JUNIOR SENIOR

 

D-D-Don't Don't Stop the Beat (2002, post-pop) 7.3

Playlist "Shake Your Coconuts" na Porcys 

Ktoś spostrzegł kiedyś trafnie, że pop, podobnie jak dziewczęta, najfajniejszy jest wówczas gdy tkwi w nim odrobina głupawy. Trudno znaleźć w zasięgu ręki wyrazistszy dowód tej tezy, niż operujące kompletnie absurdalnym poczuciem humoru, niedorzecznie zwariowane duo Duńczyków, podpisujące się bezsensownie Junior Senior. Bywalcy tańcbud kojarzą zapewne jeden z maksymalnych parkietowych hitów 2003 na całym świecie, mistrzowy "Move Your Feet", ale to tylko zasłona dymna. Pod pozorami dance'u na debiutanckim longplayu kolesi D-D-Don't Don't Stop The Beat kryje się zuchwale eklektyczna i wybuchowa stylistyka bliżej ducha Check Your Head, której po "Move Your Feet" nigdy byście się nie spodziewali.

Już utrzymany w estetyce kiczowatego collage artwork zdradza skłonność do mieszania barw i wariackiego zestawiania kontekstów. Zawartość stosunkowo krótkiej, jak na klasyczny stary pop przystało, płytki, przypomina musujący koktajl, po którym zdrowa osoba albo straci równowagę, albo zacznie chodzić po ścianach. Totalnie imprezowy miks Becka, dance-punku, Merseybeatu, hip-hopu, Hot Hot Heat, Beach Boys i disco lat 70-tych wiruje radośnie. Ta kronika muzyki rozrywkowej as-of-today to inteligentna jazda po konwencjach, od doo-wopu i grup wokalnych z żeńskimi chórkami, przez podróbkę dylanowskiego zaśpiewu (w refrenie "Shake Me Baby") i ekspresji Jima Morrisona (zwieńczenie "C'Mon"), aż po techno-bit jak z Love Parade. Co jest naprawdę fantastyczne, to skłonność każdej z tych wprawek do efektywnego podrywania tyłków słuchaczy i emanowanie rozsadzającą pozytywną energią, ładujące na cały dzień. (Zalecane przy porannym prysznicu.) Również całkiem istotny jest aspekt rozwiązłości tych tune'ów, odkąd balangowe teksty zahaczają o "Girl, you're dreaming of babies / Boy, you're thinking of ladies". Yeah, the stuff is sexy.

Ale, do cholery. Hooki! Ukryte, znienacka atakujące hooki rajcują świeżością. Przełamanie "aaaaa" w openerze, natrętnie słodka melodyjka chorusu "Boy Meets Girl" czy perfekcja "Shake Your Coconuts" serwują każdemu fanowi soczystych owoców rozkoszne winobranie. Drugi soon-to-be kultowy utwór z użyciem słowa "coconut" rozwija się jak punkowy take egzotycznego szlagieru, z klaskami, bębenkami i rozkołysanym, biodrowym riffem gitary. Rozwala postać wejścia refrenu, ze słowami "Just keep on dancing now / Just keep on getting down / Just keep on having fun / The party's just begun" i laską nucącą symultanicznie "ooooh ooooh / aaaah aaaah" na backgroundzie. Infantylny i stuknięty, numer dryfuje do szczytowego oszołomienia groove'em. Dłoń o pomalowanych na biało paznokciach cuci cię policzkiem i zimnym kompresem, gdy budzisz się z nieprzytomności na środku podłogi.
(Porcys, 2004)

Hey Hey My My Yo Yo (2005, post-pop) 7.5

Będę stuprocentowo szczery – rzadko dziś wracam do nagrań nieistniejącego już duńskiego duetu, a jednak wciąż ubolewam nad jego rozpadem. Bo takich wariatów ze świecą szukać – ogromna erudycja (od tytułów i tekstów po muzyczne cytaty i swobodną zabawę konwencją) w służbie nieskrępowanego imprezowania sprawia, że nawet ich nieporadne, jąkające anty-rapy wypadały morowo. 
(T-Mobile Music, 2011) 

Miła pani z Universalu, gdy zadzwoniłem jesienią spytać o ewentualną dystrybucję tej płyty w Polsce (D-D-Don't-Don't Stop The Beat leży na przecenie w każdym większym sklepie), zdegustowana wyjawiła, że "Duńczycy nie raczyli się słowem odezwać w kwestii nowego albumu, wiec na razie się nie zanosi". Proszę proszę, to takie pokemony, i to nie tylko my mamy ten problem, bo w USA, Niemczech i Francji towar ten też chodzi tylko na import, za bajońskie sumy. Ponownie więc niesprawiedliwość złośliwie manipuluje biegiem dziejów: paradoksalnie właśnie wtedy kiedy świat był gotów dostać po mordzie porcją niefrasobliwie wesołych, paraliżująco maniackich, imprezowych landryn ich autorstwa, Jesper i Jeppe postanowili zachować triumfalny sofomor – zamykający dzikim entuzjazmem jadaczkę wszelkim niedowiarkom, malkontentom oraz zgorzkniałym krytykom, którzy wiosenny singiel "Itch You Can't Skratch" uznali regresem dyspozycji w stosunku do debiutu (nie zerkajcie w moim kierunku?) – wyłącznie dla rodaków. 

To szkoooda, bo od kruchych oklasków, absurdalnie głupiej zapowiedzi "Hello, welcome to our new record!" i tekstowej trawestacji Guns N' Roses w openerze, przez bajkowe wskrzeszenia E.L.O., braci Wilsonów i Gibbów, aż po ironiczną wzmiankę w closerze o sukcesie "Move Your Feet", Hey Hey My My Yo Yo to najmniej cipiący się krążek 2005, który udowodnił że przy dozie animuszu da się w tym marnym roczniku wymieść elo spoko ziom aloha dziękówa na kornerze. Kolesie są niezal: nie umieją ani śpiewać, ani rapować i *właśnie* dlatego są zajebiści. Czasem innowacja czai się w najmniej spodziewanych miejscach: tych niby upośledzonych, jąkających melo-gadek paralitów nie uświadczycie przecież nigdzie indziej, a żeńskie chórki zapewniają im słodki, milusiński background. Morał? Okazuje się, że gdy laska bounce'uje wystarczająco olśniewająco, to – nawet gdybyś ty człapał jak fajtłapa do kwadrata – i tak razem zdołacie rzucić na kolana całą dyskotekę. Zatem męski czytelniku pamiętaj – jeśli panna z którą pikujesz na parkiet wyskoczy nagle z pretensjami wobec nieporadności twojego "tańca", błyskotliwie zripostuj: "I don't do that kind of thing". 
(Porcys, 2006) 

Say Hello, Wave Goodbye (EP) (2007, post-pop) !6.6

W formie żartu, bonusu do amerykańskiej reedycji drugiego albumu, ci wspaniali Duńczycy dorzucili pół godziny nowej muzy która odsadza znaczną część indie-popowej konkurencji. Powodem: unikatowość stylu i nadzwyczajny dar do klecenia zapamiętywalnych tune'ów. I nie sądzę, by to było ich ostatnie słowo! 
Najlepszy utwór: "Together For Last One Dance" – ach te nieśmiertelne chorusy. 
(Offensywa, 2008)