JOE JACKSON

 

#71
JOE JACKSON
I oto kolejna w zestawieniu istna "chodząca encyklopedia muzyki rozrywkowej", człowiek o tak szerokich horyzontach muzycznych, że słowo "eklektyczny" wydaje się tu być nieporozumieniem. Konwencjonalna mądrość o JJ jest taka, że zaczynał od rokendrola, a doszedł do orkiestrowego popu z domieszką jazzu i poważki. W dyskografii tak to wygląda, ale w biografii sekwencja była jednak odwrotna. Jackson najpierw jako dzieciak uczył się gry na kilku instrumentach i w końcu zaczął studiować kompozycję, orkiestrację, fortepian oraz perkusję – a dopiero potem "odkrył" rocka. Od wtedy dzielił czas między partytury i piosenki, a ten dualizm w podejściu został mu już na zawsze. Debiutował w momencie naznaczonym nowofalowym szaleństwem, więc z początku jego kawałki (inteligentny pub-rock z domieszką reggae) można było postawić obok np. Elvisa Costello. Jednak nasz kameleon stopniowo ewoluował w stronę swingujących, proto-sophisti-popowych songów i rozbudowanych aranżacji z kluczową rolą fortepianu. Uwielbiam gościa za wiele rzeczy – również za to, że nagrał kiedyś piosenkę brzmiącą jak idealna krzyżówka XTC i Steely Dan. Którą właśnie dlatego polecam.
(100 Songwriterów Wszech Czasów, 2015)

* * *

Night and Day (1982)

Zaczyna się od rozbujanego rytmu perkusji w średnim tempie. Po chwili dołącza gorący cowbell. Wtem ujawnia się cały zespół w dwukrotnie powtórzonym motywie przewodnim. Ale utwór opracowano dość oszczędnie. Sporo tu przestrzeni – piosenkę budują pojedyncze pacnięcia fortepianu, niestrudzony groove bębnów i wokal. Kiedy David "Joe" Jackson wyje cierpiętniczym tonem "I was so low", prawdopodobnie nawiązuje do niedawnego rozstania z żoną. Ale gdy kończy frazę "I stepped into another world", to nie ma już żadnych wątpliwości, że komentuje swoje przenosiny z Wielkiej Brytanii do Nowego Jorku. Zwłaszcza, że puentuje to zdanie we właściwy sobie, szalenie inteligentny i przebiegły sposób – szlachetną partią ksylofonu, która ślicznie imituje wyczyny Steve'a Reicha z etapu "Music For 18 Musicians". Figlarna repetycyjna figura zostaje po jednym obiegu wsparta drugim głosem. W towarzystwie dwóch tasowanych przemiennie akordów lśni ona niczym architektoniczna korona Manhattanu na nocnych zdjęciach. To jedno z bardziej spektakularnych zastosowań techniki minimalistycznej w aranżacji popowej piosenki – z gracją i luzem, ale też z konceptualnym zamysłem. Trudno bowiem o bardziej nowojorskie wprowadzenie w album natchniony dziewiczą konfrontacją ze Stolicą Świata niż "Another World" – i Joe doskonale o tym wie, bo u niego nie ma przypadków.

Ale w 1982 roku "inny świat" oznaczał dla Jacksona coś więcej, niż tylko miejsce zamieszkania. Na jego trzy pierwsze albumy, przygotowane z pomocą Joe Jackson Band, prasa zareagowała porównaniami do Elvisa Costello i Grahama Parkera. Nic dziwnego, skoro były to zgrabne kolekcje nowofalowych numerów napędzanych punkowym drivem, przesyconych pubrockową atmosferą i nieraz korzystających z patentów reggae czy ska. Zresztą późniejsza artystyczna droga Jacksona pozornie aż prosi się o analogię z karierą Costello, który w latach 80. coraz odważniej poszerzał stylistyczne spektrum swoich płyt, by w następnych dekadach otrzeć się o muzykę partyturową i jazz. Lecz kiedy zastanawiam się nad tym, co najlepszego wniósł Costello do muzyki, moje myśli biegną jednak ku nieskazitelnej serii czterech pierwszych longplayów, zarejestrowanych z akompaniamentem The Attractions. I zawsze już będę uważał, że to był ten "prawdziwy" Costello, przy całym szacunku dla jego późniejszych, intrygujących prób zerwania z wizerunkiem sfrustrowanego, zaciętego i romantycznego zarazem nowofalowca.
Inaczej rzecz ma się z Joe Jacksonem, którego wczesne krążki uznaję raczej za ciekawe preludium do "Night and Day". Może dlatego, że Jackson już w dzieciństwie uczył się gry na skrzypcach, oboju i timpani, a następnie studiował kompozycję, aranżację i grę na fortepianie w londyńskiej Royal Academy. Pop stanowił więc dla niego tylko odskocznię od studenckich zajęć, a medialny rozgłos wokół nurtu new wave – czemu nawet sam zainteresowany chyba by nie zaprzeczył – był po prostu doskonałą okazją do wybicia się na scenie dla chłopaka, któremu zdarzało się obsługiwać fortepian w brytyjskiej Młodzieżowej Narodowej Orkiestrze Jazzowej.

Warto zatem dostrzec wyjątkową rolę "Night and Day" w dorobku artysty. Nie była to desperacka próba udowodnienia krytykom szerokości swoich stylistycznych horyzontów, a raczej uczciwy powrót do źródeł i otwarte zdefiniowanie własnej tożsamości. W tym sensie historia Jacksona ma więcej wspólnego z biografią Stinga, który również jakby wykorzystał modę na nową falę stając na czele The Police, ale gdy osiągnął rozgłos, stopniowo coraz wyraźniej sięgał do swoich jazzowych korzeni, by w pełnej krasie objawić publiczności swe fascynacje już na płytach solowych. Przypuszczalnie to zmiana otoczenia sprawiła, że nadszedł moment, w którym Joe odważył się obnażyć i powiedzieć: oto właśnie ja. Pytany o przyczyny tak radykalnego przełomu, Jackson twierdził też, że zależało mu na ucieczce od schematu gitara-bas-bębny. Szukał świeżego spojrzenia na swoją muzykę – stąd między innymi położenie akcentu na instrumenty klawiszowe, z centralną rolą fortepianu. Ponadto odkrył dla siebie spuściznę George'a Gershwina i Cole'a Portera, w naturalny sposób przemycając ich tricki do własnych pieśni. Wreszcie, zakochał się w muzyce latynoskiej i zapragnął inkorporować pewne jej elementy do swoich utworów, ale bez ewidentnej stylizacji. Ta wizerunkowa i brzmieniowa metamorfoza wymagała sporej brawury. Owszem, między okresem nowofalowym a "Night and Day" zaliczył jeszcze epizod swingowy, wydając wzorowany na repertuarze Louisa Jordana zbiór coverów "Jumpin' Jive", ale tym razem oferował własny materiał, który miał zaskoczyć wszystkich. "Bałem się, że będzie totalna komercyjna klapa, a tymczasem wyszedł z tego mój największy sukces" - wspominał.

Sukces ten był w sporej mierze zasługą pierwszego singla z albumu, przebojowego "Steppin' Out". To najbardziej chwytliwy i jednocześnie najmniej reprezentatywny fragment "Night and Day", oparty na programowanym bicie z kwadratową, syntetyczną linią basu, przypominającą w równym stopniu futurystyczne disco Giorgio Morodera, co pionierski elektro-pop grupy Kraftwerk. Podobnie jak w "Another World", Jackson eksploatuje do maksimum powabny sound dzwonków, które jako pierwsze wygrywają błękitną melodię refrenu. Dzięki tym zabiegom powstała kolejna, niezwykle plastyczna, dźwiękowa metafora "miasta, które nigdy nie śpi". Ale przyczyn popularności albumu trzeba również szukać w nadzwyczajnej smykałce autora do układania winietek nie tylko wysmakowanych, ale i całkiem nośnych. O ile kunszt kompozycyjny Jacksona należałoby z powodu ukończonych przezeń studiów potraktować niczym aksjomat, to brawa należą mu się za zdolność przekucia tej wiedzy w utwory atrakcyjne dla szerokiego słuchacza. Nic dziwnego, że odpowiedni balans między tym, co ładne i wyrafinowane prowokuje często do zestawiania "Night and Day" z innymi wykonawcami, którzy hołdowali pokrewnej muzycznej filozofii. Drugi singel "Breaking Us In Two" to jakby zagubiona perełka Steely Dan z płyty "Katy Lied". Złowrogie orientalizmy i prowadzony konsekwentnie pod jedną nutę basu, niekończący się temat wokalny "Chinatown" antycypują późne wcielenie zespołu XTC, powiedzmy z utworu "Greenman", a wrażenie to potęguje podobieństwo barwy głosu oraz akcentów Jacksona i Andy'ego Partridge'a. Teatralny mostek "Real Men" nie zgubiłby się na "The Lexicon of Love" ABC. Co ciekawe, mimo złagodzenia brzmieniowego oblicza i stonowania ekspresji, Joe nie porzuca zupełnie konotacji nowofalowych i w "T.V. Age" proponuje coś na kształt nerwowej, krzykliwej melodeklamacji na modłę Talking Heads, nawiązując do starszego o dwa lata "Once In a Lifetime". I choć tekstowo nie wytrzymuje rywalizacji ze swoim imiennikiem Byrne'em, to ta interpretacja w połączeniu z falsetowymi chórkami i wstawkami saksofonu niewątpliwie rodzi nową jakość.

Oczywiście są to wszystko zjawiska w miarę równoległe i absolutnie nie zarzucałbym Jacksonowi wtórności, szczególnie mając świadomość jego muzycznych kompetencji. A już na pewno mało kto w anglosaskim popie na przełomie lat 70. i 80. grał... salsę. Tymczasem właśnie salsa, czyli największa ówczesna pasja artysty, wyczuwalna jest tu na każdym kroku – a zwłaszcza w "Target" i "Cancer", gdzie dość unikatowo połączył on kubańskie wpływy z indywidualnym rysem songwriterskim. Bez problemu wyobrażam sobie powerpopową, gitarową wersję dynamicznego "Target", okraszonego krótkim pasażem organów w stylu Keitha Emersona (pamiątka po krótkim romansie artysty z rockiem progresywnym). A niesamowity "Cancer" ma w sobie tyle samo z jazzowego standardu, co i przenikliwej folkowej ballady. "Wszystko powoduje raka" - oznajmia z gwiazdorską, przerysowaną manierą Joe na tle pozornie lekkich, ale podszytych podskórnym niepokojem zmian akordowych. Myślę, że Thom Yorke mógł zasłuchiwać się w tej zwrotce wymyślając "Everything In Its Right Place". Piosenka podejrzanie ewoluuje w stronę lounge'u, gdy Jackson wylicza, czego nie należy robić, by zapobiec nowotworom. "Nie pracuj nocą, nie śpij za dnia" - śpiewa i zaraz dodaje: "żadnych białek, ani kofeiny, ani wódy, ani nikotyny", po czym dorzuca jakby z offu – "nie graj na fortepianie". Po czym, rzecz jasna, odgrywa na tym instrumencie latynoskie solo. Egzotyka tego instrumentalnego przerywnika znowu przywołuje XTC, tym razem konkretnie "It's Nearly Africa" z wydanego cztery miesiące wcześniej podwójnego longplaya "English Settlement". Na przecięciu kabaretowej parodii, sprawnego pastiszu i bolesnej refleksji powstaje groteskowy wymiar tego niepowtarzalnego i trudnego do sklasyfikowania utworu, jakim jest "Cancer".

"Kładłem nacisk na melodię, harmonię i teksty – treść przedkładałem ponad styl i trochę pozwalałem, żeby styl rozwijał się samoistnie" - mawiał o tym okresie swojej twórczości Joe Jackson. "Night and Day" to fascynujący portret artysty, który jednym gestem postanowił wykroczyć poza obowiązującą systematykę i podzielić się ze światem swoją własną wizją. Wizją niedokończoną, bo nieco toporny i przesadnie podniosły finał w postaci "A Slow Song", niespecjalnie pasuje do precyzyjnych, zwinnych cięć wcześniejszych ośmiu utworów. Ale łącząc równouprawnione zainteresowania rozmaitymi gatunkami, idealizując Gershwina jako człowieka-pomost między środowiskiem muzyki poważnej i popularnej, wreszcie powołując się na eklektyczny pop Beatlesów – multiinstrumentalista, kompozytor, aranżer i wokalista Jackson pokazał, że można działać ponad podziałami i wypreparować własny język, pozbawiony stylistycznych stereotypów i uprzedzeń. Dla niego "Night and Day" to punkt zwrotny i ważny początek dalszych eksploracji, które w przyszłości miały zaprowadzić go aż do form symfonicznych. A dla reszty świata ten wydany dokładnie 30 lat temu cykl pieśni był de facto czymś więcej: jednym z pierwszych tak udanych albumów – nie bójmy się tego terminu – sophisti-popowych.
(T-Mobile Music, 2012)