KAMP!

 

Thales One (EP) (2009, electro-pop) !5.7

James Murphy meets Apparat Organ Quartet meets New Order meets Junior Boys meets Daft Punk (najlepszy "Cosmological" to lekka zrzynka z "Harder, Better") meets Aeroplane meets Depeche Mode meets... Co jest fajne, bo kawałek zasłyszany pół roku temu w radiu brzmiał w stylu "jesteśmy niegrzeczni i gramy modną, zgrzytliwą elektronikę". Szybki progres, więc!

Kamp! (2012, chillwave) !5.9

Nie od dziś nowoczesny, dynamiczny format artykułu o muzyce wymaga postawienia jasno określonej tezy. Chodzi o to, żeby od początku było wiadomo, czy autor jest na tak, czy na nie. Potem ewentualne merytoryczne uzasadnienie i do domu. Zwykle pożądane są – tak przez wydawców, jak i przez czytelników – opinie wyraziste, jednoznaczne. Tymczasem casus debiutanckiego albumu formacji Kamp! wprawdzie nie pozwala mi na zdecydowaną deklarację, ale właśnie przez to wydaje się szalenie intrygujący. Szczególnie zafascynowała mnie recepcja tego, być może najgorętszego z krajowych, alternatywnych wydawnictw roku 2012 w specjalistycznych mediach, która między wierszami mówi sporo o miejscu, w jakim znalazło się nasze wspólne polskie nagrywanie muzyki, słuchanie muzyki i pisanie o muzyce.

Nie żebym zrobił jakąś skrupulatną prasówkę, ale na pierwszy rzut oka reakcje na płytę łodzian są wręcz uniwersalnie entuzjastyczne. Abstrahując od histerii fanów tłumnie okupujących facebookowy profil zespołu, ten krążek zbiera po prostu w większości bardzo pozytywne recenzje. Głównym punktem zaczepienia dla pochwał jest światowość rzeczonego bandu, przeszczepianie przezeń Zachodu na rodzimy grunt i jego ogromna klasa producencka. Ze wszystkimi tymi komplementami wypada się zgodzić. Z kolei jeśli chodzi o sądy krytyczne, to statystycznie napotykam ich niewiele. Chociaż coś tam się nieśmiało pojawiło. W "Aktiviście" Cyryl Rozwadowski postanowił popsuć powszechnie akceptowaną dobrą atmosferę i stwierdził, że "debiut Kamp! to w dużej mierze płyta przeźroczysta. Bardzo solidna produkcja nie jest w stanie zrekompensować średniego songwritingu i wrażenia deja vu". Równolegle fenomen grupy spróbował zdemaskować na łamach "Newsweeka" Jacek Skolimowski. Napisał, że jej styl to kalka Cut Copy i artystów z kręgu nurtu chillwave, która nie wyjdzie poza internetowe grono wiernych sympatyków (idących, podkreślmy, w grube tysiące). Ale najostrzejsze głosy krytyki padają nieoficjalnie. Różne rzeczy zdążyłem już zasłyszeć od muzyków czy dziennikarzy. Znajomy publicysta przyznał nawet po cichu, że do całego zjawiska "Kamp!" najlepiej pasuje fraza "król jest nagi" – pół środowiska wie, że to grubymi nićmi szyta mistyfikacja, że to starannie pomalowana wydmuszka pozbawiona muzycznej treści i żerująca na średnim rozeznaniu odbiorców, ale mało kto odważy się przyznać to głośno, wszem i wobec. Słuchając z zaciekawieniem jego wypowiedzi, zauważyłem, że mówi to smutnym głosem, rozczarowany i przybity. Dlaczego?

Przyszło mi do głowy, że z tą odwagą w obnażaniu wad Kamp! to nie do końca chodzi tylko o ryzyko środowiskowych kontrowersji, publicznych polemik, o tak zwane "sranie do własnego gniazda". Na pewno po trochu też – bo środowisko alternatywne mamy wąskie, każdy robi w nim wszystko, funkcje zmieniają się co sezon i nigdy nie wiesz, czy głośne wyrażenie swojej dezaprobaty nie odbije ci się czkawką za rok, dwa. Ale wyczuwam tu głębsze podłoże psychologiczne całej sprawy. Otóż wydaje mi się, że dla wielu świadomych słuchaczy, którzy śledzili Kamp! od początku, wytykanie zespołowi na obecnym etapie pewnych niedociągnięć, braków czy przeciętniactwa to coś niezręcznego, bolesnego. I ja również odczuwam ten dyskomfort. Uważam bowiem, że kulturotwórczej roli łódzkiego tria dla muzycznej świadomości nadwiślańskiej młodzieży po prostu nie da się przecenić. Kamp! są u nas powiewem Zachodu nie dlatego, że grają na zagranicznych festiwalach, wypuścili singla w portugalskim labelu i śpiewają po angielsku. Są nim dlatego, bo w tym nadal przeraźliwie rockistowskim i gitarocentrycznym kraju (mówię o optyce mainstreamowej) zdołali dotrzeć do ogromnego audytorium, które jest w nich zapatrzone jak w obrazek. Gdyby ktoś przedstawił mi taką wizję pięć lat temu, to bym nie uwierzył. Może jestem w tej kwestii pesymistą i nie widzę, że wszystko wokół zmienia się na lepsze. A może nic samo by się nie zmieniło, gdyby nie konsekwencja, mozolna praca i dopieszczona, spójna estetyka w wykonaniu tych trzech gości.

I co z tego, że moim zdaniem "Cairo" to blada i nachalna podróbka "Thanks Vision" Toro Y Moi. Że panowie są w moim mniemaniu wirtuozami powierzchowności, a ich materiał to jedno wielkie, jakże ładne, nienaganne i eleganckie symulakrum? Że w swoich przebojach unikają jakichkolwiek elementów pod prąd konwencji, kompletnie stroniąc od choćby odrobinę mniej przewidywalnych zmian akordów, zabaw z warstwą rytmiczną czy zaskakujących soundów. Że jak czytam wypowiedzi członków Kamp! powołujących się w wywiadach na inspirację Davidem Bowie z czasu współpracy z Brianem Eno, to trochę się gubię, bo z dyskografii Bowiego póki co najbliżej Kamp! do "Let's Dance". Że numery niesinglowe właściwie brzmią jak soundcheck presetów, a nie jak pełnoprawne kompozycje. Że wokalista w niezwykle rasowy i swobodny sposób (naprawdę, kapitalny głos – na żywo jeszcze tylko to potwierdza) imituje noworomantyczny klimat brytyjskiego synth-popu lat 80., co pozwala łatwo zapomnieć o artystycznej przepaści obu tych światów. Że jak czytam na portalu Screenagers o tym, jak kawałek "Sulk" przypomina autorowi recenzji o albumie "Steve McQueen" Prefab Sprout, to opadają mi ręce, bo w odróżnieniu od misternych konstrukcji Paddy'ego McAloona, w owym "Sulk" nie dzieje się nic – zwrotka i refren są z grubsza tym samym zestawem czterech akordów, jakby wygenerowanych przez komputerowy program do klecenia nieinwazyjnych, nikomu nie przeszkadzających, bezpiecznych sekwencji harmonicznych. Ech, zlewa mi się ta tracklista, obła, mdła i tak mało dziwna, tak mało zaskakująca, jak tylko można... Ale...

Ale jak wypalił niegdyś Conrado Moreno w trakcie nagrania niefortunnego odcinka telewizyjnego show "Europa da się lubić": "to nie jest teraz ważne!". Paradoks Kamp! polega bowiem na tym, że ich kulturowe zasługi są zbyt wielkie, by wikłać się w tak nieistotne detale, jak deficyt kunsztownie ułożonych kawałków. Przede wszystkim Kamp! torują drogę dla tego, co dopiero nastąpi. Wkrótce przyjdzie ktoś inny, kolejna głodna sukcesu paczka młodzianów, być może bardziej utalentowanych songwritersko. Zresztą, samych Kamp! z powodzeniem stać na o wiele lepszą, treściwszą, mniej transparentną płytę. Ale przynajmniej duże media będą od teraz taką muzykę traktować poważnie i w kategoriach "czegoś dużego", a nie niszowego zjawiska. Na razie rola historyczna Kamp! dotyczy precedensu, którego są sprawcami. Precedens ten polega na komunikacie wymierzonym we wciąż konserwatywne loże rodzimej alternatywy: "muzyka klawiszowa to nie kicz i wstydliwe przyjemności naszych rodziców, a plastyczny środek wyrazu, który może wspaniale funkcjonować w ramach formuły alternatywnej piosenki".

Co więc odpowiadam, gdy ktoś pyta mnie, co sądzę o płycie Kamp? Cóż, w takich sytuacjach muszę najpierw dowiedzieć się, z kim rozmawiam. Mogę długo i namiętnie dyskutować o potknięciach Kamp! w gronie przytomnych erudytów o szerokich horyzontach stylistycznych. Ale nie mam prawa gromić Kamp! w towarzystwie osób, które w temacie muzyki alternatywnej stawiają dopiero pierwsze kroki, a zasięg odniesień wyznaczają im etos jarocińskiego buntu, polska wersja reggae czy studencki rock typu Strachy Na Lachy. Ci wszyscy ukształtowani przez hasła z cyklu "bez gitar ani rusz", "w muzyce liczy się szczerość" albo "najważniejszym elementem piosenki jest dobry tekst" – niech się dowiedzą o Kamp!, niech się nawracają, niech zobaczą, że taki band zgromadził wokół siebie pokaźną liczbę obsesyjnych wielbicieli, ma świetną prasę i właściwie działa jak doskonale naoliwiona machina do wzniecania, kontrolowania i eksploatowania hajpu, traktowanego niczym surowiec potrzebny fabryce. Firma, marka, cokolwiek. To, że mnie prywatnie ich album na poziomie samych piosenek zupełnie nie porywa, nie ma dla mnie (ani nie powinien mieć dla nikogo) w szerszej perspektywie żadnego znaczenia. Bo płyta "Kamp!" to obietnica normalności i nadzieja na przyszłość. Kto wie, czy za 10 lat nie będzie traktowana jako jeden z kamieni milowych polskiej popkultury. Oby.
(T-Mobile Music, 2012)