KACEY MUSGRAVES

Golden Hour

Przede wszystkim trzydziestoletnia TEKSANKA ma VOICE. Głos który onieśmiela i przytłacza. Po części chodzi o jej niesamowicie pełny, szerokopasmowy TIMBRE, a po części chyba o budżet studyjny i skillsy realizatora. Anegdota – puściłem openera Golden Hour na Śledziku Muzycznym uprzedzając, że tak namacalnego, aksamitnego żeńskiego śpiewu nie spotyka się codziennie. Kolega od razu ustalił, że najpiękniej zarejestrowane kobiece wokale, jakie pamięta, to "Only Girl In the World" Rihanny i "Wow" Kylie... Ale kiedy piosenka Kacey dobiegła końca uśmiechnął się i przyznał, że to co właśnie usłyszał też aspiruje do tego miana. Tenże opener posiada również walory kompozycyjne, okupując "niszę" z pogranicza Neila Younga circa Harvest, Sufjana circa Michigan czy Seven Swans (jak to banjo wchodzi, to aż się chce załkać "If I... am alive... this time next year...") oraz dziewczęcego, "zatroskanego" country-popu w tradycji prowadzącej od "Jolene" przez Emmylou Harris, po solową Neko Case i panny pokroju Mirandy Lambert czy Ashley Monroe. A później są rozmaite, eklektyczne niespodzianki – francuskie vocodery jak z przełomu mileniów, dużo aranżacyjnego bogactwa (ale podanego klarownie i ze smakiem), no i ten numer w stylu nu-disco. Co ciekawe, niektórzy koneserzy tematu sarkają, że Golden Hour to sellout i spóźnione zachwyty – ładnie opakowany cukiereczek pozbawiony treści. O dziwo brakuje im... TEKSTÓW. Litości, poczytajcie se Emily Dickinson, tam jest treść i fajna interpunkcja. Inna sprawa, że jak komuś w "Space Cowboy" brakuje dobrego tekściarstwa na standardy rozrywkowe, to sorewicz.
(2018)

KAISER CHIEFS

 

"Caroline, Yes"
He, he. A to ci dopiero żarcik. Michał w ostrych słowach narzekał na formację Kaiser Chiefs: "ja pierdolę, najnudniejsza płyta jakiej słuchałem!". Michale, prawdopodobnie nie znasz Killers albo Arctic Monkeys. Uczciwie przyznaję, że bezprzedmiotowe skądinąd istnienie grupy Kaiser Chiefs zaowocowało kilkoma w miarę solidnymi imitacjami beachboysowych harmonii + jakże sprytnym dowcipem w ramach tytułu closera. Ukradłem chłopakom pomysł – piosenka nazywająca się "Caroline, Yes", nawet jeśli przeciętna, idealnie nadaje się na finał mixu walentynkowego, będąc logicznym przeczeniem lamentu opiewającego bezpowrotnie utracone szczęście. Happy *valentine*, niggaz!
(Porcys, 2006)

 

KAROL NEPELSKI

 

Fue Eternal (2008)

Utwór, którym Nepelski wygrał Ogólnopolski Konkurs Kompozytorski imienia Marka Stachowskiego to w mojej optyce duchowy spadkobierca post-historycznych neuroz wczesnego Stockhausena (think Gruppen). Zaczyna się złowrogimi, dudniącymi bębnami niczym ze sceny początku bitwy w Krzyżakach. Narastająca smuga soniczna przetykana jest sporadycznymi krótkimi kulminacjami perkusjonaliów, a impresjonistyczna paleta koloruje brakujące rejestry przestrzeni. Crescenda są coraz głośniejsze i kiedy z toczących zażarte boje, stojących partii dęciaków i smyków wyłaniają się pełne napięcia modulacje, to konstrukcja osiąga apogeum. Świsty i pojedyncze pacnięcia przeszkadzajek wygasają jak krajobraz po spustoszeniu. Nagle rodzi się jakby nowy świat, a niemal jazzowe fanfary trąb obwieszczają finał. Byłaby to świetna muzyka ilustracyjna – teatralna, może filmowa (w obydwu wariantach oczywiście do bardziej awangardowych realizacji), z tym, że obawiam się, iż sam spektakl czy obrazek nie umiałyby raczej udźwignąć ciężaru ścieżki dźwiękowej. To mocna, intensywna i niezwykle skoncentrowana iluzja chaosu. Tylko dwóch redaktorów w tym rankingu głosowało na Feu Eternel, ale obaj umieściliśmy tę kompozycję względnie wysoko. To pewnie ten osławiony typ relacji ze słuchaczem – "love it or hate it".
(Porcys, 2010)

 

KAROL SCHWARZ ALL STARS

 

Rozewie (2009, psychedelic) 6.0

Powiem tak: gdybym pasjonował się estetyką trzasków, szumów, szmerów, zgrzytów, chrzęstów, mruków i obłąkańczych deklamacji, które to wspaniałe środki wyrazu zdaniem pewnych recenzentów defaultowo wpływają na podwyższenie poziomu muzyki, to pewnie bardzo by mi się Rozewie spodobało. Bo to właśnie świetna płyta z szufladki, która mnie kompletnie nie zajmuje. Mam inne wyobrażenie o przełożeniu "choroby", "narkotyczności", "lo-fi", "transowości", "mroku" i "awangardy" na dźwięk. Choć obiektywnie, poza może kilkoma grafomańskimi wersami i brzydką okładką, nie mogę się do niczego przyczepić. Atmosfera onieśmiela gęstością. Ale też z tą Ścianką to ja bym nie przesadzał. Cieślak na każdy "Czarny Autobus" ma dwie "Piosenki No. 3"; na każdego "Pana Planetę" ma dwie "Harfy Traw". Na tym (między innymi) polega różnica.

 

KASA

 

"Chcę Być Idolem"
Honor panów na tej liście uratował w ostatniej chwili Krzysztof Kasowski, zwany KASĄ. Gość jest według mnie najbardziej niedocenioną i przeoczoną figurą w polskich kręgach niezal. Jego wiejskie ciągotki do taniej rozrywki zamgliły większości obserwatorów rzeczywisty obraz, jaskrawie dowodzący nieustającego talentu artysty. Twórczość KASY umyka łatwemu szufladkowaniu, balansując nad czeluścią humorystycznego kiczu. Ale ociera się o nieograniczoną wręcz liczbę gatunków, co onegdaj ochrzczono "eklektyzmem". Już debiutanckie single zwiastowały nadejście bohatera. "Jedz mentosy / Noś długie włosy" oświadczał półironicznym tonem w "Reklamie", by w abstrakcyjnym filmiku do "Kasanowy" przybrać pozę macho i jednocześnie z niej błyskotliwie zadrwić. "You see that, man?", naśmiewał się z ulicznych półmózgów. Odnoszę przykre wrażenie, iż dokonania Kasowskiego nie zostały właściwie zrozumiane ani docenione. "Chcę Być Idolem", zjadliwy komentarz do żałosnych realiów rodzimego rynku pop, sam KASA nazwał podsumowaniem jego kariery w polskim paszoł-biznesie. Tekst oferuje kilka mistrzowskich wersów. "Już nie będę wygłupiał się / Żadne 'maczo' ani 'itepe' / Ja nauczę się pięknie wyć / O, już jest git". Warto też podkreślić techniczne aspekty jego rzemiosła. KASA dysponuje flowem oryginalniejszym nawet od Mike'a Skinnera, czy Eminema; jego rapowanie to istne studium post-rytmizmu. Chorus oplata quasi-latynoski, prawdziwie przebojowy, disco-popowy sznyt. I właśnie mógłby być KASA takim naszym Eminenem, z domieszką Becka i skłonnością do groteski. Gdyby tylko ten kraj był normalny.
(Porcys, 2003)

 

KASIA KLICH

 

"Calvados"
Nazwisko tej wykonawczyni może niektórych odrzucać wątpliwą mieszaniną taniej konfekcji, pozorowanej elegancji adresem z "Twojego Stylu" i wizerunku spóźnionego o co najmniej dyszkę. A błąd. Sam kiedyś należałem do grona grzeszników, aż któregoś dnia kolega zarekomendował mi utwór "Calvados". I choć złośliwi doszukają się tu wręcz "wirtualnego" (lol) remiksu legendarnego one-hit-wonder polskiego chanson d'amour lat 90-tych czyli "Harry" formacji Firebirds (ciążenie akordów, akordeon i obezwładniający klimat "noir" mimowolnie przywołujący puste, zadymione wnętrza zamykanych za pięć minut lokali nad ranem), to na tym ich argumenty się skończą. Jednak główną odpowiedzią na pytanie dlaczego Klich pokazuje tu wielkiego FUCKA różnym Joannom Prykowskim czy Renatom Przemyk z przeszłości jest ten boski response wysokiego rejestru głosu w refrenie. To, jak Yaro wyprodukował tu wokal po prostu zachwyca. On lśni, błyszczy, acz bez zbędnego blichtru. A po wtóre, magia muzyki polega między innymi na tym, że są w takich (tak dobrych) trackach dwa dna. Na pierwszym poziomie jaramy się nienaganną produkcją, nerwową, acz poukładaną rytmiką, równymi cięciami funkowej gitary i zahaczającą o skarb zagrywką basu w refrenie (dżizas, ten wzlot). Zaś na drugim, słysząc o "cierpkim smaku calvadosu w ustach" i całą tę zgrabną narrację (prostym językiem o trudnych emocjach) zaczynamy dochodzić do wniosku, że ten "calvados" symbolizuje tu coś uniwersalnego, z czym i my się zetknęliśmy z raz, czy dwa. Oczywiście poziomu drugiego nie byłoby bez poziomu pierwszego. Poziom pierwszy kończy się wraz z zakończeniem numeru, poziom drugi zostaje na dłużej.
(Porcys, 2010)

raczej nikt Wam nie przypomni, że równo 15 lat temu ukazał się sofomor Kasi Klich, z którego drugim singlem była jej najczulsza i zarazem najsubtelniej dewastująca piosenka w karierze. jeśli ktoś zna/pamięta tylko debiutancki "Lepszy model", to może być zaskoczony – że to akurat Yaro produkował takie cudeńka; że wbrew obiegowej mądrości nie każdy utwór z akordeonistą (tu jest ich aż dwóch!) należy automatycznie spisywać na straty; że chórki Kasi Cerekwickiej i Ani Szarmach kleją się do podkładu nie gorzej niż skrecze; wreszcie że wybornie zrealizowane wokale kobiety-szpiega w refrenie mimo klimatu sugestywnej intymności sięgnęły szczytu listy przebojów RMF. a skoro potrafiły, to naiwnie fantazjuję, że za kilka sezonów DJ Carpigiani uwzględni w propozycjach do topu wszech czasów tę wieczorną, jesienną perełkę.
(2018)

 

KATE RYAN

 

"All For You"
Wojny z rockistami to teraz ostre "p.n.e.", ale jeśli takowi ostali się jeszcze resztkami po flankach, to na starcie wytrącę im podstawowy argument z ręki: ta Belgijka, choć prezentuje się jak dresiarska lafirynda wyłoniona na kastingu lub w reality show, której każdy ruch (nie tylko muzyczny) dyktują smutne grubasy w garniturach – przeważnie sama pisze sobie piosenki. Zabolało? Co więcej, niestety w kategorii singli opowiadających o tym, że "ona szaleje na jego punkcie i wszystko, co robi, robi dla niego, tra la la" – żadne indi srindi nie potrafiłoby oddać tego stanu tak celnie i z adekwatną pompą, jak "All For You". A przynajmniej nie miałem przyjemności. W tym momencie oczywiście wyłania się wyszparowana główka MZ, który już w 2007 prawił mi kazania, że to zaledwie Stardust z panną na majku – ale hola hola. Rytmicznie chorus owszem tak, i tym lepiej dla niego, natomiast haki są nieco innych rozmiarów, innej firmy, z innej Castoramy – słup się obalił na Marchlewskiego i nie idzie przejechać, bo się rozsypały. Tak triumfalnych, gigantycznych, tęczowych-na-błękitnym-niebie hymnów w stylu "dance" lata dwutysięczne miały kilka (na przykład rok później Roisin parę razy próbowała, zresztą z powodzeniem, zaadaptować tę formułę na swoim sofomorze), ale żaden nie posiadał równie doskonałego, polimotywicznego mostka, deklasującego resztę i tak wybitnej kompozycji wstrząsającym zestawieniem chorej linii basu z bezczelnie wcelowanym w okienko pianem. ABBA mi się kojarzy. Jak przystało na głuchych, statystyczni fani artystki dopilnowali, by "All For You" było "the least successful song by Ryan ever" – sprawdziłem na Wiki, nie żebym nie wierzył, ale z nudów. I na koniec dygresja o recepcji lokalnej: podobnie jak Budgie, Red Box czy grupa Focus, Kate Ryan to postać szczególnie ceniona na domowym podwórku i... w Polsce. Dotąd wybierałem się na nią dwa razy i nie wyszło, ale za półtora miesiąca występuje na Sylwestrowym koncercie w samym centrum Białymstoku – cholera, rozważam, czy nie skoczyć po autograf. Raz się żyje. Czyżby do trzech razy sztuka?
(Porcys, 2010)

 

KATY PERRY

 

Firework (2010)
uboga przeważnie warstwa harmoniczna komercyjnego popu obecnej dekady potrafi czasem zaskoczyć sekwencjami z zupełnie innego "rozdania". odpalcie ten numer w prędkości 0.5 i ręka w górę – kto w zwrotce słyszy "Svefn-g-englar" Sigur Rós albo "Lavender" Marillion? myślę, że spokojnie można zanucić i jedno, i drugie.
(2018)

"Bon Appétit" feat. Migos (2017)
W epoce gdy komercyjny hit oznacza po prostu jeden DIABLO toksyczny hook, obowiązkowo powtarzany "aż do wyczerpania zapasów", niebieskooka brunetka i piłkarscy reprezentanci Senegalu "for my money" zgnietli konkurencję, przeszli po niej "jak tak jak walec", wciąż pozostając przy obligatoryjnym formacie. Komentatorzy wskazywali na powrót Perry do "tego co robi najlepiej" czyli do "niewybrednych metafor seksualnych, tym razem w konwencji kulinarnej". Jasne, chętnie posłuchałbym, jak "najlepiej" robiła to wcześniej, bo "kurwa nie sondze". Ile melodyjek można wymyślić na tak minimalistycznym, podtrzymującym napięcie szkicu, ile wariacji tajmowych, akcentowych, frazowych, interwałowych? Osobny wątek to konstatacja, kto stoi za produkcją tego duchowego spadkobiercy "Hollaback Girl" – dyskusja bardziej z rozdania biznesowego, niż "estetycznego". Niemniej jeśli coś na chartsach "chwyciło mnie za zeitgeist" w 2017, to właśnie ten tyleż zacofany w rozwoju, co i futurystycznie promieniotwórczy bęgier zwiastujący post-imprezy pełne genetycznie zmodyfikowanych "designer babies".
(2017)

 

KAYAH

 

"Jutro rano"
Tu z kolei sprawa przedstawia się odwrotnie, niż w większości pozycji z naszej listy. Bo jak Mike słusznie zauważył, przy odrobinie dobroduszności dałoby się potraktować Kayah jako normalną artystkę, która wydała w 2005 kapitalny, swój najlepszy w karierze singiel i nie mieszać go z goodshitem wcale. Racja, ale ta dobroduszność wyczerpała się wraz z katorgą zafundowaną przez "Prawy Do Lewego" i zwłaszcza "Testosteron" – dwa spośród najbardziej wkurwiających polskojęzycznych hitów ostatniego dziesięciolecia (mimo, że "Malcziki" Yugotonu stanowią poważną konkurencję) – które zdołały na zawsze obrzydzić nam dorobek Kayah i pozwoliły zapomnieć o całkiem solidnych płytach Kamień i Zebra. Dlatego też przy inicjalnym zetknięciu z "Jutro Rano" skreśliłem kawałek jako "Testosteron Bis" i starałem się go unikać. Dopiero koincydentalne odsłuchanie całości wstrząsnęło moją wrażliwością. Oto maksymalnie skondensowany treściowo, parkietowy wymiatacz o gęstych, ponakładanych na siebie, funkowych teksturach (jedno słowo: Smolik) i krzyżówce zwięzłych, kopiących tyłek hooków (Milky i Kylie się kłaniają), a także rozwijanych odpowiednio do rosnącego napięcia środkach wokalnych (btw sama melodia przeobraża się od neutralnej pasywności ku kilkugłowemu potworowi ekspresji). Co więcej, przekaz angażuje się w podejrzanie bliską mi problematykę, a precyzyjniej podejrzanie bliskie mi jej ujęcie. "Dziś / Zrozumiałam że nic / Wiecznym nie może być / A jedyne niezmienne to że wszystko się zmienia" – ja też zrozumiałem parę lat temu i możecie zarzucić tym wersom banał, ale Wayne Coyne by was wyśmiał.
(Porcys, 2006)

 

KAZIMIERZ JONKISZ

 

Tiri Taka (1981)

Lester Bowie ponoć kiedyś stwierdził, że jazz to nie to CO grasz, ale to JAK grasz. Pewnie teraz nie zaskoczę nikogo: oczywiście ja się z tą optyką w ogóle nie zgadzam. Ale z jazzowymi albumami jest jeszcze dodatkowo taki oto pikuś, że nazwisko i mordeczka na okładce czasem niekoniecznie oznaczają człowieka w największym stopniu odpowiedzialnego za materiał i tym samym za doznania tak zorientowanych (kompozycyjnie) słuchaczy jak niżej podpisany. Kupiłem kiedyś całkiem "seminalną" płytę Moanin' sygnowaną nazwą Art Blakey & the Jazz Messengers. Z obwoluty łypie groźnie właśnie Art – to spojrzenie nie znające sprzeciwu, jakby chciał samą miną oświadczyć "ja tu rządzę". Lider, a jakże. Potem słuchacie i spoko, nie wątpię, że Blakey, perkusista skądinąd wybitny, swoją charyzmatyczną grą nadaje ton całej drużynie, niczym kapitan na sportowym boisku, ale sprawdzacie i... Koleś nie napisał tych numerów. Zrobili to saksofonista Golson i pianista Timmons. A więc zerknięcie do książeczki albo co najmniej do neta wydaje się tu niezbędne, żeby pewne kwestie wyklarować. Zawsze warto mieć jasność, kto jest projektantem tej dźwiękowego konstrukcji, a kto wykonawcą (pamiętajmy, jak protestował oburzony Schubert, że nie będzie zniżał się do rzemieślników z orkiestry, którzy odgrywają jego partyturę).

Dlatego wyobrażam sobie, jak "typowy czytelnik Porcys" zasiada do odsłuchu Tiri Taki i myśli sobie "oo, ja pana znam Kazimierza, fajny" ("bo to jest facet z wielkim doświadczeniem, zna salony międzynarodowe, pewnie bardzo łatwo będzie mu dotrzeć do wszystkich menadżerów"). I ma rację, bo Jonkisz to faktycznie bębniarz wyśmienity, który zresztą ujawnił się na kilku albumach z niniejszego topu oraz paru, które do setki kandydowały (a i również obdarzony specyficznym poczuciem humoru pan profesor od bębnów – kolega z komentarza do miejsca 21 potwierdzi). No ale tu mamy jego "własny" krążek. Zaczyna się dość niewinnie, od quasi-tytułowego, akustycznego funky, sporadycznie rozprowadzanego improwizacjami (gospodarz ma nawet krótkie solo). Potem wypada podelektować się prawie dziesięciominutową, szlachetną opowieścią "Wszyscy Czekamy", czułymi refleksjami "Dla Sławosza" i zgrabnymi, przygodowymi pasażami "Joewer". Jest pysznie, jest odlot, ale i tak nic nie przygotowuje na rozrywające, metafizyczne, godne Coltrane'owskich rozmów z Bogiem przełamanie około drugiej minuty w epickim "Tuohitorvi". Narastająca jak kula śnieżna intensywność wykonu i jakieś wyższe porozumienie między muzykami w tym arcydziele nie są i tak w stanie przesłonić jednego z najbardziej katartycznych motywów ever written (wyzyskanie do maksimum magii "zostania na jednym dźwięku w basie"). Razem owocuje to imho najboleśniej pięknym, jakby definitywnym i ostatecznym epizodem w całej dyskografii krajowej synkopy – trochę takim rzadko spotykanym momentem, w którym emocjonalne wrzenie wynikające z samego układu dźwięków sięga po prostu masy krytycznej.

No i co? Kto za tym stoi? Owszem, ci bliżej zainteresowani tematem od razu rozpoznają, kto tu zapyla równie iskrzące, co słowiańsko melancholijne partie skrzypiec – nie, to nie jest ani udręczony duchowo Seifert, ani dziwacznie zwichrowany Urbanator. Ale "typowy Porcysiak" raczej nie skojarzy ich po frazie, więc dopiero po wysłuchaniu całości oczarowany zgoogluje se creditsy. Wow, no taaak, niezły personel: piano Skowron, sax Olejniczak, bas Łukasik... A skrzypce i kompozycje? Kto zacz? And suddenly they're like "omg, wtf, whoa, whoa... oh no... him again?". Yes. Him again. Amen.
(Porcys, 2014)

KEITH JARRETT

The Köln Concert

Sama formuła indywidualnych popisów za fortepianem budzi pewien stopień podejrzliwości. Zwłaszcza gdy facet rzekomo w 100% improwizuje. A z fristajlem wiadomo jak bywa – można sobie ułożyć w głowie kluczowe hooki i potem "świrować tutaj filozofa". Jak zmierzyć "kontekstowość" jechania "na wolnym" w pianistyce? Nie da się, trzeba zaufać. Choć w sumie jakie to ma znaczenie dla intuicyjnego odbioru? Niedawno widziałem twitterową dyskusję o najlepszym solo piano dziełku Jarretta – że oczywiście Brema/Lozanna, że oczywiście Facing You... Jasne, elitystyczny instynkt musi sprowadzić bestsellerowe, zagłaskane 1.FC Köln do roli modnego rekwizytu aspirujących filistrów. Ale prawda (ta najgłębsza, po ODSIANIU zbędnego pseudo-hipsterskiego nalotu) jest moi kochani niestety KURWA inna. "Ja pana Jarretta znam, Keitha, fajny", słuchałem sporo typa – jego strumienie świadomości z pogranicza fortepianowych zaułków poważki (Chopin, Debussy) i jazzu (Evans, Tatum) niby imponują swobodnym flow....

...natomiast zakładam, że tylko jeden raz w życiu kolo sieknął "progresyjną scenkę rodzajową", która w swojej sublimacji WYKRACZA, wypruwa flaki, ZRYWA BERET – i to taki różowy, komunistyczny, z czerwoną gwiazdą, jak ma Reese Witherspoon pod koniec Legalnej blondynki 2. Gdzieś na wysokości siódmej minuty trzeciego tracka ("Pt. II B") Keith grzęźnie bowiem w koleinie molowej CHUJNI, zostaje przez kilkanaście sekund na dwóch dźwiękach, z których pozornie nie wyniknie już nic sensownego. Brzmi to jak ostatnie podrygi samochodu, któremu kończy się paliwo – w tym wypadku paliwo kreatywności, talentu, kunsztu i magii. A więc kurtyna? Można zamykać teatrzyk objazdowy? Panie i panowie, Keith Jarrett okazał się SZALBIERZEM – "szachrajstwo, matactwo...", ludzie czekali na objawienie, a dostali mizerny soundcheck z domu kultury, tak? "Proszę o natychmiastowe dostarczenie... Bo jest sytuacja bardzo... nerwowa... Dwadzieścia jeden jednostek straży i nie ma mikrofonu... WSTYD!".

Ale nie. Nagle "coś drgnęło" i PARAPECIARZ mozolnie, z uporem, wyprowadził swoją łódź z mielizny. Na 6:53 można uznać, że "odzyskaliśmy puls", a za rogiem czai się podskórnie wyczuwalne wyznanie, osobisty sekret. I dość szybko, bo w okolicach 7:35 Jarrett rozpoczyna zimową wspinaczkę na K2 (as in "drugi stan świadomości"), by zdobyć szczyt koło 8:21 – akordem, który z pozoru brzmi jakby mu "nie wszedł", ale tak naprawdę jest kulminacją jednego z najbardziej ROZDZIERAJĄCYCH w swojej bezsilności ataków harmonicznego UTĘSKNIENIA, tak bolesnego, że aż nieswojo go podglądać. Nie wiem, co ziomka natchnęło – podobno tego wieczoru wszystko szło na opak, bo przeziębiony muzyk nie dostał na czas swojego instrumentu i musiał korzystać z rezerwowego, który nie satysfakcjonował go w skrajnych rejestrach. A zatem cały misterny plan w pizdu – i może dlatego wstrzelił się od środka, rozsadzając nie tylko oktawy i gamki klawiatury, ale również swoje, a potem szanownego AUDYTORIUM mózgi oraz serca.

Reszta tej płytki jest spoko. Mogę ją skwitować takim powiedzeniem: "rozumiem, szanuję, ale w skali wieczności... chuj mnie to obchodzi". No "i dlatego jest tutaj na tym miejscu".
(2018)

 

KELELA

 

"Bank Head"
Kiedy pierwszy raz usłyszałem "Bank Head" dwa lata temu, pomyślałem: okej, super, nareszcie znów to mamy, MUZYKA PRZYSZŁOŚCI. Serio, ten joint dla niejednego wyglądał wtedy jak przysłowiowa "lista przebojów z 2030" i utwierdzał w jak zawsze mglistym przekonaniu, że opłaca się śledzić so-called modernistów (Kingdom to ich ekstraklasa), bo może z tego wyniknąć coś przełomowego. Potem skonfrontowałem swoje przeczucia względem "Bank Head" z wiedzą i gustem kilku ziomków, którzy autentycznie penetrują muzyczne "nowinki", a nawet mają obsesję na tym punkcie, po linii post-IDM, dubstepu i microsamplingu jako środka wyrazu. Ich werdykt był bezwzględny: w tym utworze nie ma nic nowatorskiego, to raptem sprawna adaptacja BRZMIEŃ "ejtisowych" do realiów aktualnego r&b. Może faktycznie wybiegam przed szereg, ale chyba warto w tym miejscu oddzielić sound od melodyki. Pod względem tej ostatniej "Bank Head" zawsze kojarzył mi się z takim trackiem "Kiss Me" Cassie, w którym Ryan Leslie wysmażył futurystycznie romantyczny podkład, wykończony przez Venturę odpowiednio luksusowym podmuchem. (Chemia między tymi dwojgiem budzi analogie z duetem Aaliyah-Timba, ale to kejs na osobną recenzję.) Cassie ma "w ustach" (mmm...) więcej seksu, Kelela niepokoju, ale "Bank Head" to niewątpliwie udana kontynuacja tego samego wątku "paranoicznego żeńskiego r&b/popu", do bólu eksponująca motyw niewiadomej przyszłości uczuciowej. Kawałek poniekąd definiujący rok 2013 (ukazał się aż na 3 albumach z tego roku) jako świadectwo przeniknięcia do bitowego, post-soulowego popu pierwiastka technologiczno-toksycznego. Zaś Ezra Rubin niby nie gra popu, ale raz się wykosztował i proszę, wyszedł mu instant classic - nie do końca wiadomo "czego", ale przynajmniej wiadomo, że instant classic. To be (hopefully) continued (bo między K i K też kawał chemii).
(Porcys, 2015)

Take Me Apart (2017)

"Słucham se Mizanekristos płyty, ty nie wiesz kim są Kingdom, Bok Bok i Jam City". Album przy takim teoretycznie dream teamie za konsoletą całościowo odrobinę mnie zmulił, ale sporadyczne highlighty wynagradzają oczekiwanie. Kobieta nieźle się gimnastykuje, rozpięta między wspomnianymi modernistami na produkcji (jeszcze Arcę wypada dodać, no i wspomnieć miks Dub Me Apart spod ręki Bok Boka), kameralnymi coverami Sade i hołdami dla wieczornej Janet. "Waitin" to idealny punkt przecięcia.
PS: media traktują serio pełnometrażowy "studyjny" debiut 34-latki – ale heca)
(2017)

 

KENNA

 

"Vexed And Glorious"
Pharrell to, Pharrell tamto, Pharrell siamto. Tymczasem nad albumem niejakiego Kenny (wokalisty pochodzenia etiopskiego) – choć produkcję sygnowano nazwą Neptunes – czuwał Chad Hugo i okazało się, że spory potencjał siedzi w ziomalu z filipińskimi korzeniami. Wyszło też na jaw, że pozbawiony kompleksu obecności Pharrella w studio Chad celuje w zdecydowanie inne rejony, niż seksowny, prowokacyjny feel. Dla Kenny, Hugo odkopał ciemne zakamarki 80s cold wave i upgrade'ował je tanecznie do obecnych standardów. Wyłoniła się niepokojąca, dark-popowa epopeja electro o sporej dawce genre-pionierstwa. Gdyby Depeche Mode zapragnęli zrobić dziś coś szczerze odkrywczego, może tak by zabrzmieli. (Btw, Kenna supportował Gahana na jego trasie w 2003.) Niestety, album przeszedł bez znacznego rozgłosu, chwalony przez garstkę ekspertów. W tym roku ma się ukazać sofomor, aczkolwiek nie mam pojęcia czy za sznurki znów pociąga Chad. Ten epizod w dyskografii Neptunes ujawnia ich szerokie horyzonty gatunkowe.
(Porcys, 2006)

 

KEVIN AYERS

 

Joy of a Toy

Imho pierwsze (i jedyne w latach 60.) dzieło sporego kalibru od tzw. "sceny Canterbury". Canterbury było mega dziwnym, intrygującym ruchem – mieszaniną psychodelii, dość subiektywnie wybranych elementów jazzowych (bardziej nawet fusionowych), idiosynkratycznie rozumianego popu, dadaistycznego humoru i sporej dozy abstrakcji. Lecz np. dwa pierwsze krążki Soft Machine (Ayers jako jeden z członków-założycieli grał na self-titled) zbytnio rozdrabniały się w bałaganiarskiej, nieco zappowskiej kolażowości. Przy swoim autorskim debiucie Ayers nie rezygnując z surrealistycznego posmaku przedstawił spersonalizowaną, już dopracowaną formalnie odmianę art-rocka. Momentami bliżej jej klimatem do solowego Barretta – zresztą Syd obok paru założycieli Wilde Flowers (Sinclairowie, Coughlan) udziela się gościnnie w bonusowym nagraniu, pominiętym (chyba słusznie) w pierwotnym wariancie tracklisty. Ferajnę zebrał Kevin doborową – w tym żelazną trójcę "Softów", która lada chwila popełni Third (Wyatt, Ratledge i rozpoznawalny natychmiast w openerze Hopper z tym swoim wspaniale natrętnym basem). Echa tej płytki rezonują potem np. u Cale'a na Paris 1919 (ten sam vibe eleganckiej rezygnacji w retro-barokowym anturażu), u Stereolab (septymy jako "osobiste lekarstwo na polityczne problemy" – vide "Song for Insane Times") lub u Beta Band (pastoralny folk łagodnie podkręcony studyjną manipulacją). Niektórzy uważają, że Shooting at the Moon jest jeszcze fajniejsze, ja do nich nie należę.
(2017)

 

KEVIN DRUMM

 

Sheer Hellish Miasma (2002)
Każdy otwarty, poszukujący słuchacz ma swoje "Metal Machine Music" – dzieło, które drastycznie zmieniło jego podejście do percepcji hałasu. Kompletnie nie jestem znawcą sceny post-Merzbowowej – to nie moja bajka – ale dla mnie to była właśnie ta płyta. Potęga i symetria czarnych, chropowatych, rozżarzonych płatów soundu generowanych tu przez Drumma wywołują u mnie uśmiech – nie szyderczy, a zadowolenia.
(T-Mobile Music, 2011)

 

KILLERS

 

Hot Fuss (2004) 1.4

Wow, nie znajduję trochę słów. Zjawisko Killers to szczyt tej całej mody na modę, a nie muzykę. "Mr. Brightside" jest tu najlepszy, choć i tak nigdy nie byłem wyjątkowym zwolennikiem tego kawałka. Reszta, pomijając przyzwoity numer 7, to jakaś kpina. Niezorientowanym czytelnikom proponuję wyobrazić sobie taką sytuację, że ktoś pozbierał z retro-nowofalowych płytek same wypełniacze i zrobił z nich materiał dla kapeli. A członkom Killers, skoro chcą być kolejnym wielkim anglojęzycznym pop-bandem, proponuję wrócić do swoich kolekcji płyt i przyjrzeć się uważnie, jak Cure namiętnie budowali dramaturgię, jakie Spandau Ballet mieli melodie i jakie Duran Duran serie hi-hatów. Celując w miałką imitację, odróbcie wpierw lekcje z pierwowzorów. Plus, ta piosenka zawierająca w refrenie "indie-rock" to jedna z najobleśniejszych rzeczy jakie słyszałem w życiu. Rzygać mi się chce. Palancie z Las Vegas GÓWNO wiesz co to jest "indie-rock", co słychać na twojej płycie. Żenada.
(Porcys, 2005)

 

KIM FOWLEY

 

Postać równie kultowa, co kontrowersyjna. Umakijażowany protoplasta i pionier, solista i producent (Modern Lovers, Kiss, Runaways), którego spuścizna pokazuje, jak od psychodelii zappowskiej, proto-arielowskiej, zabarwionej szczyptą pretensjonalnego, para-bluesowego teatrzyku doorsowskiego można dojść do glam-rocka. O ile Outrageous balansuje na granicy asłuchalności, o tyle piosenki z The Day the Earth Stood Still i International Heroes polecam ze spokojnym sercem.
(Porcys, 2016)

 

KIM NOWAK

 

Kim Nowak (2010, garage rock) !5.7

W wywiadach towarzyszących temu przedsięwzięciu Fisz tłumaczy, że skoro cała muzyka wokół jest na maksa wypolerowana (?), to miło czasem pocharczeć. Cóż, podobne hasła towarzyszyły debiutowi Strokes, a od pierwszej EP-ki Strokes minęła równa dekada (czyli w rocku cała epoka). W tejże dekadzie "charczenie", garaż i post-punkowa nerwowość były na porządku dziennym, a nawet trafiły do mainstreamu jako "indie". A zatem albo ktoś tu całą dekadę leżał zahibernowany albo wciska (świadomie lub nie) mniej zorientowanym mediom i odbiorcom kawał świeżego kitu, jaki Kolnay i Barabasz chętnie by zebrali, do żucia oczywiście. A płyta? Każdy, kto chce być Jimmy'm Page'm musi skończyć jakby chciał być Jackiem White'm. (Page był jeden. To nie jest kwestia personalna, a odwieczne prawa natury. Page pisał takie boskie riffy, wobec czego próby "bycia jak Page" zawsze spełzną na niczym, dopóki nie napiszemy takich właśnie riffów, co oczywiście się już nie wydarzy.) Z kolei próba "bycia jak Jack White" to nieszczególny powód do dumy. Z plusów: zaskakująco przyzwoite teksty (nie wspominam o formie ich podania) i pełnopasmowy sound-gigant, w ciężkim, surowym łojeniu raczej bezkonkurencyjny na krajowe warunki. Mimo świetnego gustu (akustyczne smaczki typu outro "Spaceru"), obycia w klimatach 60/70s i bezdyskusyjnej sprawności gitarzysty (chylę czoła), nie wolno jednak zapominać KIM JEST NOWAK. Zaryzykuję bowiem tezę, że gdyby Sobolewski wydał ten projekt bez Waglewskich, to pies z kulawą nogą by nie zauważył. I to w 30% diss na Kim Nowak, a w 70% na fikcję zwaną polskim rynkiem fonograficznym.

 

KING DEAZEL

 

"Franklin"
Chociaż według niektórych źródeł chicagowski "bop" jako podstyl "pop rapu" istnieje już kilka lat, to tak naprawdę rozkwitł dopiero w 2013 i nadal jest zjawiskiem świeżym. Chodzi w nim głównie o przegięte nawarstwienie autotune'owanych wokali i podlanie ich syropem syntezatorowych motywików. Niektóre przejawy tej estetyki - np. wyborny mikstejp Super Saian Vol. 1 braterskiego duetu Sicko Mobb - swoją dziwnością zahaczają wręcz o eksperymentalną elektronikę i "nowe formy życia", przy których pionierskie próby T-Paina czy 808 & Heartbreak Kanyego wydają się niewinnym żartem... Z kolei "Franklin" to jak dotąd bodaj najbardziej chwytliwy joint tej raczkującej mikro-sceny. Więcej ludzi powinno usłyszeć coś tak chorego i zaraźliwego jednocześnie.
(2014)

 

KINGS OF CARAMEL

 

Kings Of Caramel (2008)

Z dala od medialnego rozgłosu i (jak obserwuję) w kompletnej niszy ukazuje się ten bezpretensjonalnie uroczy krążek. Projekt ów z pewnością powinien zainteresowań fanów Ścianki, a to z racji obecności odpowiedzialnego za produkcję Maćka Cieślaka i śpiewającego (doskonale zresztą) po angielsku Michała Bieli. Pomysłodawcą przedsięwzięcia i głównym autorem materiału jest tu jednak postać mniej znana, Bogusław Szarmach (nie odmówię sobie przyjemności przytoczenia faktu, iż grał kiedyś w jednym zespole z Piotrem Deyną). Mimo że Cieślak nie napisał tu żadnej pieśni, to duch jego poetyckich "mgiełek" unosi się nad płytą, zwłaszcza z polskiej perspektywy. Dla słuchacza zagranicznego skojarzenia będą różne – kameralne, bezbronne, liryczne miniatury przywołują dorobek Red House Painters ("My Height"), grupy Migala ("Truly Real"), Beta Band ("The Scar") lub Jima Guthrie ("What's That?") oraz przypominają że były kiedyś (czy też nadal są) takie kapelki jak Hood ("This Tree") bądź Pinback (najbardziej "przebojowy" w zestawie "Dolphins In Wales"). Apogeum subtelnie wycieniowanych emocji osiąga zamykający album "If Piesio Could Sing", instrumentalny utwór równie wzruszający jak jego tytuł, gdzie ascetyczny bit z Casio, partia wiolonczeli,  plumkające dzwonki i klawiszowe tła narastają wręcz idealnie. Tak brzmi skromne nadejście wiosny, moi drodzy. Martwi mnie tylko, że chociaż wielu ludzi u nas bierze się za taką muzykę, to ostatecznie satysfakcjonujące efekty osiągają zawsze te same nazwiska. Ale widocznie tak musi być.
(PULP, 2008)

 

KINGS OF LEON

 

Only By the Night (2008)

Pozornie wszystko się zgadza na czwartym albumie Kings Of Leon, zespołu z południa Stanów. To nic, że dominują żarzące hard-rockowe gitary, co pół minuty zakrada się patos i rozmach na miarę U2 czy Coldplaya, a wokalista zdziera gardło w tak bardzo "męski" i "twardzielski" sposób, że aż mamy przed oczami jego kilkudniowy zarost... Teoretycznie nic to, bo Kings Of Leon grają naprawdę przyzwoite, fajne piosenki. Niestety wszechobecność wyżej wymienionych pierwiastków zamienia te fajne piosenki w nieśmieszne parodie fajnych piosenek i lokuje Kings Of Leon niedaleko post-grunge'owych kapel, których styl przez moment nazywano "nu-rockiem" (a było to na przełomie obecnej i poprzedniej dekady).

Świetnie ilustruje to singlowe nagranie, istotnie chwytliwe Sex On Fire. Cobain mógłby nawet napisać taki kawałek, ale w wykonaniu Nirvany z pewnością tchnęłoby to jakąś spontanicznością i prawdą, a tu mamy poczucie obcowania z produktem. Choć przecież nie musiało być aż tak źle... Na przykład "I Want You" brzmi zupełnie jak TV On The Radio z innym panem przy mikrofonie. I to rzeczywiście prawie dobra piosenka. Ale prawie robi wielką różnicę, a o wartości decydują drobne detale – głównie o wiele uboższy miks, drażniąca maniera niepotrzebnie forsującego śpiew Caleba i tekst o niczym. W efekcie bracia Followill nie staną się idolami sceny niezależnej w Ameryce, aczkolwiek mogą sobie pogratulować masowej popularności i świetnych recenzji na Wyspach.
(Clubber.pl, 2008)

 

KLAXONS

 

W zaszczytnym towarzystwie legend wyspiarskiej sceny, kapela Klaxons wygląda jak banda smarkaczy i żółtodziobów. Co więcej, ich przynależność do nurtu, któremu poświęciliśmy powyższe akapity, jest dosyć umowna. W istocie termin "nu rave" został zmyślnie ukuty przez pana nazwiskiem Joe Daniel z wytwórni Angular, która wydała pierwsze single Klaxons. Media podchwyciły hasło i uczyniły z niego sprawne narzędzie marketingowe. Zwłaszcza magazyn "NME" wiódł prym w sprytnym wykorzystaniu sloganu dla rozpropagowania kilku nowych zespołów i... zarobienia na ich sukcesie pieniędzy. Ale chociaż sami zainteresowani bronią się, że określenie "nu rave" było tylko żartem, to sporo dzieciaków na całym świecie potraktowało wątpliwe zjawisko na serio. Szkoda, bo nawet sami chłopcy z Klaxons odżegnują się od tej etykietki.

I słusznie. Ich sound to raczej brytyjska wariacja na temat nowojorskiego dance-punka kojarzonego z Rapture i teamem DFA – wzbogacona o szczyptę art-rocka i psychodelii. Poza tym, że ich obecność w mediach została niepotrzebnie tak bardzo rozdmuchana na starcie działalności, nie jest to wcale taki zły zespół jak niektórym się wydaje. Szczególnie single z wydanego półtora roku temu, debiutanckiego (i jedynego na razie "właściwego") albumu Myths Of The Near Future – Gravity's Rainbow i Skans – robią świetne wrażenie. Reszta materiału nieco odstaje, choć broni się energią i melodyjnością. Co jednak najważniejsze – w przeciwieństwie do Happy Mondays i Primal Scream, którzy podpadają pod kategorię zasłużonych weteranów – czwórka młodzianów z Londynu jest teraz
na absolutnym topie, przez co z całej trójki gwiazd Pepsi Vena Music Festival wydają się być największym wydarzeniem z czysto popkulturowego punktu widzenia.
(Clubber.pl, 2008)

KLAUS SCHULZE

Moondawn

Trochę nie mnie oceniać, czy w wypełniającej stronę A suicie "Floating" pan Klaus na swoich ARPACH, EMSACH, CRUMARACH, FARFISACH i w towarzystwie bębniącego Haralda Grosskopfa autentycznie WYNALAZŁ TECHNO – do panelu dyskusyjnego na ten temat zapraszam serdecznie autorytety w rodzaju fanpage'a 1001 albumów, których posłuchałem, żebyście wy nie musieli 🤔 Aczkolwiek JEDNO WIEEEM... ("...zanim póóójdęęę spaaać" – wiadomo na jaką melodię): z pół tuzina kosmicznych dziełek sztandarowego przedstawiciela "szkoły berlińskiej" to akurat szczególnie urzekło mnie przejrzystością, przestrzennością, logiczną konstrukcją i zwłaszcza cholerną przystępnością. Stąd chyba – mimo odrobinę zamulającego jamu w drugiej połówce "Mindphaser" – status żelaznego kanonu "el-muzyki". I stąd taki drobiazg, że po Irrlicht nie sięgałem od studiów, a Moondawn NASTAWIĘ se nieraz do wieszania prania 😎

highlight – https://www.youtube.com/watch?v=QwG8ejkSP8w (evocative moment: dialogi syntezatorowo-perkusyjne pod koniec)
(2018)

 

KOJI KONDO

 

Super Mario Bros. (1985)

niech mi ktoś powie, że facet nie inspirował się Musorgskim. jeśli ten soundtrack to jego Obrazki z wystawy, a "Main Theme and Overworld" to jego "Promenada", to "Underworld" z pewnością jest jego "Gnomem" (dla porównania). btw lada miesiąc ma wyjść książka o tym soundtracku w serii 33 1/3.
(2015)

 

KOOP

 

Free Form Festival
Koop
18 października, Warszawa

Może i jest to muza "skrojona pod gusta mieszczańskich grubasów", a raczej bogatych yuppies z Warszafki, ale jednego nie da się zaprzeczyć – jakże RÓWNO ci Skandynawowie grają. To się we łbie nie mieści. Widziałem video-rejestracje gigów Steely Dan czy Jamiroquai – najrówniej, najczyściej, najselektywniej grających zespołów ever. Koop to podobny typ perfekcjonizmu wykonawczego, ledwie półkę niżej. A wokalistka też dawała radę i to "pod niejednym względem".
(Porcys, 2009)

 

KORNEL KOVACS

 

"Metropolis"


Lato 1992. W TV drugi ważny piłkarski turniej, który oglądam świadomie – mecz po meczu, ze skarbem kibica w dłoniach. U gospodarzy intryguje Anders Limpar – Szwed wprawdzie urodzony w Solnej (?), ale jednak pochodzenia węgierskiego, wówczas grajek Arsenalu, dumnie świecący dyszką na TRYKOCIE, co zawsze imponowało.

Jesień 1992. Świat podbija eurodancepopowy szlagier "All That She Wants" szwedzkiej grupy Ace of Base. Ten rok ewidentnie należy do potomków Strindberga, Bergmana i Ulvaeusa.

Jesień 1993. Ace of Base wypuszczają "The Sign", tytułowy przebój z longplaya, który był niewiarygodnym MULTASEM – do dziś wśród najlepiej sprzedających się KRĄŻKÓW ever. Odwrotnie niż "All That...", w "The Sign" to zwrotka jest mollowa, a refren durowy. Ale trik z "konstrukcyjną" zmianą trybu to wciąż znak rozpoznawczy projektu.

Lato 2006. Paris Hilton, obrzydliwie rozkapryszona dziedziczka rodzinnej fortuny znana z tego że jest znana, rozpoczyna muzyczną karierę od singla "Stars Are Blind". Monochromatyczna okładka przypomina obwoluty winylowych siódemek z heroicznego okresu sceny shoegaze'owej, ale sam numer tyleż trywialnie, co z nieodpartym wdziękiem odtwarza reggae-popowe klisze. Pojawiają się skojarzenia z klasyką wakacyjnego STAREGO KONTYNENTU – wiekopomnym goodshitem Alexii czy złotopogodowymi szlagierami Ace of Base.

Lato 2016. Kornél Kovács, szwedzki deep-house'owy producent węgierskiego pochodzenia wydaje debiutancki album The Bells. W tytułach podkreśla swoje madziarskie korzenie. Materiał chwilami urzeka mnie lo-fi'owo outsiderskim SZNYTEM, choć ostatecznie braknie mu milimetrów, żeby wskoczyć do mojego top 50 płyt roku. Nazwisko zostaje w pamięci, "mamy na Ciebie oko, zdolny gamoniu".

Lato 2018. Kornél powraca z reggae-micro-house'owym wałkiem "Metropolis", w którym zręcznie zapętla starannie wybrane frazy ze "Stars Are Blind" ("let's see what love can do" z ostatniego refrenu, "know that" z drugiej zwrotki) pod bas ewokujący tajemnicze zwrotki "The Sign". Klucha w gardle Paris w tak krótkich zbitkach sylab brzmi trochę jak ujawniane nagle strzępki uchowanych na dnie pamięci, natrętnych melodyjek – samoistnie, nerwowo zreharmonizowanych, wypartych i potem oswojonych na nowo.

Ostatecznie efekt przypomina coś w pół drogi między transowymi brydżami na Since I Left You i konceptualną "czkawką emocjonalną" z From Here We Go Sublime. Udaje się tu bowiem wypreparować rodzaj klubowej "hipnozy zapomnienia", gdy czas się zatrzymuje i chwila nabiera szczególnego znaczenia. Sam patent z warsztatowego punktu widzenia nie jest jakiś mega trudny, ale mało kto potrafi użyć go z tak dużą skutecznością i z roztrzepanym "fluxpopowym" blaskiem, notabene przywołującym wybryki krajanów ze Snook (również) sprzed dekady.

Niczym highlight zagubionego mixu o którym śnicie miesiącami po imprezie, utwór startuje znikąd i urywa się nigdzie, więc budzi niedosyt, co prowokuje do chorych ilości repeatów. Oczywiście szans na żaden mainstream tu nie ma, ale jeśli Kanye to "ultimate narcyz" na którego pracuje scena undergroundowa (Mono No Aware-gate), to mam nadzieję, że Kovács też nie wyclearował tego sampla, niczym współczesny Robin Hood odbierając bogaczom drogie ścieżki wokalu i rozdając je biednym wyborcom Razem podczas tegorocznych, letnich, wielkomiejskich bounce'ów na outdoorze.

I chociaż jego quasi-instrumentalne meandry nie są dla każdego, to w moim notatniku "Metropolis" figuruje jak dotąd jako jeden z najfajniejszych singli 2018. Przynajmniej posłuchajcie tego dla kozackiego arsenału skillsów didżejskich Andersa Limpara konsolety.
(Porcys, 2018)


 

KRISTIN HERSH

 

The Grotto (2003)

Głupio trochę napisać kilka zwykłych słów o tak niezwykłej kobiecie, jaką jest Kristin Hersh. Jeśli słyszeliście kiedyś jej pieśni, to wiecie, że są małymi, zamkniętymi nowelkami, pierwszoosobowymi opowiastkami, zwierzeniami z lęków i poszukiwania nadziei w beznadziejnych niekiedy okolicznościach. Osławione plotki o życiowych perypetiach artystki, w znacznym stopniu inspirujących zwłaszcza solową twórczość, były przez ostatnich dziesięć lat dla niezależnej publiczności tym, czym dla gospodyń domowych artykuliki w kolorowych magazynach poświęcone słynnym aktorom i modelkom. Wszyscy wypatrywali w gorączce najnowszych wieści o psychicznej kondycji Kristin, o passie uczuciowej i nastawieniu do świata. Aż trudno było się połapać w tych nieustannie zmiennych stanach ducha wokalistki. Pomagały w tym kolejne albumy firmowane własnym nazwiskiem, pełniące funkcję pamiętnika uwieczniającego subtelne metamorfozy.

Z tego, co się orientuję, ostatnio Hersh znów pogrążyła się w smutku, paraliżu, a jedyne co ją trzyma, to miłość do rodziny. "Powinnam była zachować te piosenki tylko dla siebie i męża", mówiła o wydanym w 1994 roku klasycznym debiucie Hips And Makers i być może miała rację, rozważając osobisty, kameralny wymiar materiału. Po bardziej optymistycznych, sukcesywnie pełniejszych Strange Angels, Sky Motel i Sunny Border Blue, przedzielonych zbiorem opracowań folkowych tematów Murder, Misery And Then Goodnight, Kristin znów przygotowała zestaw skrajnie oszczędnych, ascetycznych ballad i podejrzewam, iż za parę lat będzie miała prawo komentować je w podobny sposób. Wykonane przy akustycznej gitarze, z rzadka ubarwiane cichymi partiami pianina (Howie Gelb) i skrzypiec (Andrew Bird), ewokują nastrój na tyle intymny, że człowiek czuje się nieswojo ingerując w ich zawartość, a co dopiero krytykując.

Spróbujmy. Pewnikiem jest, że Hersh ulepiła swą postać zamyślonej dziewczyny z gitarą bardzo charyzmatycznie. Wpływ Hips And Makers na dziesiątki żalących się, filozofujących pesymistycznie panien-twórczyń nie podlega dyskusji. Choćby taka Chan Marshall, śmiem twierdzić, że zaczerpnęła stamtąd sporo elementów. Postać Hersh to coś niezapomnianego. I nie chodzi tylko o tę charakterystyczną, swędzącą uszy prawie-chrypkę. Ani o te słynne, spozierające odważnie, zielone oczęta. Ona ma w sobie dużo przyciągania, co powoduje, że skutecznie nasyca swoją osobą nominalną przestrzeń. Stąd koncepcja wyciągnięcia esencji w postaci głosu sprawdzała się w jej przypadku znakomicie. Ale na The Grotto mądra Kristin chudnie z kości na ości, zamienia kameralne na nocne, sięgając poniekąd wprost do rozebranego, nagiego brzmienia Hips And Makers. Jeśli nie rozbierając go jeszcze bardziej. I sam nie jestem pewien, czy była to dobra decyzja.

Waham się, bo na gruncie muzycznym mało się z The Grotto wynosi. Odbiór zależy głównie od współczynnika duchowej integracji z tą panią. Muzycznie, naprawdę, kilka uderzeń w struny, głos. Tekstowo za to, nieprzebrany wybór z szuflady pełnej pozapisywanych wielkimi literami, wyrwanych z szarego zeszyciku kartek. Omawianie poszczególnych fragmentów płyty od strony dźwięków mija się z celem. Ale parę zdań rzeczywiście zapada w pamięć. "You are good / You are kind / You are drunk all the time / But never drunk enough" śpiewa Hersh i łatwo zrozumieć do kogo, do swojego współmałżonka. "SRB", z chyba najładniejszą tu melodią, zawiera słowa "If I could grab your attention with my styrofoam rattle box", a w napiętnowanym podskórnym strachem "Silver Sun" słyszymy "Sometimes / I wish you were here". Wyobrażam sobie Kristin roztrząsającą poważne problemy po zapadnięciu zmroku, wpatrzoną w księżyc przy uchylonym oknie.

Gdy spoglądam na tył okładki The Real Ramona, największego dzieła Throwing Muses, widzę zdjęcie czwórki rozentuzjazmowanych dwudziestoparolatków. Dwie laski w środku: piękna brunetka i piękna blondynka. (Ta blondynka to Tanya Donelly, na oddzielną rozmowę.) Plaża, spienione fale. Wyglądają tak, jakby eksplodowali energią, pragnęli podzielenia się z innymi swoją pasją. Lecz zarówno The Grotto, jak i wydane równocześnie, podobnie solidne i zarazem przewidywalne self-titled Throwing Muses przedstawiają marazmiczny, nieprzyswajalny, hermetyczny wizerunek Kristin. Należałoby pewnie posłuchać tych wierszy odtwarzanych na żywo, siedząc kilka metrów od samej wykonawczyni, żeby w pełni docenić ich wartość. Ci, którzy mieli tę okazję, doznawali absolutu z powodu samego wzroku Kristin. Tylko, że ja mam The Grotto na kompakcie, po drugiej stronie Oceanu. Konkluzja "formuła się wyciera" każe więc przypomnieć o fundamentalnej zasadzie uniwersalnego songwritingu i pomimo mojej silnej więzi z przewybitną autorką nakłania do surowej oceny. Kristin, zaznaczam, podziwiam cię.
(Porcys, 2003)

KRZYSZTOF KOMEDA


Równo pół wieku temu zmarł tragicznie Krzysztof Komeda. Ponoć u progu kariery jego największym dylematem było – czy leczyć lekarstwami ludzkie ciała, czy też jazzem swoją duszę. Pianista i lider, był przede wszystkim szalenie oryginalnym kompozytorem, którego melodyczny i harmoniczny styl – mimo ech twórczości takich gigantów jak Chopin, Messiaen, Coltrane, Dolphy czy MJQ – całościowo pozostaje właściwie nietykalny. Niby mawiają, że "nikt przecież nie jest święty". Ale jeśli miałbym wymienić w polskiej muzyce jedno nazwisko sygnujące dorobek bezskaźny, pozbawiony artystycznych mielizn, komercyjnych grzechów i podejrzanych kompromisów, to – być może z powodu przedwczesnej śmierci artysty – wskazałbym właśnie Trzcińskiego. Innymi słowy, fani Komedy nigdy nie poczuli niezręczności konfrontowania się z dokonaniami pokroju "Bezimiennych", "Allelujaż" czy "Życie jest nowelą". Mogą natomiast delektować się momentami w rodzaju pierwszych trzech minut "Astigmatic" – pod względem "użytkowej transcendencji" stojących na tej samej półce, co refreny "In Flagranti" i "Nad ranem śmierć się śmieje" albo lejtmotyw "Stanu Pogody".

Moje top 10:
1. Astigmatic
2. Ballad for Bernt
3. Svantetic
4. Ballet Etudes: I
5. Crazy Girl
6. Kattorna
7. Cul-De-Sac
8. Cherry
9. The Coven 2
10. Typish Jazz
(2019)

 

KSTEWART

 

"Keeping You Up"
Było w mainstreamowym dance-popie lat 10s producentów wielu, ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy młodym Jankelu. Shift K3Y powoli zaczyna rozdawać karty w tej grze. W ubiegłym sezonie otwierał moje top 10, w tym otwiera top 5. Czyli co, za rok podium? :O Komentarze na YT wskazują na podobieństwo wokalu Kate do Ariany Grande i Jessie J (nie zaprzeczam), ale moje kluczowe skojarzenie pochodzi z innego rozdania, z cyklu "gimby nie znajo". Otóż kompozycyjnie wyczuwam tu vibe najchwytliwszych hałsiw Herberta, vide coś takiego na przykład - groove i refren fruwają na podobną modłę. pławię się w tym.
(2015)

 

KWJAZ

 

KWJAZ (2011)

Jest taka teoria, że jeśli po wielokrotnym przesłuchaniu wciąż niewiele pamiętamy z płyty, to pewnie mamy do czynienia z płytą słabą, letnią w odbiorze, co najwyżej poprawną. Ale to założenie dość powierzchowne i uogólniające. Być może z muzyką stricte piosenkową tak jest – w końcu hooki mają się wbijać w łeb, od tego one są, od tego są one. Jednak w przypadku nagrań o charakterze, określmy to, "ilustracyjnym" (niezależnie czy będzie to ilustracja do filmu, spektaklu, instalacji czy po prostu swobodnego biegu naszych myśli) ważniejszy jest bliżej niezdefiniowany "klimat" czy wykreowany przed odbiorcą audialny świat, w którym niejako "zanurzamy" słuch i kontemplujemy samo "bycie" w nim, niekoniecznie umiejąc potem sklasyfikować, ocenić i zwłaszcza odtworzyć krok po kroku przebieg seansu.

W latach "dziesiątych" wydano już kilka klasyków (Good Kid..., Yeezus, Black Messiah etc.) przy których właściwie potrafiłbym z pamięci wyrecytować track-by-track, co się tam wydarzyło – jaki był wstęp, a jakie rozwinięcie i zakończenie. Całe szczęście, że w ostatniej pięciolatce ("pięciolecie z jedynką w środku") ukazało się też sporo materiałów umykających takim aptekarskim metodom analizy – nie tylko trudnych do zaszufladkowania stylistycznego, ale i zwyczajnie nieprzeniknionych formalnie, niemożliwych wręcz do klarownego, ekhm, spenetrowania. Środowisko skupione wokół "podziemnej" sceny San Francisco i labelu Not Not Fun (który wznowił niniejszą pozycję na winylu) wyspecjalizowało się w podobnych wypiekach, a sam album autorstwa niejakiego Petera Berendsa należy do szczególnie hipnotyzujących propozycji z tego rozdania.

Ciężko jednoznacznie nazwać "co tu jest grane" w tych dwóch ponad 20-minutowych suitkach (w wersji deluxe wzbogaconych o miniaturową impresyjkę i wcale nieodstający "proper" bonus track – pokaż mi swoją ławkę rezerwowych...). Dźwięk przelewa się leniwie i pozornie bezcelowo, a skojarzenia sięgają od concrete-industrialnych malowideł sonicznych przez "muzykę czwartego świata" Hassella i "podświadomy" ambient plenerowy Eno z lat 80. aż po sound anonimowych składaków z cyklu smooth-soft-jazz-chil-out-cośtam, acz przefiltrowany (nie)komfortowym szumem lo-fi mgiełki. Hypnagogic pop? Nie bez przyczyny w oryginalnym kasetowym wydaniu maczał palce Joe Knight aka Rangers, a zakurzone downtempo-bity rozmyte w kałuży zapyziałych efektów gitarowych przypominają nie-piosenkowe fragmenty wczesnego Ariela. Zgodnie z podejrzaną nazwą tego non-genre, ostatecznie rozchodzi się nie tyle o tęsknotę blogosfery za ekskluzywnością i luksusem, co o ujawnianie mechanizmów pracy naszego mózgu. Tak właśnie dziewiczo i nielogiczne działa pamięć, jedyna kategoria konstytuująca "nas".
(Porcys, 2015)