalec rotacji A połowy rodzimego eteru. Wszyscy znają, więc temat raczej wyczerpany.

8. Oczekiwanie na odlot
Ckliwy instrumental w duchu Pata Metheny. Oczywiście z wyeksponowanymi partiami gitar, choć to akurat pierwsze wejście syntezatora paraliżuje kapitalnie niepasującym dysonansem.

7. Kim jestem – kim byłem
Mądra, paraboliczna opowieść o pracowniku stacji benzynowej (?), w której, co iście sensacyjne, uruchomiony został niekontrolowany efekt kostek domina w układance akordów. Drapię się po głowie w geście niezrozumienia. Nie, żebym miał coś przeciwko.

6. Inwazja z Plutona
To właśnie tu, na singlu zapowiadającym album "Nowy Rozdział" (na którym się ostatecznie nie znalazł) Kombi zaprezentowali Polsce swój nowy, elektroniczny styl, sięgając po syntetyczne aranżacje. Adekwatnie do metamorfozy soundowej, Łosowski ogolił głowę i założył ciemne okulary. To był przełom. Co ciekawe, futurystyczne wibracje spotykają tu niemal punkową ekspresję wokalną w refrenie (krzyk "inwazja śmierci z Plutona!"). I gryzie się to ze sobą wyśmienicie.

5. Nie ma jak szpan
Strona B powyższego singla była nawet lepsza od strony A. "Nie ma jak szpan" to bodaj najoryginalniejszy estetycznie utwór grupy – oparty na reggae'owej pulsacji, operujący industrialno-zimnofalowymi, przetworzonymi barwami klawiszowymi i ziejący przerażającą, odhumanizowaną atmosferą. A lejtmotyw wykorzystuje brutalnie brudny, dyskomfortowy interwał. Razem – wtłacza w fotel.

4. Bez ograniczeń
Pamiętacie "5-10-15"? Chyba nie muszę nic dodawać. Tym konkretnie kawałkiem Sławomir Łosowski posiadł wszystkich leszczy tego świata. Dziękuję za uwagę.

3. Szukam drogi
Szczytowy fragment krążka "4", gdzie najpierw tajemniczy, złowrogi riff basu zostaje fenomenalnie ograny harmonicznie, a potem następuje seria brylantowych riffów, które przeplatają się efektownie jak kolorowe obrazki w kalejdoskopie. Perfekcja i "totolotek życia ciągle trwa", pamiętajcie. Debeściak wśród album tracków Kombi.

2. Królowie życia
Rozpatrując czysto kompozycyjnie, to jazzowy majstersztyk w dyskografii Kombi. Zwrotka posiada pewien schemat modulacyjny, ale schemat sam w sobie jest na tyle wyrafinowany, że zanim go rozpracujemy, zdąży zaczarować. Z kolei refren uderza po głowie zaskakująco skutecznymi zmianami akordów – aż chciałbym ich dotknąć, tak mnie cieszą. A wisienką na torcie jest call and response Skawy (który sam odpowiada na gitarze swojemu wokalowi) przy słowach "Moja gitara połatana / W obcych kapelach będzie grać / Stary autobus z szyldem grupy / Na złomowisku zgryzie rdza". Właśnie, tekst Dutkiewicza... Ups, zamgliło mi oczy.

1. Przytul mnie
Do końca biłem się z myślami, ale nie mogło być inaczej. To w końcu nagranie definiujące Kombi w pigułce, łączące skłonności funkowe, balladowe i elektroniczne. Już dramatyczny, ceremonialny wstęp (funkująca sekcja i niesamowita seria dochodzących dźwięków klawiszy) zwiastuje cuda, potem powracając zresztą w roli niemego refrenu, dobitnie puentującego narrację. I mimo, że trafia się tu jeden z najokropniejszych literacko (i w sumie interpretacyjnie też – ta tandetna melodeklamacja...) momentów w dziejach krajowej sceny ("noc jest wielkim kosmatym pająkiem", yyy), to część piosenkowa oferuje najwyższej próby PRL-owską melancholię – sposób w jaki "muzyka opowiada tu tekst" (solo syntezatora!) wywołuje u mnie ciarki od podstawówki. A na koniec jeszcze konkurs dla znawców – jaka aktorka śpiewała w alternatywnej wersji tego utworu? Ostrzegam, że to rzecz z cyklu "Internet tam nie sięga", o której dowiedziałem się z radia w roku 2000. Miłego słuchania i szperania!
(T-Mobile Music, 2011)


linki -
TUTAJ-1 –
http://tymanski.com/punbb/viewtopic.php?id=22

TUTAJ-2 –
http://w842.wrzuta.pl/audio/adFu1udaMON/tymon_-_krolowie_gowna

TUTAJ-3 –
http://www.kongreskultury.pl/title,Tymon_Tymanski_-_Borys_Dejnarowicz,pid,23,oid,21,cid,148.html

TUTAJ-4
http://musicspot.pl/kubaambrozewski/687/Nie_o_milosci/

***

"Sen się spełni"
Jakiś czas temu rozpisałem się w tej rubryce o pominiętym popowym fenomenie Papa Dance i skromny artykulik miał ewidentnie pozytywny oddźwięk, co potwierdzały liczne maile na konto redakcyjne. W dobie mody na retro z lat osiemdziesiątych i ogólnie rzecz biorąc klawiszową, kiczowatą estetykę, którą lepiej pamiętają chyba nasi rodzice, pora powoli na rozrachunek z reaktywacjami wykonawców recyklowanej epoki i zajęcie stanowiska wobec ewentualnych perspektyw artystycznych tych instytucji. Brytyjczycy dyskutują comeback Duran Duran, u nas falę zainicjował bodaj Kapitan Nemo, a i kilka innych nazw coś próbuje. Lecz ich wspólny wkład nijak ma się do zasług Kombi, jednej z czołowych stricte popowych, czystej wody przebojowych kapel w dziejach polskiej muzyki, przy okazji eklektycznej i wielobarwnej stylistycznie. Na dobrą sprawę Kombi, sztandarowy przedstawiciel MMG, powstały w roku 1976, w ogóle przynależy do trochę innej bajki, choć statystyczny potencjalny odbiorca mainstreamu w tego typu rozróżnienia się nie zagłębia: "Słodkiego, Miłego Życia", "Nasze Rendez Vous" czy "Nietykalni – Skamieniałe Zło" funkcjonują w rodzimym fonograficznym krajobrazie na zasadzie cukierkowych hitów z lekką nutką dekadencji.

Wiemy, po rozpadzie O.N.A. panowie Skawiński i Tkaczyk zdecydowali się wraz z oryginalnym perkusistą kapeli Plutą wskrzesić działalność niegdyś uwielbianej u nas firmy. Warte podkreślenia natomiast, że do spółki nie przystąpił klawiszowiec Sławomir Łosowski, człowiek być może w największym stopniu odpowiedzialny za "brzmienie" zespołu w jego pierwotnej odsłonie. Pozbawiony go lub nie, "Sen Się Spełni", opener i pierwszy singiel wydawnictwa stąd sygnowanego zmodyfikowaną nazwą Kombii, a zatytułowanego c.d., ostrzega uczciwie, że te powroty rozmijają się z celem i produkują redundantne entries w katalogu ZAIKSu. Debatowałem ostatnio na ten temat, i wychodzi, że zerowość tej piosenki nie wynika wcale z obiektywnej niskiej wartości kompozycyjnej bądź pisarskiej. Bo to po prostu zwykły kawałek na 0, bez minusowych fajerwerków. Melodia nieudolnie naśladująca klimat szczytowych dokonań zespołu, aranżacje eksponujące markowe zagrywki (przestrzenne syntezatory, sztuczne bębny) i przeszczepiająca je na grunt techniki cyfrowej, wreszcie narracyjny miłosny tekst, szczerze przejmujący odległą reminiscencją "szalonych nocy aż po świt" i nieuchronną wizją "pustych dni", z wersami w rodzaju "Niezwykły czas / Zostanie w nas".

Azali problem tkwi głębiej. Zauważył Mike, Kombii, zwyczajnie, nie ma racji bytu na dzisiejszej polskiej scenie. Marginalizując rolę komercyjnego sukcesu ze względu na rynkową lukę i pięć minut dla revivalu 80s, istotę wegetowania formacji ciężko wpasować w aktualne realia artystyczne. Dalej, parsknijcie śmiechem, choć to nieubłagana prawda. Obecnie piosenki Skawińskiego są ludziom mniej potrzebne, niż jego nostalgia w głosie, wspomnienia z okresu świetności macierzystej grupy oraz kultowa anegdota na temat oddania moczu do wielkiego ucha Lenina. Nie ma szans, żeby otrzymać od nich kolejne, przykładowo, "Przytul Mnie", które mimo skażenia jednym z najbardziej abstrakcyjnych wersów w dziejach ("Noc jest wielkim kosmatym pająkiem", w h a t | t h e | f u c k | j u s t | h a p p e n e d) cudnie jechało tym słynnym funkującym basikiem i magiczną tęsknotą. Teraz mogą co najwyżej zastosować kalkę i zaśpiewać w refrenie "mocno przytul mnie", wabiąc średnio zorientowanych potencjalnych odbiorców na leksykalne skojarzenia. Jeśli natomiast miałbym jakieś oczekiwania... Can somebody please remaster and reissue Kombi's legendary self-titled debut from 1980, with original artwork and tracklisting, ha? Bo z kawałków w rodzaju "Sen Się Spełni" po latach, ba, miesiącach, nie zostanie dosłownie nic. Zostanie żal, zostanie ból.
(Porcys, 2004)