JUNIOR BOYS

 

Last Exit (2004, synth-pop) 9.5

Oto jak się nie zawodzi. Cóż za frajda spotkała mnie, gdy latem 2004 włączyłem ten longplay, na który czekałem niemal rok (po dwóch obiecujących epkach na koncie projektu) i w każdej sekundzie czułem, że band nie tylko spełnił oczekiwania, ale i poszybował znacznie wyżej. Próbowano ustalać – że brzmi to jak Timbaland produkujący Prefab Sprout, jak Blue Nile przefiltrowane przez 2-stepy, jak Jacko digitalnie zremiksowany, jak cośtam... I nic. Nie da się prawidłowo zredukować tej organicznej hybrydy neurotycznego stalkerstwa Jeremy'ego Greenspana i kubistycznie poszatkowanego r'n'b Johnny'ego Darka. Jak mawiał przed laty użytkownik Luke na forum Porcys: "na 'Last Exit' Junior Boys tworzą wzorce". Amen. Lecz tym smutniejsze, że po wpisaniu "junior boys" w YouTube cokolwiek z debiutu wyskakuje dopiero na piętnastym miejscu.
(T-Mobile Music, 2011)

Nie będę zanudzał nikogo genezą powstania tego albumu, choć historia ta sama w sobie fascynuje. W skrócie: Junior Boys byli początkowo duetem, ale Jeremy Greenspan został na pewnym etapie opuszczony przez artystycznego partnera, Johnny Darka i ostatecznie indywidualnie muskał materiał na longplaya. Tak naprawdę ważny tu jednak jest sam efekt starań Kanadyjczyków. Last Exit to wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi beatowa płyta bieżącego roku, natchnione dzieło wizjonerów, doskonały futurystyczny pop, w każdym calu równie piękny i przejmujący, co nowatorski i błyskotliwy. W jakiś sposób Last Exit perfekcyjnie łączy zainteresowania bacznych obserwatorów śledzących rozwój współczesnej muzy tanecznej i romantyków uwrażliwionych na zalety kompozycyjne. Brawurowa fuzja dwóch biegunowych, odmiennych estetyk krystalizuje zachwycający, oryginalny styl: z jednej strony naznaczony repetycją Kraftwerkowych serii automatu perkusyjnego i zimnym, syntezatorowym brzmieniem, z drugiej zaś kipiący od Timbalandowych potknięć rytmu iemocjonalnej atmosfery ciepłego uczucia. Nad całością panują nieskazitelne, przeurocze, ulotne, choć zapadające w pamięć z intensywnością radiowych hitów melodie, podawane delikatnym, niepewnym, zagubionym głosem Greenspana. Słowem: cudo.

Pisanie o poszczególnych z dziesięciu fragmentów tracklisty ma sens, bo Last Exit, co okropnie rzadkie w dzisiejszych realiach wydawniczych, to dzieło pękające w szwach od pyszności i pozbawione minuty wypełniacza. Cztery nabicia inaugurują otwierający utwór More Than Real, budujący stopniowo dramaturgię, okraszony kapitalnym, ekspresyjnym refrenem. "Tonight I've got your number / I even know the street / If you could only meet me", śpiewa Jeremy, w tonie dominującym już do końca, a opiewającym niespełnione miłosne okazje i najskrytsze ludzkie pragnienia. Charakterystyczne, podskakujące wzorki bitowe towarzyszą ślicznemu wyznaniu "Baby, I know it might sound strange / But I think I've seen you in my head" w High Come Down. Znakomicie pasują do reszty wydane rok temu na EP-ce subtelnie przebojowe Birthday i statyczne, zamglone nagranie tytułowe. Wreszcie w finale Jeremy wzrusza do łez intymnym When I'm Not Around. Magiczny podkład i genialny wokal splatają się w punkcie czystej nostalgii, gdy Greenspan w samotności celebruje nocną tęsknotę za tajemniczą nieznajomą, zastanawiając się w depresyjnym paraliżu gdzie też ona się podziewa w tym metafizycznym momencie, o kim myśli gdy budzi się rano, i tak dalej. Czarowne solo saksofonu dopowiada niedopowiedziane. Napięcie kończącego "I think I'll know you tonight" zamyka tę opowieść i pozostawia odbiorcę w błogim zachwycie.
(Clubber.pl, 2004)

takie skarby do ocalenia tylko na WebArchive. kto pamięta rubrykę WeAreTheWorld, ten wie. przy okazji zwracam uwagę na wielką tajemnicę nieuchwytnego tekstu refrenu, który każdy słyszy inaczej. net wypluwa kilka wersji – "I'll stay for good", "I'll stay for you", "I stayed for you"... co ciekawe sam Jeremy słowa tej piosenki ma chyba "centralnie w pompie", bo na żywo śpiewa  "you got a new name now"  w miejsce "świętej" dla mnie linijki  "you have a new name now"  znanej z albumu. inwestujesz latami swoje najczulsze punkty, pielęgnujesz chore projekcje,  "jak masz jakieś uniesienie emocjonalne, to sobie słuchasz r&b" . a tu artysta jednym nonszalanckim gestem podważa te uniesienia i "profanuje sam siebie". jakby chciał ci powiedzieć: "it's just a song, man... just a song". (2018)

takie skarby do ocalenia tylko na WebArchive. kto pamięta rubrykę WeAreTheWorld, ten wie. przy okazji zwracam uwagę na wielką tajemnicę nieuchwytnego tekstu refrenu, który każdy słyszy inaczej. net wypluwa kilka wersji – "I'll stay for good", "I'll stay for you", "I stayed for you"... co ciekawe sam Jeremy słowa tej piosenki ma chyba "centralnie w pompie", bo na żywo śpiewa "you got a new name now" w miejsce "świętej" dla mnie linijki "you have a new name now" znanej z albumu. inwestujesz latami swoje najczulsze punkty, pielęgnujesz chore projekcje, "jak masz jakieś uniesienie emocjonalne, to sobie słuchasz r&b". a tu artysta jednym nonszalanckim gestem podważa te uniesienia i "profanuje sam siebie". jakby chciał ci powiedzieć: "it's just a song, man... just a song".
(2018)

So This Is Goodbye (2006, synth-pop) 7.4


Wiem, że wiele osób rozpoczyna pisanie o Junior Boys w podobny sposób, ale muszę, wybaczcie.

Po raz pierwszy posłuchałem Last Exit równe dwa lata temu. Dokładnie, co do dnia. Wiąże się z tym pewna zabawna historyjka, więc nie odmówię sobie przyjemności jej przytoczenia. Na drugim, tym mniej klasycznym i znacznie mniej radosnym wyjeździe klanowym, Jacek Kinowski, który dostał ów album tamże od dopiero co przyjezdnego z NY Zagrobca (standard), zgodził się wypożyczyć mi to cacko na nocny odbiór. Warto tu dopowiedzieć, że debiutancki longplay JB był wtedy dla nas najbardziej oczekiwaną nową pozycją w muzyce i trzymaliśmy mocno kciuki za jego artystyczny sukces, zwłaszcza w świetle hipnotyzującej, urokliwej EP-ki z jesieni 2003. Cały drżałem z przejęcia że oto za chwilę poznam kolejne odcinki opowieści zapoczątkowanej przez "Birthday". Podczas więc, gdy na łóżku obok Greku zgłębiał wczesne Destroyery, a z sąsiedniego pokoju dobiegały strzępki nocnych dysput Szatowa i Dara ("Ale wiesz, słuchanie Modest Mouse, swojego ukochanego zespołu, z mp3, to tak jak by.. tak jak by.. yy.. no nie wiem.. tak jak byś pieprzył się ze zdjeciem swojej dziewczyny!"), ja szykowałem misterium. Był tylko jeden warunek: Jacek wyjeżdżał – bodaj z powodu egzaminu – o dzień wcześniej, właśnie następnego ranka. I prosił mnie, bym zostawił płytę na krześle przy wejściu (mieszkaliśmy w osobnych domkach, oddalonych zresztą o dwa metry od siebie, nieważne).

Łatwo się domyślić epilogu: płyty Jacek ze sobą do domu nie zabrał, bo z wrażenia zapomniałem zostawić otwarty zamek do drzwi. Biedny Jacek dobijał się o świcie kilka minut, aż zrezygnował. "Haha". Ale miałem usprawiedliwienie. Czy ktoś zna to uczucie percepcji nowej muzyki w stanie zimnej maligny? To coś jak oglądanie filmów wyświetlanych na projektorach podświadomości. Podąża się za każdym śladem dźwiękowym, każdym tropem słownym, intuicyjnie próbując ułożyć z tych sygnałów pejzaż i narrację. I mógłbym wam nie zdradzać jak cholernie bezbronny czułem się wobec kolejnych kart odsłanianych mi przez "zespół" w tamtą noc, ale niestety muszę to zrobić, gdyż stopień osobistej relacji z Last Exit to dlań kluczowe kryterium weryfikacji. Chłonąc inercyjnie sączony do uszu srebrny foniczny pył śledziłem te hiper-depresyjne, obsesyjnie smutne fabułki o niedostępnych, wyidealizowanych obiektach platonicznego uczucia tudzież rozpadających się związkach, by w finale przytaknąć przed samym sobą, że komentują one moje własne życie aż zbyt precyzyjnie. Jednocześnie zastanawiałem się w jaki sposób te lamentujące miniaturki potrafią być tak "słodkie", "skoczne" i "eleganckie". Rano, gdy się obudziłem, spojrzałem na ascetyczną w estetyce okładkę krążka i nagle wyczułem, że kryje on wielopoziomowe doznania na wiele lat.

Last Exit to długodystansowiec i kto wie, gdzie dobiegnie. Gdy nadeszła pora rankingów, dopiero się rozpędzał, podczas gdy rywale pruli u szczytu prędkości. Dziś nie mam wątpliwości co do mojej płyty 2004, ale nie mam też wątpliwości w o wiele ważniejszej kwestii: obcujemy tu z "modern classic", z rzadko dziś spotykaną sytuacją, gdy album na naszych oczach przeobraża się z sezonowej rewelacji w giganta na skalę dziejów. Jeśli inni nasi faworyci sprzed paru lat nieraz nieco się dewaluują, to ktokolwiek zapytany o Last Exit przyznałby podejrzaną trwałość i moc jego odziaływania, wzrastającą jak na drożdżach. And why? Hm, student muzykologii zaszpanowałby w tym miejscu tyradą o diatonicznych fugato, mikropolirytmii, deseniach ilustracyjnych, pizzikato, scordaturze, widmach alikwotowych i nietemperowanych interwałach pojawiących się (albo i nie, nie wiem) na przestrzeni dzieła. Tylko że te mądre i wzbudzające podziw określenia są tu akurat zbędne, a istotne jest coś innego. Mianowicie to, iż Jeremy wyczarował na Last Exit własną koncepcję kosmologiczną, w której centralny punkt wszechświata stanowi człowiek z jego sercowymi rozterkami. I jak mało kto zdołał przekonująco udowodnić, że te banalne wydawałoby się problemiki na odpowiednim powiększeniu przez mikroskop są esencją naszego bytu, przy której inne sprawy nie znaczą NIC. W recepcji przekłada się to na pieprzone wzruszenia do szpiku kości, porównywalne jedynie z wyczynami Dulliego (ziom działający na podobnym polu filozoficznym, a także poetyckim – check umiejętność prostego wyrażenia skomplikowanych uczuciowych treści). Przekłada się na to, że zanucenie "These days are getting longer" pod nosem uruchamia szereg intymnych asocjacji zdolnych wywołać załamanie nerwowe.

Paul Nowotarski (21-08-2006 0:45)
bardzo spoko ale nie przeskakuje pierwszej
Ja (21-08-2006 0:45)
heh
Ja (21-08-2006 0:46)
pierwszą coś przeskakuje?
Paul Nowotarski (21-08-2006 0:46)
ja nie
Paul Nowotarski (21-08-2006 0:47)
(żart)
Paul Nowotarski (21-08-2006 0:47)
(być moze mało śmieszny)

Poprzeczka ustawiona debiutem uczuliła oczekujących na So This Is Goodbye, i słusznie. Zacznijmy od tego, że to inna płyta. Geneza jej powstania tłumaczy dość klarownie te różnice. Dark zostawił Greenspana samego w trakcie pracy nad Last Exit; teraz wydał EP-kę 2step/electro, gdzie odnajdziemy wszystkie elementy brakujące na So This. Jeremy natomiast pracował z realizatorem Mattem Didemusem i wyszła im rzecz pozbawiona fajerwerków rytmicznych lub fascynujących udziwnień bitu. Wyłącznie w zwrotce "Like A Child" – jednego z absolutnych highlightów zestawu – pojawia się tak szaleńczo oczekiwane, charakterystyczne "podcięcie". Konkretnie na 1:17 (2:36, 3:02), 1:26 (2:45, 3:11), 1:44 i 1:52 (2:54). I potem znika! Bit staje się znów regularny! Dlaczego! Ktoś powie, że to są drobiazgi, jakieś detale, i kto by się tym przejmował. Ale dla uważnego penetratora wszystkich programatorskich zakamarków Last Exit, takie szczegóły grają niebagatelną rolę. (Gwoli ścisłości, "podcięcie" owo powraca jeszcze na 4:47, 4:55 i 5:05.) I jeśli coś głównie doskwiera, to właśnie deficyt wygibasów w loopach perkusyjnych. Lecz raz się przyzwyczaisz do proporcjonalnych, repetytywnych konstrukcji i tę przeszkodę będziesz miał/a za sobą.

Następny wątek z serii "czepiam się, bo ich uwielbiam" to lekkie spowszednienie uprawianej stylistyki. Ze sceptykami zarzucającymi Last Exit wtórność łatwo było wojować, bo choć rzucano porównaniami do eklektycznego studyjnego arcydzieła Cupid & Psyche, nieprzewidywalnych pętli Timbalanda czy kolorystycznego avant-disco Russella, to płyta jawiła się "niepodzielnym" wytworem, jak ktoś to ujął "wzorcem" i można zaryzykować tezę, że drugiej "Bellony" czy "High Come Down" po prostu nie ma. So This Is to zaś – co w kontekście poprzedniego akapitu nie powinno nikogo dziwić – wycieczka w jasno zdefiniowane środowisko synth-popu. "Count Souvenirs" mogłoby pochodzić z Ultra, trip-hopowej eskapady Depeche Mode. "Caught In A Wave", "Like A Child" i title track zawierają echa patentów późnego Kraftwerk. I generalnie unoszą się 80s przesadnie obficie nad teksturami (OMD padło gdzieś?), mniej eksploatując te wszystkie dubowo-house'owo-Berlińskie inspiracje. Trudno, widocznie tak czują. A, i ambientowy cover Sinatry niepotrzebny. Trudno.

Zatem jeżeli same pretensje, to skąd magia So This? Cóż, w tych snujących się nieśpiesznie, przeważnie leniwych klawiszowo-wokalnych pasażach kryje się ciepło, jakiego ciężko uświadczyć teraz gdzie indziej. Zwykle jest to ciepło głosu Greenspana, ale są też sztuczki formalne i kompozycyjne powodujące ciarki. Otwierający całość "Double Shadow" stosuje w perfekcyjnym wykonaniu jeden z najstarszych, choć najpiękniejszych tricków sonwgriterskich. Rozpoczyna od statycznego motywu z powielanym wciąż, urywanym hookiem wokalnym. Wtem keyboardowe tła wylewają się po bokach, dostojnie i skromnie zarazem, antycypując nowy podkład akordowy. Bas dopełnia metamorfozy, by później zmienić jeszcze swe zejście. Operacja ta nosi znamiona pedanterii technicznej, ale tchnie również szczerą tęsknotą. Zakładając że istnieją jeszcze bezpretensjonalne, naturalne w ekspresji bandy, musimy wziąć Junior Boys pod uwagę. I to w sumie tyle, dobranoc, cześć i czołem, jak mawia zmęczony Zagroba. No bo co, mam się wywnętrzać, że sam image Greenspana, to schludne wyciszenie w ubiorze i spojrzeniu, wyraża mnie czasem lepiej niż ja sam i konstytuuje wręcz moje postrzeganie wydarzeń dookoła? Skąd ten proces identyfikacji, no skąd. Czy dlatego że o Junior Boys rodzimi trendy-żurnaliści nie pierdolą mi nad uchem jak o Devendrze? Może. (Wow, mam nadzieję że nie zaczną z powodu So This.) Albo lepiej, powinienem napomknąć jak bym se poszedł zobaczyć ich na żywo, a przecież ja nie lubię chodzić na koncerty. Żadna wróżka mi biletów nie podaruje, a szkoda.

Paul Nowotarski (27-08-2006 14:04)
ok przyznaje się dałem dupy So This Is Goodbye is da shit
Paul Nowotarski (27-08-2006 17:58)
nie wiem czy coś ją w tym roku przebije
Paul Nowotarski (27-08-2006 17:58)
w sensie nie zanosi się
(Porcys, 2006)

Pesymistyczne prognozy w końcu się sprawdziły. Po raz pierwszy od założenia portalu płytą roku zostaje album, który nie posiada atrybutów "płyty roku" w tradycyjnym pojmowaniu. Były w 2006 dzieła lepsze na gruncie czysto materiałowym (LCD Soundsystem), głębsze (Function), piękniejsze w aspekcie brzmieniowym (Whitman) i sprawiające większą frajdę (Paris). Zauważmy: niemal wszyscy ze ścisłej czołówki legitymują się dokonaniem obrazującym progres, rozwój, ewolucję ku mistrzostwie. Junior Boys natomiast zrobili coś zupełnie przeciwnego. Po korekcie składu zwrócili się ku uproszczeniu, redukcji – zaryzykuję wręcz – banalizacji uprzednio wypracowanego, ba, wymuskanego na absolut, stylu. Po usunięciu podciętej rytmiki, która stanowiła integralny, a nawet wiążący element oblicza debiutu, zostały szlachetne wciąż, to fakt, ale dość nieskomplikowane formalnie elektro-popowe impresje. Gdy pierwszy raz posłuchałem So This Is Goodbye, ogarnęło mnie poczucie braku, ogołocenia, niepełności. Zaledwie dwa momenty (wejście ambientowych klawiszy w "Double Shadow" i asymetryczne cyknięcia w "Like A Child") ocierały się o medytacyjną mistykę, dotąd znak rozpoznawczy projektu. I mimo, że reszta piosenek jest ładna, to tak mi zostało do teraz.

Zastanawiałem się więc skąd ten kolektywny werdykt, jak wyjaśnić zwycięzcę? I dochodzę do wniosku, że konsensus w naszych szeregach to przejaw uniwersalności grupy Junior Boys na wielu płaszczyznach. Raz, że ich syntezatorowy sound stanowi antytezę znajdującej się w tragicznej inercji sceny gitarowej. Dwa – intymny, kameralny feel musi rozczulać ludzi w dobie rosnącego smutku (z badań wynika że z miesiąca na miesiąc mieszkańcy Świata Zachodniego są coraz nieszczęśliwsi, odwrotnie do Wschodu, nieważne). Wreszcie trzy: docenienie JB odbieram jako tęsknotę za wybitnymi zespołami, kategorią dawno pogrzebaną, a mianowicie sytuacją obecności bendu nagrywającego arcydzieło i tytuł listowy pod rząd. Do ogólnego (choć chyba mniej w kontekście Porcys) zachwytu polskich słuchaczy dochodzi identyfikacja z mitem "Depeszów", której nie podzielam, ponieważ Depeche Mode to nie jest coś, czego bym słuchał. Ja bym raczej posłuchał "Bellony". Te utracone manipulacje bitu z Last Exitnieodzownym składnikiem poetyckich spowiedzi Greenspana, sięgającym ideału. Warto zatem pamiętać o ile słabsze jest Goodbye od Exit. W 2004 Exit zajęło czwartą lokatę (dziś podejrzewam uplasowałoby się o wiele wyżej), zaś Goodbye miałoby kłopoty z wejściem do dwudziestki. I tym gorzkim akcentem się pożegnam.
(Porcys, 2007)

Begone Dull Care (2009, synth-pop) !6.9 

It's All True (2011, synth-pop) 7.2

"ep"

Nie mam zamiaru nikomu "tłumaczyć" przekazu "ep", mimo że utwór ten porusza wątki tak trudne i bolesne, że teoretycznie aż proszą się o wnikliwe "zinterpretowanie". Lecz teksty Greenspana są tyleż "wprost", co niejasne, a ich siła tkwi w nieuchwytnym uwiązaniu słownego przesłania z dźwiękowym posłaniem – rozkładanie tak delikatnej materii na czynniki pierwsze grozi jej nieuchronnym ZUBOŻENIEM. Na debiucie Junior Boys facet snuł wstydliwe, intymne spowiedzi w drugiej osobie, skierowane do mitycznej "niej", której przy narratorze nie ma, choć według niego być powinna, być musi i pewnego pięknego dnia – będzie. Ostrzegał, że śledzi ją po mieście; rozliczał z "tych wszystkich razów" jakie zaszły między nimi w przeszłości; zwierzał się z tego, jak jest dla niego ważna; wreszcie bezbronny zapytywał o to, gdzie ona jest i co robi, kiedy jego nie ma obok. Ludzka wyobraźnia, it's a bitch.

Serio? A gdzie jakaś męska duma? Greenspan stworzył postać bezpowrotnie zadurzonego stalkera, któremu w równym stopniu się kibicowało, co wspolczuło. Kto kiedyś nawet odrobinę otarł się o niewinny, "miękki" stalking "towarzyski" aka "romantyczny", ten wie, jak celne i skuteczne w emocjonalnym szantażu były wynurzenia Jeremy'ego. Lecz "ep" to przesadzona, ekstremalna kulminacja tej tendencji, jeden z tych kulturowych artefaktów, które przerażają bezwstydną mieszanką nihilizmu i nagości. Na tle błogo ciernistych akordów i arpeggiów, które kierunkiem zmian przypominają depresyjną wersję "Maneater" Nelly Furtado, Greenspan sypie zdaniami (w drugiej osobie, rzecz jasna), których – jako się rzekło – nie zamierzam "tłumaczyć z angielskiego na polski". Dość powiedzieć, że "nothing's changed, I still love you, only slightly less than I used to", niegdyś tak mnie miażdżące dosadnością i odwagą, przy wybrykach Greenspana jawi się dziecinną igraszką. On nawet brzmi jak pozornie łagodny, a w praktyce nieprzewidywalny (włączając potencjalne gwałty, pobicia, otrucia, morderstwa) psychopata, jakby zlękniony swoimi odruchami, nawiedzony i wyalienowany.

I ja boję się tego kawałka tak, jak wokalista boi się w nim samego siebie. A utwierdza mnie w tym strachu zagadka finałowego wersu utworu, wciąż nierozwiązana, wciąż wisząca nad nami słuchaczami, nad Greenspanem narratorem i nad wyimaginowaną tudzież prawdziwą "nią". Sporo internetowych transkrypcji słów do "ep" w ogóle pomija przedostatni wyraz śpiewany przez Jeremy'ego. Ja tam zawsze słyszałem "time can change nothing at all" (analogia z Mozem) spuentowane przez "there's no EVENTUAL way". Ale nie byłem pewien, więc skorzystałem z tego, że kumpluję się z jednym Brytyjczykiem, dziennikarzem muzycznym, gościem bardzo obytym w popkulturze i muzyce alternatywnej, który oczywiście Junior Boys zna i nawet ceni. Pytam go więc - co tam Greenspan gada? "Eventual way". Ha, więc dobrze wysłyszałem. I snuję dalej podejrzenia – że chodzi o to, że między narratorem i tą adresatką nie ma możliwości "zamknięcia" sprawy, że już do końca świata coś pozostanie między nimi niewyjaśnione, jakiś zgrzyt, że za dużo sobie powiedzieli, że nie da się odkręcić zaszłości i nic nie zagoi ran, więc... "wyczyszczenia" tej historyjki nigdy nie będzie. Tak na logikę rozumowałem, tak by wynikało z całego przebiegu piosenki. "Nie, Borys", przerwał moje rozważania miły rozmówca z Wysp. "To ostatnie zdanie nic nie znaczy". Jak to? A puenta? Dramaturgia finału? "Nie nie. To bełkot. 'Eventual way' w tym kontekście nic nie znaczy. Naprawdę. Cokolwiek... Dobrze się śpiewa i tyle". ??? "Przepraszam".
(Porcys, 2015)

Big Black Coat (2016)

"Over It"
"Czego może chcieć od życia taki gość jak ja...?", śpiewa zapewne do lustra podczas golenia Jeremy Greenspan. Nie, ale tak serio, czego JA miałbym oczekiwać od projektu Junior Boys w 2016 roku? Nawet gdyby Kanadyjczycy pozostawili po sobie tylko Last Exit, to mieliby zagwarantowane "poczesne" miejsce w moim sercu. Lekką ręką licząc tak z 1/3 piosenkowej muzyki, która mnie wciągnęła w ostatnim dziesięcioleciu jakoś kojarzy mi się z estetyką Last Exit (chociaż czy tylko piosenkowa... – patrzę na Ciebie openerze Persony pana Senniego). I powiem szczerze ("szczerze powiem panie redaktorze" – G. Lato): sam fakt wypuszczenia od tamtej pory kilku równych, "siódemkowych" płyt budzi moją sympatię, gdyż Jeremy może spokojnie zakrzyknąć "...ale ja nie musiałem!" (Badyński). A w ramach bonusu panowie dają mi radość obcowania z co najmniej jednym kruchej urody diamencikiem na dystansie jednego albumu.

"Like a Child", "Sneak a Picture", "ep", "Over It" – każdy nieco inny, ale wszystkie, nie będę ukrywał, łączy (na różne sposoby) atmosferyczne pokrewieństwo z dotkliwą iluzją uczuciową Last Exit. "Over It", które w nieco żywszej wersji koncertowej ewokuje poptymistyczną nostalgię Poniżeja, to właśnie kolejne przywołanie ducha jednej z najmocniej szantażujących emocjonalnie płyt XXI wieku. Samo to jak typ śpiewa "sures and maybes" i potem "the night is gone" na tle wieczornych mgiełek klawiszy nie pozostawia wątpliwości: on nadal jest nieśmiałym wielkomiejskim stalkerem, nadal niepotrzebnie drąży wątki, których drążyć nie powinien, bo to nie skończy się dobrze. I nadal robi to najlepiej na świecie. W istocie zorientowałem się, że właśnie tego oczekuję od (każdej) następnej płyty Junior Boys: żeby za każdym razem chociaż jedna piosenka trzymała mnie tak blisko siebie. To wyjdzie na dobre mojej zmęczonej naturze.
(2016)

***

garść luźnych spostrzeżeń po wczorajszym koncercie Junior Boys w Fabryce Trzciny:

- image Greenspana (..misia który najwyraźniej spał 4 godziny skulony na ciasnej kanapie, po czym wstał i wszedł prosto na scenę w pomiętej koszuli, jeszcze ziewając) w połączeniu z tym co opowiada w wywiadach* - overall wyłania się z tego obraz artysty który "nic nie musi", pogrążonego w wewnętrznej emigracji, oderwanego od rzeczywistości i praktyki życia.. "nic mi się nie chce, ciągle bym tylko spał". nie wiem na ile to poza, ale cholernie z takim wizerunkiem sympatyzuję.

- byliśmy świadkami rzeczy niesamowitej, kiedy w "Birthday" midi zaczęło się rozjeżdżać i kawałek zwalniał, rozpadał się na naszych oczach, a Jeremy przez kilka sekund próbował go ratować real time, jakby ziemia pękała mu pod nogami, a on starał się za wszelką cenę nie spaść w przepaść.. nigdy czegoś takiego nie widziałem - to nie był zwykły "fakap" sprzętu ani zwykła "pomyłka", tylko raczej aleatoryczna dekonstrukcja muzyki wskutek desperackiej walki ze zdradliwą technologią. mam nadzieję, że chociaż jedna osoba to zarejestrowała i kiedyś ujawni.

- setlista spoko, ale mógłbym im ułożyć zupełnie inny zestaw i hitów by nie brakowało, a byłbym pewnie bardziej usatysfakcjonowany. oczywiście pomijanie materiału stworzonego jeszcze z Darkiem - potrafię zrozumieć. aczkolwiek np. w 2012 grywali "Bellonę" - z tego co się dowiaduję nie tylko wg mnie ich najpiękniejszy utwór - no szkoda, szkoda (reakcja na 0:19 - to mógłbym być ja).

- na żywo "Over It" zapachniało Poniżejem, ale tak soliiidnie zapachniało #porcyscore

- z kolei intensywny finał "Under the Sun" niespodziewanie przywołał gotyckie duchy wczesnego Cocteau Twins (sound i wyraz partii gitary)

- najfajniejszy moment - zapętlenie ścinka wokalowego pod koniec "Big Black Coat"

- podsumowując: z trzech koncertów JB na których byłem, ten zapamiętam najlepiej. z 2007 (CDQ) głównie został mi przed oczami Eryk Sarniak w słynnej koszulce z napisem "Out of Ideas" nawiązującej do recenzji red. Nowotarskiego, a w 2011 (Off) byłem zbyt szokowany śmiercią Andrzeja Leppera, żeby coś przyswoić. natomiast wczoraj chwilami czułem nawet rodzaj kameralnej więzi z artystami, to cenne.

*w ogóle polecam lekturę - zwłaszcza fragment o tym, jak należy rozpatrywać teksty piosenek - TOTALNIE moja drużyna, piona Jeremy:
(2016)

***

Greenspan nigdy mnie nie zawiódł, poczynając zresztą od jednego z bardziej imponujących nie-zawodów jakie w ogóle pamiętam (Last Exit po dziewięciomiesięcznym oczekiwaniu). logiczne więc, że na Big Black Coat też mnie nie zawiódł.

patrząc wstecz, raczej nikt nie sportretował tak sugestywnie psychopatycznej potrzeby uczuciowego stalkingu zatopionego w morzu urojeń i dojmującej, wielkomiejskiej samotności. i nikt nie zaprzęgał do tych obsesji wersów równie sprytnych co "you have a new name now".

moje top 5:

1. Bellona
2. ep
3. Neon Rider
4. When I'm Not Around
5. Like a Child
(2016)