JOHNNY HATES JAZZ

 

"Shattered Dreams"
JAK WYLICZYŁ TYGODNIK KIBICA, najwięcej moich ulubionych singli pochodzi z roku 1987, który pod tym względem niejako utożsamiam z prywatnym "peakiem" sophisti-popu. więc pewnie do końca 2017 jeszcze kilka razy pokuszę się o wrzutkę na 30-lecie. czujcie się ostrzeżeni.

wiele już powiedziano o nieskazitelnych falsetach, o lekkich jak piórko modulacjach, o klipie z sobowtórem Seinfelda na basie i o tym, że wydany rok później longplay, choć w zasadzie "more of the same" ("Don't Say It's Love" – come on, guys!), jest równiejszy niż ktokolwiek by oczekiwał (sam się kiedyś nieźle zdziwiłem).

ale urok "Shattered Dreams" polega chyba głównie na użytkowej uniwersalności. ten kawałek po prostu zawsze promieniuje nienagannym stylem i klasą. niezależnie od dekady, nastroju, panującej akurat mody, lokalizacji, pory dnia, pory roku i innych okoliczności – zachowuje podejrzaną świeżość i elegancję.
(2017)